Miłe początki

Com napisał, napisałem, więc za swoje słowa muszę wziąć odpowiedzialność, a nie zabierać się, jak znakomity poprzednik, za umywanie rąk. Zaczynam więc nie od Etihad (choć bardzo chciałbym), a od Emirates, osieroconego przez van Persiego i – jak się okazało po meczu – także przez Songa. Zaczynam od meczu, w którym od pierwszej minuty debiutowali Podolski i Cazorla, później zaś wszedł także – a Arsene Wenger kręcił z niedowierzaniem głową patrząc, jak marnuje wyborną sytuację – Giroud. Zaczynam od pierwszego testu „nowego” Arsenalu i widzę… „stary” Arsenal.

Stary oznacza w tym przypadku zarówno marnujący sytuacje na skutek przekombinowania przed i w polu karnym przeciwnika, jak grający z wyobraźnią i rozmachem, wspaniale operujący piłką na niewielkiej przestrzeni. Zwłaszcza patrząc na Santiego Cazorlę przypominałem sobie ten dawny Arsenal: Hiszpan szukał sobie miejsca między liniami, pieścił piłkę – bez różnicy, prawą czy lewą nogą – by następnie celnie ją podać (to jego prostopadłe odegranie pozwoliło Giroud znaleźć się sam na sam z bramkarzem), z gracją Cesca Fabregasa. Przy całym szacunku dla Artety, po odejściu Fabregasa i Nasriego w poprzednim sezonie właśnie takiego piłkarza Kanonierom brakowało, a sądząc po tym, jak dobrze wczoraj czuł się na boisku sam Arteta – on również jest tego zdania. Inaczej niż w przypadku Podolskiego, były gracz Villareal i Malagi wpasował się w tę drużynę znakomicie, dość powiedzieć, że wypracował wszystkie najgroźniejsze sytuacje w tym meczu; Niemiec z Gliwic, niestety, zdawał się nie rozumieć, co robią koledzy, nieczysto przyjmował lub źle uderzał piłkę, a w pewnym momencie nawet uniemożliwił strzał Cazorli. Jest, podobnie jak Giroud, nie w pełni sił po mistrzostwach Europy? Tak mówił Wenger dziennikarzom, ale pozwoliłem sobie tego nie kupić: inni zawodnicy uczestniczący w polsko-ukraińskim turnieju potrafili zacząć sezon z większym przytupem.

Sunderland nie wytrzymał tempa w końcówce, ale generalnie zaimponował organizacją gry obronnej – prowadzonej zresztą bardzo fair. Świetnie radził sobie Colback, dobrze grał wracający do pomocy Sessegnon, Cattermole jak zwykle siedział na plecach rywali, ale w sumie było to dziesięciu piłkarzy broniących dostępu do własnej bramki. Czy van Persie znalazłby między nimi lukę i wykorzystałby dzisiejsze okazje Arsenalu? Może tak, może nie – na Euro w meczu z Danią wszak potrafił nie wykorzystać dużo lepszych. Z pozytywów w grze gospodarzy oprócz błysku Cazorli podkreśliłbym niezły występ Gervinho, który kilkakrotnie zdołał się urwać podwajającym krycie piłkarzom Sunderlandu, i pewną grę między oboma polami karnymi Abu Diaby’ego. Oczywiście znając historię kontuzji tego ostatniego jestem pewien, że po odejściu Songa Wenger wróci na rynek transferowy.

