Archiwa kategorii: Polska piłka

Euroniecodziennik: jeźdźcy apokalipsy

Narzekacie na Smudę i Polaków? Zobaczcie, jaki potencjał zmarnował Bert van Marwijk. Grający w najlepszych klubach świata i pożądani przez takowe, sami najlepsi lub niemal najlepsi na świecie na swoich pozycjach (przynajmniej van Persie i Sneijder), Holendrzy odpadają z Euro po trzech porażkach. U nas jeden dobry napastnik – u nich dwóch wybitnych. U nas jeden skrzydłowy, u nich co najmniej kilku. U nas żadnego rozgrywającego, u nich aż dwóch – i to jakich… Smutno było patrzeć na Sneijdera zepchniętego w pierwszej połowie na lewe skrzydło, ale patrząc na bramkę i statystyki van der Vaarta z tego czasu trudno uznać, że jego wprowadzenie zaszkodziło drużynie.

To znaczy owszem: w jakimś sensie zaszkodziło. Postawienie na piłkarza Tottenhamu w środku pomocy, rezygnacja z van Bommela jako drugiego defensywnego pomocnika, otworzyła Holendrów niemal zupełnie (zupełnie otworzyli się dopiero po zejściu Willemsa, kiedy grali już bez lewego obrońcy, a Pereira i Nani biegali sobie pod pole karne Sketelenburga przez nikogo nie niepokojeni). Z drugiej strony: czy mieli wyjście? Przy założonym z góry zwycięstwie Niemców nad Duńczykami (nie przyszło łatwo, nawiasem mówiąc…), musieli ryzykować, musieli przeć do przodu nie oglądając się na to, co z hektarami wolnego miejsca za ich plecami zrobi za chwilę Cristiano Ronaldo. Dla gracza Realu Madryt był to skądinąd wymarzony scenariusz; wyobraźcie sobie, co robiłby z Polakami Arszawin, gdyby Smuda nie wystawił przeciwko Rosji trzech defensywnych pomocników…

Jasne: naciągam porównanie. Nie ta grupa, nie ten potencjał przeciwnika, a wreszcie: nieporównywalny pierwszy mecz, jeśli wziąć pod uwagę, ilu kapitalnych sytuacji nie wykorzystali w jego trakcie Holendrzy. Chcę jedynie przestrzec przed popadaniem w apokaliptyczne tony z racji odpadnięcia Polaków z mistrzostw Europy. O apokalipsie to mogą mówić Holendrzy, będący – mimo wszystkich historyczno-psychologicznych wątpliwości, mimo plotek o kolejnych konfliktach w tej drużynie – jednym z faworytów turnieju. Nam po prostu nie udało się spełnić marzeń. To zawsze przykre doświadczenie, ale przecież związane z tym, że marząc oderwaliśmy się od rzeczywistości: na chwilę, na dzień, a choćby i na tydzień zapomnieliśmy, skąd jesteśmy i co umieją nasi piłkarze i/lub szkoleniowcy. Kibic piłkarski zawsze będzie marzycielem, więc nie ma co teraz popadać w poczucie winy, że wierzył, dopingował, może czasem podbijał bębenka odważnie formułowanymi oczekiwaniami… A co innego ma robić kibic, jeśli nie marzyć?

