Widywałem na tym stanowisku gorszy materiał ludzki. Im bardziej był pod presją, im bardziej brutalne stawały się pytania dziennikarzy (którym oczywiście trudno się dziwić – robili to, co do nich należy), tym bardziej mu w gruncie rzeczy współczułem. Do końca utrzymał coś, co w języku etyki conradowskiej nazwanoby pewnie „integrity”. Nawet gdy wczoraj mówił, że odpowiedzialność za kiepskie wyniki rozkłada się na więcej osób, brzmiało to jak proste stwierdzenie faktu, a nie próba zrzucenia jej z siebie i przeniesienia na klubowy zarząd, na piłkarzy, na sztab medyczny, na sędziów, na splot niefortunnych zdarzeń.
Wyobrażacie sobie w jego roli Mourinho czy Conte? Po każdym kolejnym urazie zawodnika pierwszego składu, po czerwonych kartkach Romero, po okienku transferowym, które faktycznie zakończyło się wyłącznie wymianą Johnsona za Gallaghera (przy takiej pladze kontuzji!), po fiaskach związanych z podejściami pod Gibbsa-White’a, Ezego, Semenyo, Robertsona (czy gdyby przyszli, sezon wyglądałby inaczej?), po karuzeli zmian na szczytach władzy (Paratici wraca, potem znów odchodzi…), na konferencjach prasowych leciałyby wióry. Winien byłby każdy, poza trenerem.
Podkreślam ten ludzki aspekt sprawy na początku, bo później pewnie do niego nie wrócę, a w dobie błyskawicznych egzekucji wykonywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych wydaje mi się ważny: to, że Thomas Frank okazał się niewłaściwym człowiekiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, nie czyni go człowiekiem złym, zepsutym czy nieuczciwym, nie czyni go też trenerską ofermą. Podczas siedmiu lat w Brentfordzie wypracował sobie markę podobną do tej, która zaprowadziła Grahama Pottera na posadę trenera Chelsea: trudno się dziwić, że chciał wypłynąć na szersze wody, spróbować swoich sił w większym klubie – i można mieć pewność, że niedługo znów zobaczymy go przy linii bocznej, odnoszącego sukcesy na swoją miarę.
Bardziej już można się dziwić władzom klubu, które konstruując osławioną listę kryteriów, na jakich podstawie zdecydowały się ostatecznie postawić na Duńczyka, wśród np. znajomości ligi, zdolności rozwijania zawodników, medialnej prezencji i taktycznej elastyczności, przy tym ostatnim punkcie nie miały większych wątpliwości. Tottenham jest specyficznym klubem, pisałem o tym wielokrotnie, że oprócz wyników, patrzy się tu jeszcze na styl, w którym są osiągane; że tu oczekuje się piłki odważnej, ofensywnej, podrywającej fanów z – kosztownych skądinąd – stadionowych krzesełek.
Pragmatyczny Frank niczego takiego nie zaoferował. Owszem, zapamiętamy ten sezon z niewiarygodnie pięknych bramek – przewrotek Palhinhi i Romero, rajdu Van de Vena, skorpiona Solanke czy nożyc i uderzenia z połowy boiska Richarlisona, ale poza takimi błyskami i poza golami zdobywanymi ze stałych fragmentów, nie było tu niczego, na czym można by oko zawiesić. Imponujący pressing w otwierającym sezon meczu o Superpuchar Europy (dla przywrócenia proporcji: z trenującym zaledwie od paru dni PSG…) szybko się rozmył, a tempo akcji ofensywnych zaczęło być wprost proporcjonalne do letargicznej atmosfery Tottenham Hotspur Stadium. Długa piłka w kierunku napastnika, a poza tym „sideways and backwards everywhere we go” – tu akurat fani dobrze streśclli, jak wyglądała gra Tottenhamu, kiedy rywal oddawał mu futbolówkę. Gole oczekiwane poniżej 0,1 w kluczowych derbach z Chelsea i Arsenalem – z tą statystyką również pobyt Franka w północnym Londynie będzie kojarzony.
W ostatnich tygodniach wyglądało to tak, jakby świetni technicznie, błyskotliwi za poprzedniego szkoleniowca piłkarze zapomnieli, jak się wymienia szybkie podania w trójkącie, jak się gra prostopadłe piłki za plecy obrońców, jak się wychodzi na pozycję i pokazuje kolegom do gry – ileż było meczów, w których niewymuszone błędy sprawiały, że zagrana do oddalonego o kilkanaście metrów partnera piłka lądowała na aucie (albo we własnej bramce, jak po fatalnym wykopie Vicario w meczu z Fulham)? Co gorsza, zapomnieli też, jak się bronić, a gole tracone tuż zza pola karnego stały się specjalnością zakładu.
Tottenhamu pod Frankiem naprawdę się nie dało oglądać – i wczorajsza porażka z Newcastle była w tym sensie emblematyczna. Ospały początek, oddanie inicjatywy pogrążonemu w kryzysie rywalowi, który z każdą minutą wizyty u doktora Tottenhama zaczynał czuć się pewniej i mocniej, kontuzja kolejnego piłkarza, strata bramki, buczenie rozczarowanych fanów w przerwie, próba powrotu do gry w drugiej połowie, wyrównujący gol (po rogu, a jakże…), błąd w wyprowadzaniu piłki i kontra, dająca gościom zwycięską bramkę. W spotężniałej w ostatnich miesiącach kolekcji upiornych występów na własnym stadionie, gdzie toksyczność atmosfery wśród fanów była powiązana z toksycznością oferowanego im futbolu, ten mecz z pewnością zajmie poczesne miejsce.
Thomas Frank ma oczywiście rację: już robione przez autorów „Soccernomics” badania pokazują, że w dłuższej perspektywie zmiana trenera nie rozwiązuje żadnych klubowych problemów, a efekt nowej miotły jest zwykłym mitem. Tottenham chciał więc dać sobie i Duńczykowi czas, licząc pewnie, że latem, po mundialu, będzie miał lepsze możliwości manewru; że być może wtedy będzie mógł spełnić marzenia kibicowskiej bazy oraz samego Argentyńczyka i pozwolić Mauricio Pochettino dokończyć to, co zaczął przed laty (skądinąd, jak na standardy tego świata, wywiady Pochettino o swoich relacjach z Tottenhamem, są z pewnością niecodzienne).
Ale spirala fatalnych wyników i wywołanej nimi atmosfery nie pozwalała czekać do lata. Jakkolwiek to zabrzmi w kontekście klubu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej nieprzerwanie od pół wieku, tu stawką w decyzji zwolnieniu trenera nie jest przedłużający się dryf wielkiego tankowca, a uratowanie go przed zatonięciem, czytaj: pozostanie w Premier League. Jeśli nie naprawisz sytuacji transferami (okienko zamknęło się właśnie dziesięć dni temu, więc nie naprawisz), jeśli sytuacji nie udaje się odwrócić na boisku i jeśli trybuny ostatecznie straciły cierpliwość, jedynym sposobem odwrócenia trendu, jest zmiana na stanowisku szkoleniowca.
Kto przyjdzie za Franka? Jeśli klub poważnie myśli o Pochettino, kandydatury wolnego od wczoraj De Zerbiego czy pracującego w Ferencvarosie Robbiego Keane’a nie wchodzą raczej w grę, bo to ludzie zbyt poważni, by przyjmować robotę na kilka miesięcy. Pobyt Ryana Masona w WBA skończył się jeszcze szybciej od pobytu Franka w Tottenhamie. Johan Heitinga w roli asystenta sprawdzał się dobrze, ale na posadzie samodzielnego trenera Ajaksu się nie utrzymał. Czy udźwignie presję, związaną z walką o utrzymanie?
Kibicuję Tottenhamowi od 1987 roku i zwykłem powtarzać, że w tym czasie widziałem już wszystko – ale tego jeszcze nie doświadczyłem. Owszem, pamiętam dziewięć miesięcy Christiana Grossa, podczas których jedynie David Ginola i drugie przyjście Jurgena Klinsmanna wyprowadziło drużynę ze strefy spadkowej. Pamiętam dwa punkty w ośmiu meczach Juande Ramosa i ostatnie miejsce w tabeli. Ale samej degradacji Spurs jeszcze nie doświadczyłem, a metafizyczna część mojej osobowości podpowiada, że owa degradacja byłaby rodzajem odpłaty za zwolnienie Ange’a Postecoglou po tym, jak zdobył z Tottenhamem europejski puchar. Patrząc na plagę kontuzji i stopień degrengolady w drużynie, nie ufając korporacyjnej nowomowie klubowego zarządu, biorąc poprawkę na formę West Hamu, Leeds i Nottingham Forest, uważam ten scenariusz za wielce prawdopodobny.
PS. Lubiłem ten sweterek w butelkowym kolorze.