Podobnie jak Andre Villas-Boas, który nie robi już nikomu złudzeń, że Luka Modrić zagra jeszcze kiedykolwiek w Tottenhamie. Sprawa jest postawiona jasno: Chorwat przejdzie do Realu, ale na warunkach, które zadowolą prezesa Levy’ego i w momencie, w którym klub osiągnie postęp we własnych poszukiwaniach na rynku transferowym. Priorytetem jest przy tym napastnik, nie rozgrywający, choć osobiście mam wrażenie, że przydaliby się obaj. Mimo wysiłków Jermaina Defoe w dzisiejszym meczu, mimo bramki, którą zasłużenie zdobył, Anglik nie bardzo się nadaje do gry na szpicy trzyosobowego ataku: nie potrafi utrzymać się przy piłce pod presją, nie potrafi grać tyłem do bramki, zwyczajnie nie ma po temu warunków fizycznych. Ale też: bez wzmocnienia drugiej linii jeszcze jednym zawodnikiem typu box-to-box (jak to powiedzieć ładnie po polsku?) trudno będzie Villas-Boasowi wprowadzić swoje ulubione 4-3-3. To dlatego wczoraj, podobnie zresztą jak podczas prawie wszystkich meczów towarzyskich, Tottenham wychodził w ustawieniu 4-2-3-1. W połowie drogi ku portugalskiej rewolucji drużyna przypominała raczej tamtą Harry’ego Redknappa, tyle że nieco osłabioną i – oczywiście – z budującymi pierwiastkami nowego myślenia. Pressing Tottenhamu w pierwszej połowie był imponujący, angażowali się w niego wszyscy piłkarze, a efekty było widać: Newcastle nie było w stanie zagrozić bramce Friedela, a zawodnicy Villas-Boasa po przejęciu piłki już na połowie gospodarzy obijali ich słupek i poprzeczkę. Innymi słowy: drużyna stwarzała okazje, nie odsłaniając się, nie dając okazji rywalowi. Żałowałem, owszem, nieobecności nawet na ławce Toma Huddlestone’a, ale przyznaję: w tym tempie by sobie nie poradził, zresztą Sandro jako odbierający piłki był absolutną bestią, a grający w parze z nim Livermore zachowywał się odpowiedzialnie i rozważnie. Szkoda, bo o porażce zdecydowały dwa indywidualne błędy (Walker próbował wybić piłkę głową tak, że spadła na nogę Demba Ba; Lennon i van der Vaart wzięli w kleszcze szarżującego w polu karnym Ben Arfę) i błysk absolutnego geniuszu napastnika Newcastle – po strzale napastnika z Senegalu Friedel nie miał nic do powiedzenia. W przedsezonowej tabelce zapisałem sobie w tym miejscu porażkę – było blisko remisu, zaczynało się dobrze, szkoda.

Zaryzykuję tezę, że zaczynało się dobrze również w wydaniu Liverpoolu: w pierwszej połowie meczu z WBA tylko fatalna skuteczność Suareza dzieliła nowy zespół Brendana Rodgersa od prowadzenia i spokojniejszej zapewne gry. Trójka pomocników operowała piłką nieporównanie lepiej niż przed rokiem, po lewej stronie co i rusz szarżował zastępujący kontuzjowanego Jose Enrique Glen Johnson. Później jednak była fenomenalna bramka Gery, a później… tu już nie ma co szukać usprawiedliwień, obrońcy Liverpoolu wypadli fatalnie, oba karne były niekontrowersyjne, a szans na kolejne bramki grający z kontry zawodnicy Stevena Clarke’a (kolejny debiut menedżerski, kolejne miłe początki…) mieli co niemiara. Przy całym uznaniu dla ruchliwych piłkarzy ofensywnych WBA warto zresztą zwrócić uwagę na fakt, jak świetnie zabezpieczał ich kolejny nowy w Premier League, pilnujący zwłaszcza Gerrarda Claudio Yacob. Steve Clarke wziął odwet na dawnym pracodawcy, a fatalny humor Rodgersa musiały powiększyć kontuzja wprowadzonego dopiero co na boisko Joe Cole’a i fakt, że na odsiecz musiał wtedy zawezwać piłkarza, który nie pasuje mu do koncepcji, ale za to kosztował majątek – Andy’ego Carrolla.

Czy Rodgers zatęsknił za Swansea? Z pewnością w Walii po pierwszym meczu nowego sezonu nie mają powodów tęsknić za nim. Pod Michaelem Laudrupem Łabędzie zdemolowały QPR – choć może właściwie należałoby powiedzieć, że to piłkarze QPR sami położyli głowy pod topór. Nie trzeba być Alanem Hansenem, żeby rozdzierać szaty nad shambolic defense gospodarzy (ale też piłkarzy Norwich w meczu z Fulham) – wystarczy dodać, że z sześciu strzałów na bramkę Roberta Greena pięć zakończyło się golem. Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej Inkwizycji… Sprowadzony za dwa (!) miliony funtów Michu to kolejny z Iberów, który przeprowadził się na Wyspy i z miejsca zachwycił publiczność (dobrze wypadli też inni debiutanci w Swansea, de Guzman i Flores, wszyscy wypatrzeni w niewielkich, jak na hiszpańskie i angielskie standardy, klubach), ale znakomicie zagrali też ci od Rodgersa: Vorm, Dyer i Routledge. Ten ostatni, którego rozwój w Tottenhamie powstrzymał przed laty Aaron Lennon i który od tamtej pory tułał się to tu, to tam (był także w QPR), nie mogąc nigdzie przebić się do pierwszego składu, zagrał może najlepszy mecz w karierze.

