Archiwa tagu: Barcelona

Niemcy ponad wszystko

Czy wiecie, że w Pucharze Europy i Lidze Mistrzów poza Robertem Lewandowskim tylko Alfredo di Stefano, Sandor Koscis, Ferenc Puskas i Lionel Messi strzelali po cztery bramki na poziomie od ćwierćfinału w górę? Czy wiecie, że napisałem właśnie pierwsze i ostatnie zdanie na ten temat? Rzecz w tym, że patriotyczne wzmożenia zwykle zostawiają mnie obojętnym albo wręcz usposabiają podejrzliwie, a od geniuszu jednostek wyżej cenię zbiorową mądrość lub (bardziej jeszcze) zbiorowy wysiłek, w końcu zaś: zgodnie z Loachowskim duchem, od bramek wolę podania. Na jakimś poziomie cieszy mnie, owszem, ogólnoeuropejskie szaleństwo na temat Napastnika z Dalekiego Kraju, sam ćwierkałem wczoraj coś o „Historii przez dużej L”, ale po porannej prasówce nie mam też złudzeń: rywalizacji na arcypolskie przymiotniki nie wygram. Zwłaszcza, że interesuje mnie raczej to, że Robert Lewandowski jest częścią drużyny (grającej w określonym systemie), a drużyna – częścią ligi. Oto, co myślę po wczorajszym szalonym wieczorze w Dortmundzie i przedwczorajszej, równie szalonej, nocy w Monachium – i co zwłaszcza na blogu poświęconym głównie piłce angielskiej ma swój dodatkowy kontekst.

Bo przecież opisując te dwa niemieckie zwycięstwa wypada przywołać pojęcia, których używaliśmy często, rozmawiając o Premier League. Oszałamiające tempo, jakie narzucili hiszpańskim rywalom piłkarze Borussi i Bayernu. Dzika energia pressingu (w Monachium zaczynał się już na poziomie wyprowadzania piłki przez bramkarza, Mario Gomez czuwał przy Busqeutsie, a Ribery i Robben przy ofensywnie zwykle usposobionych bocznych obrońcach Barcelony; oglądając powtórkę meczu odnosiłem wrażenie, że Schweinsteiger i Martinez stanowili nie tę najważniejszą, a uzupełniającą zaporę, bo wiele akcji gości była rozbijana jeszcze zanim dotarła do ich strefy). Wybieganie i siła poszczególnych zawodników (katalońskie konusy odbijały się od bawarskich buldożerów podczas walki o piłkę i w trakcie stałych fragmentów, ale i w drugim meczu fizyczna przewaga Borussii nie ulegała wątpliwości). Organizacja systemu, w jakim się poruszają, w którym czarują nie tylko napastnicy albo ofensywni pomocnicy (Goetze, zejściami do boków gubiący Xabiego Alonso, rozpędzający się i dryblujący po lewej Reus, także Muller w Bayernie), ale zawodnicy obdarzeni teoretycznie zadaniami defensywnymi, jak Javi Martinez w Monachium i Ilkay „lepszy Schweinsteiger” Gundogan w Dortmundzie. Świeżość koncepcji taktycznych szkoleniowców (wszyscy pytają, gdzie zagra w przyszłym sezonie Lewandowski – a kto zatrudni Jürgena Kloppa?). W sumie: szybsi, silniejsi, więksi, lepiej zorganizowani, a równie dobrze jak rywale panujący nad techniką… Jak tu, mówiąc o niemieckiej hegemonii, nie nadużywać skojarzeń ze współczesną ekonomią albo całkiem niedawną historią polityczną i militarną?

Wspominałem już na Facebooku, a więcej piszę o tym w książce: jedną z twarzy okrucieństwa futbolu jest jego przemijalność. Nie ma czegoś takiego, jak skompletowana drużyna, a nawet jeśli jest, to żyje nie dłużej niż motyl. Że zacytuję fragmencik: „Jest, dajmy na to, późne lato 2012, sięgacie po jeden z pojedynków waszej ukochanej drużyny stoczonych wiosną. Na kolanach siedzą wam te same dzieci, ta sama żona zaraz wróci do domu, jutro pójdziecie do tej samej pracy, w której zmiany także przecież następują dynamicznie, ale na ekranie widzicie trenera, który już nie pracuje, wydającego instrukcje zawodnikom grającym już gdzie indziej, emerytowanym albo takim, którzy nie zyskali uznania w oczach nowego szkoleniowca; nawet firma ubierająca drużynę się zmieniła”. Otóż tak właśnie: nie zdążyliśmy dostatecznie nacieszyć się Barceloną Guardioli, jak już musieliśmy się z nią pożegnać. Nie zdążymy się również nacieszyć Borussią Kloppa: Goetze już sprzedany, z Lewandowskim też pewnie przyjdzie się rozstać, szkoleniowca zatrudnią jacyś szejkowie. Było wspaniale, może już nigdy nie będzie, wspomnieniami żyć nie sposób, a przecież dalej trzeba żyć i dalej trzeba próbować – powszechne kibicowskie doświadczenie… W przypadku Barcelony przywołuje się mecz z Aten, z 1994 roku, kiedy faworyzowana drużyna z Katalonii została zdemolowana przez Milan i musiało minąć dobrych parę lat, zanim w La Masii wyrosło pokolenie niewinnych czarodziei – właśnie to, którego zmierzch zobaczyliśmy przedwczoraj.

Ale pisząc o przemijalności mam w tyle głowy również ustalone już dawno, wydawałoby się, hierarchie ligowych potęg. Owszem, budżet płacowy Borussii pozostaje wciąż gdzieś pomiędzy Tottenhamem a Aston Villą – oto kolejny powód, dla którego tej niezwykłej drużyny nie uda się utrzymać w obecnej postaci – ale sam budżet płacowy na szczęście nie tworzy hierarchii. Przy okazji podpisania przez Bayern umowy z Guardiolą pisałem, że z perspektywy Londynu czy Manchesteru Niemcy były ostatnio wyjątkowo daleko, reprezentanci Bundesligi nie podbijali Champions League tak masowo i regularnie jak drużyny z Premier League, a kluby z Berlina, Dortmundu czy Monachium były raczej eksporterem piłkarskiego towaru do Hiszpanii czy Anglii, same przyciągając głównie zawodników z „rynków wschodzących”. Co się takiego stało w ciągu kilkudziesięciu miesięcy? Dlaczego to w Niemczech pracują szkoleniowcy, wyznaczający nowe trendy (Klopp) i piłkarze, za którymi zabijają się ciągle jeszcze bogatsze kluby z Anglii (Lewandowski)? Dlaczego tamtejsze trybuny pękają w szwach? Dlaczego finanse niemieckich klubów nie budzą niepokoju ekspertów od Financial Fair Play? Dlaczego poszczególne drużyny nie stały się zabawkami w rękach multimilionerów? „Owszem, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – mówił w grudniu „Guardianowi” Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny Borussi Dortmund. – Chelsea idzie własną ścieżką, ale pytanie brzmi: co się stanie, kiedy Abramowicz zabierze swoje zabawki? W Niemczech wierzymy w kluby tworzone przez członków; nasi fani muszą być członkami klubu, nie jego klientami”. Niemcy jako lekcja do odrobienia przez Anglików… Wewnątrzniemiecki finał na Wembley, zaledwie pięć lat po tym, jak final Ligi Mistrzów był sprawą wewnątrzangielską… Bolesne.

Bolesne? Raczej strasznie fajne. Życie jest gdzie indziej, ale jakże piękne jest to życie.

Ile Messiego w Barcelonie

1. Wszyscy mówią o kontuzji Messiego, a ja sam nie wiem, czy w rewanżu to Javiera Mascherano nie będzie bardziej brakować Barcelonie (wytęż wzrok i znajdź zdrowego środkowego obrońcę Katalończyków; na razie doliczyłem się Pique). Przyznam zresztą, że sama wiadomość o tej kontuzji podziałała na mnie uspokajająco. Trochę tak, jak z niecelnym podaniem Andrei Pirlo, które dało Bayernowi pierwszego gola w meczu z Juventusem – otrzymaliśmy wreszcie dowód na ludzką naturę Argentyńczyka. W kontekście jego niezwykle długiej serii występów, nieprzerywanych w zasadzie od czasu faulu Ujfalusiego z września 2010, naczytałem się tylu zdumiewających teorii spiskowych: że gra na jakimś tajemniczym, niewykrywalnym podczas kontroli dopingowych koksie, że łyka w przerwie pigułki, że jeszcze w czasach szczenięcych faszerowano go hormonem wzrostu…

Niby lubię, jak ludzie bałwanieją do kwadratu, ale lubię też proste wyjaśnienia bałwańskich teorii, np. takie, że od czasu gdy Pep Guardiola zaczął go ustawiać jako „fałszywą dziewiątkę”, Messi jest mniej narażony na grę w sąsiedztwie ostro grających stoperów (zobaczcie na grafice Opty, gdzie operował najczęściej podczas meczu z PSG), albo że nietypowa budowa ciała powoduje, iż lepiej od rywali utrzymuje równowagę, a w końcu: że dieta bez ukochanych dawniej kanapek z chorizo i napojów gazowanych, za to z większą ilością ryb, zwyczajnie mu służy.

2. Niczego nie wiem o paryskiej diecie Beckhama, ale oglądając statystyki z wczorajszego występu muszę przyznać, że jest niezła. W pierwszej połowie 38-latek przebiegł więcej niż ktokolwiek z pozostałych piłkarzy; kłopot w tym, że w zasadzie na bieganiu się skończyło. Nie było asysty, nie było strzału z wolnego, nie było dośrodkowania na główkę, choć było – zwłaszcza w pierwszej fazie meczu – kilka precyzyjnych, zmieniających stronę gry podań do Jalleta i Maxwella. Chyba jednak nieprzypadkowo PSG zaatakowało energiczniej dopiero po zejściu Anglika i wejściu Verrattiego. Przeciwko piłkarzom tej klasy, co Xavi i Iniesta, nawet młodszy Beckham nie wybiegałby wiele; piszę o nim jedynie dlatego, że był ostatnim przedstawicielem piłkarskiej Anglii w Lidze Mistrzów. Nie licząc sędziego Clattenburga oczywiście.

3. A propos arbitrów. Jak zwykle na tym etapie Ligi Mistrzów, sędziowanie wybija się na plan pierwszy. Gol Ibrahimovicia ze spalonego, podobnie jak wcześniejsze puszczenie gry po zderzeniu dwóch piłkarzy Barcelony wypaczyło wynik i musiało zirytować Tito Vilanovę (powrót na ławkę po dwumiesięcznym leczeniu!), Carlo Ancelotti złościł się z kolei po karnym dla gości – ale w tym przypadku Sirigu ewidentnie zahaczał Sancheza. Dobrze, że na żadnej z ławek nie siedział Jose Mourinho, bo tak mówilibyśmy tylko o sędziowaniu.

4. Barcelona nie wygrała, Barcelona nie zdominowała rywala, Barcelona straciła nie tylko kluczowego zawodnika, ale także bramkę w ostatniej akcji meczu, podczas której nie popisał się jej bramkarz, Barcelona miała kłopoty w defensywie (dawno żaden z rywali nie wystawił przeciwko niej tak ofensywnego kwartetu jak Ibrahimović, Pastore, Moura i Lavezzi) i w ataku (obroną PSG znakomicie dyrygował Thiago Silva). Wniosek? Oni ewidentnie są do ogrania – nawet jeśli jeszcze nie w ćwierćfinale i niezależnie od kwestii, czy Leo Messi będzie zdrów jak ryba.

Najlepsza jesień Ligi Mistrzów

Gdyby na chwilę przyjąć ryzykowne skądinąd założenie, że piłka nożna służy naszej rozrywce, obecny sezon Ligi Mistrzów przebiłby najlepsze sezony „Med Mena”, „Californication”, „Boardwalk Empire”, „The Killing” czy co tam jeszcze oglądamy. Oczywiście piszę te słowa z pozycji widza niezaangażowanego, który będzie obgryzał paznokcie dopiero dzisiejszego wieczora, kiedy Tottenham zmierzy się z Mariborem w pożałowania godnej z tej perspektywy Lidze Europejskiej: gdybym był kibicem Manchesteru United, gdy gasło światło na portugalskim stadionie, kibicem Chelsea, gdy Juan Mata ustawiał piłkę w narożniku podczas ostatniej akcji meczu, kibicem Barcelony przez całe spotkanie z Celtikiem, kibicem Arsenalu, patrzącym jak jego drużyna obejmuje, a następnie traci prowadzenie w meczu z Schalke, kibicem Manchesteru City wreszcie, przyjmującym do wiadomości fakt, że jego drużyna odpada z najważniejszych rozgrywek w Europie – z pewnością nie nazwałbym tego rozrywką. Ponad trzy gole na mecz. Obłędne akcje. Polskie akcenty. Kłamstwo statystyk: zobaczcie, jak to wyglądało w Glasgow i posłuchajcie menedżera gospodarzy, przekonującego, że w piłce najważniejsi są piłkarze, a nie jakieś tam posiadanie piłki czy taktyka). Nowe nazwiska, których natychmiast trzeba się nauczyć. Męczarnie Realu Madryt. Płaczący Rod Stewart. Magia haendlowskiego „Zadok the Priest”: nie dziwię się odchodzącym z mojego klubu piłkarzom, że chcą tego słuchać jak najczęściej. Barcelona, składająca za pośrednictwem swojego oficjalnego profilu na Twitterze gratulacje grającemu skądinąd bez kilku podstawowych zawodników Celticowi, i Tito Vilanova, mówiący na konferencji, że nienawidzi przegrywać, ale jeśli już musi, to w takich okolicznościach i z taką drużyną (Celtic, pamiętamy, obchodził właśnie 125-lecie). Gol Oscara (pal licho błędy obu defensyw w meczu na Stamford Bridge – to ligomistrzowa norma, pewnie zresztą nie bez związku z kwestią naszej rozrywki). Determinacja Chelsea i klasa jej ofensywnego kwartetu, ale też cudowna gra piłką Szachtara w starciu drużyn oligarchów (jak to ujął sprawozdawca „Daily Telegraph”, były w tym meczu momenty, w których drużyna należąca do Rinata Achmetowa monopolizowała grę, jak jego firmy – ukraiński rynek energetyczny i górniczy). Główka niewysokiego Mosesa. John Terry na ławce, spekulacje prasy i enigmatyczne wypowiedzi pomeczowe Roberto di Matteo. Interwencje powoływanego już do reprezentacji Anglii, niechcianego w Newcastle i sprowadzonego za grosze przez Szkotów Forstera. Bramka debiutującego w Lidze Mistrzów osiemnastolatka, kupionego za 50 tys. funtów z Airdrie Tony’ego Watta. Życiowy sukces Neila Lennona, przed rokiem bliskiego zakończenia kariery z powodu ataków nienawiści kiboli innych szkockich klubów (w maju 2011 rzucił się na niego jeden z widzów na stadionie Hearts, wcześniej w listach do klubu przychodziły pistoletowe kule, na poczcie zatrzymano nawet paczkę z ładunkiem wybuchowym). Życiowa klęska Roberto Manciniego, od którego z pewnością oczekiwano więcej, nawet w „grupie śmierci” – niezależnie od klasy przeciwników, gole w meczu z Ajaxem tracono po absolutnie elementarnych błędach w kryciu przy rzutach rożnych. Życiowa norma Alexa Fergusona, budzącego swoją drużynę z letargu i pchającego do kolejnego zwycięstwa w końcówce (ok, w piłce najważniejsi są piłkarze, nie jakaś tam taktyka, ale ustawienie Rooneya za dwójką napastników i kolejna próba gry w „diamencie” wciąż nie przychodzi gładko…).

No dobra, ja również miałem wczoraj swoje dobre chwile. Zanim jeszcze Celtic zmierzył się z dorosłą drużyną Barcelony, młodzieżówka Tottenhamu zwyciężyła katalońską drużynę U-19 w młodzieżowej Lidze Mistrzów. Na Mini Estadi wydarzenia przebiegały podobnie jak na Celtic Park: totalna dominacja Wiadomo Kogo, przetrwanie nawałnicy, szybka kontra, potem heroizm w defensywie, kolejna kontra… Fani Football Managera wiedzą, że gwiazdą przyszłości ma być Souleymane Coulibaly, ale po wczorajszym doradzałbym raczej inwestowanie w Shaqa Coulthirsta, który zdobywał bramki zarówno prawą i lewą nogą, jak głową. Football Manager… to też jest jakiś sposób na rozrywkę znękanego kibica – ale o tym może innym razem.