Kibiców usprawiedliwiam, inaczej z dziennikarzami. Przeczytałem w ciągu ostatnich kilkunastu godzin dziesiątki stron na temat polskiej „anatomii klęski”. Ich autorzy biją jak w bęben we Franciszka Smudę i jego współpracowników; piszą o paraliżującym selekcjonera strachu, o zmarnowanych przygotowaniach. „Lać ich i gonić. Pieniędzy nie płacić, bo nie ma za co” – grzmi Dariusz Tuzimek. „Sprzyjało wszystko. I wszystko zostało koncertowo spieprzone” – wtóruje mu Krzysztof Stanowski, również poświęcając obszerne fragmenty swojego tekstu pieniądzom, a ja, będąc kompletnie z boku tego świata, czuję się tak, jakbym oglądał studio Polsatu z poprzedniego Euro. Zgoda, że Brożek jest słabym napastnikiem, który od wyjazdu z Wisły nigdzie nie zagrzał miejsca, pytanie tylko, jaka była alternatywa. Huntelaara trzymał ten okropny Smuda na ławce? Kuytowi kazał się rozgrzewać, a potem znowu posadził? A może Polanskiego miał zastąpić van Bommel, tylko polski trener kierując się podejrzanymi koneksjami wybrał Grosickiego? Jasne: Murawski stracił piłkę i Czesi poszli kontrą, tylko czy tak samo z kontrą nie wychodzili Portugalczycy po stratach van der Vaarta? Możemy się oczywiście spierać o kunktatorstwo Smudy, ale przyznaję, że nawet w drugiej połowie meczu z Czechami byłem skłonny je usprawiedliwiać obawą przed tym, co w istocie się stało (i co brali również Holendrzy) – przed indywidualnym błędem i kontrą rywala. Dopóki w tym meczu utrzymywał się remis, była szansa: na naszą kontrę, na strzał z dystansu, choćby i na stały fragment (w wykonaniu Polaków były groźne, co komplikuje tezę o zawalonych przygotowaniach).

Jasne: po Euro Franciszek Smuda odejdzie, tylko pokażcie mi tego cudotwórcę, który miałby go zastąpić. Maciej Skorża, odpowiedzialny za pucharowe klęski Wisły i Legii, a ostatnio za utratę mistrzostwa kraju tej ostatniej? Piotr Nowak? Już najbardziej mnie przekonuje Monty Pythonowska z ducha propozycja kolegów z „Supergiganta”, żeby powierzyć polską reprezentację Harry’emu Redknappowi. Przynajmniej czytając ją nie muszę się zastanawiać, z kim pije wódkę autor tekstu.

Euroniecodziennik: to wcale nie koniec

W sobotę, 16 czerwca 2012 roku o godzinie 20.45, mój sąsiad sięgnął po wiertarkę i zaczął pruć ścianę. Nie sądzę, żeby postanowił w ten sposób zdystansować się od mistrzostw Europy. Słyszałem już o takich wypadkach: przed wieloma laty opowiadano mi historię człowieka, który tak silnie przeżywał mecze, że nie mógł ich oglądać. Kiedy tylko zbliżała się transmisja, ustawiał fotel przed telewizorem, wyjmował piwo z lodówki, po czym wychodził przed dom i przez następne dziewięćdziesiąt minut, z doliczonym kwadransem przerwy i paroma minutami „Fergie time”, wściekle podlewał grządki, aż wreszcie mecz się skończył, a jego ogródek zamienił się w błotniste bajoro.

Rozumiemy go, prawda? Oglądamy teraz nasze paznokcie, wyżymamy koszule, opróżniamy popielniczki i odnosimy do kuchni szklanki, zastanawiając się, dlaczego kolejny raz daliśmy się nabrać. Czy nie lepiej było wywiercić parę otworów, zamocować półkę na książki, których czytanie byłoby doprawdy dużo lepszym zajęciem niż oglądanie piłki nożnej? W sobotę, 16 czerwca 2012 roku o godzinie 22.42 pozamykałem strony internetowe i odłączyłem fora społecznościowe, na których już, w ciągu paru zaledwie minut od zakończenia spotkania, zaroiło się od frustratów, pytających, ile to wszystko kosztowało, krytykujących rząd, opozycję, Kościół, trenera, piłkarzy i cały pieski świat.

Co im odpowiedzieć? Że wciąż oglądamy fantastyczne mistrzostwa Europy i że wciąż odbywają się one w Polsce? Że dziś w Warszawie, równolegle z bojem wrocławskim, byliśmy świadkami wielkiej sensacji, w której drużyna skazywana na pożarcie, najsłabsza – wydawałoby się – w grupie, mając nóż na gardle zdołała wygrać mecz z absolutnym faworytem i awansować, eliminując tego ostatniego? Że gdyby nie desperacka interwencja Kadleca, wybijającego piłkę z pustej bramki w ostatnich sekundach meczu, także Czesi odpadliby z mistrzostw? A może nic nie odpowiadać, skoro im w ogóle nie chodzi o futbol? „Dziwni są polscy komentatorzy – napisał ktoś z anglojęzycznych obserwatorów spotkania na Twitterze. – Wciąż mówią o wierze, nadziei, sercu, pragnieniach, przeznaczeniu, szczęściu, Opatrzności, bla, bla, bla, zamiast skupić się na piłce nożnej”.

My jednak zgromadziliśmy się tutaj, żeby rozmawiać o futbolu. Żeby spróbować zrozumieć, dlaczego się nie udało. Dlaczego – podobnie jak z Grecją – po dwudziestominutowym szturmie, podczas którego doliczyłem się pięciu dobrych okazji, pozwoliliśmy rywalom wrócić do gry, a po zmianie ustawienia (w 55. minucie Grosicki zastąpił Polanskiego) przestaliśmy grać w ogóle. To ostatnie akurat łatwo wytłumaczyć: jeden Czech więcej w strefie środkowej, plus nasi skrzydłowi niewracający za bocznymi obrońcami rywala. To pierwsze wytłumaczyć trudniej. Może najbardziej tym, że z tych piłkarzy łatwiej ustawić drużynę do taktyki negatywnej, jak z Rosjanami, niż samemu coś skonstruować. Tam wiadomo było, o co chodzi: zagęścić środek, nie dopuścić do szybkiego ataku, którym piłkarze Advocaata zmasakrowali Czechów w swoim pierwszym meczu na Euro. Tu już inaczej: trzeba było znaleźć sposób na przedarcie się pod bramkę inaczej niż w szybkim ataku, kiedy wyczerpał się już pierwszy impet, nie wychodziły strzały z daleka, a stałych fragmentów nie udawało się wywalczyć. I nie było komu znaleźć tego sposobu.

Rzecz w tym, że mamy niezłego bramkarza, przyzwoitego środkowego obrońcę (Perquisa mam na myśli) i świetnego prawego obrońcę (choć dziś akurat Piszczek zagrał słabo…), mamy dobrego prawoskrzydłowego i znakomitego napastnika. Brakuje rozgrywającego, który potrafiłby tym wszystkim dyrygować. Który zagrałby prostopadłą piłkę do tegoż napastnika albo zrobił nieoczekiwany przerzut na skrzydło (zwłaszcza lewe, bo na prawym Błaszczykowski był tym razem pilnowany wyjątkowo starannie). Owszem, były momenty, kiedy próbował Obraniak, były i takie, kiedy próbował Polanski – choć ten ostatni miał kompletnie inne zadania, a potem został zmieniony, nie jestem zresztą pewien, czy słusznie. Ale spajającego to wszystko lidera się nie dorobiliśmy (względnie: nie zdołaliśmy go naturalizować).

Jasne, że najłatwiej po czymś takim zabrać się za wyrzucanie z pracy (albo zwyczajnie nie przedłużyć kontraktu). Okropnie jednak jestem ciekaw ludzi, którzy wyselekcjonowaliby na ten turniej innych piłkarzy, względnie ułożyliby z tych, którzy zagrali w reprezentacji Polski, coś jakościowo innego. Jestem pewien, że pojawią się na tuziny, nie sądzę jednak, bym był w stanie im uwierzyć.

Oczywiście wiem, że to była najsłabsza grupa. Wiem, że u Czechów nie było Rosickiego, że dotąd raczej z nimi wygraliśmy, itd., itp. Też jestem przygnębiony: głównie tym, że Lewandowski był osamotniony i nawet kiedy już udało mu się wygrać samotny pojedynek z obrońcami, nie miał komu odegrać wywalczonej piłki. I tym, że gdy Murawski pomylił się fatalnie przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, Czesi skontrowali i Jiraczek nabrał Wasilewskiego na prosty zwód. Najbardziej pewnie tym, że rywal, kiedy już musiał, na skutek wieści z Warszawy – bez problemu przejął inicjatywę.

A jednak jestem Polakom wdzięczny za ten wielki tydzień. Ja w ciągu tego czasu podbijania bębenka nie widziałem – widziałem normalne, nieuleczalne kibicowanie wbrew rzeczywistości. W gruncie rzeczy wiedzieliśmy, jakie jest nasze miejsce w piłkarskiej hierarchii, a do samego końca udawało nam się tę wiedzę kwestionować. Pewnie stąd zresztą skala tego przygnębienia: gdyby skompromitowali się już w pierwszym meczu albo dostali łomot w drugim, byłoby łatwiej. Z drugiej strony: za chwilę rozpoczną się eliminacje mundialu. Ta drużyna jest młoda, może pograć ze sobą kolejnych kilka lat. Może się rozwinąć. Może w ciągu tego czasu uda się dołożyć do niej rozgrywającego, a póki co: nadal się cieszyć fantastycznym turniejem.

Niecodziennik Euro: gniazda na mej głowie nie uwił orzeł biały

Futbol zwyciężył. Cokolwiek wydarzyło się przed meczem i cokolwiek jeszcze wydarzy się po – futbol zwyciężył. Nieprzewidywalny, paradoksalny, po prostu piękny. Uwielbiam ten stan, w którym można nie być kolejny raz narratorem narodowej klęski, tylko napawać się dochodzącymi z całej Europy komplementami: że to był świetny mecz, że w jego trakcie padła najpiękniejsza bramka turnieju i że – co w gruncie rzeczy cieszy mnie najbardziej – polska myśl szkoleniowa wreszcie dała radę.

W przerwie, kiedy – przypomnę – przegrywaliśmy z Rosjanami 0:1, zapisałem sobie, że taktycznie było to najlepsze 36 minut Polaków, jakie widziałem od niepamiętnych czasów. A zarazem było to 36 minut życia na krawędzi, jak zawsze w starciu z rywalem, który teoretycznie przerasta cię o głowę. To było też optymalne ustawienie reprezentacji Polski, złożonej z tych piłkarzy, których akurat mamy do dyspozycji, i grających przeciwko akurat takiemu przeciwnikowi. Trivote, trójka defensywnych pomocników przed linią obrony, choć z Polanskim obdarzonym dużą swobodą, a z przodu wspierający Lewandowskiego Błaszczykowski z Obraniakiem. Wszędzie asekuracja i stosunkowo mało miejsca dla Arszawina, zmuszonego do podawania głównie w poprzek boiska. Groźne stałe fragmenty. Wybitna kombinacja, po której Polanski trafił do siatki po minimalnym spalonym. Kapitalny wślizg Perquisa. Nawet jeśli Rosjanie byli przy piłce, to nie znajdowali sposobu na przedarcie się pod bramkę Tytonia… Nic dziwnego, że tuż przed rozpoczęciem drugiej połowy Rafał Stec pytał, czy może w „Gazecie” użyć frazy „Futbol jest okrutny”, bo rzeczywiście: jedno zagapienie się Piszczka przy kryciu Dżagojewa, dla prostej zmyły atakującego przy stałym fragmencie akurat z drugiej linii, i wydawało się, że wszystkie te komplementy trzeba odwoływać.

Nic z tych rzeczy. Niespodziewanie nawrócony na Franciszka Smudę, zaciskałem kciuki, żeby wytrzymał nerwowo: żeby wierzył w to, co wymyślił przed meczem. „Jeśli nie chcesz skończyć jak Czesi, zostaw tych piłkarzy i to ustawienie” – przemawiałem do jego gęby, kiedy pojawiła się w reklamie przed wyjściem Polaków na drugą połowę. „Nie czas na zmiany”, powtarzałem wbrew kaskadom internautów pojawiających się na wszystkich moich tajmlajnach. „Odsłonić się, to zginąć”.

Zauważcie, jak niewielka liczba podań i jak niewielu zawodników uczestniczących w akcji wystarczyło, by ucieszyć tak wielu. Udana interwencja Boenischa (skądinąd w sytuacji, gdy Rosjanie wychodzili z kontrą czterech na czterech – co się prawie w tym meczu nie zdarzało). Podciągnięcie piłki przez Dudkę. Murawski, jeszcze tyłem, jeszcze na własnej połowie, odgrywa do Obraniaka. Ten znajduje miejsce po prawej stronie: tam, gdzie miało brakować zapędzającego się do przodu Żyrkowa, biegnie kilkadziesiąt metrów, oddaje do Błaszczykowskiego, który przekłada piłkę na lewą nogę i uderza nie do obrony. W tym momencie na rosyjskiej połowie jest pięciu Polaków. Można? Można!

Pisałem już po meczu Holandia-Dania, wywołując furię niektórych z Was, że brak zmian niekoniecznie musi być dowodem niekompetencji trenera: przegrywający van Marwijk zaryzykował, zdejmując defensywnego pomocnika i wprowadzając drugiego napastnika, ale efektem było wyłącznie opanowanie środka pola przez Duńczyków (mieli od tej pory o jednego piłkarza więcej w tej strefie) i zgubienie rytmu przez dążących do wyrównania Holendrów. Uwierzyłem Smudzie, że w pierwszym meczu obawiał się zepsucia tego, w czym drużyna czuje się najlepiej, tym bardziej że dziś – przy lekko już podmęczonych Rosjanach – po wejściu Mierzejewskiego i powrocie do ustawienia 4-2-3-1, znów była w stanie kontrolować grę.

Ciekaw jestem, jak czuje się Jan Tomaszewski. Najlepsi w polskim zespole, oprócz strzelca bramki rzecz jasna, byli przecież znakomicie podający na połowie przeciwnika Obraniak i świetnie przeszkadzający Rosjanom, a poza tym równie co piłkarz Bordeaux precyzyjny Polanski. Co ważne: Polacy wytrzymali mecz kondycyjnie. Co jeszcze ważniejsze: po wyrównaniu nie uderzyła im krew do głowy, nie odsłonili się, utrzymali koncentrację i dyscyplinę. Ech, nie myślałem, że dożyję chwili, gdy zobaczę polskiego szkoleniowca rysującego rezerwowemu piłkarzowi schemat taktyczny – ale nie myślałem też, że doczekam drużyny, która będzie umiała w takim stylu odrobić straty. Nie, „gniazda na mej głowie nie uwił orzeł biały”, nie straciłem zdolności trzeźwej oceny sytuacji. Po prostu z właściwą sobie bezstronnością oddaję sprawiedliwość reprezentacji Polski za to, że potrafiła zareklamować nasz kraj lepiej, niż zrobiły to bandziory pod stadionem, trafiające właśnie na czołówki europejskich portali. Cholernie się cieszę, że zwyciężył futbol.

Euroniecodziennik: miłe początki

Gdyby nie czerwone kartki (jedna – ta dla Greków – cholernie kontrowersyjna), gdyby nie obroniony karny przez dopiero co wprowadzonego na boisko Tytonia, gdyby nie pytanie o niepodyktowanego karnego przy ręce Perquisa w końcówce pierwszej połowy i nie minimalny spalony w drugiej, musiałbym napisać, że już pierwszego dnia oglądałem najsłabszy mecz turnieju, a tak miałem się przynajmniej czym emocjonować.

Wyznaję to z przykrością, bo po niezłym początku także ja dałem się zaczarować przez magię Narodowego i w myśli kleciłem już pierwszą w swojej biografii polskiego kibica opowieść o sukcesie. Miałem zresztą swoje powody, patrząc na nieistniejącą w pierwszej połowie lewą stronę Greków i kolejne akcje duetu Piszczek-Błaszczykowski, oraz na pressing i odbiory w środku pola Murawskiego i Polanskiego. Starczyło na nieco dłużej niż pół godziny; już w przerwie alarmująco wyglądała statystyka celnych podań, o posiadaniu piłki nie wspominając. A dalej było przewidywalnie: obawialiśmy się Boenischa na lewej stronie i lewą stroną poszła akcja Greków, obawialiśmy się (ja przynajmniej, zobaczcie postscriptum tego wpisu) skoków adrenaliny Szczęsnego i bramkarz Arsenalu najpierw niepotrzebnie wybiegał z linii bramkowej konfundując Wasilewskiego, a potem – zgoda, tu już w sytuacji beznadziejnej – faulował napastnika w niebieskiej koszulce. Rywale zwalniali grę, dbając o utrzymywanie się przy piłce, Polacy stracili energię do pressingu, Lewandowski nie dostawał piłek, a trener Smuda – zgodnie z zapowiedzią zresztą, że nie odsłoni się, jeśli w 70. minucie wynik będzie remisowy – nie dokonywał zmian.

Zmian dokonywał za to, i to świetnych, trener Grecji. Salpingidis i Fortunis nie tylko uspokoili grę rywali, ale ten pierwszy wykreował akcję, która przyniosła Grekom gola, a i przy rzucie karnym to Fortunis podawał do Salpingidisa. Dodajmy jeszcze, że Salpingidis trafił do siatki z minimalnego spalonego (z podania Fortunisa, a jakże); chciałbym doprawdy, żeby polscy sprawozdawcy nie analizowali wyłącznie występu „naszych”…

Niby wszystko to przewidywaliśmy przed meczem, a przecież jesteśmy rozczarowani. Spodziewaliśmy się, że będzie remis i że Franciszek Smuda przede wszystkim nie będzie chciał tego meczu przegrać. Czy sparaliżowała go nadmierna ostrożność? Nie umiał czy nie zdążył zareagować na zmiany Greków? I co najważniejsze: czy będzie potrafił przygotować drużynę na konfrontację z czekającym we wtorek arcyrywalem – naprawdę arcy, sądząc z tego, jak radzi sobie w pierwszej połowie z Czechami? Jeśli miałbym udawać analityka, na to ostatnie pytanie udzieliłbym odpowiedzi negatywnej i dodałbym, że lepszej okazji na zwycięstwo w tych mistrzostwach nie będzie, chyba że Czesi przegrają również z Grekami i w ostatnim meczu nie będą już mieli o co grać. Dziś nie jestem jednak analitykiem, tylko kibicem. Meczu na inaugurację nie można było przegrać, więc go nie przegraliśmy, a byliśmy przecież o włos (brawo, Tytoń!). Ależ się będzie działo we wtorek.

Poczujcie się jak w domu

Owszem, Polska ma problem z rasizmem wśród kibiców. Owszem, wszystkie pokazane przez BBC sceny są prawdziwe i można by ich znaleźć dużo więcej. Tyle że podobny film można by nakręcić w Anglii. Gdyby Jan Pospieszalski przypadkiem był z kamerą w Londynie podczas ubiegłorocznych zamieszek, mielibyśmy teraz niezły pojedynek na „dokumenty”.

Zanim zaczniemy komplikować rzeczy proste, to i owo wyjaśnijmy. „Panorama” to program śledczy, często jadący po bandzie, niestroniący od prowokacji dziennikarskiej, niekiedy naginający fakty do założonych tez i zapewne niebędący w stanie udowodnić swoich racji w sądzie (w ostatnich latach oglądałem kilka wydań o „brudnych sekretach futbolu”, czyli np. o przekrętach podczas handlu piłkarzami w angielskiej piłce i o korupcji w FIFA: szalenie efektownie podane, miały niewiele twardych dowodów). Nie powinno się przypisywać mu standardów, jakie zwykle kojarzymy z dziennikarstwem BBC. Ekipom pracującym dla „Panoramy” niewątpliwie wolno więcej niż reporterom World Service, w polskich telewizjach znajdziemy na pęczki podobnych programów, a przywołany tu już Jan Pospieszalski nie byłby przykładem najbardziej bulwersującym.

Czy to oznacza, że mogę wzruszyć ramionami albo napisać – jak zrobiłem to już przed czterema laty, przy okazji innego materiału BBC o polskim rasizmie – że „przyganiał kocioł garnkowi”? Wypomnieć Anglikom, że niedawny kapitan ich reprezentacji i kadrowicz na Euro John Terry ma sprawę karną w związku z zarzutami o rasizm właśnie? Że Chelsea czy Arsenal mimo wielu wysiłków wciąż nie potrafią wyperswadować swoim kibicom śpiewania „Spurs are on their way to Auschwitz”? Że policja brytyjska prowadziła sprawy przeciwko kilkunastu kibicom Tottenhamu właśnie po tym, jak z niewiarygodnym stężeniem nienawiści potraktowali odpytywanego skądinąd przez „Panoramę” Sola Campbella? Że gdyby puścić w TVP zapis kamer wewnętrznych ze stadionu Portsmouth, z października 2008, pokazujących ludzi śpiewających o angielskim obrońcy jako chorym psychicznie geju-nosicielu wirusa HIV, który oby wkrótce się powiesił, albo wręcz – wybaczcie – o „czarnym chciwcu z tyłkiem do wynajęcia”, to efekt byłby równie porażający, jak kadry z Krakowa, Warszawy czy Łodzi?