I pomyśleć, że wszystko to – i więcej jeszcze, bo nie wspomnieliśmy o pierwszych punktach West Hamu Allardyce’a (brrr…) czy remisie Stoke (brrr…) – wydarzyło się wczoraj, a dzisiaj zostało unieważnione przez prawdziwe wydarzenie weekendu: mecz, w którym mistrz Anglii najpierw długo nie mógł poradzić sobie z beniaminkiem, później roztrwonił prowadzenie, gonił wynik, by w końcówce drżeć o zwycięstwo pod naporem szturmujących bramkę Joe Harta nieulękłych graczy w białoczerwonych koszulkach. Chwilę po zakończeniu meczu przeczytałem na Twitterze wszystkie pojawiające się przy tej okazji klisze w stylu, że była to doskonała reklama Premier League, ale w gruncie rozumiem emocje ich autorów. City zaczęło tam, gdzie skończyło w maju, znów tracąc bramki i znów odrabiając straty. Błąd debiutującego w drużynie Rodwella przy drugim golu dla gości był zaiste niewiarygodny, wybicie Lescotta przy pierwszym mogło być lepsze, podobnie jak uderzenie Silvy z karnego – zaryzykuję jednak tezę, że zwycięstwo City nie było zagrożone i może też dlatego z taką łatwością napawałem się romantyzmem chwili, w której prowadzili goście. Nasri grał fantastycznie, Tevez i Yaya Toure niewiele mu ustępowali, groźnie wyglądająca kontuzja Aguero pozwoliła wejść na boisko Dżeko, a potem Balotellemu – doprawdy, narzekania Manciniego na niedostateczne wzmocnienia nie brzmią serio. Southampton? Wślizgi trochę jak z Championship, entuzjazm jednak… Była 87. minuta, goście przegrywali, ale od dobrych kilkudziesięciu sekund nie schodzili z połowy mistrzów Anglii, Zabaleta wybił piłkę na aut, w kierunku linii bocznej ruszył Adam Lallana. Popatrzyłem na łobuzerski uśmiech młodego pomocnika i zrozumiałem frajdę, która musiała być jego udziałem. „Usłyszycie o nas jeszcze nieraz”, zdawał się mówić.

Nie mam nic przeciwko temu.

PS Na Hazarda patrzyłem jednym okiem. Czy wypadł lepiej od Cazorli?

35 myśli nt. „Miłe początki

  1. ~m

    Pani Michale, Nie jestem wielkim znawcą piłki, ale Hazard wypadł przynajmniej tak dobrze jak Santi. A moim zdaniem nawet trochę lepiej. Miał momenty, ale prawdziwy sprawdzian czeka go gdy wyjdzie na jednym boisku z Silvą, albo chociaż Cazorlą. 😉

    Odpowiedz
  2. ~dziaam

    Ja z kolei nie widziałem Cazorli, więc nie porównam. Hazard zagrał fantastyczne 6 minut, potem tylko dryblował (serio, niemalże tyle samo dryblingów co podań) z nie najgorszą skutecznością, ale kompletnie bez pożytku. W drugiej połowie nie istniał i został zmieniony. Moim zdaniem jedno doskonałe zagranie to za mało, oceniam jego występ jako słaby.

    Odpowiedz
  3. ~lampardinho i mikelinho

    Cazorla zdecydowanie lepiej od Hazarda i oby Eden mógł w ogóle rozegrać się w tej drużynie. Ogólnie Chelsea grała to za co była wygwizdywana w końcówce zeszłego sezonu na stamford bridge. Zęby bolą od oglądania tego.

    Odpowiedz
    1. ~alasz

      Zastanawiam się czy Podolski pasuje do stoi Arsenalu. Ma dobry silny strzał, jest w miarę szybki, ma świetna wytrzymałość, ale akurat zmysły kombinacyjbego raczej nie ma, technika tez nie najwyższych lotów.Środek napadu to chyba nie jest jego optymalna pozycja, na lewej stronie 3 osobowej pierwszej lini wypada lepiej.Arsenal powinien kupić jakiegoś strikera, maja tylko giroud, to trochę za mało.

