Archiwa tagu: Dele Alli

Czyż nie dobija się koni?

Spróbujmy najpierw uporządkować fakty. Jest 23 grudnia, mamy 52. minutę i 21. sekundę ćwierćfinału Pucharu Ligi. Tottenham prowadzi ze Stoke 0:1 na zimnym i wietrznym, a w dodatku jeszcze deszczowym stadionie nazywanym niegdyś Britannia, obecnie zaś noszącym miano sponsorującej drużynę gospodarzy firmy bukmacherskiej. Znajdujący się przed własnym polem karnym Harry Winks podaje do truchtającego gdzieś w okolicy koła środkowego Dele Alliego, który odgrywa piętą z pierwszej piłki do biegnącego lewą stroną Sona, tak jak robił to dziesiątki razy w dziesiątkach meczów: z jednej strony efektownie, z drugiej przyspieszając grę, tyleż myląc przeciwników, co zachwycając fanów własnej drużyny. Nie patrzy oczywiście w kierunku Koreańczyka, bo na tym polega element tej sztuki: jeśli podanie trafi do adresata, jeśli od niego rozpocznie się akcja dająca kolejną bramkę Tottenhamu, będzie to ozdoba każdego pomeczowego skrótu, podobnie jak kilka innych zagrań Alliego w tym spotkaniu, na przykład podwójna siatka założona graczom Stoke w pierwszej połowie. Tym razem wprawdzie się nie udaje – rywale przejmują piłkę, ale nie wydaje się, by mogło to mieć jakiekolwiek konsekwencje dla drużyny z północnego Londynu. Jest 52. minuta i 23. sekunda: zawodnik Stoke przecina podanie Alliego, rusza z piłką do środka, gdzie Dele próbuje go powstrzymać, a po rykoszecie i próbie pressingu Sona futbolówka wraca na połowę Stoke, naciskany obrońca gospodarzy podaje do bramkarza (jest 52. minuta i 31. sekunda), który przyjmuje ją, rozgląda się i trzy sekundy później wykopuje w kierunku prawego skrzydła (dopiero od tego momentu akcję pokazują w pomeczowych analizach). Obrońcy Tottenhamu są ustawieni wysoko, ale od straty Alliego minęło już dziewięć sekund, piłka wciąż jest w strefie środkowej, a za jej linią znajduje się – prócz Llorisa – sześciu jeszcze zawodników gości. Boiskowe wydarzenia przyspieszają: akcja Stoke rozwija się prawą stroną, okazję do jej przerwania ma Dier, jednak daje się wyprzedzić, potem minimalnie spóźnia się Davies, potem znów Dier, a w końcu strzelec bramki dla Stoke Thompson ucieka Doherty’emu i wykorzystuje dośrodkowanie Browna. Od momentu, w którym Dele Alli próbował zgrania z klepki do Sona, minęły dwadzieścia cztery sekundy i doprawdy: wydaje się, że akurat jego nie sposób obciążyć winą za to, że Tottenham przestał w tym meczu prowadzić.

José Mourinho jest jednak odmiennego zdania. Bardzo szybko zdejmuje Anglika z boiska, a na pomeczowej konferencji przyznaje, że był na niego wściekły. Mówi, że piłkarz, który gra na tej pozycji co on, ma kreować grę własnej drużyny, a nie być przyczyną jej problemów, słowem: po nazwisku wskazuje winnego przejściowych (bo ostatecznie Tottenham wygrywa 1:3) kłopotów z awansem do półfinału. Ocenia Alliego ostrzej i surowiej niż Auriera, który w meczu z Leicester dał rywalom karnego, ostrzej i surowiej niż Llorisa, którego błąd w meczu z Crystal Palace przyniósł przeciwnikom wyrównanie, ostrzej i surowiej niż Diera i Daviesa, których niecelne podania i straty na własnej połowie wywoływały zamieszanie w szykach Tottenhamu podczas niejednego meczu tego sezonu.