A może wystarczyłoby powiedzieć, jak polski minister spraw zagranicznych na Twitterze, że ambasada brytyjska nie odnotowała incydentów rasistowskich w Polsce wobec swoich obywateli w ostatnich osiemnastu miesiącach? Albo zacytować Kostka Geberta, wypowiadającego się dla BBC miesiąc wcześniej, że problem antysemityzmu w naszym kraju wcale nie jest większy niż na zachodzie Europy („W Polsce zawsze chodzę w jarmułce i nie mam kłopotów, a w Paryżu byłem z jej powodu obrażany”)? Przypomnieć, że z kolejnych badań socjologicznych wynika, iż poziom polskiej niechęci do innych nacji systematycznie się zmniejsza? Że przyjeżdżają tu turyści, że policja przygotowuje się do Euro wyłapując bandziorów (czy nie to samo robili i robią przed każdym kolejnym turniejem Brytyjczycy?)

Owszem, mam ogromną ochotę to zrobić – także dlatego, że ja również jestem dumny z faktu, jak w ostatnich latach zmieniła się Polska, jak głęboko i z otwartą przyłbicą dyskutowano w niej np. problem antysemityzmu. Jest tylko jeden szkopuł i napisałem o nim w pierwszych zdaniach: mamy problem z rasizmem wśród kibiców, a wszystkie pokazane przez BBC sceny, nawet jeśli wyrwane z dużo bardziej kolorowego tła, są prawdziwe. Od lat czytam publikowaną na łamach „Nigdy Więcej” rubrykę z mało efektownym tytułem i ponurą zawartością „Monitoring rasizmu i ksenofobii na stadionach i wokół polskiego sportu”. W ostatnim numerze mamy przegląd incydentów od Dundee i Gaziantep (chodzi o mecze wyjazdowe Śląska i Legii), przez Kościerzynę, Częstochowę, Gdynię, Rzeszów, Jasło, Iławę, Nowy Dwór Mazowiecki, Wrocław, Warszawę, Elbląg, Lublin, Olsztyn, Bełchatów, Białystok, Dębicę, Malbork, Lipsko, Szczecin, Adamowice, Toruń, Chorzów, Poznań, po Gorzów Wielkopolski… pięć bitych stron drobnym druczkiem. W tym sensie kluczem do wczorajszego filmu BBC wydaje mi się zdanie wypowiedziane w nim przez Jacka Purskiego podczas szkolenia dla wolontariuszy: „Jeżeli wy nie podejmiecie działania, działanie podejmie dziennikarz, który napisze, że w Polsce są sami rasiści”.

Na mojej półce, oprócz kolejnych numerów „Nigdy więcej”, stoi również broszura wydana przez Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, będąca analizą zachowań prokuratorów wobec zachowań antysemickich. Jej tytuł brzmi: „Przestępstwa nie stwierdzono”, a kluczowym pojęciem jest „znikoma szkodliwość społeczna”. Wściekły jestem, oglądając moje miasto przedstawione jako miasto rasistów, i doskonale rozumiem wszystkich tych, którzy w trosce o dobry wizerunek gospodarza Euro wysyłają teraz sprostowania do BBC. Ale pamiętam również Grzegorza Latę, który mówił po zwolnieniu Leo Beenhakkera, że „podaliśmy sobie ręce jak biali ludzie”, i w gruncie rzeczy czuję ulgę, że „Panorama” nie użyła tego jako kolejnego argumentu.

 

W Onet.pl: więcej o sporze wokół filmu BBC >>