Archiwa kategorii: Soul of football

West Ham, czy można się żegnać w ten sposób

1. Nikt tak nie potrafił w tym sezonie popsuć zabawy, jak West Ham. Mówię, rzecz jasna, nie o kibicach tej drużyny i o ich wczorajszych haniebnych wybrykach przed stadionem. Mówię o piłkarzach. O tym, co zrobili nie tylko Manchesterowi United na pożegnanie Upton Park, ale także w marcu Tottenhamowi (to wtedy nadzieje na dogonienie Leicester zaczęły się nad White Hart Lane rozwiewać) albo Liverpoolowi w styczniu i w lutym (w tym drugim przypadku – w Pucharze Anglii). O tych wszystkich thrillerach z ich udziałem, w zremisowanych meczach z Leicester czy zwłaszcza z Arsenalem, któremu Andy Carroll strzelił trzy bramki. O wojowniczym charakterze Slavena Bilicia, który udzielił się tej drużynie. O klasie Payeta i Lanziniego, przywódczych kompetencjach Noble’a i Reida itd., itp. Wczoraj, ale nie tylko wczoraj, widać było, że im zależy – i że to „zależy” nie działa w sposób paraliżujący. Czytaj dalej

Planeta Cruyffa

Nie chodzi o to, że Johan Cruyff był jednym z kilku najwybitniejszych piłkarzy świata – wymienianym jednym tchem z Pelem, Puskasem, Beckenbauerem, Maradoną czy (niechże im będzie) Ronaldo i Messim. Nie chodzi też o to, że grał w jednej z kilku najwspanialszych drużyn świata – Ajaksie Amsterdam początku lat 70, a także reprezentacji Holandii trenowanej przez Rinusa Michelsa. Nie chodzi w końcu o to, że jako trener, a później mentor, współtworzył potęgę Barcelony: wygrywał z nią europejskie puchary, ale także budował słynną akademię piłkarską, w której wyrastali Guardiola, Messi i tylu innych.

Chodzi o to, że opowiadając o żadnym innym piłkarzu nie zbliżymy się do tylu kwestii związanych z przemianami historycznymi, obyczajowymi i kulturowymi XX wieku, w tym do kwestii „życia po Oświęcimiu”. Urodzony dwa lata po wojnie, był wszak podporą klubu uznawanego za żydowski – paradoksalnie zresztą, bo potęgę Ajaxu tworzyli wspólnie ocalali z Zagłady Żydzi i Holendrzy, kolaborujący z niemieckim okupantem. Wielu holenderskich Żydów, ale też obywateli Izraela, uznawało go za swojego; jeden z izraelskich rozmówców autora książki „Futbol w cieniu Holokaustu” Simona Kupera mówi: „Mamy taki mit, że Żydzi stoją na czele każdego wielkiego ruchu kulturowego. Mieliśmy Mojżesza, Jezusa, Freuda i Einsteina, więc jeśli w piłce nożnej dzieje się coś takiego, musi stać za tym Żyd”. Czytaj dalej