Przyznam, że przecierałem oczy ze zdumienia, czytając relację z konferencji Mourinho. Niebanalne próby podań Alliego i jego gra bez piłki za plecami Harry’ego Kane’a były w pierwszej połowie przyczyną największych problemów Stoke, a po jego strzałach bramkarz gospodarzy miał najwięcej roboty. Zakładanie siatek rywalom, szybkie piruety i zwody, ale przede wszystkim zagrania z pierwszej piłki w sytuacji, gdy Tottenham ma coraz większe problemy ze sforsowaniem obrony zespołów świadomych, że jego największym atutem jest szybka kontra i nieskorych w związku z tym do jakiegoś przesadnego szturmowania bramki Llorisa, są bezcennym składnikiem ofensywnego arsenału drużyny, zwłaszcza jeśli inny nieschematyczny zawodnik środka pola, Tanguy Ndombele, akurat odpoczywa (w meczu z Leicester np., po kontuzji Lo Celso, prosiło się o wprowadzenie z ławki kogoś takiego jak Alli, cóż, skoro José Mourinho nie znalazł dla niego miejsca w aż dwudziestoosobowej kadrze na to spotkanie). Wydawałoby się, że każdy trener mający z takim zawodnikiem do czynienia, będzie raczej zachęcał go, by mógł w pełni wyrazić się na boisku, i będzie brał pod uwagę także fakt, że skoro dostaje szansę tak rzadko (to był dopiero piąty start Delego w sezonie, dwa razy zmieniono go już w przerwie), ma prawo nie czuć piłki tak idealnie jak zawodnicy grający od miesięcy w rytmie czwartek-niedziela.

Kariera 24-letniego Dele Alliego nie jest, jak pokazuje metryka, przesadnie długa, ale na swoje dwa tytuły młodego piłkarza roku i trzykrotny wybór do jedenastki roku Premier League pracował właśnie w ten sposób: zagraniami, które można uznać za przejaw bezczelności czy cwaniactwa, ale będącymi raczej świadectwem niedającej się okiełznać odwagi, żywiołowego instynktu, sprawiającego, że jego poprzedni trener Mauricio Pochettino porównywał go z dzikim koniem, a sir Alex Ferguson namawiał swoich kolejnych następców w Manchesterze United (z Mourinho włącznie), by ściągnęli młodzieńca na Old Trafford. Dele miał zaledwie 17 lat i dopiero co przyszedł z trzecioligowego MK Dons, kiedy w przedsezonowym sparingu z Realem Madryt założył siatkę samemu Modriciowi, później strzelał fenomenalne bramki nie tylko w najważniejszych meczach Tottenhamu w angielskiej ekstraklasie i w Lidze Mistrzów, ale także w reprezentacji Anglii, od debiutu na Stade de France po ćwierćfinał mundialu w Rosji. Zgraniem podobnym do tego, które nie trafiło do Sona podczas meczu ze Stoke, popisał się także w ostatniej minucie pamiętnego półfinału Champions League z Ajaxem – wtedy piłka trafiła do Lucasa Moury, który zdobył najważniejszą bramkę w najnowszej historii Tottenhamu. Wydawałoby się oczywiste, że nie wszystkie próby tego typu kończą się powodzeniem, ale zadaniem szkoleniowca jest spowodować, by piłkarz, który potrafi je podjąć, czuł, że może sobie na to pozwolić.

Jasne: kiedy José Mourinho zostawał jego trenerem, Alli był kompletnie bez formy, ale to samo można powiedzieć o większości jego kolegów z Tottenhamu. I można się zastanawiać, czy – zwłaszcza w tym sezonie – dostał wystarczająco wiele szans, by tę formę odbudować. W meczu ze Stoke z pewnością nie zawiódł, ba: należał do wyróżniających się graczy gości. Z pewnością też nie zawalił bramki. Dlaczego zatem Mourinho postanowił publicznie go skrytykować? Czy możemy uznać, że to tylko taki sposób na motywowanie Anglika, owszem: konfrontacyjny, ale przecież w stylu charakterystycznym dla Portugalczyka, który już po przyjściu do Tottenhamu na pierwszym treningu trącił Alliego w pierś, pytając: „Czy jesteś Dele, czy jego brat?” i dodając po usłyszeniu odpowiedzi: „No to graj jak Dele”.

Otóż w meczu ze Stoke Dele próbował grać jak Dele. I późniejszy atak Mourinho więcej miał do czynienia z mroczną stroną natury szkoleniowca niż z rzekomą odpowiedzialnością piłkarza za stratę gola. Jakoś tak się dzieje w trakcie pracy Portugalczyka w kolejnych klubach, że wśród zawodników, których mu powierzono, pojawiają się czarne owce. W Madrycie pierwszą ofiarą był niekryjący wątpliwości wobec niektórych zachowań trenera Casillas, ale piłkarzy, których Mourinho oskarżał o mniej lub bardziej wydumane błędy, psucie atmosfery, utrudnianie mu pracy itd., było więcej. Podczas drugiego pobytu w Chelsea często krytykował jednego z najlepszych w drużynie Hazarda, a w końcu o zdradę oskarżał już większość piłkarzy. O tym, co słyszał od niego w Manchesterze Luke Shaw szkoda gadać, a tu również Anglik nie był jedyny i refren, w którym winę za nienajlepsze wyniki ponosił nie szkoleniowiec, tylko niesłuchający jego poleceń zawodnicy, powtarzał się w ustach Mourinho z niepokojącą regularnością.

Na razie towarzyszymy drugiemu sezonowi jego pracy w Tottenhamie – w drugim sezonie szkoleniowiec ten zwykł wygrywać ze swoimi drużynami jakieś trofeum i także teraz wydaje się, że jest na dobrej drodze. Nie sposób jednak nie zauważyć, że jego droga do sukcesu wiąże się również ze złożeniem w ofierze samopoczucia i formy któregoś z Bogu ducha winnych zawodników. Prezes Tottenhamu Daniel Levy, jak widzieliśmy w serialu Amazonu „All or Nothing”, wpatrzony jest w portugalskiego szkoleniowca jak w obraz, ale powinien jednak zaniepokoić się faktem, że rynkowa wartość Dele Alliego – dwa-trzy lata temu ocierająca się pewnie o sto milionów funtów – leci w ostatnich miesiącach na łeb na szyję. Już nie mówię o tym, że z czysto piłkarskiego punktu widzenia walcząca na czterech frontach drużyna potrzebuje jak najszerszej kadry zmotywowanych piłkarzy, nawet jeśli wiem, że Mourinho zawsze wolał stawiać na wąską grupę kluczowych zawodników.

O „dzikim koniu” od dawna nie ma już mowy – nie tylko dlatego, że Mourinho porównuje (nie pierwszy raz zresztą, bo robił to również w Chelsea, kiedy podkreślał niegotowość drużyny do wzięcia udziału w walce o mistrzostwo kraju) swoich podopiecznych do źrebaków. Nie wiedzieć kiedy Dele Alli, jeden z najlepszych piłkarzy swojego pokolenia, przez dobrych parę lat porównywany do Gerrarda, Lamparda czy Scholesa, stał się kozłem ofiarnym.

PS Oczywiście nie wykluczam, że w styczniu szykujący się ponoć do podjęcia pracy w PSG Pochettino wybawi Anglika z kłopotów i sprowadzi go do Paryża, ale z punktu widzenia kibica Tottenhamu marne to pocieszenie.

Efekt VAR

Gdyby nie kontuzja Andre Gomesa, czerwona kartka dla Sona i fakt, że grający w dziesiątkę piłkarze Tottenhamu wypuścili kolejne w tym sezonie prowadzenie, przedłużając zarazem serię niewygranych na wyjeździe meczów w Premier League do dwunastu, mielibyśmy właściwie dwa tematy do dyskusji. Pierwszy to forma Christiana Eriksena, kolejny już mecz z rzędu najsłabszego w Tottenhamie – w ciągu ponad stu minut gry Duńczyk nie miał ani jednego dryblingu, nie wypracował kolegom ani jednej szansy, nie oddał ani jednego strzału, nie miał ani jednego przechwytu i ani jednego udanego wślizgu, za to stracił piłkę szesnaście razy; doprawdy wydaje się, że lojalność Mauricio Pochettino wobec jednego z najlepszych jeszcze rok temu rozgrywających w Premier League jest zbyt wielka, zwłaszcza że Giovanni Lo Celso od kilku tygodni wydaje się gotowy do gry. Temat drugi to forma tak krytykowanego w ostatnich dniach Dele Allego, który przełamał się w końcu, wykorzystując podanie Sona, mijając obrońców i strzelając bramkę mogącą dać Tottenhamowi zwycięstwo. Widać było z jego „cieszynki”, jaki ciężar spadł z ramion młodego Anglika.

Ale straszliwa kontuzja Gomesa – efekt raczej pecha niż brutalności któregokolwiek z zawodników Tottenhamu (co przyznawał także na pomeczowej konferencji trener Evertonu) – odsyła kwestie lecącej na łeb na szyję formy Eriksena czy rosnącej formy Allego na daleki margines. Po tym, co się stało na Goodison Park, trzeba przede wszystkim rozmawiać o VAR. Zanim doszło do incydentu, po którym piłkarz gospodarzy złamał nogę, mecz przerywano bodaj czterokrotnie, sprawdzając, czy Son nie został sfaulowany w polu karnym Evertonu, czy Dele nie zagrał piłki ręką we własnym polu karnym (no zagrał, cholera jasna…) i czy Sanchez albo Davies nie faulowali Richarlisona. Przerwa goniła przerwę, a w głowach piłkarzy kotłowało się od niemogących znaleźć ujścia emocji – jedna z przerw była zresztą podwójna, bo decyzję raz już przez VAR podjętą, sprawdzano ponownie, gdy sędziowie dostali jeszcze powtórki z innego ujęcia kamery. Doprawdy, zatęskniłem za czasami, w których nie było żadnych powtórek wideo, a omylność arbitra należała do piłkarskiego spektaklu na równi z omylnością bramkarza czy napastnika.

Tak, wiem. W zasadzie i dziś można by powiedzieć, że omylność arbitra należy do piłkarskiego spektaklu. Nie pojmuję, dlaczego Everton nie dostał karnego po ręce Allego. Nie pojmuję też (choć ogromnie mi żal Gomesa), dlaczego po żółtej kartce, którą najpierw pokazał mu Martin Atkinson, Son dostał jeszcze czerwoną.

Problem z VAR-em jest jednak większy niż proste pomyłki. Sędziowie sięgają po niego tak często, przerwy w grze trwają tak długo, a decyzje w końcu podjęte pozostają tak kontrowersyjne, że jedynym efektem jest zamiana biegających po boisku piłkarzy, i tak odczuwających presję wyniku czy (patrz pod Granit Xhaka i obelgi, których wysłuchiwał w ostatnich meczach Arsenalu) presję trybun, w tykające bomby.

Przed epoką VAR-u angielski arbiter (piszę „angielski”, bo wiem, że w wielu krajach Europy radzą sobie z tym lepiej) pozostawał kimś zdolnym do zaprowadzenia spokoju na boisku; cieszył się dobrą relacją z zawodnikami, potrafił rozładować napiętą sytuację kartką, reprymendą, a czasem zwyczajnym żartem. Rozsądzał konflikty, zaprowadzał spokój, podejmował decyzje, które studziły gorące głowy. Był czynnikiem stabilizującym sytuację. Dziś Martin Atkinson i ludzie wykrzykujący mu do ucha niejasne komunikaty – sytuację na Goodison Park zdestabilizowali.

Nie twierdzę oczywiście, że była to bezpośrednia przyczyna kontuzji Andre Gomesa, straszliwego bólu Portugalczyka i łez jego kolegów z obu drużyn. Twierdzę, że atmosfera, w jakiej piłkarze biegali po boisku w siedemdziesiątej ósmej minucie, była daleka od normalnej. Zawodnikowi Evertonu życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia i na boisko, ale nam wszystkim życzę jak najszybszego ogarnięcia przez władze Premier League problemu, który nieoczekiwanie wyrósł na najważniejszy w najlepszej podobno lidze świata.

Cudowny chłopak

Najlepsze, że oni wcale nie grali dobrego meczu, a raczej, że wielu z nich zagrało poniżej poziomu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Dembele był wolniejszy niż zwykle – zamiast przenosić akcje sprzed własnego pola karnego pod bramkę rywali, w pierwszej połowie gubił się i wikłał w bezproduktywnych raczej zwarciach. Osamotniony po lewej stronie Davies zostawiał Mosesowi hektary wolnego miejsca (Alonso w pierwszej fazie meczu również zaskakująco łatwo przedzierał się prawą). Sona w zasadzie nie było – ani wtedy, gdy grał na środku, ani po zmianie pozycji z Lamelą i zejściu na prawą. O postawie Llorisa przy golu dla Chelsea nie ma co nawet mówić (to był jego czwarty błąd w tym sezonie, skutkujący utratą gola, tylko Begović i, ekhem, Cech, zrobili więcej), a Sanchez, jak zwykle, interwencje kapitalne i ofiarne przeplatał chwilami gapiostwa; po tym, jak Alderweireld grał już nie tylko w Pucharze Anglii, ale i meczach reprezentacji Belgii, w meczu o taką stawkę doprawdy wolałbym widzieć raczej jego.

Widać z tego, że problemy Chelsea są dużo poważniejsze – zarówno te natury ogólnej, kryzysu formy ostatnich miesięcy i spekulacji wokół przyszłości trenera, jak bieżące, związane choćby z nieobecnością w wyjściowym składzie Courtois i Pedro czy brakiem wartościowych zmienników na ławce. O podaniach Fabregasa można powiedzieć mnóstwo dobrego, ale nikt się chyba nie spodziewał, że Hiszpan będzie w stanie nawiązać walkę z niezmordowaną drugą linią Tottenhamu. Również Hazard, często podwajany przez rywali, odbijał się od nich jak piłeczka. O akcji, która przyniosła gościom wyrównanie warto byłoby mówić nawet bez arcydzielnego uderzenia Eriksena: o tym, jak Davies z Allim przycisnęli Mosesa przed polem karnym Chelsea, jak odwojowali piłkę i jak z sytuacji beznadziejnej zrobiła się znakomita. Podobnie komplementować można tytanicznie pracującego Lamelę: żaden inny zawodnik nie miał tylu wślizgów, żaden inny nie biegał tak między rywalami, żaden inny, dodajmy, nie używał tak często łokci w sytuacjach nieoczywistych. To dziś jedna z kluczowych różnic między tymi dwiema drużynami – ta północnolondyńska kolejny już sezon świetnie wie, co robi, i o co gra. Od tamtej „bitwy na Stamford Bridge”, kiedy goście stracili panowanie nad sobą i resztki szans na odebranie Leicester mistrzostwa kraju, minęła epoka; szczerze mówiąc ów mecz wydaje się równie odległy jak tamten sprzed 28 lat, ostatni wygrany tutaj przez Tottenham w lidze. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że w składzie Chelsea nie ma już tych wszystkich speców od ogrywania Tottenhamu; speców, których symbolem mógłby być chociażby John Terry. Coś pękło, coś się skończyło.

Zostawmy jednak Chelsea z jej kłopotami, niechże na ratunek przychodzą Guus Hiddink albo Carlo Ancelotti. Skupmy się na tym, o którym głośno było przez cały miniony tydzień, z racji tego, że w reprezentacji Anglii pierwsze skrzypce grali inni zawodnicy, i że jej selekcjoner uznał za stosowne przestrzec go w kwestii miejsca w wyjściowej jedenastce podczas zbliżających się mistrzostw świata. Zauważmy: jeśli zsumować gole i asysty z tego sezonu, Dele Alli ma ich 24, o 6 więcej od tego, który wypchnął go ze składu Anglików, Jessego Lingarda. Czy naprawdę można mówić o słabszej formie piłkarza, który zdobywa bramki w momentach i meczach absolutnie kluczowych, wszystko jedno – z Realem, czy z Chelsea? Który wykazuje się takim opanowaniem, taką koordynacją i taką techniką, zarówno obiegając Azplicuetę i dochodząc do długiego, przypominającego nieco podania Alderweirelda, zagrania Erica Diera, jak potem przyjmując piłkę i następnie przerzucając ją nad Caballero? Który odnajduje się później w polu karnym, jako pierwszy dopadając do piłki, przekładając ją – mimo gęstniejącego tłoku – z prawej na lewą nogę i strzelając trzeciego gola dla Tottenhamu? Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś Mauricio Pochettino mówił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii. O tym, jak Argentyńczyk prowadzi swoją młodą gwiazdkę, jak konsekwentnie ją wspiera na konferencjach prasowych po kolejnych żółtych kartkach za symulowanie, jak mobilizuje go mówiąc choćby, że uważa go za najlepszego 21-latka na świecie, można by napisać niejedno. Dziś Alli zagrał setny mecz w Premier League – spotkałem gdzieś statystykę, mówiącą, że w trakcie tych stu spotkań przyłożył się do sześćdziesięciu bramek dla Tottenhamu. Ciąg dalszy nastąpi.

O ileż przyjemniej niż o jednostkach mówić jednak o drużynie. Pochettino opowiadał po meczu, że w przerwie skupił się na znalezieniu piłkarzom lepszych pozycji – tak, żeby ściślej współpracowali, szybciej operowali piłką, byli nieco bardziej agresywni i lepiej przechodzili z fazy obrony do ataku (w tym punkcie w trakcie pierwszej połowy Chelsea niewątpliwie biła ich na głowę). Dobre to było: przejście Eriksena z lewej do środka, Lameli z prawej na szpicę, Allego z „dziesiątki” na lewą stronę i Sona ze szpicy na prawą; żeby wygrać, nie trzeba było wcale Harry’ego Kane’a. Mit, że mamy do czynienia z zespołem jednego piłkarza, runął już jakiś czas temu, ale dziś padły kolejne: o niezdobytym Stamford Bridge, o tym, że Tottenham ma kiepskie wyniki w meczach z bezpośrednimi rywalami, i że Alli jest w kiepskiej formie. Niby wiem, że z tą drużyną wszystko wydaje się możliwe, niemniej zaryzykuję to zdanie: wygląda na to, że trzeci rok z rzędu zagra w Lidze Mistrzów – w Anglii tylko Manchester City w tym czasie prezentuje podobną formę, a inwestycji obu drużyn nie sposób przecież porównać. On jest magikiem, ty wiesz, śpiewają kibice o Mauricio Pochettino i mają cholerną rację.