Archiwa tagu: Transfery

Okienko transferowe: czasami lepiej nie kupić

Forsy mają, dzięki ostatniemu kontraktowi telewizyjnemu, jak lodu, zresztą nawet gdy mieli jej mniej, wcale nie przeszkadzało im to w transferowym szaleństwie. A przecież kluby Premier League zachowują się podczas kolejnego już zimowego okienka zdecydowanie rozsądniej niż dawnymi czasy. Lepiej nie nabierajcie się więc na cały ten medialno-społecznościowy cyrk, który rozpęta się jutro od wczesnych godzin rannych – z grubych, ponad dwudziestomilionowych transferów, w najlepszym razie klub zmieni jakiś niemieszczący się w składzie WBA Berahino, może też w Anglii pojawią się kolejne sprowadzone za kilkanaście milionów funtów postaci, przy których nawet nienajgorzej zorientowani w światowym rynku piłkarskim dziennikarze zmuszeni są korzystać z usług Google’a (Oumar Niasse w Evertonie?), poza tym oczywiście dojdzie do licznych wypożyczeń. Gdzieś komuś wypadł na parę miesięcy z powodu kontuzji kluczowy obrońca, gdzieś podstawowy napastnik gra tak dużo, że rozsądniej byłoby zabezpieczyć się na wypadek kontuzji, gdzieś z kolei niemieszczący się w składzie ambicjoner psuje atmosferę w szatni… Czytaj dalej

Trzy myśli po Pucharze Anglii

1. Historia się nie powtarza

Przeczytałem gdzieś po sobotnim meczu Manchesteru United, że gol Rooneya z doliczonego czasu gry mógł być dla Louisa van Gaala „momentem Marka Robinsa” – chodzi o bramkę, którą piłkarz o tym nazwisku zdobył dla MU podczas meczu Pucharu Anglii z Nottingham Forest w styczniu 1990, zapewniając drużynie awans do następnej rundy i – wedle powszechnej wiedzy – ratując tym samym Aleksa Fergusona, będącego właśnie w trakcie czwartego sezonu bez wielkich sukcesów w klubie, przed zwolnieniem z pracy. Otóż ośmielam się wątpić. Nawet zdobycie w tym sezonie Pucharu Anglii i obronienie miejsca w pierwszej czwórce nie wystarczy, by obronić pozycję Louisa van Gaala. W spotkaniu z drugoligowym Sheffield United na oddanie przez swoich ulubieńców celnego strzału fani z Old Trafford musieli czekać 70 minut – nawet piłkarze MU, jak powiedział Paul Scholes, sprawiali wrażenie znudzonych. Pomeczowa konferencja prasowa van Gaala, jego zaklęcia i tłumaczenia, a nawet mówienie, że potrzebuje kreatywnych piłkarzy, były jeszcze nudniejsze – marna pociecha… Wszystko to składa się na wyjątkowo kiepską reklamę jednego z największych przedsiębiorstw piłkarskich świata. Właśnie dotarło do mnie, że w spekulacjach o odejściu van Gaala nie chodzi o to, czy na trenerskiej giełdzie są akurat lepsze nazwiska, jakiś Mourinho czy jakiś Guardiola. Chodzi zwyczajnie o to, że w przypadku tak wielkiego klubu jak Manchester United sukcesy odnoszone bez stylu nie są żadnymi sukcesami. Czytaj dalej

Kiedy piłkarz traci głowę

Ma głowę gdzie indziej”, „jego stan psychiczny nie predestynował go do gry”, „mentalnie nie był przygotowany do występu”, „media i agenci kompletnie pomieszali mu we łbie” – te i podobne tłumaczenia słyszymy w ostatnich tygodniach i latach aż za często. Żeby nie szukać daleko – Saidi Berahino, którego trener odsunął od gry w dzisiejszym meczu WBA przeciwko Chelsea (a mało, cholera, brakowało, żeby i tym razem Tony Pulis urwał punkty Jose Mourinho…), czy David de Gea, trzymany poza składem Manchesteru United od początku sezonu. Nicolas Otamendi, proszący sztab szkoleniowy Valencii o zwolnienie z treningów przed transferem do MC. Raheem Sterling, odmawiający udziału w przedsezonowym tournée Liverpoolu. Morgan Schneiderlin, już przed rokiem próbujący wymusić od zarządu Southamptonu zgodę na odejście. Przykłady można mnożyć, mnie najmocniej w pamięć wrył się Dymitar Berbatow, absentujący się od gry w Tottenhamie przed rekordowym transferem do MU. Czytaj dalej

Czas nieodnaleziony

Miałem tego nie robić, miałem nie ulec zbiorowej gorączce z powodów, które wyłuszczyłem na portalu Sport.pl (zobaczcie, jak szybko weryfikują się negatywnie wszystkie wróżby: właściwie jedną z najbardziej interesujących aktywności 31 stycznia mogłoby być wykreślanie z listy transferów zapowiadanych jako „pewne” tych, które nigdy nie dojdą do skutku), ale wpadam na chwilę posmucić się z Wami, bo na tę transakcję akurat po cichu liczyłem.

Nie żeby stało się coś niezgodnego z tym, co napisałem wczoraj wieczorem. „Okoliczności nieprzewidziane”, brzmi jeden ze śródtytułów tekstu, a poniżej mowa o kontuzjach, które wyeliminowały na cały sezon Walcotta, Błaszczykowskiego czy Falcao. Właśnie tego ostatniego ma zastąpić w Monaco Dymitar Berbatow i jego transfer jest w najlepszym interesie wszystkich stron: francuski klub potrzebuje krótkoterminowego zastępstwa za Kolumbijczyka, a 33-letni już Bułgar może pokazać się pod słońcem południa, w otoczeniu nieco mniej wymagającym niż Premier League, znacząco powiększając przy tym swoje emerytalne oszczędności.

Tottenham, oczywiście, porównywalnego kontraktu nie mógł mu zaoferować i – mimo rychłego odejścia Defoe’a do Toronto – nie mógł mu również, poza jednym czy dwoma meczami Ligi Europejskiej, zagwarantować zbyt wielu okazji do występów w pierwszym składzie. Trzeba być sentymentalnym durniem albo notorycznym graczem w Football Managera, żeby tego nie zauważać.

Rzecz w tym, że jestem i jednym, i drugim. Co więcej: jestem też człowiekim, który w marcu 2007 roku, w 90. minucie słynnych derbów z West Hamem, kiedy rywale prowadzili jeszcze 3:2, a Berbatow szykował się do wykonania rzutu wolnego, ku zdziwieniu całej rodziny ukląkł przed monitorem i zaczął wygłaszać inwokację do bułgarskiego księcia, który przecież potrafi wszystko, nawet przerzucić piłkę nad murem.

Berbatow trafił. I wtedy (chwilę później bramkę zdobył również Stalteri, a Tottenham wygrał ostatecznie 3:4), i jeszcze wiele razy – na przykład z karnego w finale Pucharu Ligi z Chelsea. Jego występ w lutym 2007 r. z Boltonem, kiedy piłkarze Martina Jola od 35. minuty w dziesiątkę bronili prowadzenia, a Bułgar całymi minutami utrzymywał się przy piłce, wybijając przeciwników z uderzenia, był może najlepszym, jaki widziałem w życiu, występem zawodnika grającego jako jedyny napastnik. Inna sprawa, że także niektóre mecze w duecie z Robbiem Keane’em (pamiętam, jak wspólnie dostawali nagrodę piłkarza miesiąca…) domagałyby się wzmianki; nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej i później obaj osiągnęli lepszy poziom sportowy.

Niestety, nocy z 31 sierpnia na 1 września 2008 też długo nie mogłem zapomnieć. I długo nie mogłem wyprzeć z pamięci tego, co wydarzyło się w dniach ją poprzedzających: tego, jak Berbatow usiłował wymusić wymarzony (i rekordowy ostatecznie) transfer do Manchesteru United przez odmowę gry w meczach Tottenhamu. Skomplikowanych uczuć, jakich doświadczałem następnie obserwując Bułgara w czerwonej koszulce, nie upraszczał fakt, że nie wszystko szło mu jak z płatka. On sam mówił o presji rekordowego transferu, o nieprzespanych nocach i bólu, z jakim przyjmował miejsce poza składem w finałach Ligi Mistrzów. Chemii, jaką wyczuwaliśmy między Berbatowem a Keane’em, z Rooneyem nie udało się wytworzyć, w końcu na Old Trafford pojawił się van Persie i czteroletni pobyt Bułgara w Manchesterze oceniać musimy w kategoriach niespełnienia.

W Fulham były już tylko momenty: najpiękniejsze przyjęcia piłki świata, podania i bramki, strzelane niemal od niechcenia (pamiętacie słynny T-shirt z napisem „Keep calm and pass me the ball”, który zaprezentował po zdobyciu jednej z nich?) i kierujące moje w myśli w stronę Swanna. Owszem: patrzyłem na Dymitara Berbatowa i słyszałem frazy Marcela Prousta, nie tylko ze względu na wrodzoną, by tak rzec, dandysowatość bułgarskiego napastnika, ale także na jego osobność i dystans do blichtru angielskiej ekstraklasy. Niestety jednak, choć francuski kierunek przeprowadzki wydaje się ułatwiać ciągnięcie tej analogii, ja już nie jestem zainteresowany. Chciałem, żeby Dymitar Berbatow wrócił do Tottenhamu nie dlatego, że – jak napisał niedawno na Twitterze Rafał Stec – mamy do czynienia z klubem biblijnym, który z otwartymi ramionami przyjął już niejednego syna marnotrawnego (oprócz Keane’a do klubu wracali Klinsmann, Sheringham czy Defoe…). Myślałem raczej, że jeśli jeszcze raz zobaczę go na White Hart Lane, założę ponownie koszulkę z jego nazwiskiem na plecach i odzyskam własne wspomnienia ze straconego czasu.

Trzy akapity na zamknięcie okna

Trzy akapity, a właściwie trzy nazwiska, albowiem trzy osoby symbolizują dla mnie zatrzaśnięte wczoraj okno transferowe w Premier League. Żeby było jasne, żadna z nich nie jest piłkarzem. Osoba pierwsza: Franco Baldini, nowy dyrektor sportowy Tottenhamu. Osoba druga: Ed Woodward, nowy dyrektor wykonawczy Manchesteru United. Osoba trzecia: Ivan Gazidis, nie tak znów nowy dyrektor wykonawczy Arsenalu. Trzy nazwiska i trzy strategie: planowanie, chaos i cierpliwość.

O zatrudnienie Baldiniego Andre Villas-Boas dopominał się już w trakcie poprzedniego sezonu, zbyt dobrze pamiętając frustrujące zabiegi Daniela Levy’ego, który niemal do ostatnich minut ubiegłorocznego letniego okienka usiłował sprowadzić do Tottenhamu Leandro Diamao i Joao Moutinho, w obu przypadkach dając się pokonać tykającemu zegarowi. Kiedy maj 2013 przyniósł rozczarowanie (Arsenal i tym razem okazał się lepszy, mimo rekordowej ilości punktów w historii występów Tottenhamu w Premier League), Villas-Boas zabrał drużynę na pokazowy mecz na Jamajce. Piłkarze mogli się wspólnie zrelaksować, omawiając przy okazji, co poszło nie tak, a trener i prezes odwiedzili właściciela Tottenhamu, multimilionera Joe Lewisa, na co dzień trzymającego się z dala od spraw klubowych. To właśnie wtedy zdecydowano o sprowadzeniu Baldiniego i rozpoczęto przygotowania do okienka transferowego, określając budżet i najpilniejsze cele. Powtórzę to, co napisałem jeszcze przed zamknięciem okna: gdyby nie podkupienie Williana przez Chelsea, Tottenham (podobnie zresztą jak Manchester City, gdzie odpowiedzialny za transfery jest inny dyrektor sportowy, Txiki Begiristain) zakończyłby kupowanie jakieś 10 dni temu. Bilans zakupów? Siedmiu nowych piłkarzy, gruntownie odświeżony środek pomocy, gdzie pojawili się szybcy i agresywni Capoue czy Paulinho, Bale zastąpiony zarówno silnym i błyskotliwym lewoskrzydłowym (Chadli), jak wiotkim rozgrywającym typu „dziesiątka” (Eriksen) i rozdryblowanym, by użyć określenia Rafała Steca, atakującym z obu skrzydeł, ale też zza pleców wysuniętego napastnika Lamelą. Konkurencję w ataku zwiększył Soldado, a w obronie za pieniądze ze sprzedaży Caulkera udało się kupić Chirichesa – nie dość, że tańszego, to o wiele swobodniej niż młody Anglik czującego się z piłką. Pytania o sezon Tottenhamu nie są więc pytaniami o personel, ale o zdolność wytrzymania presji, związanej z powszechnym przekonaniem, że po tych zakupach drużyna powinna awansować do Ligi Mistrzów, i o szybkość zintegrowania nowych zawodników w drużynę – ale możliwości manewru, jakie Villas-Boasowi dał Franco Baldini, są oszałamiające.