      Odpowiedz
      1. ~erictheking87

        Trafna analiza. Mam podobne spostrzeżenia, szczególnie, że mam jakieś takie przeczucie, ze Francuz będzie Chamakiem bis.Wenger jeśli serio myśli o ataku na szczyt tabeli musi jeszcze ze 3 transfery przeprowadzić. Wzmocnić atak, obronę i pomoc. I to graczami na poziomie Podolskiego czy Cazorli.

        Odpowiedz
  4. ~Runi

    Cazorla zaimponował w swoim debiucie. Miał o wiele większy wpływ na grę Arsenalu, niż Hazard na postawę Chelsea. Fakt, dwie asysty Belga robią wrażenie, jednak im dalej w mecz, tym coraz bardziej gasł. Jeżeli chodzi o Hiszpana, to prostopadłe zagranie do Giroud w końcówce palce lizać. Fani Arsenalu będą mieli z jego gry wiele frajdy.Panie Michale, liczę na wpis po jutrzejszym meczu Manchesteru United z Evertonem. Na myśl o debiucie Robina van Persiego już czuję gęsią skórkę…

    Odpowiedz
  5. ~erictheking87

    Chelsea widziałem końcówkę, ale kilka fajnych zagrań miał Oscar, Hazard to moim zdaniem trochę taki jeździec bez głowy, przypominający mi Robinho. Czy może raczej niejakiego Quaresmę (hehehe… ]:->).Co do meczu N’castle-Spurs… straszna nuuudaaa… przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Ten nowy chłopaczek w NU na M… Marveux czy jak mu tam szło, nieźle się zaprezentował. Wygląda mi na zawodnika, który ma dodać głębię do składu.Samo spotkanie raczej w letniej atmosferze… także na trybunach, z tego co pamiętam. Jednak w Spursach razi czarna dziura w ataku i brak mózgu na środku – i to jest główne zmartwienie AVB, bez rozwiązania którego, może być ciężko o sensowny sezon.

    Odpowiedz
  6. ~Tomas_h

    Podobalo mi sie wczoraj City. Zaczynam na nich patrzec, hm, jak to powiedziec… Z jednej strony ciezko odciac sie od pryzmatu petrodolcow, a z drugiej trudno ich nazwac klasowa druzyna. W kazdym badz razie to juz przestaje byc zbieranina, tak bym to okreslil. Grali fajnie, szybko i pewnie, Toure robil niesamowite rzeczy, no i w koncu rozumiem czemu Nasri odszedl od Arsene’a. Ciekawe co bedzie na forum miedzynarodowym, poprzedni wystep w LM skonczyl sie ze wzgledu na nieotrzepanie (jak na moje) na arenie miedzynarodowej, ale teraz, pewni, twardzi, z takim skladem, szeroka kadra, moga po prostu stanowic bardzo ale to bardzo grozny zespol nie tylko na podworku EPL. Tevez zachwycal – gdyby nie cyrk z zeszlego roku z Bayernem, to pewnie sprawa tytulu nie rozstrzygnela by sie w ostatniej sekundzie ostatniej kolejki (Kun, nie zapomne Ci tego ;-))) ) Poki co, 26 graja z Liverpoolem, bedzie ciekawie :-)))

    Odpowiedz
    1. ~dziaam

      City dało świetny mecz, ale znów powraca ten sam problem – mistrz nie powinien takich meczaów dawać, mistrz nei powinien wygrywać sezonu w ostatniej sekundzie doliczonego czasu. Mistrz Anglii powiniem być wyrachowanym killerem i prać takie zespoły jak Sothampton nie dając im odrobiny nadziei. City może zlać każdego, to prawda. Ale ci piłkarze wyglądają też na takich, którzy mogą przegrać sami ze sobą i nie wywieźć punktów od słabeusza. No i kolejna sprawa – Kun. Ciekawy jestem ilu komentatorów (Michał?) odwoła typowanie City na mistrza, jak się okaże (a myslę, że się okaże), że na pół sezonu City w ataku skazane jest na dwie tykające bomby i Dzeko?

      Odpowiedz
      1. ~Tomas_h

        Teoretycznie masz racje piszac ze „mistrz powinien”… Ale pamietasz co sie stalo rok temu w meczu mistrza z Blackburn, Wigan czy tez (lo matko, to juz 2night) Evertonem, tuz przed koncem sezonu? To nie byly mistrzowskie mecze …Wiec masz racje jej nie majac, bo mistrza poznaje sie po tym, jak gra do koncowego gwizdka – a MC gralo, i to calkiem niezle.

        Odpowiedz
        1. ~dziaam

          Zawsze może się zdarzyć gorszy dzień, ale City jak na mistrza jest wyjątkowo nieregularne. Zeszły sezon wygrali m.in. dlatego, że reszta czołówki albo się dostosowała, albo w ogóle miała beznadziejny sezon. Mistrz nie powinien liczyć, że będzie wiele takich sezonów, jak ten 2011/12. To nie był dobry sezon prawie dla nikogo z górnej części tabeli.

          Odpowiedz
          1. ~Jaskier

            Eeee, tak można powiedzieć za każdym razem. Wygrali, bo inni mieli gorszy sezon? Na tym polega przecież sens rywalizacji.Dla porządku: City (zresztą United także) wygrali 28 meczów w sezonie. W XXI wieku tylko Chelsea (dwukrotnie) wygrywała częściej (29 zwycięstw). Rok wcześniej do mistrzostwa graczom Fergusona wystarczyło do tytułu 80 punktów, rok później 89 starczyło na wicemistrzostwo…Strzelili przy tym 93 bramki. I znowu: w XXI wieku tylko raz mistrz strzelił więcej.Wygrali, bo mieli świetny sezon (owszem, choć ze dwa razy złapali lekką zadyszkę, ale tego chyba nie da się uniknąć).

          2. ~dziaam

            > Wygrali, bo inni mieli gorszy sezon? Na tym polega przecież sens> rywalizacji.No ok, ale nie zmienia to faktu, że cała liga miała gorszy sezon. Nie zaprzeczam, że City było najlepsze w lidze, tylko uważam, że widziałem mocniejszych mistrzów EPL. Zresztą w ogóle ciężko oceniać ten szalony sezon, emocje jak w ekstraklasie.

  7. ~Richard_Gere

    Panie Michale, według Pana Liverpool dobrze rozgrywał piłkę przed pierwszą bramką West Bromwich? Nie mogę się zgodzić, według mnie trójka Gerrard – Lucas – Allen wypadła fatalnie (zawiódł zwłaszcza ten ostatni) a pomocnik WBA Mulumbu nie dość, że co chwilę zabierał im piłkę to jeszcze kilkakrotnie któregoś z nich kiwnął.Byłem bardzo ciekaw Liverpoolu Rodgersa a zobaczyłem produkt piłkarskopodobny, w którym wyróżniał się jedynie Suarez stwarzający zagrożenie dla bramki rywali z każdej pozycji na boisku ale nawet to miało miejsce jedynie w początkowej fazie meczu bo Urus szybko zrównał się z obrazem beznadziei kolegów z drużyny. Borini pokazał się jednym niezłym strzałem, który przeleciał obok spojenia bramki i tym, że po bliższym kontakcie z barkiem Olssona na chwilę przeniósł się z powrotem do Rzymu.Oprócz karnych obrońcy The Reds mylili się parokrotnie w pierwszych minutach, które według mnie były dość wyrównane (uderzenie Gery). Reasumując – defensywa gra fatalnie, pomoc nie bardzo ma pomysł na budowanie akcji i daje się ogrywać piłkarzom klasy co najwyżej średniej a atak to na dobrą sprawę tylko Luis S, który w tym meczu sprawiał wrażenie jakby chciał sam do siebie podać w uliczkę i sam to wykończyć.Bardzo, bardzo długa droga przed Rodgersem ale przynajmniej nigdy nie będzie szedł sam.

    Odpowiedz
    1. ~alasz

      Ten projekt jest bardzo interesujący, jestem niezmiernie ciekaw czy możliwa jest płynna przemiana miedzy filozofią gry opartej na warunkach fizycznych i górnych, długich pilkach, a oparciem gry ma mobilności (czyli inne walory fizyczne), pomysłowości i precyzji. W ciagu roku klub postanowił odwrócić wszystko, używając w znakomitej większości tych samych wykonawców. Mam przekonanie graniczące z pewnością ze w tym sezonie o top 4 a może i top 6, w zależności od tego co wyjdzie z AVB mowy być nie może. W tym klubie trzeba zmienić tak dużo ze jeden sezon to za mało. Wszelkie rewolucje najczęściej kończą się fiaskiem, efekty przynosi metodyczna, skrupulatna, wytrwała i długotrwała praca. Wydaje się ze na dzień dzisiejszy rodgers chce zmienić za dużo i za szybko.

      Odpowiedz
      1. ~Dawid Bartodziej

        Nie zgodzę się z tym „za dużo i za szybko”. To kibice Liverpoolu chcieliby za dużo w zbyt krótkim czasie od Rodgersa otrzymać, dawno przestałem czytać fora, ale dziś nie mogłem się powstrzymać i co zobaczyłem? „Tyle miał czasu i nic nie zdziałał”, naprawdę. Polska to nie kraj 40 milionów trenerów piłkarskich, jak zwykło się mawiać. Polska to kraj 40 milionów właścicieli klubów piłkarskich :)A z kolegą z Pretty Woman pozwolę sobie się nie zgodzić ani trochę – Suarez owszem, był widoczny. Jak się marnuje takie patelnie, to trudno pozostać niezauważonym. Na drugim biegunie Allen – 4 dni z drużyną, ale IQ i wizja większe od 10 pozostałych razem wziętych, klasa. Wychodzenie na pozycje, ruch bez piłki, dokładne podanie, świetne ustawianie się. Z Mulumbu przebitkę przegrał RAZ i to było jego jedyne złe zagranie w tym meczu.

        Odpowiedz
        1. Michał Okoński

          Podtrzymuję opinię o Allenie: bardzo porządnie regulował grę Liverpoolu. Może nie było tego widać w skrócie, ale jak patrzyłem na spory kawałek meczu, bardzo wiele szło przez niego, dał też wiele „przedostatnich” podań, czyli np. takich, po których na bramkę WBA rozpędzał się Johnson.

          Odpowiedz
          1. ~Richard_Gere

            Nie wiem, może to przez styl gry w Anglii jako fan włoskiej Serie A mam zupełnie inne spojrzenie na grę cofniętego rozgrywającego ale wczoraj wieczorem w meczu Juventusu z Milanem o Puchar Berlusconiego zagrał Paul Pogba, 19latek, którego ledwo upychał na ławce Sir Alex Ferguson i wydaje mi się, że potrafi regulować grę nawet lepiej niż Allen, na którego transfer wydano spore pieniądze i oczekiwania wobec niego są na pewno znacznie większe niż występ przeciwko WBA. Występ co najwyżej przeciętny – podtrzymuję swoją opinię a z tego co widzę to goal.com i whoscored.com również mają podobne zdanie.

          2. ~alasz

            Pierwszej kolejki nie mogę obejrzeć, wiec nie wiem co allen pokazał. Widziałem za to jego grę na olimpiadzie, nie pokazał nic specjalnego. Ot był pod gra, eleganco podawał wyprowadzajac piłkę z obrony, nie był tez wiodącą postacią pomocy. Nieźle, ale na kolana nie rzuca. Taka słabsza wersja carricka. Nie jest to człowiek który ciągnie grę zespołu z czołówki. Na tle kolegów z LFC wypada jednak dobrze i sam transfer jest krokiem w dobra stronę dla klubu.

  8. ~M_Voice

    Porównanie dotychczasowej postawy Cazorli i Hazarda wydaje się o tyle trudne, co trochę bezsensowne. Obaj zawodnicy mieli powierzone inne zadania – Cazorla operował piłką na całej szerokości i długości boiska, można powiedzieć że wszedł w buty Fabregasa sprzed kilku sezonów. Hazard natomiast w sporej mierze skupiał się na grze na prawej flance, ewentualnie wymieniał się pozycją z trochę niewidocznym Matą (tego natomiast częściej widać było w środku pola). Jednak odpowiadając na postawione przez Pana pytanie – Czy wypadł lepiej? I tak i nie. Cazorla lepiej zaprezentował się w przekroju całego meczu – genialne zagrania, pokazywanie się pomiędzy formacjami. Ale trzeba oddać mu to, że w jego zespole są zawodnicy zdolni do szybkiej i kombinacyjnej gry. Tego nie można powiedzieć o Chelsea, której środkowi pomocnicy, a dokładniej ich gra wołają o pomstę do nieba. Jeśli jednak spojrzymy na wpływ gry Cazorli i Hazarda na wynik meczu – tutaj lepszy był Belg. Asysta przy bramce Ivanovicia poprzedzona genialnym przyjęciem piłki ze zwodem i wywalczony rzut karny.W Chelsea rolę Cazorli powinien przyjąć Oscar, o ile Lampard z Mikelem w ogóle dopuszczą go do rozgrywania piłki. Obiecująco zapowiada się trójkąt Mata-Hazard-Oscar. Może wówczas Torres doczeka się jakiś prostopadłych podań…

