Archiwa tagu: UEFA

Wirus futbolu

To prawda: Ronaldo i Messi nas nie wyleczą. Ale emocji, których dostarczali milionom kibiców, nie sposób lekceważyć nawet w czasie epidemii.

Chciwość. Słowo, które przychodzi jako pierwsze na myśl o reakcjach futbolowych działaczy wobec epidemii. Tyle że teraz nie chodzi już o to, jak na tym zarobić, tylko jak stracić możliwie najmniej – i jak przy okazji przemodelować świat współczesnej piłki, by w przyszłości można było zarabiać jeszcze więcej niż dotąd. W pierwszych dniach ekspansji koronawirusa w Europie chodziło przecież o to, by grać do samego końca, by nie zamykać trybun, by nie stracić dochodów z transmisji telewizyjnych (efekt: jedna trzecia zakażonych piłkarzy Valencii, którzy musieli rozegrać mecz Ligi Mistrzów w Mediolanie; liczbę osób pozakażanych na niezamkniętych do ostatniej chwili stadionach w Anglii trudno w tej chwili oszacować). A w tle podjętej w końcu – i nieuniknionej – decyzji o przeniesieniu mistrzostw Europy z tego lata na następne kryją się pytania o dokończenie obecnego sezonu klubowego, a w każdym razie: nadzieje księgowych poszczególnych lig i klubów, że ich maszynki do zarabiania pokręcą się jeszcze, jeśli nie w kwietniu czy maju, to może w czerwcu, kiedy planowano właśnie rozegranie Euro. To, że interesy klubów okazały się istotniejsze od interesów piłkarskich federacji narodowych jest przy tym oczywistością: z tego, jak krążą pieniądze w futbolu, jasno wynika, że jeśli coś trzeba rozegrać w pierwszej kolejności, to spotkania Champions League i największych lig europejskich, a nie jakichś tam mistrzostw kontynentu.

Gdzieś w cieniu tych wszystkich decyzji niknie los sportowca. Może trudno się dziwić, jeśli (dziś na portalach społecznościowych takie zestawienia hulają w najlepsze) najlepsi piłkarze świata zarabiają milion euro miesięcznie, a biologowie pracujący nad znalezieniem szczepionki na koronawirusa – niecałe dwa tysiące euro. „Idźcie do Ronaldo i Messiego, niech was wyleczą” – to gorzkie zdanie rozchodzi się po sieci bardziej niż niejeden wiral. 

A jednak chciałbym upomnieć się także o piłkarzy, przechodzących teraz kwarantanny w – owszem, niekiedy skandalicznie luksusowych – domach, zamiast szykujących się do rozegrania może najważniejszych meczów w życiu. O tym, że traktuje się ich jak mięso armatnie, mówił w rozmowie z Canal + Extra bramkarz londyńskiego West Hamu Łukasz Fabiański: „Mam wrażenie, że nasze zdrowie nie jest dla wszystkich istotne i że będzie dążenie do tego, byśmy wrócili na boiska jak najszybciej” – stwierdził reprezentant Polski, tłumacząc widzom oczywisty skądinąd fakt, że liga, w której występuje, jest „produktem, z którym wiążą się ogromne pieniądze”.

Koronawirus odsłonił jeszcze jedną prawdę o świecie współczesnego futbolu: naładowane do granic ostateczności kalendarze rozgrywek: jeśli zsumować wszystkie mecze lig i pucharów krajowych i kontynentalnych, jeśli dodać do nich przedsezonowe tournée na tzw. wschodzących rynkach (wyprawy europejskich klubów do Azji czy Ameryki w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy i dodatkowych baz kibicowskich to już standard) oraz oczywiście spotkania reprezentacji, w przypadku tych największych gwiazd wychodzi po sześćdziesiąt i więcej meczów rocznie. Tutaj naprawdę nie ma gdzie wściubić choćby jednej powtórki: oto dlaczego, kiedy w kwietniu 2017 roku na autobus z piłkarzami Borussii Dortmund jadącymi na ćwierćfinał Ligi Mistrzów dokonano zamachu terrorystycznego i rozegranie meczu w terminie okazało się niemożliwe, straumatyzowani gracze niemieckiego klubu musieli przystąpić do rywalizacji już 24 godziny później. Lista kontuzji, opowieści o wypaleniu zawodowym, historie o – lekceważonych przez pracodawców – przypadkach depresji to ciemna strona najpopularniejszego sportu świata.

Ale jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Kariera piłkarzy trwa naprawdę bardzo krótko. Odłożenie o rok rozegrania wielkiego turnieju oznacza, że dla niejednego z nich będzie już za późno. Weźmy byłego kapitana reprezentacji Polski, a obecnie kapitana krakowskiej Wisły, blisko 35-letniego dziś Jakuba Błaszczykowskiego. Na poprzednim Euro był liderem drużyny Adama Nawałki, ale nie wykorzystał decydującego karnego w ćwierćfinałowym meczu z Portugalią, na mistrzostwa świata do Rosji jechał po poważnej kontuzji: przez wiele miesięcy ciężko pracował na to, by móc uczestniczyć w imprezie, która w jego fachu uchodzi za najważniejszą. Rosnąca forma Błaszczykowskiego w wiosennych meczach Wisłu, jego doświadczenie i przywódcze zdolności pozwalały wierzyć, że mundial sprzed dwóch lat nie był dla niego ostatnim wielkim turniejem piłkarskim. Są też zawodnicy – 31-letni Robert Lewandowski na przykład – którzy właśnie w sezonie 2019/20 osiągnęli życiową formę. Kto wie, jak będą się prezentować latem 2021 roku?

Tak, wiem. Przejmowanie się losem jakichś milionerów z pewnością wyda się niejednemu czytelnikowi ryzykowne, zwłaszcza jeśli sam jest na przykład zatrudniony na umowie śmieciowej i naprawdę nie wie, jak będzie wiązał w najbliższych miesiącach koniec z końcem – już nie mówię o tych wszystkich, którzy zachorowali i walczą o życie. A jednak mam poczucie, że także o zakręcie w życiu gwiazd futbolu mogę myśleć z empatią. O wdzięczności, jaką jestem im winien za tyle najprawdziwszych w świecie emocji – za chwile zachwytu, uniesienia, podziwu, wzruszenia i szczęścia, a nawet doświadczenia przynależności i wspólnoty – już nie wspominam. Tu nie chodzi wcale o możliwość wyładowania agresji, pokrzyczenia sobie albo popatrzenia z satysfakcją, jak nasi leją nie naszych, tylko o doświadczenie kulturalne i duchowe. Z każdym kolejnym dniem epidemii milionom kibiców na świecie brakuje go coraz bardziej. 

Rodzinna Europa

A ja próbuję w tym wszystkim nie myśleć o stanie kont Europejskiej Federacji Piłkarskiej, które dzięki decyzji o zorganizowaniu mistrzostw Europy 2020 w 13 krajacg zostaną niewątpliwie zasilone, ani o zyskach poszczególnych organizatorów. Przypominam sobie raczej lato 1991 roku i studencką wyprawę po Czechach, Niemczech i Austrii tropem gotyckich katedr, brutalnie przerwaną na granicy niemiecko-austriackiej przez celnika, który uznał, że czworo niezamożnych Polaków z pewnością zamierza w jego kraju szukać pracy na czarno. Tamtej nocy na dworcu w Salzburgu nie zapomnę pewnie do końca życia.

Potraktujcie więc proszę ten mój dzisiejszy wpis nie tyle jako racjonalną polemikę z krytykami decyzji UEFA, co osobiste wyznanie kogoś, kto wciąż nie może uwierzyć własnemu szczęściu, związanemu z tym, że żyje w zjednoczonej Europie i w czasach pokoju. Tak się składa, że parę lat po tamtej nocy w Salzburgu, przekraczałem też inną granicę – między w miarę bezpieczną już wtedy Chorwacją a pogrążoną w wojnie Bośnią, potem zaś wjeżdżałem do ostrzeliwanego Sarajewa. Tamtej nocy na górze Igman również nie zapomnę do końca życia.

Jakkolwiek naiwnie to brzmi, w mistrzostwach Europy powinno chodzić właśnie o wielkie, wspólne święto całego kontynentu, bez wiz, bez granic, bez utrudnień w podróży i z przywiązaniem do własnego narodu wyrażanym w bezpiecznej, radosnej formie. Wspólny europejski turniej w 13 krajach znakomicie to pokazuje.

[youtube U0wrgoWRLYg]

Oglądaliście „Jeden dzień w Europie”, film, którego akcja rozgrywa się w dniu finału Ligi Mistrzów, gdzie w tle przygód głównych bohaterów obserwujemy tłumy wesołych, udających się na oglądanie meczu kibiców? „Europa w tym magicznym dniu rzeczywiście jest razem: nawet jeśli dla jednych bogiem jest Hakan Sükür, a dla innych Juan Carlos Valerón” – pisała w „Tygodniku Powszechnym” Anita Piotrowska. Tak właśnie wyobrażam sobie lato 2020 roku. Tanie loty, niedrogie bilety kolejowe, autostop i zapakowane po brzegi samochody z flagami na dachach. Owszem, kilkunastogodzinne podróże na drugi koniec kontynentu, ale stanowiące wartość dodaną wielkiego święta piłki. Ekumeniczny wymiar futbolu, zniwelowany podział na Europę starą i nową – albo podział przełamany, bo ci z „nowej Europy” dowalają w finale tamtym z.„Europy starej”.

Nie mogę się doczekać.