Inaczej niż Woodward Moyesowi. Wszyscy pamiętamy, jak dyrektor opuszczał nagle azjatyckie tournee Manchesteru United i wracał do kraju, żeby dopiąć jakiś spektakularny transfer. Nic podobnego się nie wydarzyło: wakacje upłynęły pod kątem pytań o przyszłość Wayne’a Rooneya, braku asertywności na rynku, a później chaotycznych działań, których skutkiem było powiększenie sumy, jaką trzeba było ostatecznie zapłacić za Fellainiego, o 4 miliony. Do końca lipca w kontrakcie Belga obowiązywała wszak klauzula, umożliwiająca wykup za 23,5 miliona funtów, MU nie zdecydował się na jej uruchomienie i ostatecznie musiał wydać 27,5 miliona. Nie udało się z Thiago Alcantarą i Ceskiem Fabregasem, nie udało się z Anderem Herrerą (jedną z sensacji dnia wczorajszego było pojawienie się w biurach ligi hiszpańskiej hochsztaplerów, usiłujących sfinalizować transfer tego zawodnika), Samim Khedirą, a nawet Wesleyem Sneijderem, zapewne prześlepiono okazję sięgnięcia po Ozila – pieniądze, jakie Arsenal wydał ostatecznie za niemieckiego rozgrywającego, spoczywały przecież na klubowych kontach, skoro Czerwone Diabły myślały o kupnie Fabregasa. Osobną kwestią – chciałoby się powiedzieć: kompromitacją w stylu dawnego Tottenhamu, było niezałatwienie w porę wypożyczenia Coentrao z Realu; ogłoszone już, ale ostatecznie niesfinalizowane (jak się teraz czuje Patrice Evra?) w obliczu wcześniejszego fiaska związanego z kupnem Leightona Bainesa. Pytania o sezon MU są pytaniami o zdrowie Rooneya, przyszłość Kagawy, stopień kreatywności, he, he, Fellainiego, i o to, jak wiele punktów zapewnią gole van Persiego – ale kibice klubu otwarcie przyznają, że po kilku miesiącach pracy Eda Woodwarda zatęsknili za Davidem Gillem.

Ivan Gazidis mówił o budżecie Arsenalu mniej więcej to, co Woodward o budżecie MU – że klub ma pieniądze i ambicje sprowadzenia zawodników światowej klasy. On również długo ponosił porażki („nie” usłyszał m.in. w związku z Higuainem i Suarezem), ale zachował spokój i w końcu udało mu się odpalić największą transferową bombę tego okna. Dawno już do Arsenalu, ba: do całej Anglii nie przychodziła gwiazda świecąca tak jasno na europejskim firmamencie – nawet jeśli Ozil przyznaje, że z poprzedniego klubu został wypchnięty, i tak jest to wielkie osiągnięcie jego nowego pracodawcy, który zdołał zawczasu przewidzieć, że przeprowadzka do Madrytu Isco i Bale’a może skutkować dostępnością Ozila. Podobno pierwsze badania medyczne Niemca przeprowadzono już przed tygodniem… Ale nazwisko Gazidisa przywołuję nawet nie w związku z transferem fantastycznego rozgrywającego, tylko w związku z komunikatem zawartym w oświadczeniu ogłoszonym przy tej okazji. Poza standardowymi zdaniami o „ekscytującym dniu”, dyrektor mówił wczoraj głównie o większościowym udziałowcu klubu, Stanleyu Kroenke, i jego nieustannym wsparciu „dla Arsene’a i Klubu”, mającym na celu „dokonanie znaczących inwestycji dla wzmocnienia naszego składu i sprowadzenia utalentowanych zawodników, którzy odpowiadają naszym ambicjom i naszemu stylowi gry”. Owszem, piarowska nowomowa, ale można z niej wydobyć to, co najważniejsze: „Jak my wszyscy, pan Kroenke chciałby widzieć Arsenal kolekcjonujący mistrzostwa i puchary, i ma absolutną wiarę i zaufanie, że nasz menedżer będzie w stanie tego dokonać”. Pytania o sezon Arsenalu są więc jedynie pytaniami o niekupionego napastnika (choć nawet w przypadku kontuzji Giroud warto pamiętać, jak przed rokiem o grę na środku ataku upominał się Walcott) i jakość linii defensywnej (powiedzmy, że defensywnego pomocnika udało się odzyskać z Milanu…). Na to najważniejsze – o przyszłość Arsene’a Wengera i to, czy jest właściwą osobą na właściwym miejscu – Ivan Gazidis już odpowiedział.

Zamykanie okienka

16.00 Przed rozpoczęciem dzisiejszego, przeczytałem pilnie kilka poprzednich wpisów powstających podczas zamykania letniego i zimowego okienka transferowego (ile to już razy, pewnie z dziesięć…). Bawiliśmy się świetnie, klikaliśmy jak szaleni, z własnymi emocjami radziliśmy sobie w sposób, który zadowoliłby niejednego terapeutę, ale czy naprawdę potrafiliśmy dołożyć do tego wszystkiego jakąś wartość merytoryczną? Typowy ze mnie kibic Tottenhamu (albo typowy ze mnie inteligent): zamiast cieszyć się okazją, natychmiast zaczynam kwestionować, szukać dziury w całym, mnożyć wątpliwości… Co w takim razie tu robię? Ano przyglądam się, jak poszczególne kluby puszczają z dymem miliony funtów czy euro, jak w ostatniej chwili podbijają stawkę albo przeciwnie: gwałtownie przeceniają, jak po łebkach prowadzą badania lekarskie, byle zdążyć na czas. Co w tym najzabawniejsze: bez żadnej przemyślanej strategii (gdyby ją miały, już dawno wyłączyłyby się z wyścigu), z przyrodzonej skłonności jednego czy drugiego prezesa do hazardu albo w końcu z desperacji: bo sezon nie rozpoczął się tak, jak się spodziewano lub jego początek naznaczyły kontuzje. 16.15 Jest oczywiście w tym roku jeszcze jeden powód, dla którego niektóre kluby musiały czekać do ostatniej chwili: reakcja łańcuchowa wywołana jednym megatransferem. Kiedy Gareth Bale, po wielotygodniowym zamieszaniu, zamienił wreszcie Londyn na Madryt, kilku piłkarzy zaczęło być nagle niepotrzebnych Realowi: Kaka już przeprowadził się do Mediolanu, Mesut Oezil, jak wiele na to wskazuje, zostanie piłkarzem Arsenalu, wciąż spekuluje się na temat przyszłości di Marii. Przy tym transferze Niemca będzie trzeba zatrzymać się na chwilę, najpierw jednak pomyślmy, jak katastrofalnym interesem dla Realu było przed laty sprowadzenie Kaki w świetle tego, za jaką kwotę przychodził przed zaledwie czterema laty (70 milionów euro) i ile zarabiał rocznie (10 milionów), oraz ile w tym czasie realnie dał Realowi. Memento dla Bale’a, a przy okazji komplement dla Barcelony, która nieudany eksperyment z Ibrahimoviciem potrafiła urwać wcześniej. 16.50 Czy tylko ja mam wrażenie, że tym razem media karmiły nas mniejszą ilością transferowych bredni? A może po prostu nauczyłem się je przesiewać, puszczając mimo uszu te najbardziej fantastyczne? Gdzie te czasy, w których każdy angielski portal pełen był relacji rzekomych naocznych świadków z lotnisk, szpitali, ośrodków treningowych, donoszących o obecności tam zawodników w rzeczywistości przebywających w innych miastach i krajach? No dobra, w ogóle mi tego nie brakuje… Tegoroczne okienko z perspektywy fana Tottenhamu przebiegło wzorowo. Trochę o tym pisałem, żegnając Garetha Bale’a. Najpierw, tuż po sezonie, na Karaibach odbyło się spotkanie właściciela (Joe Lewisa), prezesa (Daniela Levy’ego) i trenera (Andre Villas-Boasa), podczas którego określono budżet i najpilniejsze potrzeby, później zaś – metodycznie je realizowano. Transferem lata było sprowadzenie wytęsknionego przez AVB dyrektora sportowego Franco Baldiniego, który dokonał reszty. Odejście Bale’a uwzględniono, przygotowano plan A i B, nawet gdy Chelsea sprzątnęła z klubowego ośrodka przebadanego już Williana – powstrzymało to Tottenham na zaledwie kilka dni, w trakcie których dogadano się z Eriksenem i Lamelą. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów mogę dziś położyć się nie wyczekując nerwowo do wczesnych godzin rannych, czy na stronie Tottenhamu pojawią się wieści o, tak, tak, Grzegorzu Rasiaku. Jeśli coś się dziś wydarzy, to odejścia i wypożyczenia tych, którzy z pewnością nie zmieszczą się w składzie na ten rok (Adebayor, Assou-Ekotto, może Sigurdsson) lub powinni grać regularnie, by był z nich pożytek dla klubu w sezonie kolejnym (Tom Carroll). Można oczywiście zastanawiać się, czy lewa obrona nie mogłaby być obsadzona silniej, ale efekt finalny ostatnich tygodni i tak jest nadzwyczajny: jeden doskonały zastąpiony siedmioma wspaniałymi, na klubowym koncie zyski, telefony w biurze prezesa milczą jak w Chelsea czy Manchesterze City. 17.05 Tak, uważałem i uważam, że Arsenalowi przede wszystkim przydałby się walczak w drugiej linii, ale skłonny jestem przyznać, że powrót Flaminiego („naprawdę mi przykro, że nie kosztował 25 milionów” – mówił wczoraj Arsene Wenger) tę lukę wypełni. Oezil? Któż z menedżerów Premier League, mający na koncie wolne środki, nie skorzystałby z okazji, słysząc, że zawodnik tej klasy pojawił się na rynku? Moyesowi przydałby się bardziej, ale Moyes patrzy ponoć w stronę swojego dawnego klubu (Fellaini), a i Herrerę z Athleticu Bilbao postanowił wyciągnąć. Arsenal z Giroud na szpicy, Cazorlą, Oezilem i Walcottem za plecami Francuza – pomyślcie sami. To jest ten moment, w którym wszystkie przedsezonowe prognozy boleśnie się weryfikują: w statystykach Arsenalu wypada dopisać kilkanaście bramek z podań niemieckiego artysty, a jego samego dopisać do najpoważniejszych kandydatów na piłkarza roku. 45 milionów funtów? To, przypominam, i tak dwa razy mniej niż kosztował niejaki Gareth Bale. Taxi_rock w komentarzu martwi się wprawdzie, że w przypadku kontuzji Giroud Arsenal zostaje bez napastnika (nie licząc niedoświadczonego Sanogo), ale po pierwsze, nadal słyszymy plotki o wypożyczeniu Demby Ba, a po drugie: jest przecież Walcott, od dawna powtarzający, że uwielbia grać na środku ataku. 17.20 Zauważmy: wszystkie najważniejsze transfery klubów Premier League dotyczą piłkarzy z zagranicy (owszem, zmienili klub Caulker czy Huddlestone, ale już np. nie Rooney – transfer Zahy dopinano zimą). Osoby odpowiedzialne za dorosłą i młodzieżowe reprezentacje Anglii załamują ręce, bo ich podopieczni mają w klubach coraz większą konkurencję, ale z drugiej strony (mówił o tym m.in. Andre Villas-Boas, przekonując, że wcale nie jest przeciwny kupowaniu krajowców) cena za Anglików od lat jest wyższa niż za zawodników o zbliżonych, a nawet wyższych umiejętnościach, zza Oceanu czy Kanału. Przypominam sobie te 15 milionów za Davida Bentleya; przypominam sobie miliony wydawane przez kolejne kluby za Andy’ego Carrolla czy Darrena Benta, i… niczemu się już nie dziwię. 17.55 To jakiś żart z Odemwingiem w Cardiff? Nie, raczej poszukiwanie straconego czasu. Żal patrzeć, jak ten największy przegrany poprzedniego okienka (pamiętacie cyrk ze zdjęciami napastnika WBA, próbującego dostać się na teren QPR, zamknięte drzwi i transfer, który nie doszedł do skutku), niezły w gruncie rzeczy napastnik, zmarnował pół roku kariery. Czy następnym przegranym będzie Yohan Cabaye? 18.10 Temat do odstąpienia: piłkarze podążający w ślad za menedżerami. Harry Redknapp, próbujący dziś sprowadzić Niko Krajnczara i Jermaina Defoe, Martin Jol kupujący do Fulham Berbatowa czy Taraabta, to przykłady bliskie memu sercu, ale przecież zarówno Roberto Martinez drenujący Wigan, jak David Moyes wciąż jeszcze nieskutecznie próbujący sprowadzić na Old Trafford dawnych podopiecznych z Evertonu, Fellainiego i Bainesa, to przykłady w tym okienku najgłośniejsze. Czy można się dziwić leniwym dziennikarzom, którzy zmyślając plotki transferowe niemal w połowie przypadku kierują się regułą: piłkarz A grał u trenera B w klubie C, więc skoro B prowadzi teraz drużynę D, to będzie rozmawiał z C o transferze A? Biedacy, tylko z Arsenem Wengerem nie mają łatwo, od 16 lat pracującym w jednym klubie – tu jednak sprawdza się inna reguła: powrotu syna marnotrawnego. Cescowi Fabregasowi dajemy jeszcze rok 😉 18.30 Największym transferem Liverpoolu, pierwszego lidera Premier League, jest ten nieprzeprowadzony: w klubie zostaje Luiz Suarez. Dziś przyszedł reprezentacyjny obrońca z Francji, Mamadou Sakho, wysiadujący ostatnio na ławce PSG, inny rezerwowy – Victor Moses z Chelsea i młody obrońca Ilori ze Sportingu. Kibice drużyny Rodgersa frustrowali się okazjami, które przechodziły koło nosa (Mchitrian, Willian), ale mają ciekawy desant z Hiszpanii: Aspasa i Cissokho. W tym przypadku jednak mówić należy przede wszystkim o transferze dokonanym kilkanaście miesięcy wcześniej: niechciany i niedoceniany na Stamford Bridge Sturridge wyrósł dziś na czołowego napastnika Premier League. Rewolucja Brendana Rodgersa nabiera tempa nawet bez bicia transferowych rekordów. 19.20 Mój prywatny tytuł bredni dnia wędruje do Włoch, skąd przyszła pogłoska o możliwej wymianie Torresa na Adebayora, na którą nastawali ponoć działacze Tottenhamu. Już prędzej uwierzę w, nieprawdopodobną przecież, po tylu mocnych deklaracjach Jose Mourinho (jest mistrzem prawdomówności, nieprawdaż) w przeprowadzkę Juana Maty do Paryża. 19.50 Europa wychodzi z kryzysu, a Finansowe Fair Play nie okazało się hamulcem dla intensywnych zakupów (inna sprawa, że kondycję klubów Premier League radykalnie poprawił rekordowy kontrakt telewizyjny). W angielskiej ekstraklasie w nowych piłkarzy zainwestowano już ponad 500 milionów, a zakupowy prym wiedzie, tak, tak, mój Tottenham, który wydał już ok. 107 milionów funtów; moim zdaniem do końca okienka z pewnością będzie na plusie (z nadzwyczajnej tabelki „Guardiana” wynika, że na kilka minut przed ósmą wydatki minimalnie przekraczają dochody). Setkę wydał też Manchester City, ale tu dochodami kompletnie się nie przejmowano: po stronie „sprzedano” mamy zaledwie 10 milionów, z czego większość za Teveza. Szastała również Chelsea: 68 milionów wydano, zarobiono pięć. Do poziomu wydatków Liverpoolu (blisko 50 milionów) Arsenal może, jak wiemy, zbliżyć się jednym transferem – ale Liverpool również sprzedawał: Carrolla, Downinga, Spearinga czy Shelvea, a więc również przede wszystkim Anglików. Warto zwrócić uwagę na inwestycje Southamptonu, Cardiff i Norwich – wszystkie trzy kluby wydawały odważnie, między 25 milionów, a 35 milionów, tyleż korzystając ze wsparcia właściciela (Cardiff), co wspomnianych kontraktów telewizyjnych. Wciąż na liście największych graczy na rynku brakuje Manchesteru United, a przecież o ofensywnego pomocnika dla tego klubu skowytaliśmy jeszcze zanim Paul Scholes przeszedł na emeryturę po raz pierwszy. Może dziś… 21.00 Coś mi się maszynka blogowa zaczęła psuć. Nie zachował się zapis sprzed kilkunastu minut o kolegach z prasy papierowej, mających o tej właśnie porze dedlajn na pierwsze wydanie gazety, wiedzących, że sprawa jest przesądzona: że będzie kosztował 42,5 miliona funtów (skądinąd ani MU, ani MC, ani Liverpool, o sąsiadach zza północnolondyńskiej miedzy nie wspominając, nie wydali dotąd takiej kwoty za jednego piłkarza, nieprawdaż?), że podpisze pięcioletni, najbardziej lukratywny w historii klubu kontrakt, że nie może się doczekać wspólnych występów z kolegami z reprezentacji Niemiec, itd, itp., i niemogących jeszcze tego wszystkiego napisać oficjalnie. Pozdrawiam kolegów przy okazji; z pewnością nie umieszczą w zastępstwie wiadomości o Nicklasie Bendtnerze, któremu Arsenal dopłaci ponoć, byle tylko zechciał się przeprowadzić do Crystal Palace. 21.15 Wśród słów zakazanych jest dziś słowo „breaking”, ale powtarzaną przez wszystkich wiadomość, że Fellaini poprosił właśnie Evertone o wystawienie na listę transferową (poprosił?!), należałoby jednak opatrzyć podobnym określeniem. Czy w niecałe trzy godziny można zawrzeć umowę między dwoma klubami, przeprowadzić testy medyczne, podpisać kontrakt, i przefaksować wszystkie papiery do Premier League? Oczywiście, że można; Fellaini pewnie zresztą już dogadany z niedawnym szefem. Jeśli jednak mówimy o randze tego wzmocnienia, nie tylko zestawiając je z idącym w nieco innym kierunku Oezilem, powiedzmy i to: wolelibyśmy częściej oglądać Kagawę. 21.30 Ktoś ze znajomych na Twitterze przypomniał historię bezcenną: przecież Joe Kinnear po objęciu stanowiska dyrektora sportowego Newcastle opowiadał, że jego nazwisko otwiera drzwi we wszystkich klubach świata; że w każdej chwili może zadzwonić do Fergusona czy Wengera… I co? I początek sezonu nienajlepszy, a zakupy niezbyt imponujące. Przyjdzie liczyć na to, że sprowadzeni zimą Galowie nareszcie się zaaklimatyzują nad rzeką Tyne? Że Cabaye, od którego Kanonierzy woleli jednak Oezila, zaciśnie zęby i zacznie grać na dawnym poziomie? Z pewnością Alan Pardew jest jednym z tych menedżerów, którzy modlili się w ostatnich dniach, żeby transferowy cyrk wreszcie się skończył. Choćby dlatego, że po zamknięciu okienka będzie miał pewnie mniej okazji do oglądania Kinneara twarzą w twarz. 22.00 Konsensus: jeśli w ciągu najbliższych dwóch godzin wydarzy się jeszcze coś godnego uwagi, to transfery Oezila do Arsenalu, Fellainiego do MU i wypożyczenie Lukaku do Evertonu (tego ostatniego ruchu nie rozumiem, bo ze wszystkich napastników Chelsea o Belgu miałem najwyższą opinię – dla Evertonu świetny strzał, rzecz jasna…). Benoit Assou-Ekotto idzie do QPR na wypożyczenie. Wiem, że AVB uważa, iż Danny Rose mu wystarczy (z Vertonghenem, Fryersem i Naughtonem jako możliwymi zastępcami), a w ciągu minionych 12 miesięcy nie zdołał się przekonać do Kameruńczyka, a przecież mi żal. Lewy obrońca Tottenhamu to jedna z najbarwniejszych figur w Premier League; szczerość jego wywiadów o kondycji współczesnego futbolisty ożywiała świat w większości przypadków sterylnie wyprany z charakterów. W tym przypadku mam podejrzenie, że jego obnoszony z dumą luz po prostu nie przypadł do gustu Villas-Boasowi. Rose więcej i szybciej biega między jednym polem karnym a drugim, ale zarówno w defensywie, jak i w celności dośrodkowań Assou-Ekotto prezentuje się lepiej. Oby wrócił. 22.25 Do czytania po zamknięciu okienka, kiedy opadną emocje: Stefan Szymanski, współautor „Soccernomics”, policzył tzw. homegrown players (uwaga, pojęcie nie jest równoznaczne z wychowankiem) w klubach Premier League i zestawił ich z miejscem w tabeli na koniec sezonu 2012/13. 0,2 to przeciętna meczowa Manchesteru City – mimo wszystko smutne. 22.45 No dobra, jesteśmy już na etapie dowcipów, a Rafał Stec (chyba nazwę go z tej okazji moim młodszym kolegą…) o 21.49 ogłosił, że nie wytrzymał kondycyjnie. Z dowcipów spodobał mi się ten o ataku astmy Mesuta Oezila, wywołanym przez kurz w gabinecie z trofeami Arsenalu, i oblanych przez to testach medycznych. Całkiem serio: astmatykiem jest ponoć nowy obrońca Tottenhamu Vlad Chiriches, a nieoczekiwanych komplikacji z transferem Oezila naprawdę się nie spodziewam. Nieustannie gratuluję raczej Kanonierom fartu i nieustannie zachodzę w głowę, dlaczego David Moeyes zamiast finezyjnego Niemca woli drągalowatego Belga. Dośrodkowania na głowę powinno się wszak adresować do van Persiego, od walki wręcz są Rooney i Cleverley, błysku geniuszu tu trzeba, bo solidnego rzemiosła mamy pod dostatkiem… 22.55 Pamiętacie Bebe, najdroższego bezdomnego w historii, jeden z „tych” transferów Aleksa Fergusona? MU, który niegdyś wydał na niego 7 milionów funtów, wypożycza go właśnie do portugalskiego Pacos de Ferreira. Mocno bym się zdziwił, gdyby jeszcze wrócił na Old Trafford. Inne, fajne tym razem, i z perspektywą powrotu, wypożyczenie, to Nick Powell z MU do Wigan. Chłopak ma w tym sezonie szansę nawet na europejskie puchary… 23.05 I jeszcze jedna lektura na po zamknięciu, tym razem drugi współautor „Soccernomics”, Simon Kuper, o bezsensowności transferu Bale’a. Warto się zalogować na stronę „Financial Timesa” nie tylko dla jego publicystyki. Porównajcie z nieocenionym Davidem Connem, w „Guardianie” przekonująco argumentującym za stanowiskiem wręcz przeciwnym. Publicystyka o Bale’u prezentowała się dziś lepiej niż jego hiszpański. 23.10 Zacytuję jeden z komentarzy, poddając pod dalszą dyskusję (ksav, dzięki): „Panie Michale, może to jednak Fellaini jest kluczem dla Kagawy. Carrick (zasięg podań, kontrola tempa) + Fellaini (siła, upraszczanie, ale i przyspieszanie gry na jeden kontakt) = zabezpieczony środek pola. Bo Cleverley niby gra jako box to box, ale ani z przodu nie daje jakości (brak wejść w pole karne, brak rajdów, brak odbiorów i przyspieszania gry), ani nie jest gwarantem utrzymania się przy piłce pod presją. Jeśli przed taką dwójką grałby Kagawa…widziałbym strącone główki, wygrane przebitki Fellainiego i szybkie decyzje Japończyka”. 23.20 Mesut Ozil (nieoceniony pan Twitter powiedział, że umlaut jest turecki, a nie niemiecki, więc jeśli nie mamy klawiatury z kropeczkami piszemy „Ozil”, a nie „Oezil”) oficjalnie w Arsenalu. Drugi po Torresie najdroższy piłkarz w Anglii, ale bądźmy spokojni: nie skończy jak Torres. Najjaśniejszy transfer okienka, kompletnie nie ze względu na cenę. Cholernie jestem ciekaw informacji, jak to przebiegło i kiedy tak naprawdę zaczęły się negocjacje. Co zdecydowało, że Arsenal, a nie MU? Cena? Większe zaufanie piłkarza do Wengera niż do Moyesa? Po komunikacie Arsenalu sądząc, zawierającym wypowiedź Ivana Gazidisa i jego podziękowania dla Stanleya Kroenke „od zawsze w pełni popierającego Arsene’a i Klub w znaczących inwestycjach mających na celu wzmocnienie drużyny”, a także „mającego absolutną wiarę i zaufanie do naszego menedżera”, robiono przy okazji politykę. Trudno, żeby nie, przy takiej skali inwestycji. Wyposzczeni kibice Arsenalu widzą, że „pieprzone pieniądze” zostały wreszcie wydane – i to tak, że lepiej nie można, a ja się cieszę, bo rywalizacja z Tottenhamem stanie się jeszcze ciekawsza. Wczoraj mówiliśmy, że po rekordowych wydatkach większa presja ciąży na ramionach najmłodszego menedżera Premier League, dziś także na barki najstarszego nałożono kolejne ciężary: o trofeach także jest mowa u pana Gazidisa… 23.40 Oto, co nazywam przeniesieniem klubu na następny poziom: jak podaje Opta, przez cały ubiegły sezon Ozil i Cazorla stworzyli swoim kolegom 188 okazji do strzelenia bramki – Ozil 92 i Cazorla 96. Giroud na króla strzelców Premier League? 23.45 Zaczekajmy jeszcze kwadrans, żeby napisać, że największym przegranym tegorocznego okienka transferowego jest Manchester United.

00.00

Jeszcze bym zaczekał na tego Fellainiego, czuję, że to nie koniec. A gdyby to jednak miał być koniec, to może z kogucim akcentem: z Tottenhamu odszedł, na roczne wypożyczenie do QPR, Tom Carroll. Zobaczycie, że ten chłopak nie tylko da klubowi Harry’ego Redknappa awans do Premier League, ale także sobie zapewni awans do pierwszego składu Tottenhamu, a w perspektywie także do reprezentacji Anglii. Na White Hart Lane z jego rozwojem wiąże się ogromne nadzieje – jak przed rokiem w przypadku Rose’a czy Townsenda regularne występy w słabszym klubie mają przynieść przełom w karierze. Przyjemnie, ze jego macierzysty klub w tym okienku działał metodycznie jak nigdy dotąd. Obgryzających do końca paznokcie pozdrawiam serdecznie wraz z kibicami MC i Chelsea. Może jednak kluby z dyrektorami sportowymi nie są tak całkiem bez sensu 😉

00.20

Mówiłem, że to nie koniec? Moyes zdążył rzutem na taśmę: ściągnął za sobą Fellainiego i, skoro Everton uparcie nie oddawał Bainesa, wypożyczył z Realu Fabio Coentrao. Everton tymczasem powetował straty, kupując i wypożyczając Lukaku, McCarthy’ego z Wigan (świetny zakup) i Barry’ego z MC. Sprawę późnych zakupów United tłumaczy cyrk z fałszywymi agentami negocjującymi transfer Herrery; więcej o tym usłyszymy w najbliższych dniach. Chaos, przepłacony Fellaini (kilkanaście dni temu wygasła w jego kontrakcie klauzula odstępnego, o której przecież Moyes musiał wiedzieć) i szczęśliwe zakończenie. Harry Redknapp przez okno swojego samochodu mówi, że kupił jeszcze Niko Krajnczara, co oznacza, że mam przywidzenia i naprawdę powinienem iść spać.

Nasi najdrożsi (piłkarze świata)

Rekord czy nie rekord (w chwili, kiedy to piszę, suma, jaką Real zapłacił Tottenhamowi za Garetha Bale’a nie została jeszcze potwierdzona) – prywatnie uważam, że Bale nie jest wart tych pieniędzy, ba: prywatnie uważam, że jeśli takie pieniądze powinno się płacić przy zatrudnianiu kogokolwiek, to raczej ludzi zdolnych uratować świat przed chorobami nowotworowymi. Ale samą wielkością kwoty zdziwiony nie jestem. Chyba każdy, kto ma jako takie pojęcie o świecie futbolu, wiadomość o otarciu się o rekord przy przeprowadzce Walijczyka do Madrytu, przyjął bez wzruszenia ramionami.

Bo właściwie dlaczego nie? Ma zaledwie 24 lata i nieprawdopodobny talent. W ubiegłym sezonie, nie będąc przecież środkowym napastnikiem, strzelił 26 goli, a przede wszystkim: rozwinął się jako piłkarz, jak może żaden inny z zawodników czołowych lig europejskich. Od dobrych paru lat nie jest już szybkim lewym obrońcą nieźle wykonującym rzuty wolne (jako takiego sprowadzał go Tottenham z Southamptonu). Od roku nie jest już szybkim lewoskrzydłowym, którego owszem: nie zdołał swego czasu upilnować Maicon podczas słynnego dwumeczu z Interem, ale z którym później boczni obrońcy wspierani przez defensywnych pomocników doskonale dawali sobie radę. Andre Villas-Boas wymyślił mu nową pozycję na boisku: Bale zaczął atakować ze środka, operując z dużą swobodą taktyczną za napastnikiem, choć kiedy było trzeba, wracał na lewe skrzydło, a i na prawym radził sobie całkiem nieźle. Jego bramki – niemal wszystkie strzelone zza pola karnego – były fantastyczne. Jego szybkość? W Anglii szybszych zawodników można policzyć na palcach jednej ręki. Jego wytrzymałość? Imponują nie tylko statystyki przebiegniętych przezeń kilometrów, ale także proporcje, jaką część z nich przebywa sprintem, jaką szybkim biegiem i jaką – stosunkowo najmniejszą na tle innych zawodników – truchtem. Jego zdolność do rozstrzygnięcia meczu indywidualnym zrywem? Na Wyspach w sezonie 2012/13 porównywana jedynie z van Persiem.

Że niby, w odróżnieniu od poprzednich megatransferów, Figo, Zidane’a, Kaki czy Ronaldo, niczego jeszcze nie osiągnął? Bałamutny argument. A potencjał rozwoju, który potrafią ocenić zarówno trenerzy, jak eksperci piłkarscy? A potencjał marketingowy, który szacują eksperci od rynku reklamowego (Bale, skądinąd, zastrzegł już sobie prawo do swojej „cieszynki”: złożonego z palców obu dłoni serduszka)? A bezcenny w tym kontekście, obowiązujący wciąż wizerunek skromnego walijskiego chłopaka, wiernego dziewczynie z liceum i każdą wolną chwilę spędzającego z rodzicami? A fakt, że z dotychczasowym klubem wiązał go wieloletni kontrakt, co rzecz jasna znacząco zwiększa wielkość kwoty transferowej? Że przez lata spędzone w nowym klubie może znaczącą część tej kwoty odpracować nie tylko swoją grą: golami, asystami, punktami, pucharami itd., ale także całym tym globalnym przemysłem pamiątkowo-koszulkowym?

Dodając do wszystkiego, co powyżej, powszechną wiedzę, że prezes Realu z powodów wizerunkowych zainteresowany jest galaktyczną rangą swoich zakupów, a prezes Tottenhamu z kolei cieszy się opinią najtwardszego na rynku negocjatora, wysokość zapłaconej za Bale’a sumy nie powinna nikogo dziwić.

Bo właściwie dlaczego tak? Real Madryt jest największym klubem świata, przynajmniej w rankingu Deloitte’a, a zatrudnienie Carlo Ancelottiego w roli trenera daje nadzieję, że na przewodzeniu w rankingach bogactwa się nie skończy. Pokażcie mi piłkarza, który – grając dotąd w klubie niemającym szans na wygrywanie mistrzostwa kraju, o sięganiu po triumf w Lidze Mistrzów nie wspominając – oprze się pokusie. Co Bale’owi w tej sytuacji długo zapisywałem na plus, to że aż do wtorku nie wyczyniał cyrków, jak jego poprzednicy, Berbatow czy Modrić (a, sięgając po przykłady z innych klubów, np. Luis Suarez): nie kazał się wystawić na listę transferową, nie udzielał niemądrych wywiadów itp. Szkoda, że ostatecznie nie wytrzymał napięcia i przestał pojawiać się w klubie, jak to robił przez wszystkie poprzednie dni i tygodnie; szkoda ze względu na piękne wspomnienia, które po sobie zostawia. Ale też: współczesny futbol na podobne zachowania zdążył nas uodpornić. Od czasu, jak Sepp Blatter wygłaszał sławetne zdania na temat „współczesnych niewolników”, zmieniło się wszystko. Jeśli zawodnik naprawdę chce odejść z klubu, po prostu z niego odchodzi. Wspierany w łamaniu kodeksu dobrych praktyk przez przyszłego pracodawcę, który nie potrafi się powstrzymać przed budowaniem sceny na uroczyste powitanie albo zamieszczaniem na swojej stronie internetowej linku do koszulek z jego nazwiskiem, zanim wszystkie strony złożą podpisy pod umową…

Oczywiście rozstanie Garetha Bale’a z Tottenhamem zostało przesądzone w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu, kiedy do prześcignięcia Arsenalu w tabeli i zapewnienia sobie prawa gry w Lidze Mistrzów zabrakło punktu. Niektórzy z nas byli z tym pogodzeni od dawna (ja, pisząc książkę „Futbol jest okrutny”, już od lutego). Sprawę dodatkowo upraszcza przekonanie, że w ogólnych zarysach ten transfer dopięto przed kilkoma tygodniami, czyniąc elementem międzyklubowej umowy ustalenie, że zostanie upubliczniona dopiero gdy Tottenham skończy swoje zakupy. Dla sprytnego biznesmena, jakim niewątpliwie jest Daniel Levy, było jasne, że w momencie ogłoszenia rekordowego transferu, każdy klub, od którego chciałby kupić zawodnika na zastępstwo za Bale’a, będzie żądał kwot niebotycznych. I tak, jak na dotychczasowe praktyki, Tottenham wydawał sporo i szybko – choć niezależnie od sprawy Bale’a można to łączyć również z pojawieniem się na White Hart Lane nowego dyrektora sportowego Franco Baldiniego, z jego imponującymi kontaktami w świecie futbolu. Andre Villas-Boas nie może się nachwalić współpracy z Włochem, pozwalającej mu skupić się wyłącznie na kwestiach związanych z prowadzeniem drużyny podczas treningów i spotkań, i zostawić w rękach dyrekcji sprawy transferowo-kontraktowe – z kontaktowaniem się z agentami zawodników w pierwszej kolejności. Prawdziwym transferem roku jest Baldini – uważają kibice Kogutów. Gdyby nie podkupienie przez Chelsea Williana, kadra Tottenhamu na sezon 2013/14 byłaby zamknięta przed tygodniem.

Jak realnie to wygląda? O wiarygodności kredytowej klubu z Kastylii – zadłużonego, jak wiemy, na ponad 500 milionów euro – dyskutować nie ma sensu. Po pierwsze, Simon Kuper i Stefan Szymanski, autorzy „Soccernomics”, udowodnili, że przywiązanie do racjonalnego prowadzenia sportowego biznesu, wiązanie przychodów z dochodami itd., nie przekłada się na trofea, a największe kluby świata są praktycznie nieupadalne (mówiłem o tym trochę w ostatnim numerze „Wprostu”). Po drugie, jedną z przyczyn tak długich negocjacji między Tottenhamem a Realem było domaganie się przez Londyńczyków gwarancji bankowych: Daniel Levy chciał wiedzieć, czy wicemistrzowie Hiszpanii będą mieli czym zapłacić (inna sprawa, że ich poprzedni rekordowy transfer finansowała Bankia, która popadła później w kłopoty i musiała korzystać z pomocy publicznej; Simon Kuper donosił niedawno na Twitterze, że lider prawicowych populistów z Holandii, Geert Wilders, pytał w parlamencie ministra finansów, co zamierza zrobić z faktem, że Real kupuje Bale’a dzięki wsparciu, jakiego Hiszpanii udzielają także holenderscy podatnicy).

Dużo mniej oczywisty jest temat przydatności Bale’a do Realu i tego, jak da sobie radę w nowym klubie. Specjaliści od ligi hiszpańskiej, rysując nową formację ofensywną tej drużyny ustawiają Walijczyka wraz z Ronaldo i Isco (lub Ozilem) za plecami Karima Benzemy. Na papierze wygląda to świetnie; problem w tym, że specjaliści od ligi hiszpańskiej piszą również o specyfice szatni Realu i o tym, że jej liderzy – Ronaldo zwłaszcza – całą historią ze sprowadzaniem Bale’a są mocno zmęczeni. Powodów do niepokoju jest niemało: nie tylko presja związana z aurą „najdroższego” czy „niemal najdroższego” (pamiętacie jeszcze niejakiego Denilsona, którego bycie najdroższym na świecie kompletnie spaliło?), ale także wspomnienia takiego np. Michaela Owena, który nie potrafił odnaleźć się w Madrycie m.in. dlatego, że koledzy z drużyny bardziej lubili Morientesa. Jak Cristiano Ronaldo zniesie pojawienie się na tej witrynie nowego bibelota? Jak Angel di Maria będzie się czuł na zakurzonej dolnej półce? „Czy naprawdę potrzebujemy tego gościa?” – to pytanie będzie się unosić nad Santiago Bernabeu tym mocniej, że większość piłkarzy i kibiców Realu nie widziała pewnie zbyt wielu meczów Tottenhamu (bo i dlaczego miałaby widzieć?). „Specjalna scena na powitanie? A dlaczego mnie takiej nie zbudowali?” – jakież to ludzkie, reagować w ten sposób…

Jeżeli coś w tej sytuacji może być wsparciem dla przybysza z Londynu, to przykład Davida Beckhama. Szaleństwo, związane z przyjazdem tego ostatniego do Madrytu było nawet większe, niepokoje i frustracje nowych kolegów – z pewnością porównywalne, a przecież Anglik poradził sobie doskonale. Wypieszczona megagwiazda, jak się okazało, nie miała w sobie nic z gwiazdorstwa: na treningach i podczas meczów harowała tak samo ciężko, o ile nie ciężej niż inni. I podbiła serca pozostałych.

Bale’owi może się udać. Obiektem intensywnego zainteresowania mediów stał się już jako piętnastolatek, obiektem pierwszego wielomilionowego transferu był w wieku 16 lat, później zaś kontuzje i aura kogoś, kto przynosi drużynie pecha (bodaj przez roku, gdy wychodził w pierwszym składzie, Tottenham zawsze przegrywał) musiały uodpornić go na niejedno. Kiedy Harry Redknapp narzekał, że Bale przewraca się i wzywa masażystę przy każdym ostrzejszym wejściu na treningu – przestał to robić i zaczął ciężko pracować na siłowni. Kiedy menedżer naśmiewał się z jego nadmiernej dbałości o fryzurę (pamiętacie wsuwki do włosów?), po prostu się ostrzygł. Kiedy Redknappa zastąpił Andre Villas-Boas, Walijczyk wiedział, czego od niego chce: bardziej wyrafinowanych lekcji taktyki, i przegadał z nim niejedną godzinę. O planowanym wyjeździe za granicę mówił od kilku lat. Walię, jak wiadomo, opuścił jako piętnastolatek. Przed rokiem został ojcem. Chciałoby się rzec: wszystko na swoim miejscu, nawet Carlo Ancelotti – kolejny trener, od którego Bale może się uczyć nowych rzeczy.

Umarł król, niech żyją… królowie, albo – jak to ujął Garth Crooks – sprzedaliśmy Elvisa, kupiliśmy Beatlesów. Zdanie „wszystko na swoim miejscu” odnoszę bowiem również do Tottenhamu, gdzie odejście Bale’a różni się zasadniczo od wcześniejszych podobnych przypadków – Berbatowa czy Modricia. Tamtych transferów, dopinanych w nerwowej atmosferze za pięć dwunasta, nie udało się zrównoważyć. Ten nie został jeszcze ogłoszony, a Chadli, Paulinho, Soldado czy Capoue zdołali rozegrać kilka spotkań, i nie był to jeszcze koniec zakupów. Williana sprzątnęła sprzed nosa Chelsea, więc uruchomiono plany B i C, sprowadzając Lamelę i Eriksena (kupno obrońcy Chichiresa ze Steauy jest związane raczej z wcześniejszym odejściem Caulkera i Gallasa). Na pierwszy rzut oka druga linia Tottenhamu wygląda solidniej, a możliwości manewru w taktyce i ustawieniu, jakie dają poszczególni zawodnicy, wydają się oszałamiające. Narzekaliście w roku ubiegłym, że macie do czynienia z drużyną jednego piłkarza, to dostajecie na jego miejsce pół tuzina następców. Ubolewałem, że po kontuzji Sandro druga linia straciła całą dynamikę? Odeszli będący źródłem problemu Parker i Huddlestone, a pojawili się szybcy i silni Capoue i Paulinho. Ciężar strzelania bramek, który tak często musiał brać na siebie Bale, rozłoży się między Soldado a grupę zawodników grających za jego plecami, a i Lamela, i Eriksen w poprzednich klubach oprócz goli kolekcjonowali również asysty…

Śmiertelnie się boję wygłaszania takich opinii, zwłaszcza że po pierwsze do zamknięcia okienka mamy jeszcze chwilę i nie wiadomo, czy MU i Arsenal również znacząco się nie wzmocnią, a po drugie nie sposób powiedzieć, czy i w jakim tempie tak duża grupa młodych w większości i kiepsko mówiących po angielsku zawodników odnajdzie się na Wyspach (niejaki Arsene Wenger wspominał o „technicznej trudności”, jaka wiąże się z wkomponowywaniem w dwudziestoparoosobową grupę więcej niż trzech nowych postaci), ale pierwsze sygnały są obiecujące. Ten skład jest wystarczająco szeroki i wystarczająco utalentowany, by awansować do Ligi Mistrzów: czas zmierzyć się z presją, jaka towarzyszy temu zdaniu, i zacząć się przyzwyczajać do roli faworyta.

Elvis rzeczywiście odszedł, ale nie tylko ze względu na moje przywiązanie do gry zespołowej – wolę Beatlesów.

PS Padło tu nazwisko Davida Beckhama – piłkarza, legendy, celebryty, a dla mnie przede wszystkim superprofesjonalisty. Zajrzyjcie jutro na profil Facebookowy „Futbol jest okrutny”, gdzie w pewnym okołomadryckim konkursie będzie można wygrać wydaną właśnie przez SQN jego biografię.

Biedniejszemu wiatr w oczy

Po dniu spędzonym w ośrodku treningowym Tottenhamu Willian wybiera Chelsea, a Jose Mourinho z lekko ironicznym uśmiechem życzliwie radzi rywalom, by w przyszłości przeprowadzali testy medyczne po cichu… z pewnością napięcie podczas londyńskich derbów będzie w tym sezonie jeszcze wyższe niż dotąd, a kibice Kogutów, wczoraj jeszcze gotowi Brazylijczyka uwielbiać, będą buczeć niemiłosiernie, kiedy tylko zobaczą go przy piłce.

Samemu piłkarzowi trudno się dziwić: święty Graal Ligi Mistrzów i perspektywa walki o mistrzostwo kraju muszą go wabić zdecydowanie bardziej niż perspektywa czwartkowych podróży po Europie w ramach Ligi Europejskiej i późniejsze niedzielne boje o czwarte miejsce w Premier League. Że w Chelsea, gdzie są już Oscar, Mata, Hazard, de Bruyne czy Schurrle, ma dużo mniejsze szanse na grę, a w Tottenhamie jego pozycja w drużynie byłaby niekwestionowana? Argument zdecydowanie drugorzędny, zwłaszcza że i pensja u Abramowicza wyższa niż u Levy’ego. Inna sprawa, że podobnie, choć nie na oczach całego świata, Willian odrzucał kilka dni wcześniej zakusy Liverpoolu, wiedząc że na Anfield nawet na Ligę Europejską liczyć nie może. Biedniejszemu (bo przecież żaden z tych klubów nie jest naprawdę biedny) wiatr w oczy nie tylko na tym poziomie: Scott Parker np. wybrał grający w Premier League Fulham zamiast zaparkowanego w Championship Queens Parku…

Oburzać się więc wyborem Williana nie potrafię, choć oczywiście żałuję, bo nawet podczas wczorajszego pogromu Dynama Tbilisi widać było, że najsłabszym ogniwem Tottenhamu jest grający obecnie na pozycji „dziesiątki” Gylfi Sigurdsson. Czy zespół ma jeszcze „plan B”, niezależny skądinąd od zamiaru ściągnięcia Lameli z Romy? Opóźni wyjazd Bale’a do Madrytu? A może będzie próbował wyciągnąć w zamian za Walijczyka któregoś z graczy ofensywnych Realu? Pytany o kwestie transferowe Andre Villas-Boas nie mógł się dotąd nachwalić współpracy z Franco Baldinim: nowy dyrektor sportowy rzeczywiście działał zdecydowanie, rzecz jasna wydając pieniądze z dogadanego już moim zdaniem transferu Bale’a. Tyle że znaleźć zastępstwo za Williana nie będzie łatwo: mówimy o piłkarzu, którego AVB oglądał już podczas pracy w Chelsea, a do Tottenhamu przymierzał, zanim jeszcze Brazylijczyk przeprowadził się z Doniecka do Machaczkały.

Żałuję także – w duchu niedawnej propozycji Rafała Steca – że okienko transferowe nie trwa dwóch tygodni. O ileż prościej byłoby dziś rozmawiać tylko o piłce nożnej (np. dzięki odblokowanemu już dla wszystkich użytkowników Stats Zone), gdyby wszystkie zakupy sfinalizowano, powiedzmy, do połowy lipca? Ten temat zostawmy jednak na tekst osobny – powiązany rzecz jasna z inną przykrą porażką Tottenhamu, czyli z odejściem Garetha Bale’a. Dziś zauważmy jedynie, że choć zwiększający dystans do rywali Jose Mourinho uśmiecha się szeroko, to nie tak szeroko jak pewien dżentelmen lokujący swoje niemałe dochody w raju podatkowym na Wyspach Dziewiczych. Agentem Williana jest wszak słynny Kia Jooraabchian: jeśli ktoś zna się na wypłacanych przy okazji transferów prowizjach i ma świadomość, że w ciągu zaledwie pół roku piłkarz był przedmiotem dwóch trzydziestomilionowych transakcji, niech policzy, jaka część tych kwot znalazła się w owym raju. „Cóż to za kapitalni biznesmeni”, jak mówił jeden z przyjaciół pana Pickwicka o Dodsonie i Foggu.

Najdłuższy dzień w roku

08.15

No to zaczynamy, po raz nie liczę już który w historii tego bloga, całodzienne towarzyszenie zamykaniu okienka transferowego w Premier League. Szaleństwo plotek w internecie, rozgorączkowani dziennikarze, Harry Redknapp w oknie samochodu, tłumy kibiców przed ośrodkami treningowymi, filmowane w tle dziennikarzy Sky Sports, prezes Levy próbujący znaleźć jakiegoś napastnika na przecenie o 23.30 i przyznający się do porażki kilkadziesiąt minut później, psujące się faksy w siedzibie władz Premier League… Wszystko to braliśmy. Chociaż tyle dobrze, że nie ma śniegu – transfer Arszawina przed czterema laty (wtedy też blogowaliśmy…) potwierdzono prawie z dobowym opóźnieniem bodaj właśnie z powodu nagłego ataku zimy.

08.30

Zaczynamy, nie nastawiając się na żadne sensacje. Widmo finansowego fair play, a i ogólny kryzys w świecie ekonomii, ograniczyły jednak szaleństwo zakupowe klubów. Nawet w Manchesterze City nie rozglądają się nadmiernie za następcą Balotellego. Generalnie – jak zwykle zresztą w styczniu – kupować będą ci, którzy mają nóż na gardle, zwłaszcza Queens Park Rangers, i ci, którzy lubią hazard. Ale nawet w przypadku tych ostatnich (piję do Tottenhamu), nie obejdzie się bez myślenia o bilansie – jeśli w klubie pojawi się jakiś niedrogi zmiennik Adebayora i Defoe’a (w przyjście Leandro Diamao już teraz, zimą, kompletnie nie wierzę, wbrew doniesieniom „Timesa”), to równocześnie odejdą zawodnicy, których wysokie kontrakty obciążają klubowy budżet bez wyraźnego zysku sportowego. O przejściu Jenasa i Bentleya (oraz wypożyczeniu Townsenda) do QPR ćwierka się od wczoraj, podobnie jak o odejściu Huddlestone’a do Fulham.

W przypadku angielskiego pomocnika ten nowy początek leży w interesie wszystkich stron. Andre Villas-Boas chciałby, żeby jego druga linia grała szybką piłkę, opartą na wymienności pozycji i intensywnym pressingu – coś takiego potrafi Dembele, coś takiego pokazał wczoraj Lewis Holtby (na dwadzieścia kilka podań, które odnotował po wejściu na boisku bodaj 90 proc. było bez przyjęcia – świetna zmiana), coś takiego robił także Sandro. Huddlestone, z jego brakami szybkościowymi, nie bardzo tu pasuje, a po kontuzji nie wróciła mu jakoś precyzja długich podań, z których słynął. Martin Jol zna go i lubi; myślę, że będzie potrafił mu pomóc wrócić do formy, a zarazem ustawić taktykę pod jego silne strony.

09.00

Pisząc o dzisiejszych transferach, będziemy mieć w tyle głowy wczorajsze mecze. O Tottenhamie, który przywiózł remis z Norwich już wspomniałem. Okropna pierwsza połowa, grana pod silny wiatr, uniemożliwiający obrońcom i bramkarzowi przewidzenie toru lotu piłki, szeroka gra Norwich, długie piłki za plecy wysoko ustawionej defensywy i agresywna gra na Parkera i Dembele w środku pola – Chris Hughton okazał się jednym z tych menedżerów, którzy odrobili lekcję i wiedzieli, jak sprawić problemy drużynie Villas-Boasa. Wiele w ostatnich dniach napisano (i wiele napisze się dzisiaj) o ryzyku, jakim jest posiadanie w kadrze tylko dwóch nominalnych napastników, ale to Sandro brakuje przede wszystkim Tottenhamowi: szybkiego, zdecydowanego, agresywnego, ale bezbłędnego w odbiorze i szybko pozbywającego się piłek. Zaprawdę: dopiero po wejściu Holtby’ego to był ten Tottenham, który może mieć szansę na pierwszą czwórkę: grający z tempem i rozmachem na połowie rywala. Dobrym ruchem było też dokonane w przerwie przesunięcie Bale’a ze skrzydła za plecy Defoe’a i wydelegowanie Dempseya na lewo – Amerykanin i tak schodził do środka, który wreszcie udało się zdominować, a Walijczyk ze środka właśnie przeprowadził rajd zakończony golem. Przy okazji: warto docenić, że choć w pierwszej fazie akcji był faulowany, nie wywrócił się, tylko dalej pędził na bramkę. Opłaciło się…

09.15

Oczywiście obejrzeliśmy wczoraj jeszcze lepszych piłkarzy niż Bale. Nie byłoby remisu Arsenalu bez doskonałej gry Jacka Wilshere’a. To, co Kanonierzy wyprawiali w obronie, było po prostu straszne: chaosu i pomyłek było tyle, że w zasadzie dwubramkowe prowadzenie Liverpoolu po godzinie gry można uznać za najniższy wymiar kary (jeśli dziś jest ostatni dzień okienka, Arsene Wenger powinien poszukać przede wszystkim drugiego lewego obrońcy, bo Gibbs znów złapał kontuzję, a Andre Santos etykiety pośmiewiska angielskich boisk nie pozbędzie się chyba nigdy; oraz pomocnika, który potrafiłby asekurować grę defensywy i napędzać akcje ofensywne – „destroyera” w stylu młodego Vieiry). Ileż miejsca mieli goście, jak statyczni byli obrońcy… nie chcę się nadmiernie pastwić nad Kanonierami; Tottenham przez 45 minut też grał wczoraj okropnie – powtórzę tylko jeszcze raz tych pięć nazwisk: Dixon, Adams (Bould), Keown, Winterburn. Nawet Arsene Wenger powinien pamiętać, że kiedyś jego obrona była wzorem organizacji dla całego kontynentu.

Jak to zwykle w przypadku tej drużyny: kiedy atakują, wygląda to fantastycznie. Wilshere ma wizję i determinację, Cazorla wizję do kwadratu, Walcott szybkość, Giroud – wreszcie – pewność siebie, co widać po statystykach ostatnich miesięcy; szkoda, że wczoraj prócz gola i asysty miał też żółtą kartkę za nurkowanie. Rozumiem też, że niełatwo gra się na Suareza. Nie sądzę jednak, żeby nawet najbardziej oddani kibice Arsenalu chcieli się ze mną spierać o wczorajsze popisy Santosa, Sagni, Mertesackera czy Vermaelena. No i skąd się bierze ta niewiara w siebie, pętająca nogi tej drużynie w pierwszej fazie meczu? We wczorajszym programie meczowym pokazano, jak wyglądałaby tabela Premier League, gdyby spotkania kończyły się po 45. minutach – Arsenal był w niej dwunasty… „Neurotyczny”, słowo, którego użyła wczoraj Amy Lawrence na określenie gry tej drużyny, jest słowem, którego właśnie szukałem… Co się zaś tyczy Liverpoolu: w przeszłości poświęciłem na tym blogu jeden czy dwa pochlebne akapity o Hendersonie; nie sądzicie, że ostatnie tygodnie pokazują, iż miałem rację? Że Sturridge, którego za występy w Chelsea często krytykowano, bardzo dobrze wkomponował się w drużynę? Że skoro jeszcze przyszedł Coutinho z Interu, to włączenie się jej do walki o pierwszą czwórkę jest nadal możliwe?

09.30

Sporządzam listę zakupów Harry’ego Redknappa na podstawie dzisiejszych mediów. Przy piętnastym nazwisku mówię stop i zabieram się do lektury mistrzowskiego absolutnie wpisu na mistrzowskim absolutnie blogu o „Anatomii transferowej sagi”. Spróbujcie nie użyć dzisiaj żadnego ze słów wyróżnionych tam kursywą i złotym kolorem.

09.50

Czyhający cichutko za plecami Tottenhamu Everton znowu wygrał. Wygląda na to, że jeden z bohaterów meczu Leighton Baines i tym razem nigdzie się nie wybierze (oj przydałby się w Arsenalu, przydałby się w Manchesterze United taki lewy obrońca…), podobnie jak Fellaini. To też rodzaj wzmocnienia, choć kibice woleliby pewnie, żeby kolano Leroya Fera było w lepszym stanie (transfer pomocnika Twente został anulowany po badaniach medycznych: Everton chciał się zabezpieczyć na wypadek, gdyby uraz miał się odnowić i zaproponował zmianę formy płatności – ponoć strony mają wrócić do rozmów w lecie).

10.05

Harry Redknapp wie nie tylko, jak utrzymać drużynę w Premier League. Wie także, co to znaczy, kiedy drużyna dzięki jego zakupom stacza się na finansowe dno. Czasem utrzymanie jest wszystkim, można więc zrozumieć Tony’ego Fernandesa, że choć już w wakacje kupił Markowi Hughesowi mnóstwo piłkarzy (i zgodził się im płacić bajeczne kontrakty; Redknapp odsuwając Bosingwę od składu i zabierając mu dwie tygodniówki za odmowę zajęcia miejsca na ławce rezerwowych, wyznał, że w Tottenhamie nawet największe gwiazdy nie zarabiają tyle, co portugalski obrońca), teraz sięga po kolejnych. Pytanie tylko, co dalej. Loic Remy przyszedł tu, nie do Newcastle, bo świetnie mu zapłacono. Wracający z Rosji Christopher Samba ma dostawać 100 tysięcy funtów tygodniowo i kosztować ponad 10 milionów funtów. Nie ma ludzkiej siły, żeby klub o takiej pojemności stadionu, o takiej bazie kibiców i takich możliwościach komercyjnych, był w stanie pokryć podobne wydatki. Wszystko wisi na panu Fernandesie. Jeśli mu się znudzi, kibice QPR przeżyją horror znany z Portsmouth czy Leeds.

Przed pojawieniem się Remy’ego i Samby na pensje w Queens Parku szło 150 proc. obrotów klubu, po ich przyjściu strach te proporcje liczyć. Ze zdrowym rozsądkiem, z rachunkiem ekonomicznym, z finansowym fair play, nie ma to oczywiście nic wspólnego.

10.17

Harry Redknapp w oknie samochodu. Naprawdę to widzę. Naprawdę słyszę klaksony aut, które przyblokował.

10.30

Chelsea chyba nikogo dziś nie kupi. Chyba że – przeżuwam w ustach suchara, miałem tego nie robić – kupi nowego menedżera. Patrzę na skrót meczu z Reading, czytam zaprzyjaźnionego bloga o taktyce walczącego o utrzymanie klubu i próbuję zrozumieć. Wypuścić dwubramkowe prowadzenie w ciągu ostatnich paru minut meczu? Nie umieć zareagować na niezaskakujące skądinąd zmiany (że wejdzie Le Fondre wiedzieliśmy nie od godziny, tylko od tygodni, w których wchodził i strzelał; brawo dla McDermotta także za wpuszczenie Akpana, który asystował jak w podobnej sytuacji w meczu z Newcastle)? Nie przeciąć w porę akcji (Mikel, wróć!)? Dać się nabrać na parę długich piłek? Nie umieć przetrzymać piłki w końcówce? Próbuję zrozumieć i nie rozumiem, jak można nie wygrać meczu, w którym – patrząc na skrót i statystyki, zastrzegam – miało się taką przewagę i takie okazje na podwyższenie wyniku, w którym do pierwszego strzału Le Fondre’a bramkarz Chelsea nie miał nic do roboty. Ktoś mi to wytłumaczy?

10.50

To się nie zdarzy, mamy już Holtby’ego, ale ciekawe: Porto odkupiło część praw do Joao Moutinho od jednej ze stron, których nadmiar uniemożliwił sfinalizowanie jego trnsferu do Tottenhamu latem. Może jakiś inny klient się zgłosi? Podobnie jak po Lukę Modricia: przy odrobinie determinacji półroczne wypożyczenie służyłoby pewnie wszystkim zainteresowanym.

I jeszcze z ciekawostek: jak to się właściwie odbywa. Wysłanie faksu jest zwyczajnie szybsze niż skanowanie wszystkich dokumentów i przesyłanie ich mailem.

11.05

Liczby, które za chwilę będą nieaktualne (za Deloittem): do tej pory kluby Premier League wydały w styczniu ok. 85 milionów funtów. Rok temu ostatniego dnia okienka suma wszystkich wydatków wzrosła z 30 do 60 milionów – w zasadzie nic się nie działo. Dwa lata temu, kiedy kluby zmieniali Fernando Torres i Andy Carroll rano mówiliśmy o wydanych 90 milionach, ale wieczorem już o 225. Przy okazji: dwa lata to bardzo dużo na aklimatyzację, Fernando…

11.30

O tym już wspomnieliśmy, ale napiszmy wprost: Daniel Levy wie, jak robić interesy. Modrić i Berbatow sprzedani za ponad 30 milionów to przykłady najgłośniejsze, ale znalazłoby się więcej. Holtby, któremu kończył się kontrakt, sprowadzony za (w zależności od źródeł) 1-1,5 miliona funtów, to może być – zdaniem „Guardiana” – transfer stulecia. Jeśli w tych samych okolicznościach uda mu się jeszcze sprzedać Jenasa i Bentleya, każdego za większe kwoty, niż wydał na Niemca… Od czasu klapy z Rebrowem, na wczesnym etapie zarządzania klubem, Levy zarabiał prawie w każdej sytuacji, nawet na piłkarzach, którym w Anglii się nie powiodło, jak Giovani dos Santos. W ostatnich wynikach klubu wykazano wprawdzie kilkumilionową stratę, ale dotyczyły okresu przed sprzedaniem Modricia. Jak na brak dochodów z Ligi Mistrzów i tylko 36-tysięczny stadion, prezesowi idzie wybornie.

Oczywiście Levy wie już, że aby klub się rozwijał – także finansowo – musi znów przebić się do Ligi Mistrzów, a potem rozbudować stadion. Jakie są granice ryzyka, które rozważa w takim dniu, jak dzisiejszy: napiąć budżet jeszcze raz i wzmocnić drużynę, żeby obroniła czwarte miejsce, czy utrzymać klub na poziomie ekonomicznej racjonalności niezależnie od tego, jak skończy sezon? Pewne jest, że jeśli usłyszy o piłkarzy wartym, powiedzmy, 10 milionów, który jest do wzięcia za 5 milionów, bo akurat jego macierzysty klub ma kłopoty, potrzebuje gotówki itd., sprowadzi go bez wahania. Nawet bez Harry’ego Redknappa, nasłuchujcie dziś wieści o Tottenhamie.

12.00

O legii cudzoziemskiej w Newcastle wszędzie już czytaliście. Pozwolę sobie więc tylko przypomnieć tekst, w którym rozpisałem się szerzej o szefie skautów tej drużyny, Grahamie Carrze. Facet, którego – niestety – wypuścił przed laty mój Tottenham, wyszperał i zarekomendował sprowadzenie nad rzekę Tyne m.in. Cheikha Tiote, Hatema ben Arfy czy Yohana Cabaye, doradzał kupno Demby Ba, potem Papissa Cisse. Przy czym warto dodać, że tego ostatniego obserwował przez pięć lat, a Tiote – cztery, w obu przypadkach czekając, aż wzrost umiejętności piłkarza korzystnie zbilansuje się z jego ceną (Cisse wyceniany był na 15 milionów funtów, kiedy pierwszy raz o niego pytali, 12 za drugim razem, a ostatecznie kupili go za 8,5 miliona; wartość Cabaye szacowano na 10 milionów, ale miał klauzulę w kontrakcie, dzięki której Newcastle zapłaciło tylko 4,5 miliona). Dziś przywiózł znad Sekwany kolejnych świetnych Francuzów, którzy pomogą drużynie wrócić na ubiegłoroczne ścieżki, a sam wydaje się najbardziej udanym tegorocznym transferem klubu – w lecie przedłużył z nim umowę na kolejne osiem lat. „Nie sądzę, byśmy wygrali z Aston Villą, gdyby nie transfer Sissoko” – mówił po ostatnim meczu menedżer „Le Toon” Alan Pardew, przedstawiając kolejnego w tym klubie zawodnika sprowadzonego prawie za darmo. Za pięciu importowanych z Francji piłkarzy Newcastle zapłaciło zaledwie 18 milionów – nic, tylko zazdrościć.

12.20

I to jest wreszcie jakaś wiadomość, pocieszmy się nią. David Beckham, który jeszcze parę dni temu pracował nad własną kondycją z pierwszym składem Arsenalu, przechodzi do Paris Saint Germain. Ściskam kciuki. Przyznam, że imponuje mi facet, który miał i ma wszystko, a wciąż jest głodny sportowych sukcesów. Kontrakt kontraktem, niewątpliwe korzyści wizerunkowe klubu niewątpliwymi korzyściami, ale dla mnie Beckham pozostaje wciąż najbardziej niedocenionym piłkarzem świata – może przez to że przez lata był piłkarzem najbardziej przecenianym.

Szokująca uwaga? Argumentację rozwijałem dwa lata temu: wszystkie te opowieści o kontraktach reklamowych, fryzurach i tatuażach, pomniku z czekolady albo figurce w świątyni buddyjskiej, przesłaniały prostą prawdę, że Beckham umie grać w piłkę i że na boisku nie ma w sobie nic z gwiazdora. Kiedy oglądam czasem jakieś mecze z jego udziałem, wciąż widzę, jak wraca za swoim obrońcą, jak odbiera piłki, jak podaje, jak mobilizuje kolegów, jak strzela. Owszem, wolałbym nie wiedzieć, że jacyś zwariowani Japończycy robili sobie operacje plastyczne, żeby wyglądać tak jak on. Ale, do licha, czy z takiego powodu przestaje się być dobrym piłkarzem?

Fajnie, że wiosną będę mógł pokazać dzieciakom, jak gra w Lidze Mistrzów. Nawet jeśli będzie wchodził na ostatni kwadrans rzucić jedną-dwie piłki do Ibrahimovicia – może zapamiętają.

12.50

Podczas przerwy na lunch przeczytajcie Wilsona o Pucharze Narodów Afryki. Wczoraj znów działy się rzeczy niepoczytalne, a sędziowanie było jeszcze gorsze od stanu boiska. Ale Adebayor awansował do ćwierćfinału i Tottenham (patrz wpisy powyżej) ma do dyspozycji tylko jednego, nie w pełni zdrowego napastnika…

12.55

Albo przeczytajcie raz jeszcze, jak to się robi. Tak Leon Best przechodził z Coventry do Newcastle.

13.00

Ze wszystkich odpowiedzi na pytanie o klapę Chelsea, zadane o 10.30, na razie do przekonania trafia mi jedna: bohaterowie są zmęczeni. Za dużo zamieszania wokół klubu, za dużo zmian, za dużo niepewności (także związanej z losem klubowej ikony, Franka Lamparda), za dużo skandali (także związanych z losem klubowej ikony, Johna Terry’ego), za dużo podróży – także na klubowe mistrzostwa świata. 41 spotkań od początku sezonu, 20 w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Można zrozumieć, że czasem w końcówce schodzi z nich powietrze. Można?

13.30

Temat do odstąpienia: transfery z Hiszpanii, na której się nie znam. Kryzys finansowy, dotykający tamte kluby i zmuszający je do sprzedawania swoich piłkarzy. Przykład największego w tym roku sukcesu (zważywszy stosunek ceny do jakości, van Persiego zostawmy na boku), czyli Michu, ale też Pablo Hernandeza, Jonathana de Guzmana, Chico Floresa, który przyszedł do Swansea przez Genuę. Dobrze zna hiszpański rynek nowy menedżer Southamptonu Mauriccio Pochettino. Everton zastanawia się nad ściągnięciem Negredo z Sewilli, ale nie zapłaci 20 milionów euro. Ciąg dalszy nastąpi.

13.50

Ze sprowadzenia Huddlestone’a zdaje się nic nie wyjdzie, ale wśród swoich dawnych piłkarzy Martin Jol znalazł – i wypożyczył do końca sezonu Urby’ego Emanuelsona z Milanu. Szybki i zwrotny reprezentant Holandii czytał zapewne napis na koszulce Berbatowa „Keep Calm and Pass Me the Ball” – zdaje sobie sprawę, po co przychodzi. A jego trener zwiększa sobie możliwości manewru: w Ajaxie wystawiał go na lewej obronie i na lewej pomocy, w Milanie obserwował biegającego za napastnikami. Tylko Pirlo, Xavi, Moutinho i Farfan mieli więcej kluczowych podań w Lidze Mistrzów – podaje WhoScored.com… Fulham po cichu robi swoje.

14.10

„Dzień, gdy solidaryzuję się z Arsenem Wengerem” – napisał na Twitterze Przemek Adamowicz. Chodzi oczywiście o – podzielaną skądinąd przez wielu innych menedżerów – niechęć do okienka transferowego. Sky Sports rozmawiała dziś z psychologiem, który analizował negatywny wpływ takich wydarzeń na psychikę piłkarzy. Łatwo sobie wyobrazić niepewność i rozkojarzenie, które jest ich udziałem, kiedy czekają na telefon od agenta. Jeszcze jedna przeprowadzka? Jeszcze jeden nowy menedżer ze wszystkimi swoimi dziwactwami? Jeszcze jedna szansa? Nadzieja na podwyżkę? Na zamieszkanie w fajniejszym mieście niż ostatnio (patrz pod żona Petera Croucha i Stoke…)?

Inna sprawa, że Arsene Wenger również parę razy czekał do końca z zakupami, desperat.

14.30

Harry Redknapp w oknie samochodu po raz drugi tego dnia. Czekamy na hat trick.

14.45

Kiedy cztery lata temu publikowałem Dziesięć tez na zamknięcie okienka transferowego, najważniejsza brzmiała: „Zimą kupują desperaci” – drużyny, którym idzie, drużyny poukładane albo takie, które nie zmieniły w trakcie sezonu trenera, zachowują spokój. Oto, dlaczego najaktywniejszy jest dziś Harry Redknapp; oto dlaczego dziwię się, że nie kupuje Paul Lambert. Kibice AV marzą nawet o Maloudzie i łowią informacje o Yacoubie Sylli, defensywnym pomocniku z drugoligowego Clermont Foot. Druga linia to najsłabsze ogniwo drużyny; wątpię, czy jeden transfer, w dodatku zawodnika młodego i nieogranego w ekstraklasie wystarczy. Temat do odstąpienia: władanie Aston Villą przez Randy’ego Lernera, stracone złudzenia i zakręcony kurek z pieniędzmi Amerykanina. Pytanie na resztę sezonu: czy Bent i Benteke mogą grać razem?

15.00

Zaglądam do Rafała i natrafiam na zdanie, że „królem – sułtanem? – zimowych zakupów został oczywiście Ünal Aysal, majętny prezes Galatasaray Stambuł, który zafundował sobie triumfatorów Ligi Mistrzów Wesleya Sneijdera i Didiera Drogbę”. A czytelnik na Twitterze zwraca uwagę na inne transakcje Interu, który pożegnał się ze Sneijderem: o Schelotto, Kuzmanoviciu i Kovaciciu (za 11-15 mln euro!, podkreśla). No ale na tym, to już się kompletnie nie znam – chętnie natomiast wysłucham Waszego zdania.

Martin O’Neill sprowadził tymczasem Danny’ego Grahama, zbyt drągalowatego dla Swansea, w sam raz dla Sunderlandu. Żeby było śmieszniej, napastnika, który kibicuje Newcastle i był z tego powodu na Stadium of Light wybuczany…

15.15

Powtarzam: nie wierzę w ściągnięcie przez Tottenham Leandro Damiao. Piszcie sobie wszyscy, co chcecie, nie będę się napalał.

15.35

Jeszcze a propos negatywnego wpływu okienka na zawodników (wpis z 14.10): rzecz dotyczy nie tylko zawodników, którzy są obiektem plotek, lecz także – może przede wszystkim – tych, których nowosprowadzani mogliby zastąpić. Siedzi sobie teraz Jermain Defoe przed telewizorem, masuje kontuzjowane biodro, zakleja plasterkiem miejsce po igle, którą przetaczano mu krew, i czyta, że jego klub ściąga Leandro Damiao. Brał to już zresztą w Tottenhamie parę razy: regularnie w pierwszym składzie, regularny strzelec, nagle musi zrobić miejsce komuś innemu. Wczoraj poszło mu niespecjalnie, w ogóle od jakiegoś czasu nie strzelił gola, a tu takie wieści. „Niech to się wreszcie skończy”, mruczy pod nosem, ale nie zmienia kanału.

16.10

Jack Butland, ceniony młody bramkarz, kolejna nadzieja Anglii, w Stoke. W Stoke, gdzie gra przecież jeden z najlepszych fachowców w kraju, rozchwytywany na transferowej giełdzie, Asmir Begović. Myślcie o tym, co chcecie – ja myślę, że w perpspektywie najbliższego roku Butland będzie chciał grać, a nie wysiadywać ławkę w Premier League. Gdzie pójdzie Begović? To daleki strzał, wiem, ale w Manchesterze United znów ostatnio narzekali na bramkarza…

16.20

Twitter padł. Faksy się przegrzewają. Przez Beckhama? Przez Croucha, o którego zabiega Harry Redknapp na zmianę z zabieganiem o Petera Odemwingie? Przez Damiao, o którym Villas-Boas powiedział, uwaga, uwaga, „nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe”? Ze wszystkich tych powodów na raz? Jak to dobrze, że blog działa.

16.40

Dlaczego nie wierzę w transfer Damiao? Bo (sprawdziłem) 30 proc. praw do piłkarza ma ktoś inny niż macierzysty klub. Bo załatwienie tego przez ocean w tak krótkim czasie jest niemożliwe. Bo skomplikowane negocjacje z tyloma stronami, w przypadku zawodnika już będącego megagwiazdą, muszą potrwać – raczej dni niż godziny. Nie wchodzę w ogóle w kwestie finansowe: czy klub ma te pieniądze. Raczej ma, w dodatku mówimy o zawodniku z ogromnym potencjałem odsprzedania dalej – za takimi Daniel Levy rozgląda się w drugiej kolejności, po tych „na wyprzedaży”. Zabraknie czasu, jak zwykle.

16.55

Jeszcze drobiazg via Twitter. Pieniądze, które QPR zapłaci Sambie i jego poprzedniemu klubowi to więcej niż cały budżet płacowy Swansea. Lubimy Swansea.

17.10

Polski akcent, Bartosz Salamon w Milanie. Tu też ktoś mógłby mnie oświecić. Konferencja Beckhama się opóźnia. Twitter odzyskał sprawność. Redknapp nie odzyskał Croucha, ale wciąż czeka na Jenasa, Bentleya i Townsenda z Tottenhamu oraz Odemwingiego z WBA. Tak ze siedem godzin jeszcze to potrwa plus tradycyjne opóźnienia. Czas na kawę (i Beckhama).

17.20

Willaina oglądałem pilnie, wiedząc o zainteresowaniu Tottenhamu. Oglądałem i podziwiałem, zresztą jak pół drużyny Szachtara. Ale 34 miliony funtów? Do Machaczkały? Konferencja Beckhama wciąż się jeszcze nie zaczęła. Twitter utracił sprawność. Nikt nikogo nie kupuje. Może jest embargo na czas konferencji Beckhama. Kawa wystygła.

17.40

Cała prawda o ostatnim dniu okienka polega na tym, że przed długie godziny nic się dzieje: jesteśmy jak bramkarze, których drużyna bez przerwy atakuje i którzy muszą utrzymać koncentrację na najwyższym poziomie, mimo iż samemu nie mają nic do roboty. Konferencja Beckhama jest w tym sensie znakomitym andidotum na pustkę przelewających się wolno godzin, a przy okazji jaką lekcją piaru i dyplomacji… Owszem, był rozchwytywany, owszem, miał propozycje, ale np. w Anglii nie mógłby grać dla żadnego innego klubu poza Manchesterem United. Miał szczęście pracować z najlepszymi menedżerami świata, a Carlo Ancelotti jest jednym z nich. Nie oczekuje miejsca w wyjściowej jedenastce, ale chce je sobie wywalczyć. Przychodzi na pięć miesięcy, rodzina zostaje w Londynie, ale to nic nie zmienia: gdziekolwiek jest, angażuje się na 150 procent. Czuje się częścią tego klubu, chce pomóc się rozwijać zarówno jemu, jak całej francuskiej lidze. Nie bierze pieniędzy z PSG: jego wynagrodzenie idzie na działalność charatywną, wspierającą dzieci. Ambasador. Imponujące. Serio. Pokażcie mi takiego polskiego celebrytę.

18.10

Zmiana komputera. Z godzinkę mi zajmie. Świr wpatrzony w telefon na krakowskich ulicach to ja.

19.00

Wy też słyszeliście, że Arsenal próbuje kupić lewego obrońcę (patrz wpis z 09.15)? Nacho Monreal z Malagi (kolega Cazorli) pasuje do zapotrzebowania: i gola potrafi strzelić, i asystę zaliczyć, jest szybki, komfortowo czuje się z piłką podczas akcji ofensywnych i dobrze się ustawia w defensywie. Z drugiej strony słyszałem, że Bayern przyglądał mu się przed rokiem i nie zdecydował się na transfer. Z trzeciej: trudno sobie wyobrazić, że mógłby być słabszy niż Santos – zdaje się, że przyjdzie za niego zapłacić tyle samo, co za Brazylijczyka, który w tej sytuacji więcej w Arsenalu nie zagra. Tyle się mówi, że Wenger oszczędnie wydaje – ale sprowadzenie Santosa czy Chamakha (osąd Gervinho wciąż zawieszamy) pokazują, że czasem wydaje bez sensu… Z czwartej strony: co z defensywnym pomocnikiem?

19.25

W związku z Bartoszem Salamonem w Milanie zaobserwowałem u siebie wzmożenie patriotyczne. Zaobserwowałem też, że jak wielu robiących karierę za granicą Polaków trudno go uznać w pełni za produkt polskiej myśli szkoleniowej: za granicę wyjechał bardzo wcześnie, jak Glik, Szczęsny i Krychowiak. Czołówki na portalach zasłużone: dawno nie mieliśmy rodaka w klubie tej klasy…

19.45

Usłyszałem, że powinny tu paść również nazwiska Moury, Pato, Rossiego, M’Vili i Perisicia. Więc padają. Z własnej nieprzymuszonej woli dodaję również Wilfrieda Zahę, przyszłe wzmocnienie Manchesteru United. O Coutinho w Liverpoolu wspominałem rano, podobnie jak o francuskim zaciągu w Newcastle. W Niemczech, Francji, Hiszpanii i we Włoszech już pozamykane albo się zamyka.

20.00

Taki dzień jak dzisiejszy jest również dniem weryfikacji budżetu płacowego na drugie półrocze. Menedżerowie wiedzą już, z kogo na pewno nie skorzystają, agenci piłkarzy są poinformowani i robią swoje. Wielu wielkich transferów do końca dnia już pewnie nie doczekamy, za to wypożyczeń i odejść zawodników grzejących ławę albo się na niej niemieszczących będzie cała masa. Z tej kategorii: Jermaine Jenas z Tottenhamu do QPR, Alexander Doni z Liverpoolu do Botafogo i Dani Pacheco z Liverpoolu do Hueski, Alejandro Faurlin z QPR do Palermo. Ciąg dalszy nastąpi niewątpliwie.

20.10

Jeszcze a propos wczorajszego wpisu o Balotellim: we Włoszech wybory, w których Berlusconi bardzo chce zamieszać. Interpretacja politycznych korzyści głośnego transferu niewykluczona.

20.50

Temat do odstąpienia: menedżerowie kupujący swoich dawnych piłkarzy albo piłkarzy z rynków, które spenetrowali. Redknapp – niezależnie od Odemwingiego – wciąż stara się o Jenasa i Townsenda, a próbował też z Crouchem. Zgoda: Harry to przypadek ekstremalny, ale Martin Jol ściągnął Emanuelsona, próbował z Huddlestone’em, a teraz jeszcze kupił prawego obrońcę PSV, Bułgara Stanisława Manolewa. Temat do odstąpienia numer dwa: piłkarze, zachwalający swoje kluby kolegom; Manolew to kumpel Berbatowa, podobnie jak Monreal to kumpel Cazorli (może, ehm, Sandro namawiał Damiao podczas igrzysk w Londynie, może zresztą nie trzeba go namawiać, bo Tottenham zabiega o niego od trzech lat – kłopot w tym, że klub wciąż nie chce go puścić).

21.00

Jest awantura: West Bromwich oświadcza, że nie wyraziło zgody na rozmowy Odemwingiego z QPR i że kluby nie doszły do porozumienia. Rzecz w tym, że napastnika WBA właśnie sfilmowano na Loftus Road – w siedzibie QPR. Czy to Harry Redknapp nie mówił czasem o „wojnie gangów”, w kontekście roli, jaką podczas okienka transferowego odgrywają piłkarscy agenci? Sam pracuje dla szkółki niedzielnej, jak widać.

Temat do odstąpienia: notoryczne naruszanie zakazu dogadywania się z piłkarzami, wcześniejszego uzgadniania kontraktów itd., bez zgody ich dotychczasowego pracodawcy. Wszyscy to robią, obawiam się. W świecie biznesu można to nawet elegancko nazwać: due dilligence.

21.15

Ręka w górę, kto nigdy nie spędził tych kilkunastu minut około północy ostatniego dnia sierpnia bądź stycznia, kompulsywnie klikając „odśwież” przy stronie internetowej ukochanego klubu? Wiem, że opowiadałem już tę historię parę razy, ale opowiem jeszcze raz ku przestrodze: czasami nie wystarczy doczekać północy. Poszedłem kiedyś spać w przekonaniu, że wszystko, co ważne, już się wydarzyło, a obudziłem się jako kibic Grzegorza Rasiaka: informację o jego przejściu do Tottenhamu podano dopiero nad ranem. Wyraz twarzy, jaki miałem, gdy lekko nieprzytomny wpatrywałem się we włączony dopiero co komputer, jest przedmiotem domowych legend.

21.20

Nasz cytat (z twitterowego konta FC United of Manchester): „W dniu, w którym wydano miliony na transfery, warto podkreślić korzyści z posiadania klubu przez kibiców. Istnieje inna droga”. Co mi przypomina filmy Loacha, historię AFC Wimbledon i (zachowując proporcje) książkę, którą w maju mam wydać w Czarnem. O ile pamiętam, całkiem sporo o tym napisałem.

21.40

Było o faksach, to będzie o wifi. Transfer Kasamiego z Fulham do Pescary upadł z powodu… niedziałającej sieci bezprzewodowej w mediolańskim hotelu – okienko we Włoszech zamknęło się, zanim transakcję sfinalizowano. Superagent piłkarza, Mino Raiola, wściekł się, jak nie przymierzając premier.

22.10

Tak. Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch godzin Arsenal będzie miał nowego lewego obrońcę i że dwóch kolejnych piłkarzy zasili QPR. Reszta będzie (patrz notka z godziny 20.00) czyszczeniem ławek i szatni – głównie zresztą za pomocą wypożyczeń. Wiele hałasu o nic. Beckham i Willain, owszem, Samba z nieco innych powodów, ale poza tym? Graham, Emanuelson, Becchio, Shea – żaden nie będzie objawieniem na miarę Michu.

22.30

Nie wiem, kto doradzał Odemwingiemu, ale źle mu doradził. Napastnik WBA nie zmienia klubu, transakcja z QPR nie dochodzi do skutku, tymczasem cała Anglia widziała w Sky Sports, jak pojawia się na Loftus Road. Ciężko będzie miał po powrocie do macierzystego klubu. Sądząc po komentarzach, jakie pojawiają się na angielskich portalach, kibice tak łatwo nie zapomną – a media nie zapomną z całą pewnością. Zdolny skądinąd, choć zbyt często łapiący kontuzje napastnik dołącza do Pennanta, który zapomniał, że zostawił brykę w Hiszpanii, i Liama Ridgewella, który opublikował w sieci fotkę, na której podciera się pieniędzmi. Twarze (tyłki?) współczesnej piłki.

Czternaście godzin blogowania. Zaczynam rymować.

23.20

John Stones, młodziak z Barnsley i angielskiej młodzieżówki, przechodzi do Evertonu. Znając Davida Moyesa to będzie hit, nawet jeśli jeszcze nie w tym roku. Koniec epoki: Rory Delap odchodzi ze Stoke do Barnsley (nawiasem mówiąc: zauważyliście, jak daleko potrafi wyrzucić piłkę z autu niejaki Gareth Bale?). Wciąż bez potwierdzenia transfery Monreala i Jenasa, ale w zasadzie jestem pewien, że dojdą do skutku. Jermaine Jenas… ulubieniec Bobby’ego Robsona w Newcastle, gdzie czuł się – wedle jego własnych słów – jak złota rybka w szklanym kloszu. Wciąż pamiętam jego rzut wolny na Old Trafford, w październiku 2005. Kiedyż to było? W ciągu ostatnich czterech lat bardziej nie grał niż grał. Nie sądzę, żeby akurat on pomógł QPR w utrzymaniu.

23.45

Kwadrans do końca. Teraz już idzie minuta po minucie. Raczej potwierdzenia tego, o czym mówiono wcześniej (Jenas, Butland z Birmingham do Stoke, ale do końca sezonu będzie grał w Birmingham, Upson do Brighton). Plus Newcastle rozwiązujące kontrakt z Xisco – pamiętacie go jeszcze? Eyong Enoh wypożyczony przez Fulham z Ajaxu – trzeci kontakt Jola; trzeba będzie to Fulham obejrzeć w najbliższym czasie, bo wygląda na to, że się wzmocniło jako jeden z nielicznych klubów Premier League.

23.48

Dobre. Alex Oxlade-Chamberlain oferuje (via Twitter) nocleg Odemwingiemu. Ależ napastnik – jeszcze – WBA zrobił z siebie pośmiewisko tą samowolną wyprawą do Londynu. Powrót może być długi i pod wiatr.

23.50

Jeśli wierzyć Redknappowi, ściąga na Loftus Road (kupuje? podejrzewam raczej, że wypożycza) także Androsa Townsenda z Tottenhamu. Chłopak świetnie drybluje, dobrze strzela, może grać na obu skrzydłach, z pewnością da dobrą zmianę w końcówce – taką, co to może odmienić losy spotkania. Same odejścia z tego Tottenhamu dzisiaj, no chyba że w ciągu najbliższych 10 minut…

00.00

Okienko zamknięte. Twitter padł. Arsenal nie kupił lewego obrońcy, a Tottenham środkowego napastnika. Ale Arsenal kupi, spokojna głowa (Tottenham raczej nie). Na innych frontach Cuenca w Ajaxie, no i nie wiem, jak z wicemarszałkiem Sejmu.

Słusznie: w Szkocji jeszcze można handlować godzinę. Nie wiem, czy tyle wytrzymam, może raczej, jak by powiedział Dariusz Szpakowski, podsumuję.

00.05

Arsenal kupił. Jest na plusie w tym okienku. Podobnie jak Liverpool (Sturridge i Coutinho – solidne wzmocnienia wyjściowej jedenastki, może jeszcze zamieszać w walce o Top Four), Fulham (trzy fajne wypożyczenia), Newcastle (pięciu Francuzów kupionych, Xisco odprawiony do domu – Xisco, za którego zapłacono 6 milionów i który zagrał 11 meczów), Chelsea (Demba Ba robi lepsze wrażenie od Sturridge’a) i Tottenham (Holtby zabłyśnie, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, poza tym szatnię udało się przewietrzyć – owszem, jeszcze jeden napastnik by się przydał, ale można grać tymi, którzy zostali; spodziewam się, że po przyjściu Niemca AVB wróci do ustawienia z jednym napastnikiem – raczej zresztą Adebayorem niż Defoem). QPR jest, oczywiście, poza kategoriami, z fortuną wydaną na Remy’ego i Sambę. Wysokość kontraktu tego ostatniego, obok Beckhama w Paryżu, Odemwingiego na ziemi niczyjej i – że okażę się patriotą – Salamona w Milanie, to dla mnie cztery kluczowe punkty tego spokojnego w sumie dnia. W walce o mistrzostwo i pierwszą czwórkę status quo w miarę utrzymane.

Było miło jak zwykle. Ależ się tu naklikaliście. Jeszcze stąd nie znikam, ale już dziękuję. 4750 słów, 16 godzin i parę zaledwie transferów, ale i tak dobrze się bawiłem – mam nadzieję, że Wy także.

Piłkonomia

Los tak zdarzył, że w ostatnim dniu okienka transferowego jestem w jednej z dolin Beskidu Niskiego, w dodatku otoczony chmarą dzieciaków, co skutecznie uniemożliwia koncentrację na tym, na czym zwykle w takim dniu się koncentrujemy. Nie ma co się rozgadywać: w chwili, gdy Wy przerzucacie się kolejnymi informacjami i plotkami (zwłaszcza, obawiam się, tymi ostatnimi: znam jak zły szeląg wszystkie mechanizmy ostatniego dnia okienka, i na żadne się już nie nabieram), ja pilnuję trampoliny, huśtawek i zejścia do potoku. Niby nie narzekam, niby coś zyskałem, bo ostatnio coraz mocniej nabierałem poczucia, że poza tym, iż służy on prezesowi Levy’emu, który wtedy czuje, że żyje, ostatni dzień okienka transferowego wymyślono głównie po to, żebyśmy klikali przycisk „odśwież” na rozlicznych, rzekomo dobrze poinformowanych stronach internetowych. A jednak, do licha, jakoś ciężko bez tej adrenaliny. Jakoś ciężko ze świadomością, że dowiem się jako ostatni. No dobra, sam jestem sobie winien: mogłem wcześniej pomyśleć, że skoro w weekend jest kolejka ligowa, to władze Premier League zamkną okienko w piątek.
Coś jednak wymyśliłem. Żeby całkowicie się od Was nie izolować, zrobiłem obszerne wypisy ze znakomitej, choć kontrowersyjnej momentami książki „Soccernomics” Simona Kupera i Stefana Szymanskiego, którzy jak mało kto w świecie piszących o futbolu rozkminili kulisy udanego i nieudanego kupowania. Ich 12 darmowych porad dla klubów, porad, z których ku naszej uciesze nikt nigdy nie korzysta brzmi:
1. Nowy menedżer traci mnóstwo pieniędzy na transfery – nie pozwólcie mu na to (chyba jasne, każdy nowy ma swoje koncepcje i swoich ulubieńców, widać po Tottenhamie, ale przecież nie tylko; gorzej, że oprócz kupowania także pozbywa się dobrych piłkarzy, którzy z jakichś powodów mu nie pasują – przeważnie, niestety, ze zniżką, patrz pod Andy Carroll, półtora roku po 35-milionowym transferze wypożyczany przez nowego szkoleniowca Liverpoolu).
2. Korzystaj z mądrości zbiorowej (również jasne: lepiej, żeby decyzję o zakupie podejmowała jak najszersza grupa ludzi; autorzy „Soccernomics” szerzej omawiają przykład Olympique’u Lyon, gdzie prezesa, trenera i dyrektora sportowego wspiera grupa doradców i opinie o zawodnikach się ucierają – skutek: OL rzadko pudłuje).
3. Gwiazdy mundiali czy Euro są wyceniane za wysoko, nie kupujcie ich (lubię przykład Johna Jensena, który strzelił fantastyczną bramkę w finale cudownego dla Duńczyków Euro’92: sprowadzający go do Arsenalu George Graham był przekonany, że kupuje bramkostrzelnego pomocnika, w Londynie Jensen strzelił zaledwie jednego gola w ciągu czterech lat, a kibice wyprodukowali nawet pamiątkowy T-shirt „Widziałem, jak John Jensen strzelił”).
4. Piłkarze z niektórych krajów są drożsi z definicji, nie nabierajcie się na to (łatwiej podjąć decyzję o zakupie przeciętnego Brazylijczyka niż genialnego Meksykanina, średni w gruncie rzeczy lewy obrońca Giovanni van Bronckhorst nie radził sobie w Arsenalu, ale i tak trafił do Barcelony – miał szczęście urodzić się Holendrem; mam wrażenie, że Wigan sprowadzające piłkarzy z kompletnie „niemodnych” krajów Ameryki Południowej wyciągnęło wnioski właśnie z tego punktu).
5. Starsi piłkarze również są drożsi (to Arsene Wenger zauważył i wyprowadził najdalej idące konsekwencje z faktu, że płacąc fortunę za zawodnika, który ma za sobą kilka świetnych sezonów, płaci się za kogoś, kto szczyt swoich możliwości ma już za sobą – przed laty zresztą sam pozbywał się takich piłkarzy dość bezcemeronialnie i skupiał na rozwijaniu talentów tych, którzy swój szczyt mieli dopiero przed sobą; mówimy oczywiście o czasach, kiedy menedżer Kanonierów cieszył się jeszcze względnym komfortem pracy – ostatnie okienka są dowodem, że i on uległ presji działania na krótką metę).
6. Napastnicy są przeceniani, bramkarze niedoceniani, jeśli już wydawać kasę, to na tych drugich (również nie ma co rozwijać – takie są po prostu fakty, najlepszy bramkarz świata zawsze będzie parę razy tańszy od najlepszego snajpera).
7. „Mężczyźni wolą blondynki” – zidentyfikujcie ukryte przesłanki decyzji waszych skautów (zabawne, ale podobno tak jest: jeśli wysyłają was na oglądanie 22 bliżej nieznanych piłkarzy, zawsze najpierw zwrócicie uwagę na blondyna, no chyba że jesteście w Skandynawii; jeśli chodzi o piłkarzy lepiej znanych, najpewniej skupicie się na „gwieździe Mundialu” bądź „Brazylijczyku” – patrz punkty 3 i 4).
8. Najlepszy wiek na transfer to 20-22 lata (znamy liczne przypadki świetnie zapowiadających się młodzieńców wyszperanych przez kluby np. na mistrzostwach świata do lat 17 czy głośne wojny transferowe o 16-latków, którzy nigdy karier nie zrobili; udane zakupy 18-latków typu Rooney to wyjątki; zwykle potrzeba nieco większej dojrzałości, żeby się zaadaptować w nowych warunkach.
9. Jeśli ktoś zaoferuje wam za piłkarza więcej, niż jest wart, sprzedajcie go bez wahania (tu przykładów w „Soccernomics” jest więcej, podobnie postępowali Brian Clough i Peter Taylor w złotych czasach Nottingham Forest, tak działał Lyon, tak postępował słynny twórca „Moneyball” Billy Beane), co płynnie przechodzi w:
10. Znajdźcie następcę, jeszcze zanim sprzedacie (generalnie kluby powinny się spodziewać, że prędzej czy później ich najlepsi piłkarze zwrócą czyjąś uwagę i powinny w związku z tym się zabezpieczać – Lyon kupił Tiago na miejsce Essiena za jedną czwartą tego, co Chelsea wyłożyła za pomocnika z Ghany).
11. Kupujcie piłkarzy z problemami osobistymi, zawsze są tańsi (rzecz jasna musicie mieć sposób na to, jak im pomóc uporać się z tymi problemami; alkoholik Clough i uzależniony od hazardu Taylor byli w tym mistrzami, ale z pewnością można i bez tego; Harry Redknapp podał rękę niejednemu „złemu chłopcu” z wielką korzyścią dla prowadzonych przez siebie drużyn).
12. Pomóżcie w przeprowadzce (banał banałów, ale do dziś w wielu miejscach kompletnie lekceważony: kupujecie gościa za dziesiątki milionów i nie pokazujecie mu szafki w szatni, nie wspieracie w szukaniu mieszkania czy domu, szkoły dla dzieci, pracy dla żony, zostawiacie go kompletnie samego z mnóstwem bardzo praktycznych problemów, za to oczekujecie, że od pierwszego meczu będzie zachwycał media i kibiców).
Pomyślcie w ostatnim dniu okienka, jak wiele z dokonywanych właśnie transakcji było wynikiem jakiejś długofalowej strategii, a ile działania „na aferę”, irracjonalnego lub kompulsywnego. Ilu prezesów w panice po niezbyt udanym początku sezonu odczuło nieprzepartą potrzebę sięgnięcia po portfel, ilu nowych menedżerów uznało, że zamiast pracować z tymi, których odziedziczyli, łatwiej sprowadzić nowych, ilu zaś zamiast przyłożyć się do poszukiwań dało sobie wcisnąć „gwiazdę”. Wspomniany Olympique Lyon kupował Essiena czy Diarrę, bo byli dobrzy, a nie dlatego, że byli znani. Dobrzy nieznani zresztą zawsze zgodzą się na niższe pensje; jeśli wierzyć „L’Equipe”, w sezonie 2007/8 prezes Aulas wydawał na płace zaledwie 31 proc. klubowego budżetu – w Anglii nie do pomyślenia. Doprawdy, w taki dzień jak ten wolałbym kibicować innemu klubowi.
PS W związku z treścią pierwszego akapitu ostatniego dnia okienka szukajcie mnie raczej na Twitterze, choć na bloga również będę zaglądał. Zimą już nigdzie nie wyjadę.