Menedżerowie z filozofią

1. Jako jeden z rzeszy tych, którzy zechcieli przed sezonem obstawić, że Chelsea obroni mistrzostwo Anglii, obejrzałem z należytą uwagą jej mecz z Evertonem, a z jeszcze większą: przeczytałem wszystko, co na temat kolejnej porażki piłkarzy Jose Mourinho napisano w niedzielnych gazetach. Obejrzałem, przeczytałem i… dalej nic nie rozumiem. Otóż tak właśnie: obejrzałem, przeczytałem i nie rozumiem, dlaczego maszyna działająca zwykle tak wspaniale, nagle się zacięła. Ivanović, parę miesięcy temu najlepszy obrońca Premier League, ogrywany niemiłosiernie przez kolejnych rywali – tym razem przez Naismitha? Nieskuteczny Diego Costa? Niewidoczny Hazard? Fabregas bez wpływu na grę? Najskuteczniejsza defensywa Anglii, w pięciu meczach dająca sobie strzelić aż dwanaście bramek? Przyznaję: nie mam pojęcia, co się stało tego lata na Stamford Bridge i w Cobham. Teoria o trzecim sezonie Mourinho wciąż wydaje mi się bałamutna: dlaczego niby ktoś, kto przez pierwsze dwa lata radził sobie znakomicie, nagle przestaje dawać radę? Kiedy za pierwszym razem zwalniano go z Chelsea, Mourinho nie miał aż tak słabych wyników jak teraz, podobnie w Realu: tam raczej jego konflikt z całym światem stał się w końcu nie do wytrzymania. Późniejszy start przygotowań do sezonu, którym tłumaczył się kilkanaście dni temu i o którym wspominałem tu poprzednio? No przecież w połowie września, po zamknięciu okienka i pierwszej przerwie na kadrę, drużyna powinna już być rozhulana, a nie notować najgorszy start od czasu sezonu 1986/87. Brak wsparcia na rynku transferowym? A dodanie Pedro i Falcao do mistrzowskiego składu to niby pikuś? Czytaj dalej

Kiedy piłkarz traci głowę

Ma głowę gdzie indziej”, „jego stan psychiczny nie predestynował go do gry”, „mentalnie nie był przygotowany do występu”, „media i agenci kompletnie pomieszali mu we łbie” – te i podobne tłumaczenia słyszymy w ostatnich tygodniach i latach aż za często. Żeby nie szukać daleko – Saidi Berahino, którego trener odsunął od gry w dzisiejszym meczu WBA przeciwko Chelsea (a mało, cholera, brakowało, żeby i tym razem Tony Pulis urwał punkty Jose Mourinho…), czy David de Gea, trzymany poza składem Manchesteru United od początku sezonu. Nicolas Otamendi, proszący sztab szkoleniowy Valencii o zwolnienie z treningów przed transferem do MC. Raheem Sterling, odmawiający udziału w przedsezonowym tournée Liverpoolu. Morgan Schneiderlin, już przed rokiem próbujący wymusić od zarządu Southamptonu zgodę na odejście. Przykłady można mnożyć, mnie najmocniej w pamięć wrył się Dymitar Berbatow, absentujący się od gry w Tottenhamie przed rekordowym transferem do MU. Czytaj dalej

Czy Mourinho to mutant (polemika z przyjacielem)

Myślałem, że nie wrócę już do awantury, jaką Jose Mourinho zrobił Evie Carneiro, ale przeczytałem właśnie w „Gazecie Wyborczej” felieton mojego znakomitego kolegi i osobistego przyjaciela Rafała Steca, z którego zasadniczą myślą muszę się ze smutkiem nie zgodzić.

Najpierw co do faktów, o które damy i dżentelmeni nie powinni się spierać: w tej części tekstu Rafała, która zawiera relację z samego incydentu podczas meczu ze Swansea, brakuje mi istotnej kwestii, a mianowicie tego, że Carneiro i Jon Fearn (nie Fearne, jak stoi w „Gazecie”) wbiegli na boisko zawezwani przez sędziego Michaela Olivera. Innymi słowy: nie mogli zachować się inaczej, a znajomość czy nieznajomość piłki nie ma tu nic do rzeczy. Czytaj dalej

FIFA: Blatter był objawem, nie przyczyną

Tak, tak, słyszałem, że wykonało się, szatan pokonany i odtąd świat piłki nożnej ma wyglądać kompletnie inaczej – entuzjazm, z jakim przyjęto wczorajszą wiadomość o tym, że Sepp Blatter podał się do dymisji, był w istocie porównywalny z entuzjazmem młodych ewangelizatorów z Oazy. Tyle że dla mnie funkcjonowanie ostatniego prezydenta FIFA było raczej objawem choroby, która toczy tę organizację jeszcze od czasów Joao Havelange’a, niż jej przyczyną. O tym, dlaczego tak uważam, napisałem w ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego”: po uwłaszczeniu się FIFA na futbolu, po zapewnieniu sobie monopolu na prawa marketingowe i telewizyjne do tak łakomego kąska, jakim są piłkarskie mistrzostwa świata, po uzależnieniu w związku z tym od siebie sponsorów mundiali i polityków, ubiegających się o prawo do ich organizacji (w obu przypadkach – i sponsorów, i krajów – chętnych jest zawsze więcej, niż FIFA potrzebuje), zuryska centrala zyskała ogromną władzę. Władzę, która do czasu środowych aresztowań pozostawała wyjęta spod wpływu świata zewnętrznego: niezależnie od liczby tekstów i programów telewizyjnych poświęconych przekrętom w FIFA, organizacja ta, jakże chętnie porównywana z mafią, trwała w najlepsze. Czytaj dalej

Debata alternatywna

Istnieją także przyjemne debaty, których uczestnicy mówią pełnymi zdaniami, nie przerywają sobie i nie atakują ad personam. Istnieją, pod warunkiem, że dotyczą piłki nożnej. W ramach Copernicus Festival miałem przyjemność wziąć udział w takiej debacie, zatytułowanej „Messi kontra Ronaldo”, a poświęconej geniuszowi w sporcie – moimi rozmówcami zaś byli dziennikarz „Gazety Wyborczej” i autor bloga „A jednak się kręci” Rafał Stec, trener i komentator Rafał Ulatowski, skaut Arsenalu Tomasz Pasieczny oraz współgospodarze z Centrum Kopernika i „Tygodnika Powszechnego”, Bartek Kucharzyk i Łukasz Kwiatek.

Odpowiedzi na tytułowe pytanie, rzecz jasna, nie udzieliliśmy – choć niektórzy z nas, w jej poszukiwaniu, skłaniali się ku tej z dwóch megagwiazd współczesnej piłki, która lepiej operuje lewą nogą (czy wiesz, czytelniku, o którą chodzi?). Próbowaliśmy za to rozróżnić między geniuszem i artystą, i dociekaliśmy, czy każdy może zostać geniuszem – pod warunkiem, że wystarczająco ciężko pracuje na treningach. Oglądaliśmy najpiękniejsze akcje futbolu ostatnich lat – gole Messiego z Getafe, Maradony z Anglią, Ibrahimovicia z tym samym rywalem, ale też Al Owairana z Belgią oraz będącą efektem zbiorowego wysiłku bramkę Wilshere’a w meczu z Norwich), zastanawiając się, ile w nich kunsztu, a ile przypadku, i czy to, co niektórym wydaje się niepotrzebnym może efekciarstwem, nie jest po prostu wynikiem optymalnej decyzji, w tym konkretnym momencie jedynej gwarantującej powodzenie. Zastanawialiśmy się, czy Garrincha ze swoimi ułomnościami mógłby zrobić karierę we współczesnej piłce, mówiliśmy o Moneyball i kłamstwie statystyk, o szczęściu i pechu w karierze trenera, a także o tym, dlaczego dzisiejsi młodzi piłkarze wydają się zbyt grzeczni. Słowem: mówiliśmy o piłce, która nas kręci i którą wciąż chcemy oglądać, choć często nasze narracje prowadzą w stronę historii alternatywnych, czyli co by było, gdyby…

O ile wiem, spotkanie było nagrywane, więc zapis wideo powinien być wkrótce dostępny. Z optymistyczną puentą, że świat zmierza ku lepszemu: nawet jeśli za dwie doby uznacie, że wynik wyborów prezydenckich trudno uznać za jej potwierdzenie, pomyślcie o tym (kwestię przekonująco wyłożył dziś Rafał Ulatowski), że najlepsi piłkarze świata nurkują i udają sfaulowanych znacznie rzadziej niż jeszcze kilka lat temu. Może jakość polskiej polityki też się poprawi.

Gdzie może grać Rybus?

Nie, nie chodzi o poszukiwanie dla byłego zawodnika Legii optymalnej pozycji na boisku. Chodzi o to, że gdy już rozwiały się mgły znad Dublina, okazało się, że najciekawsza podczas tego wieczoru nadziei, rozczarowań i, co tu kryć, straszliwej kopaniny, była jedna z opinii wyrażonych na Twitterze przez Igora Janke. „Uważam, że haniebnym jest grać w Groznym za pieniądze morderców. Wolałbym, żeby Maciej Rybus nie reprezentował Polski” – napisał współwłaściciel Salonu 24, który najwyraźniej dopiero wtedy dowiedział się, że jeden z polskich piłkarzy walczących w niedzielę z Irlandczykami występuje na co dzień w Tereku Grozny. „Czy nie uważacie, że to wielki wstyd grać w klubie, sponsorowanym przez ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo [honorowym prezesem i faktycznym właścicielem Tereka jest dyktator Czeczenii Ramzan Kadyrow – MO]? To nie ma już znaczenia?” – pytał dalej Igor, wystawiając się na typowy dla sieciowej rzeczywistości bluzg, kpiny (zwłaszcza że najpierw pomylił imię piłkarza), ale też polemiki „realistów”, podnoszących np., że skoro Terek jest normalnie uznawany przez europejską federację, to dla wszystkich zawodowych piłkarzy pozostaje pracodawcą jak każdy inny: ocenianym przez pryzmat sportowych ambicji, możliwości rozwoju i finansowego bezpieczeństwa.

To tylko pierwszy akapit tekstu, który napisałem na stronę „Tygodnika Powszechnego”. Mam świadomość, że ktoś, kto zajmuje się futbolem na co dzień, słysząc podobne pytania niemal odruchowo wzrusza ramionami. Nie jestem pewien, czy wzruszenie ramion jest najlepszą odpowiedzią. Przeczytajcie, może odnajdziecie się w dylematach człowieka, który nie potrafi przestać kibicować, a przecież chce mieć pogląd na sprawy pozafutbolowe.

Dusza Roberta Enkego

Zrobił mi się dzień społecznych tematów. Rano pisałem na Sport.pl o seksizmie we współczesnej piłce na przykładzie traktowania przez angielskie trybuny (ale także, co tu kryć, przez komentatorów telewizyjnych, portale i tabloidy) Evy Carneiro, lekarki pierwszej drużyny Chelsea. Wieczorem wróciłem do książki Ronalda Renga o życiu i śmierci Roberta Enkego, bramkarza m.in. Benfiki, Barcelony i Hannoveru 96, występującego także w reprezentacji Niemiec, który w listopadzie 2009 roku, po długiej walce z depresją popełnił samobójstwo. Czytałem tę pozycję kilka lat temu po angielsku, przekonany, że to jedna z najlepszych okołopiłkarskich biografii, z którymi miałem do czynienia; wspominałem o niej w swojej książce, a potem w komentarzu do głośnego wywiadu Pawła Wilkowicza z Justyną Kowalczyk – a dzisiejsza okazja do powtórnej lektury wiąże się z premierą polskiego przekładu, opublikowanego przez wydawnictwo SQN. Czytaj dalej

Tematy do odstąpienia: rasizm

A gdybym nie brał teraz dzieci, swoich i nieswoich zresztą, na parę dni w góry, gdybym nie odcinał się od internetu, telewizora, a nawet, szczerze mówiąc, od ojczystego języka, pisałbym nie tylko o najbliższej kolejce Premier League i kolejnych meczach Ligi Mistrzów. Pisałbym pewnie o wczorajszym wyroku angielskiego sądu najwyższego, zezwalającym Tottenhamowi na wywłaszczenie ostatniej fabryczki działającej od dziesięcioleci w bezpośrednim sąsiedztwie White Hart Lane; fabryczki, której właściciele nie zgadzali się na przeprowadzkę i blokowali tym samym rozbudowę stadionu (mocno nieoczywista sprawa, w której znalazłyby się i niedotrzymane obietnice ze strony klubu, i tajemnicze podpalenie spornego obiektu). Z pewnością pisałbym także o niewpuszczeniu przez ludzi podających się za kibiców Chelsea czarnoskórego pasażera do wagonu paryskiego metra – i o wszystkich tych rzeczach, które przy okazji uruchomiła ta ponura w sumie historia. Czytaj dalej