    Odpowiedz
  9. ~Dawid Bartodziej

    Mam po tej kolejce ciekawe przemyślenie (proszę mi wybaczyć, że z całego wpisu wyciągnę tylko słowa „oba karne niekontrowersyjne”, nt. oczywiście meczu WBA-LFC). W trakcie meczu byłem dość rozeźlony na pana Dowda za karnego numer dwa; nie jestem jeszcze na tyle szalony, żeby studiować zasady piłki nożnej na stronie FIFA, staram się raczej kierować zdrowym rozsądkiem, wszak „piłka nożna to prosta gra komplikowana przez idiotów”. Stąd mocno zdziwił mnie ogólnie panujący konsens tyczący się słuszności jedenastki po faulu Skrtela. Widać jednak tak jest w zgodzie z literą prawa, z czym – chcąc, nie chcąc – muszę się pogodzić. Tutaj jednak właśnie pojawia się moje przemyślenie:Dlaczego w następujących sytuacjach:- dotknięcie piłki ręką niecelowe, bez ruchu ręki do piłki- dotknięcie piłki ręką, która ‚nie powiększa powierzchni ciała’- dotknięcie piłki ręką spowodowane kopnięciem piłki przez rywala z odległości eliminującej możliwość ręki cofnięciakarnego nie ma? Wydaje się to racjonalne – co ten biedy obrońca miał zrobić, przecież w każdym przypadku sytuacja miała miejsce nie z jego winy. Inna sprawa, gdyby zablokował w ten sposób piłce drogę do pustej bramki (lub też zapobiegł bardzo groźnej sytuacji, np. sam na sam), wtedy w myślnikach pierwszym i trzecim karny się należy. Rozsądnie.Dlaczego zatem należy się karny w sytuacji, gdy obrońca chce po prostu podać w rogu pola karnego, ale wyrasta zza niego napastnik i w ostatniej chwili odkopuje mu piłkę, przez co obrońca nie ma wyjścia i musi trafić napastnika w nogę? Dodajmy do tego, że nie miał być to wyjazd na 60 metrów, tylko krótkie 10-metrowe podanie, więc siła włożona w kopnięcie była najzwyczajniej w świecie mała. Dodajmy do tego, że napastnik nie miał najmniejszych szans na dojście do sytuacji strzeleckiej.Wierzę Panu, wierzę Hansenowi, wierzę Dowdowi, wierzę że karny zgodnie z przepisami się należał. Pytanie brzmi następująco: czy przepisy nie są odrobinę nielogiczne?PS. Zapomniałem o jeszcze jednym typie ręki, po której nie ma karnego – gdy piłka najpierw odbije się obrońcy od nogi, a później trafi go w rękę. Ze wszystkimi pozostałymi przykładami (także z opisanym przeze mnie faulem Skrtela) łączy ją wspólny element – brak możliwości reakcji zawodnika popełniającego przewinienie.PS2. Cały ten przydługi wywód przypomniał mi moją ulubiona aferę piłkarską pod tytułem „piłka minęła linię bramkową całym obwodem”. Dzięki MOTD miałem okazję się przekonać, że Angole mówią po prostu „cała piłka minęła linię”, więc to absurdalne sformułowanie musiał wymyślić jakiś polski ekspert. Ciekawe który?Będę bardzo wdzięczny za polemikę.

    Odpowiedz
    1. ~xpander

      >Wierzę Panu, wierzę Hansenowi, wierzę Dowdowi, wierzę że karny zgodnie z przepisami się należał. >Pytanie brzmi następująco: czy przepisy nie są odrobinę nielogiczne?Nie będę się sprzeczał, czy Skrtel chciał podawać, czy też może za daleko wypuścił sobie piłkę (dla jednak wygląda to na drugą możliwość). Fakty są jednak takie, że atakujący WBA ją przejał i to on był w jej posiadaniu gdy został kopnięty w łydkę. Karny absolutnie słuszny, na pewno jeśli chodzi o przepisy, a tym bardziej jeśli chodzi o logikę.

      Odpowiedz
      1. ~Dawid Bartodziej

        Jedno nie przeszkadza drugiemu – najpierw za daleko wypuścił sobie piłkę, a potem chciał podawać. Pytanie brzmi tak – czy mógł zrobić cokolwiek, żeby nie sfaulować?

        Odpowiedz
    2. ~jpawl

      ad PSw tym wypadku zły przykład – akurat ten sam Phil Dowd temu samemu Liverpoolowi w ostatnim półfinale Carling Cup podyktował/podarował takiego karnego – Micah Richards był wtedy pechowcem, któremu po strzale bodajże Carrolla piłka odbiła się najpierw od nowi a potem trafiła w rękę – raczej świadomego ruchu w jej stronę nie było – karny i bramka Gerrarda

      Odpowiedz
      1. ~Dawid Bartodziej

        Doskonale pamiętam tamtą sytuację – to właśnie przy jej okazji dowiedziałem się, że taki przepis (czy może: obowiązująca interpretacja) obowiązuje. Moim zdaniem to bardzo dobry przykład. Dlaczego? Dlatego, że moją intencją jest zupełnie co innego niż udowadnianie, że Liverpool został skrzywdzony przez sędziego.

        Odpowiedz
  10. ~nalewacz

    Dwa słowa po meczu MU: holding midfielder ! Ewidentnie brakuje mi takiego gracza, który pod duża presja nie straci piłki i rozegra ja z obrońcami Manchesteru. Pomoc MU została dzisiaj po prostu w pierwszej połowie zabiegana, a na starcia Carricka z Fellainim (bestia !) aż smutno było patrzeć. Jak tuż przed rożnym zobaczyłem że Carrick kryje Belga, to od razu mi sie przypomniał mecz Anglia – Włochy i pomyslałem – bedzię gol.Zaczynamy sezon prawie jak zawsze – od męczarni. Oby nie za długo potrwały.

    Odpowiedz
  11. ~dark

    poprosiłbym taką grę Diabłów przez cały sezon jak widziałem dziś w wykonaniu Evertonu. Strzelić na 1-0 i siedzimy na własnej połowie. Kiedyś zdawało egzamin. W dzisiejszym meczu brakło, chyba pomysłu. Momentami nastąpiła chyba za duża wymienność pozycji, nikt nie wiedział co ma grać. Jedynie Kagawa kilka razy starał się coś rozruszać drużynę. Może gdyby udało się dostosować szybkość reakcji pozostałych piłkarzy do podań Japończyka ta gra wyglądała by lepiej?

    Odpowiedz
  12. ~Jaskier

    Ależ fantastyczny mecz Evertonu. Ciekawe, czy uda się im wreszcie ustabilizować formę, bo to, że potrafią od czasu do czasu zagrać rewelacyjnie i utrzeć nosa faworytom, wiemy od dawna.W United na plus chyba tylko de Gea i Kagawa. Nani kompromitująco, Rooney niewiele lepiej.Dziwnie się oglądało RVP w koszulce United.

    Odpowiedz
  13. ~erictheking87

    Starcie z Evertonem traktowałem jako sparing na przetarcie się – wiadomo było od początku, że wyjazd na dzień dobry na Goodison to beznadziejny starter sezonu.Everton wyglądał znakomicie, szczególnie wypychając United ze swojego pola karnego.Hibbert zafundował dzisiaj Evrze i skrzydłowym ‚bad day at the office’, Fellaini świetnie dowodził rozbiórką, Jagielka z Distinem czyścili w polu karnym co trzeba i kiedy trzeba, Leighton Baines (co za zawodnik) nękał Valencię raz za razem…Bardzo dobry mecz Niebieskich – przypuszczam, że tak dysponowanego Evertonu nawet Barcelona by nie rozklepała.A mimo wszystko uważam, że trójkąt Scholes-Tommy C.-Kagawa działał bardzo nieźle. Rooney z Welbeckiem także starali się pokazywać do gry, ale Everton po prostu nie dawał przestrzeni w ostatniej ćwiartce (kolejna z zagadek tłumaczeniowych: final third) broniąc gęsto, równo, mądrze i z zacięciem.Natomiast gdy już klepnęli gola, pojawiło się klasyczne men behind the ball, co w połączeniu z powyższymi rzeczami nie dawało nadziei nawet na remis. Jedynie przebłysk geniuszu jednego z graczy United mógł dać wyrównanie.Aha, no i oczywiście Valencia z Carrickiem to mimo wszystko nie są gracze, którzy na poważnie mogą grać w defensywie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *