Philippe Coutinho i teologia dogmatyczna

„Gdybym na boisku mógł sterować robotami, wygrywałbym zawsze” – to zdanie Marcelo Bielsy przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem mecz Crystal Palace z Liverpoolem. Przyszło mi do głowy po to, żeby gwałtownie z nim zapolemizować.

Patrząc na ten mecz zrozumiałem bowiem pewne fundamentalne ograniczenie własnego warsztatu, ekhem, pisarskiego; ograniczenie sprowadzające się do wyznania wiary w dwa dogmaty. Z dogmatami w końcu, jak uczył pewien wielki teolog, jest jak z drzwiami: lepiej przez nie przejść, niż kurczowo trzymać się futryny.

Dogmat pierwszy głosi, że piłka nożna jest sportem zespołowym. Drugi mówi, że piłka nożna, przynajmniej ta na najwyższym poziomie, jest przede wszystkim – i stąd ten Bielsa mi się przyplątał – grą trenerskich umysłów (może nawet kolejność powinna być odwrotna: trenerskie umysły idą przed zespołowością?). Wielcy szkoleniowcy w ośrodkach treningowych i przy linii bocznej przypominają szachistów, rozstawiających swoje figury na boisku – a znaczenie ma każda z nich, bo w szachach przecież niczego nie wygra się samym hetmanem. W iluż to tekstach próbowałem, z lepszym lub gorszym skutkiem, wniknąć w psychikę albo chociaż opisać warsztat Mourinho, Guardioli, Wengera, o całej masie trenerów Tottenhamu nie wspominając. W iluż to tekstach potrafiłem pisać o meczu tak, żeby nie wymienić nazwisk strzelców bramek, niechby nawet i zdobyli hat tricka, za to dogłębnie rozpisując się o ustawieniu czy taktyce. Albo o wypowiedziach trenerów, toczących za pośrednictwem mediów swoje osobne zupełnie rozgrywki.

Owszem, panujący w dzisiejszym świecie okołopiłkarskim, zwłaszcza na portalach i w mediach społecznościowych, kult gwiazd, może być wkurzający. Owszem, pisanie tygodniami o Manchesterze United przez pryzmat rekordu transferowego Pogby i tego, czy ów transfer ma szanse się zwrócić w sensie sportowym, albo o coraz marniejszym losie Wayne’a Rooneya, niczego na dłuższą metę o klubie z Old Trafford nam nie powie. Podobnie jednak na manowce sprowadzi nas redukowanie wszystkiego, co dzieje się z tą drużyną, do toksycznej osobowości Jose Mourinho albo wspominanie w kółko dziedzictwa sir Aleksa Fergusona.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że oglądając mecz Crystal Palace z Liverpoolem robiłem sobie fiszki do kolejnego tekstu o Jurgenie Kloppie, a wypowiedziane później przez Niemca do dziennikarzy przeprosiny za „nudne widowisko” zwiększyły jeszcze pokusę skupienia się na jego trenerskiej osobowości. Czy można by na przykład postawić tezę, że niefrasobliwość drużyny w obronie – kolejne jej przykłady obejrzeliśmy przecież na Selhurst Park – ma jakiś związek z charakterem trenera? Że piłowanie schematów defensywnych Klopp będzie miał gdzieś tak długo, jak długo jego podopieczni uganiać się będą za rywalami po to, by dzięki kolejnym odbiorom i szybkim wyjściom strzelić im o bramkę czy dwie więcej? Nawet o świetnym skądinąd w sobotę Roberto Firmino dałoby się napisać tak, żeby sprowadzić go do roli trybiku w maszynie – porównać z niepasującym Kloppowi i grającym przeciwko niedawnym kolegom Benteke, podkreślić zaangażowanie w pressing albo liczbę wykreowanych partnerom sytuacji, imponującą jak na speca od wykańczania akcji samemu.

Dałoby się, tak. Ale robiąc w ten sposób krzywdę niejakiemu Philippe’owi Coutinho. Krasnal, którego doświadczenia z futsalu procentują dziś na boiskach Premier League, był zaiste niewiarygodny, i to nie pierwszy raz w tym sezonie. Pal licho asysty przy rzutach rożnych: zasięg i wizjonerstwo jego podań wykonywanych nie ze stojącej piłki, tylko w pełnym biegu, robią wrażenie równie wielkie jak strzały (lewą i prawą nogą, a nawet… głową), drybling, sztuczki techniczne, ale także – tak jest – wślizgi i odbiory (no dobra, tutaj możemy zrobić ukłon dla Kloppa, który każdą gwiazdkę i gwiazdeczkę potrafi zagonić do roboty – w Anglii tak samo jak w Niemczech). Jamie Carragher jeszcze przed meczem z CP wyliczał, że Coutinho jest odpowiedzialny za siedem z dwudziestu punktów Liverpoolu – strzelił dwa gole w meczu z Arsenalem, miał asystę przy golu Lovrena z Chelsea, zdobył piękną bramkę w spotkaniu z WBA – ale przecież po sobocie możemy zrobić z tego dziesięć punktów na dwadzieścia trzy…

To zwyczajna nieprawda, że na boisku chodzi o sterowanie robotami – zobaczcie, jak potrafią męczyć się czasem roboty Pochettino i jak brakuje w jego drużynie błysku indywidualnego geniuszu. Przepraszam, mnie się wszystko kojarzy, ale patrząc na to, jak Coutinho ciągnie dziś Liverpool myślę o znaczeniu Garetha Bale’a dla Tottenhamu. Nie tylko dlatego, że jak tak dalej pójdzie Brazylijczyk również skończy w Realu.

9 komentarzy do “Philippe Coutinho i teologia dogmatyczna

  1. Albert E.

    Nie, Coutinho nie jest tak ważny dla Liverpoolu jak Bale był dla Tottenhamu. Nie, Liverpool nie jest słaby w obronie. Liverpool broni dobrze, 85-90% goli traci po stałych fragmentach lub indywidualnych błędach. Niedawno mówił o tym Klopp – jego drużyna nie dopuszcza rywali do dogodnych okazji na gola, a ludzi, którzy mówią,że Liverpool nie umie bronić po prostu nie szanuje. Prędzej czy później przestaną tracić frajerskie gole, bo niemożliwe jest, aby taki pech trwał przez cały rok. Na początku swojej pracy w Dortmundzie Klopp zmagał się z identycznymi problemami.

    Wracając do Coutinho – idealną rolę znalazł mu Kloppo, coś ala Kagawa właśnie pod skrzydłami Jurgena. Ale nie uważam,że Cou jest gwiazdą tego zespołu. Nikt nie jest gwiazdą, siła Liverpoolu polega właśnie na tym,że wyjęcie jednego elementu nie spowoduje zniszczenie całego systemu. To nie Liverpool z wicemistrzowskiego sezonu za Rodgersa (tam to były dopiero prawdziwe problemy defensywne), gdzie przy braku Suareza czy Sturridge’a cały plan musiał ulec całkowitej zmianie. Jeśli już mamy się upierać aby wybrać jednego piłkarza z obecnej drużyny, to raczej wybrałbym Firmino. Król pressingu, gry w destrukcji, ruchu bez piłki, kapitalna technika… Taki mini Suarez 😉

    Odpowiedz
    1. Noganski

      Jednakze, nie da sie nie zauwazyc tego jak Cou lawiruje pomiedzy dwiema linami. Nie ma tak naprawde jednej pozycji. Nominalnie ustawiony na lewym skrzydla, praktyczniej przy kazdej akcji znajduje sie w srodku pola. Wczesniej w jego grze nie dalo sie zauwazyc takiej agresywnosci przy odbiorze pilki. I tu moim zdaniem wlasnei wchozdi taka osoba jak Klopp, ktora idelanie potrafic go, zarowno zmobilizowac do zadan dewfensywnych, jak i ustawic w ataku. Cou teraz to najbardziej istotna osoba w calym zespole. Kreuje gre. Jest zawsze pod grą. I co najmniej nie wypada teraz przytaczać zdania, które określały go jako piłkarza, który nagle znikał w trakcie meczu, lub nawet na kilka spotkań.
      I o takiego Coutiho, nam kibocom Liverpoolu, chodziło. Na szczescie jest wspierany przez doskonalych Firmino i Mane. Lalana sprawia, ze srodek pola funkcjonuje plynnie. Natomiast niedoceniony Henderson, potwierdzil moje przypuszczenia jako mialby byc idealnym zawodnikiem do podyktowania go woli trenerea.
      Jan nawet wierze w Lovrena. A Clyne to defensywnie klasa swiatowa.

      Odpowiedz
    2. leuthen

      „niefrasobliwość drużyny w obronie – kolejne jej przykłady obejrzeliśmy przecież na Selhurst Park – ma jakiś związek z charakterem trenera? Że piłowanie schematów defensywnych Klopp będzie miał gdzieś tak długo,”

      To odrobinę powierzchowne stwierdzenie. Liv pozwala rywalom na najmniej strzałów na swą bramkę ze wszystkich drużyny PL (coś koło 7 na mecz). W czołowych ligach Europy tylko Juve i Bayern mają lepsze defensywy pod tym względem. Liv jest słaby przy stałych fragmentach, ale częściowo wynika to z tego, że ma po prostu niski skład – poza Matipem, Lovrenem i Canem (który dotąd mało co grał), reszta to krasnale albo co najwyżej średniego wzrostu.

      Coutinho zagrał genialny mecz, ale warto pamiętać, że z Leicester nie grał (Liv wygrał 4-1) i po tym meczu część ekspertów zastanawiała się, czy wróci do składu na mecz z Chelsea. Hazard w Chelsea jest zdecydowanie ważniejszy dla drużyny niż Cou dla LIv – wg mnie. A gdzie skończy, to trudno powiedzieć.

      Odpowiedz
  2. Król Julian

    Ktoś, niestety nie pamiętam kto, kilka lat temu napisał, że Oscar nie umywa się do Coutinho i że za jakiś czas dyskusja na temat wyższości pierwszego nad drugim będzie bezprzedmiotowa. Przyznam, że sądziłem, że tak się nie stanie, bo prezentowali wtedy zbliżony poziom, nawet z lekkim wskazaniem na Oscara. Chapeau bas – ten czas chyba właśnie nadszedł.

    Odpowiedz
    1. DawidSz

      Oscar miał to szczęście, że grał w lepszym zespole, składającym się z z lepszych piłkarzy, więc lepiej mógł prezentować swoje atuty, a z drugiej strony Coutinho miał i nadal ma wahania formy, co mu utrudnia kopanie piłki na najwyższych obrotach. Z tego powodu mam nadzieję, że żaden potentat z Hiszpanii po niego się nie zgłosi, bo nawet przez myśl mi nie przechodzi (w najgłębszych marzeniach), iż nawet po ofercie z Barcelony czy Realu powie on, że woli zostać, bo widzi potencjał w Liverpoolu pod wodzą Kloppa – piękne to, przywróciłoby mi to wiarę w piłkę, ale raczej niemożliwe:)

      Odpowiedz
      1. Król Julian

        To prawda, w lepszym otoczeniu sprawa jest łatwiejsza. A co do Coutinho to wydaje mi się, że te wahania są coraz mniejsze, może to będzie właśnie ten sezon równego, wysokiego poziomu… No i oby kontuzje się nie przyplątały, bo to jednak „kieszonkowy” pancernik.

        Odpowiedz
        1. DawidSz

          Faktycznie, złapał ostatnio wiatr w żagle, ale ja bym jeszcze wstrzymał się przed wychwalaniem go i sprzedawaniem do Barcelony. Ogólnie widać, że jego współpraca z Mane, a w szczególności z Firmino układa się bardzo dobrze, ale na razie mamy za sobą dziesięć kolejek. Inna sprawa, że fantastycznie gra Firmino (no prócz wykańczania akcji), pracuje na wysokich obrotah i to u niego się bardziej obawiam kontuzji.

          Ah, wspominając kontuzje, trzeba powoli pisać pożegnalny list do Ingsa, bo znowu złapał kontuzję kolana i w tym sezonie już nie zagra.

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *