Archiwa tagu: Levy

Miałeś, Daniel, złoty róg

Miałeś, Daniel, czapkę z piór. MIałeś drużynę, która grała regularnie w Lidze Mistrzów i biła się o mistrzostwo kraju. Miałeś drużynę komplementowaną przez cały piłkarski świat i taką, za którą kibice stali murem. Miałeś trenera, którego komplementowano równie silnie, a kochano jeszcze bardziej. Nie płaciłeś im zbyt dobrze, ładnych paru prezesów w Premier League wydawało pieniądze ręką dużo bardziej lekką niż Ty, ale wszyscy to rozumieli: budowałeś stadion i to był na tamten moment priorytet w rozwoju klubu. Taki był zresztą element dealu, związanego z uczestnictwem w Twoim projekcie – także Mauricio Pochettino wiedział, podpisując, a potem przedłużając z Tobą umowę, że musi przede wszystkim pracować z tymi piłkarzami, których przejął po Timie Sherwoodzie i Andre VIllas-Boasu; że musi wesprzeć ich w rozwoju i że musi również bacznie przyglądać się młodzieży, która trenuje w akademii, tak samo zresztą, jak robił to w Southamptonie. Chętnie przyznaję: przez kilka lat ten model sprawdzał się znakomicie. W drugim roku pracy Pochettino – z pewnością za wcześnie, zważywszy na fazę rozwoju jego zespołu – Tottenham walczył o mistrzostwo z Leicester, w trzecim, bijąc rekord zdobytych punktów w Premier League, ustąpił w tabeli jedynie Chelsea. Później jednak (nawiasem mówiąc po kończącym poprzedni sezon meczu z Leicester, równie rozrywkowym, jak dzisiejszy) przyszedł sierpień 2018 roku, ten pierwszy w dziejach, w którym nie przeprowadziłeś ani jednego transferu, choć tak wiele mówiło się wtedy na przykład o sprowadzeniu Jacka Grealisha.

Czy to był ten moment, Daniel? Czy to wtedy klub zamiast piąć się nadal wzwyż, skręcił na ścieżkę, która doprowadziła go w miejsce, które zajmuje dzisiaj: z awansem do niechcianej przez nikogo Ligi Konferencji, bez prawa gry w Lidze Europy, bez trenera i z najlepszym zawodnikiem, ba, klubową legendą otwarcie mówiącą, że chciałaby walczyć o najwyższe cele, na co tutaj się nie zapowiada? Czy to wtedy właśnie trzeba było zrobić coś, na co i tak musiałeś się zdecydować kilkanaście miesięcy później, wydając dziesiątki milionów na Ndombele czy Lo Celso, a potem przeprowadzając kolejne transfery, których życzył sobie José Mourinho (o odprawie dla Pochettino, lukratywnym kontrakcie Portugalczyka i kolejnej odprawie dla tego ostatniego już nie wspominam)? Czy to wtedy trzeba się było rozejrzeć za następcą mającego wkrótce wyjechać do Chin Moussy Dembelego, znaleźć defensywnego pomocnika na miejsce borykającego się z kontuzjami Wanyamy i zwiększyć rywalizację na bokach obrony? Kiedy przypominam sobie wypowiedź Jamiego Carraghera, już podczas pobytu Mourinho w klubie, że był taki czas, kiedy Tottenham Pochettino od mistrzostwa Anglii dzieliły dwa transfery, a teraz brakuje mu pięciu, by w ogóle myśleć o wskoczeniu na poziom Tottenhamu Pochettino, zastanawiam się, czy to nie właśnie tamtą chwilę miał na myśli.

Wiem, do historycznego występu drużyny w finale Ligi Mistrzów pozostawał jeszcze rok, ale ów sensacyjny rajd przez stadiony Dortmundu, Manchesteru i Amsterdamu, zaciemniał obserwację oczywistego dość faktu, że już od stycznia 2019 drużyna wyraźnie dołowała w Premier League. Zresztą czytałeś na pewno – zbyt wytrawnym jesteś biznesmenem, by nie uczyć się od mistrzów zarządzania – obserwację Aleksa Fergusona, że cykl odnoszenia sukcesów przez zespół trwa cztery lata. W przypadku drużyny Pochettino akurat tyle upływało właśnie latem 2018 i w gruncie rzeczy powinieneś być wdzięczny Maurycemu, że tak pięknie potrafił go przedłużyć. Inna sprawa, że Ferguson nigdy by na coś podobnego nie pozwolił: Szkot wiedział, że nowy impuls jest potrzebny nawet kiedy w momencie wdrażania zmian wszystko wydaje się iść w najlepszym porządku i na pierwszy rzut oka ruszanie czegokolwiek wydaje się wręcz zbędne.

Kiedy zasiadasz sam w ciszy swojego gabinetu, kiedy próbujesz zapomnieć o protestach kibiców, coraz głośniej domagających się Twojej dymisji i niemogących wybaczyć Ci fatalnego zauroczenia José Mourinho oraz zaangażowania w niesławny projekt Superligi, z pewnością jesteś w stanie przypomnieć sobie argumenty, dla których postępowałeś tak, a nie inaczej. Księgowo wszystko się pięknie dopinało. Stadion był prawie gotowy. Przychody z Ligi Mistrzów, kontrakty sponsorskie, umowy telewizyjne spowodowały, że klub wdarł się do pierwszej dziesiątki najbogatszych na świecie. Miałeś swoją globalną markę, dogadywałeś z Amazonem szczegóły filmu, który miałby wypromować ją jeszcze szerzej. Byłeś, owszem, wdzięczny, Maurycemu. Szczodrze go wynagradzałeś. Podwyżki dawałeś zresztą także Harry’emu – żaden z nich nigdy nie narzekał na Twoją hojność. A jednak coś przegapiłeś i kiedy, naciskany przez Pochettino, grzmiącego na konferencjach prasowych, że aby zrobić ostatni krok do wielkości klub musi zacząć inaczej działać na rynku transferowym, sięgnąłeś w końcu do klubowej kasy – było już za późno. Po przegranym finale odszedł Eriksen, trenera i większość grającej zbyt długo razem drużyny dopadło poczucie wypalenia, Ndombele zaś adaptował się powoli, a Lo Celso złapał kontuzję: zabrakło czasowego bufora, z jakim do zespołu wkomponowuje się nowych zawodników; zwłaszcza do zespołu grającego i trenującego w tak specyficznym stylu, jak u Pochettino.

Niewykluczone, że zabrakło też cierpliwości, kiedy jesienią 2019 drużyna była w potężnym kryzysie, kiedy przegrała z Bayernem, kiedy kontuzjował się Lloris i kiedy zmiana trenera wydawała się najprostszym rozwiązaniem. Zawsze chciałeś zatrudnić José Mourinho, prawda? W trakcie kilku scen serialu Amazonu słałeś mu spojrzenia wręcz miłosne. Może trudno się dziwić, że nie wytrzymałeś nerwowo – choć przykład, z jakim w ostatnich tygodniach Liverpool Jurgena Kloppa wyszedł z wcześniejszego kryzysu, z pewnością mógłby być dla Ciebie pouczający. Kibice, jeśli jeszcze pamiętasz, raczej nie domagali się wyrzucenia Maurycego…

MIałeś, Daniel, złoty róg. To była naprawdę piękna przygoda. Wydaje się niewiarygodne, ale równe dwa lata temu Twoi piłkarze szykowali się do gry w finale Ligi Mistrzów. Jestem pewien, że pamiętasz to jeszcze lepiej niż ja – choć ja też byłem wtedy w Madrycie i choć wieczór w Amsterdamie, zaledwie dwa lata i dwa tygodnie temu, uważam za najpiękniejszy piłkarsko wieczór w moim życiu. Problem w tym, że myśl o powrocie w tamto miejsce wydaje się dziś kwestią równie realną, jak to, że po Arbacie znów przespaceruje się Puszkin. Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno, jak śpiewał Okudżawa (a przecież mi żal…). A co przyniesie przyszłość? Sam powiedz: od kiedy Chelsea zatrudniła Tuchela, a Bayern sięgnął po Nagelsmanna, każda kolejna kandydatura nowego szkoleniowca, jaką rozważasz, wydaje się kandydaturą nierealną, niedoskonałą, w najlepszym razie przejściową albo skrajnie ryzykowną, a Ty nie bardzo już możesz pozwolić sobie na ryzyko – nie tylko sportowe, także (w świetle długów, pandemii, pustych trybun, braku zysków wygenerowanych przez dobrą grę drużyny) ekonomiczne. W gruncie rzeczy mam nieodparte wrażenie, że kiedy osiem lat temu z Tottenhamu odchodził Gareth Bale (mam nadzieję, że po jego dzisiejszym wejściu z ławki zrobisz coś, żeby nie odchodził ponownie…), ba: kiedy siedem lat temu drużynę przestawał prowadzić Tim Sherwood, mieliśmy więcej powodów do optymizmu niż dziś, nawet jeśli na King Power Stadium grupa zatrudnianych przez Ciebie – i przez wiele minut sprawiających wrażenie, jakby widzieli się po raz pierwszy – zawodników zdołała jednak wygrać.

Tak naprawdę Ci nie zazdroszczę. Kibicuję Twojemu klubowi tak długo, że kryzys taki, jak obecny, jest dla mnie stanem naturalnym, do niczego innego nie przywykłem, nic innego nie pamiętam, to epoka Pochettino wydaje mi się tak naprawdę jakąś pogodową anomalią, a nie dzisiejszy bałagan i chaos. Ale Ty? Z Twoimi ambicjami i wizją? Z Twoim skrywanym starannie pragnieniem naszej akceptacji, bycia kochanym i docenionym za wszystkie swoje trudy? Był taki czas, w którym się wydawało, że zastałeś Tottenham drewnianym i zostawisz murowanym – i że będziesz miał kiedyś pomnik przed stadionem i trybunę swojego imienia na nim. Ale teraz? Czapkę wicher niesie do Manchesteru, róg huka po Paryżu. Ostał ci się ino sznur.

(W dramacie Wyspiańskiego w tym momencie pieje kogut, ciekawe, czy ten z klubowego herbu. Mimo dramatycznych wołań Jaśka nikt się nie budzi).

PS Za dwa tygodnie premiera „Światła bramki”. Książkę z solidnym rabatem (i Lucasem Mourą na okładce) można zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Siedemnaście miesięcy José Mourinho

Będzie krótko, bo długo było już o superlidze, a przecież trzeba jeszcze skończyć ostatnie korekty książki, no i w ogóle może napić się wina, niechże nawet będzie: portugalskiego, bo wiadomość, jaką mam tu skomentować, jest wiadomością dobrą i od dawna wyczekiwaną. Szczerze mówiąc: wyczekiwaną od 17 miesięcy, czyli od dnia, w którym José Mourinho został trenerem Tottenhamu. 

Stali czytelnicy bloga wiedzą: nie był moim faworytem, uważałem, że ze swoim przywiązaniem do reaktywnego futbolu i konfrontacyjnym sposobem pracy z zawodnikami nie pasuje ani do tego klubu, z jego tradycją piłki ofensywnej i cieszącej oko fanów, ani do tej konkretnej grupy piłkarzy, odziedziczonych po poprzedniku i nauczonych przez niego pewnego określonego sposobu gry i pracy. Argumenty, które przedstawiałem na poparcie tych zdań można wyszukać po blogowym tagu „Mourinho”; znajdzie się tam także jeden czy dwa wpisy, w których oddawałem Portugalczykowi sprawiedliwość, kiedy jesienią ubiegłego roku drużyna zdawała się nabierać rozpędu. Zbyt krótki był to jednak zryw, nawet jeśli dzięki niemu Harry Kane wciąż może zostać piłkarzem roku Premier League; on jeden zresztą w trakcie tego półtora roku nie obniżył lotów (owszem, momenty mieli też Son czy Ndombele, ale daleko im było do regularności kapitana reprezentacji Anglii) i w ostatnich godzinach myślałem również o tym, czy planując zwolnienie Mourinho prezes Levy nie wykonuje gestu uprzedzającego, mającego przekonać lidera, symbol i żywą legendę drużyny, że warto jednak nie rozglądać się za innym klubem, bo bałagan, jaki zapanował w ostatnich miesiącach w ośrodku treningowym Tottenhamu zostanie posprzątany.

To najprostszy sposób weryfikacji osiągnięć Mourinho w północnym Londynie: sprawdzenie, jak radzili sobie pod tym szkoleniowcem poszczególni zawodnicy. Czy stali się lepszymi piłkarzami, czy przebili się do reprezentacji swoich krajów, czy przeciwnie: wypadli z łaski swoich selekcjonerów, z tym angielskim na pierwszym miejscu oczywiście. Czy defensywa – na której niezawodności Portugalczyk opierał w poprzednich klubach swoje sukcesy, stała się nieco bardziej niezawodna. Czy kiedy drużyna obejmowała prowadzenie w meczu, była w stanie dowieźć je do końca. Czy umiała rozgrywać atak pozycyjny albo przeprowadzić jakiś koherentny pressing w meczach, podczas których rywal ani myślał się odsłonić, nadziać na kontrę, a następnie skapitulować. I co o tym wszystkim miał do powiedzenia on sam, z tygodnia na tydzień robiący podczas rozmów z dziennikarzami coraz bardziej tajemnicze miny, że wie, ale nie powie. Chociaż tyle, że w porównaniu z czasami Interu, Realu, drugiej Chelsea czy Manchesteru złagodniał nieco i nawet jego awantury nie miały już tak apokaliptycznego wymiaru jak niegdyś, ale miny, jakie na ławce robili ostatnio Dele czy Bale mówiły same za siebie (żeby było jasne: nie mówię, że piłkarze są w takich sytuacjach bez winy i z pewnością dwaj wymienieni mogliby patrząc w lustro przyznać szczerze, czy dawali z siebie wszystko drużynie, zwłaszcza kiedy przychodziło jej się bronić, czyli, ekhem, stanowczo zbyt często – ale ostateczną odpowiedzialność za ich zmotywowanie zawsze ponosi trener).

To też już kiedyś napisałem: Daniel Levy uczy się na błędach. Od tylu lat marzył o trenerze-celebrycie i kiedy w końcu było go na niego stać, spełnił swoje marzenie, ale teraz na powrót przyszedł do używania rozumu. Cenę zapłacił wysoką, może jednak spodziewane zyski z superligi sprawią, że nie będzie aż tak wysoka – i nawet perspektywa skończenia sezonu w środku tabeli Premier League nie wydaje się go przerażać. Jeśli obawiał się furii fanów w związku z dołączeniem do grupy rozłamowców w europejskiej piłce, jednym gestem zapewnił sobie także ich przychylność, bo zaprawdę: największym szczęściem Levy’ego i Mourinho było w ostatnich miesiącach to, że nie musieli się konfrontować z kibicami, zmuszonymi do oglądania tego, co jeszcze tak niedawno było ich ukochaną drużyną, z wysokości trybun. Obawy prezesa przed reakcją powracających na stadion fanów były jednym z powodów, które – zdaniem dziennikarzy The Athletic – skłoniły Levy’ego do bardziej zdecydowanych działań; cieszę się, że podnosiłem tę kwestię, podobnie jak i tę, że piłkarze narzekali na niską intensywność treningów oraz nadmierne skupienie w ich trakcie na rywalu. Nie żebym był znowu taki mądry – po prostu był to problem Mourinho w każdym kolejnym klubie, gdzie zamiast myśleć o wyrażeniu się na boisku jego podopieczni obawiali się raczej, że mogą zrobić coś nie tak. I gdzie jeśli drużynie przestawało się wieść, winni zawsze byli zawodnicy, nigdy trener.

Mimo wszystko jednak: siedemnaście miesięcy zleciało naprawdę szybko. Mourinho zostawia podzieloną szatnię, ale nie jest to jednak spalona ziemia po trzech latach nieustannych turbulencji. Ryanowi Masonowi, mającemu poprowadzić drużynę do końca sezonu – jako wychowankowi klubu i człowiekowi, którego karierę przerwała straszliwa kontuzja, a zarazem jednemu z ulubieńców Maurucio Pochettino – kibice przebaczą każdy błąd i każdą porażkę, w przekonaniu, że nawet jeśli powinie mu się noga, w wakacje może przyjść kolejny, oby lepszy szkoleniowiec niż José Mourinho. A w ciągu najbliższych paru dni przed finałem Pucharu Ligi powtarzać sobie będą opowieść o tym, jak to tymczasowy trener Roberto di Matteo wygrywał z Chelsea Ligę Mistrzów. Mourinho? Niechże już sobie idzie do Chin, gdzie dostanie jeszcze lepsze pieniądze niż w północnym Londynie, doprawdy nie będziemy mu żałować.

Stary ze mnie dureń, nic na to nie poradzę, ale napiszę i to: dawno nie czekałem na kolejny mecz swojej drużyny z taką ekscytacją.

Zakład Levy’ego

Dostałem dziś maila z Tottenhamu. „Podaruj sobie coś nowego, zasługujesz na to” – napisali dzień po tym, jak dali się ograć Manchesterowi CIty 3:0, i zachęcili do zakupów w klubowym sklepie. Pomyślałem, że nie tylko ja, ale wszyscy kibice tej drużyny zasługują na nowego trenera.

Powiedziałem to już wiele razy, ale chętnie powtórzę: Daniel Levy jest kapitalnym bizesmenem. Kiedy przejmował funkcję prezesa Tottenhamu od Alana Sugara – akurat 20 lat temu, w lutym 2001 roku – był to typowy klub środka tabeli, z piękną przeszłością i z ambicjami, ale raczej niemającymi pokrycia w rzeczywistości. O awans do europejskich pucharów daremnie starał się pierwszy trener zatrudniony przez Levy’ego, popularny wśród fanów z racji na niegdysiejsze piłkarskie zasługi Glenn Hoddle, starał się też – tym razem z powodzeniem – kolejny ulubieniec trybun White Hart Lane (zwłaszcza po nieszczęsnym epizodzie z Jacquesem Santinim) Martin Jol, a następca Holendra Juande Ramos po siedmiu latach starań dał Tottenhamowi pierwsze i jedyne trofeum czasów tej prezesury, umówmy się zresztą: niezbyt imponujące, bo Puchar Ligi. Z każdym kolejnym szkoleniowcem jednak można było mieć wrażenie, że klub się rozwija, nawet jeśli czasem robiąc dwa kroki do przodu z jednym w tył na zmianę. Za Harry’ego Redknappa był pierwszy w historii awans do Ligi Mistrzów, za Mauricio Pochettino fani Tottenhamu zaczęli się do Champions League przyzwyczajać, ba: drużyna zagrała także w finale tych rozgrywek. W międzyczasie prezes szykował się do rozbudowy stadionu – i proces ten zakończył sukcesem w 2019 roku, a rosnące znaczenie Tottenhamu podkreślały coraz bardziej znaczące umowy sponsorskie i w końcu fakt, że znalazł się on w pierwszej dziesiątce najbogatszych klubów świata. Kiedy w 1998 roku Daniel Levy pierwszy raz przymierzał się do sfinalizowania transakcji z Alanem Sugarem, wartość Tottenhamu wyceniano na 80 milionów funtów, teraz z pewnością przekracza miliard, może nawet półtora miliarda w tej walucie.

Patrząc z perspektywy tych dwudziestu lat łatwiej o dystans. Łatwiej o docenienie zasług Daniela Levy’ego (zwłaszcza tych na ekonomicznej niwie zarządzania klubem) i o wyrozumiałość wobec błędów (zwłaszcza tych na niwie sportowej). Z perspektywy lat widać zresztą, że za każdym razem z popełnionych błędów potrafił się wycofać, z perspektywy lat łatwiej też zrozumieć, dlaczego je popełnił. Mówiąc o błędach na niwie sportowej, mam oczywiście w pierwszym rzędzie na myśli pomyłki popełnione przy zatrudnianiu kolejnych trenerów – bo usankcjonowania odejść pewnych zawodników, mimo iż tak dla kibiców bolesnych, uniknąć nie był w stanie.

Jest wśród tych pomyłek jedna charakterystyczna i stale się powtarzająca. Daniel Levy, myśląc o zatrudnieniu kolejnego szkoleniowca, jakże często rozumuje w kategoriach wizerunkowych. Owszem, niby usiłuje pamiętać o profilu klubu, stylu gry, do jakiego zawsze przywiązani byli kibice, i o znaczeniu stawiania na wychowanków, ale nie potrafię obronić się przed wrażeniem, że przede wszystkim dba o to, by nazwisko trenera mówiło coś o pozycji i zamierzeniach kierowanej przez siebie firmy. Kiedy sprowadzał Jacquesa Santiniego, za którego krótkiego na szczęście pobytu w północnym Londynie Tottenham grał piłkę jeszcze koszmarniej defensywną niż za czasów obecnego trenera, ściągał selekcjonera jednej z najlepszych reprezentacji świata – cóż z tego, że kompletnie do Spurs niepasującego. Kiedy sięgał po Juande Ramosa, brał dwukrotnego zdobywcę Pucharu UEFA i zwycięzcę Superpucharu Europy. Kiedy brał Andre Villas-Boasa, stawiał na arcymodnego wówczas „młodego Mourinho”, który dopiero co wygrał Ligę Europy (owszem, w Chelsea powinęła mu się noga, ale wolno było sądzić, że to raczej wina opornej zmianom grupy trzymającej władzę w szatni). Była oczywiście po drodze decyzja o zatrudnieniu ligowego „strażaka”, czyli Harry’ego Redknappa, który miał uratować zespół przed spadkiem z Premier League po fatalnej końcówce kadencji Ramosa, ale im dłużej wspominam tę historię, tym bardziej mam poczucie, że jedynym dokonanym na podstawie w pełni sportowych kryteriów angażem był Mauricio Pochettino: gwarant udanej pracy z młodzieżą i futbolu tyleż ofensywnego, co opartego o będący w tamtym momencie najskuteczniejszą drogą do wygrywania meczów pressing. Chyba trudno się dziwić, że to Argentyńczyk dał klubowi sukcesy, którym nieprędko dorówna którykolwiek z jego następców.

Ale Pochettino nie był wtedy – cokolwiek mówilibyśmy o nim dzisiaj, gdy prowadzi już Paris Saint-Germain – nazwiskiem z absolutnego topu. Na widok jego pucułowatej twarzy sponsorzy nie zacierali rąk; dziennikarze nie wypełniali po brzegi klubowej sali konferencyjnej, gdy się z nimi spotykał. Kiedy więc zaczęło mu iść gorzej – a drużyna wciąż jeszcze grała w Lidze Mistrzów i wciąż w świeżej pamięci mieliśmy jej występ w finale tych rozgrywek – prezes rozstawał się z nim bez wielkiego żalu. I po raz kolejny się pomylił, rzecz jasna.

Oglądając „All or Nothing”, miniserial Amazonu o Tottenhamie, naprawdę zaskoczony byłem tylko raz: wtedy, gdy Daniel Levy powiedział, że podpisując kontrakt z Mourinho wiąże przyszłość swojego klubu z jednym z dwóch najlepszych trenerów świata – i gdy naprawdę wydawało się, iż był to raczej niekontrolowany przypływ szczerości prezesa niż kolejna marketingowa zagrywka. Kiedy kamera towarzyszyła ich rozmowom, miało się wrażenie, że Anglik spogląda na Portugalczyka z niemal erotyczną fascynacją; kiedy rozmowy się kończyły, to dlatego, że Mourinho, nie Levy, nie miał już więcej czasu. Czy zwykle tak bardzo pragmatyczny prezes Tottenhamu w kwestii wyboru portugalskiego szkoleniowca spełniał po prostu swoje marzenie sprzed piętnastu mniej więcej lat, kiedy Mourinho faktycznie był na szczycie, a Tottenhamowi do szczytu brakowało tak wiele? Owszem, nawet z Manchesterem United Portugalczyk wygrał Ligę Europy, więc prezes liczył pewnie, że może i tym razem zdoła wstawić jakiś puchar do klubowej gabloty (wciąż ma szansę, podkreślmy: w kwietniu zagra w finale Carabao Cup, a i z Europa League nie został jak dotąd wyeliminowany), ale nazywać go najlepszym po tym, jak bardzo futbol poszedł do przodu w ciągu minionej dekady?

Było w ciągu ostatnich miesięcy kilka chwil, podczas których nawet mnie się wydawało, że rządy Mourinho w Tottenhamie nie od razu skończą się katastrofą: w tym dziwnym pandemicznym sezonie zdarzyło się kilka meczów, podczas których jego piłkarze szczęśliwie się bronili i zabójczo kontratakowali, pokonując oba manchesterskie kluby i Arsenal. Duet Kane-Son imponował, Ndombele się odradzał, w środku pola asekurację defensywy zapewniał Hojbjerg. Nie trwało to jednak długo: pierwsze tygodnie 2021 roku są wydłużającym się pasmem utraconych prowadzeń, odniesionych w fatalnym stylu (a właściwie bez niego) klęsk i pomyłek będących udziałem w zasadzie każdego zawodnika pierwszego składu, bo przecież nie tylko Llorisa, Diera, Sancheza, Auriera, Daviesa czy Hojbjerga. Nawet futbolu reaktywnego – niezgodnego najwyraźniej z instynktem tej drużyny, pokazał to szalony mecz Pucharu Anglii z Evertonem – Mourinho nie był ich w stanie nauczyć. Czy przesadą będzie powiedzenie, że najwyraźniej nie potrafi już uczyć?

To była jedna z najważniejszych cech Mauricio Pochettino (ale także u VIllas-Boasa, a nawet u Sherwooda kilku młodych graczy Tottenhamu wzbiło się na poziomy wcześniej im niedostępne): powierzeni mu zawodnicy stawali się zwyczajnie lepszymi piłkarzami, co skądinąd również powinno stanowić argument dla prezesa, bo podnosili w ten sposób swoją rynkową wartość. U Mourinho poza Kane’em i coraz bardziej zmęczonym Sonem żaden chyba nie prezentuje poziomu wyższego niż w czasach poprzednika (Ndombele po prostu odzyskał formę, którą prezentował już w czasach gry w Olympique Lyon). Po prostu żal patrzeć na tę drużynę i jej członkowie w gruncie rzeczy mogą mówić o szczęściu, że grają przy pustych trybunach, bo nie muszą słuchać buczenia albo ciszy przenikliwszej nawet niż ta obecna, bo będącej oceną tego, co pokazują.

Po doświadczeniach drugiego pobytu w Chelsea, a potem w Manchesterze United, zaczęło się mówić, że cykl pracy Jose Mourinho w kolejnych klubach trwa trzy lata – w pierwszym roku rozpoznanie, w drugim sukces, a w trzecim spalona ziemia, ale dzisiaj wygląda to tak, jakby już w drugim roku na północnolondyńskiej glebie coś płonęło.

Nie myślcie sobie jednak, że zamieszczam tutaj kolejny gorzki i pesymistyczny tekst na temat obmierzłego mi od dawna Portugalczyka: kiedy patrzę na te dwadzieścia lat Levy’ego myślę sobie także i to, że prezes uczy się na błędach i potrafi wyciągnąć z nich wnioski. Przygoda Mourinho z Tottenhamem nie potrwa długo i pytanie, jakie sobie dzisiaj zadaję, brzmi: czy ten kapitalny biznesmen będący jego zwierzchnikiem zadziała na tyle szybko, że Juliana Nagelsmanna nie podbierze mu Bayern (albo, strach pomyśleć, Liverpool), no i czy kolejna zmiana na szczytach przekona Harry’ego Kane’a do pozostania w klubie. Podaruj sobie coś nowego, Daniel, to przede wszystkim Ty na to zasługujesz.

Nowych nie znajdziesz krain, czyli powrót Bale’a

Prezes zaciera ręce. Sponsorzy, ci dotychczasowi i ci potencjalni, są zachwyceni. Telewizje zwiększają liczbę transmisji. Trener? Ma orzech do zgryzienia. Eksperci od futbolu? Nie kryją wątpliwości. Kibice? Od paru dni nie śpią z nadmiaru emocji.

Gareth Bale podczas treningu Tottenhamu na stadionie Wisły, 17 września 2008 r. / Fot. Michał Okoński

Z tym ostatnim wątkiem uporać się najłatwiej. W końcu sam jestem kibicem. Wiem, co to znaczy, stale i wciąż żyć przeszłością. Wiem, co to znaczy, z upływem kolejnych sezonów stawać się coraz bardziej sentymentalnym durniem, który jeśli idzie o dawnych idoli, jest w stanie przejść do porządku nad listą kontuzji, podejrzeniem o poczucie nasycenia i wypalenia, nade wszystko zaś: zwyczajnym upływem czasu, z którego w przypadku Garetha Bale’a wynika jasno, że dynamiki, którą prezentował w sezonie 2012/13, kiedy nie tylko nad drużynę Tottenhamu wyrastał o dwie głowy, ale i całą Premier League o głowę przerastał, z podobną do tamtej regularnością nie będzie w stanie osiągnąć już nigdy. Kibic nie zawraca sobie głowy niewygodnymi pytaniami, choćby takimi, które nasuwała lektura niedawnego tekstu Dominika Piechoty na portalu Newonce: o tym, że radość grania wyparowała z niego już dawno i że w gruncie rzeczy cała ta piłka podczas ostatnich miesięcy w Madrycie również przestała go interesować. Kibic pamięta, jak zostawiał za sobą Maicona w meczach Tottenhamu z Interem, cóż z tego, że było to blisko dekadę temu. Obudzony w środku nocy na dźwięk nazwiska Bale wylicza bez zastanowienia: transfer świetnie wykonującego rzuty wolne nastolatka z Southamptonu, feralną serię spotkań bez wygranej z Walijczykiem w składzie, dylemat przesądnego Harry’ego Redknappa, czy w tej sytuacji nie lepiej będzie chłopaka sprzedać, w końcu zaś przełamanie, hattrick na San Siro i narodziny gwiazdy. Kibic pamięta, jak Andre Villas-Boas wymyślił biegającemu dotąd na lewej flance zawodnikowi nową pozycję na boisku, a potem pamięta te wszystkie oszałamiające rajdy i obłędne gole, w których szybkość szła w parze z siłą, a technika z brawurą. Ileż to razy w swoim ostatnim sezonie na Wyspach, gdy piłkarze i dziennikarze wybierali go piłkarzem roku, Gareth Bale sam przesądzał o losach meczu, urywając się rywalom na połowie boiska i po prostu pędząc do przodu albo znajdując sobie odrobinę miejsca przed polem karnym rywala i stamtąd uderzając nie do obrony?

Jasna sprawa: po transferze do Realu kibic stracił zainteresowanie dalszymi losami dotychczasowego ulubieńca, choć nie udało mu się przecież nie usłyszeć o akcji z finału Copa del Rey, kiedy szarżujący na bramkę Barcelony Bale wymijał Marca Bartrę dobry metr za linią boczną, albo o golu, jaki strzelił Atletico w finale Ligi Mistrzów, czy wreszcie o tym, że powtórzył ów wyczyn jeszcze raz – zdobywając dwie bramki w finale Champions League z Liverpoolem, z których jedna była w dodatku niezwykle efektowną przewrotką. Wiadomości o bardzo bliskim już przed rokiem wyjeździe do Chin kibic starał się puszczać mimo uszu: oznaczałyby przecież potwierdzenie hipotezy, że z dawnego idola ulotniły się czysto sportowe ambicje i że chce po prostu przez kolejnych kilka lat zarabiać więcej i więcej, nie troszcząc się już o wymogi rywalizacji o miejsce w składzie czołowego klubu świata oraz związaną z tym presję hiszpańskich kibiców i mediów. To przed nimi – w kółko wypominającymi mu niebywałą zaiste pensję, jaką pobierał w Realu, i formułującymi oczywiste skądinąd przekonanie, że za taką kasę powinien dawać z siebie dużo więcej – chował się przecież na podmadryckich polach golfowych.

Kibic nie wdawał się więc w szczegóły. Nie zaglądał w metrykę, nie miał poczucia, że wszystko, co najlepsze w karierze tego zawodnika, wydarzyło się już dawno temu. A może nie: może miał poczucie, że wszystko, co najlepsze, wydarzyło się dawno temu, ale wydarzyło się właśnie w jego ukochanym klubie. A potem czas się zatrzymał. Sentyment się zakonserwował. Emocja nie osłabła, została jedynie poddana hibernacji, niezbędnej tak naprawdę, by móc pogodzić się z odejściem kogoś, kogo tak się lubiło. Tak samo było przecież z Keane’em, Defoe’em, Klinsmannem czy Sheringhamem, którzy odchodzili, by po roku, półtora, trzech lub czterech wrócić jednak na stare śmieci. Że nie było już tak dobrze, jak za pierwszym razem? Że w przypadku Klinsmanna na przykład całymi tygodniami czekało się, aż w końcu coś strzeli, a prawdziwa kanonada miała miejsce dopiero w meczu z Wimbledonem, ratującym skądinąd Tottenham przed spadkiem z ligi? Jako się rzekło: kibic nie wdawał się w szczegóły, po prostu tęsknił.

Bycie kibicem to stan umysłu. Kibicowska fantazja do listy marzeń o powrotach dopisuje Lukę Modricia i Christiana Eriksena, a dawniej nie miałaby przecież nic przeciwko temu, gdyby van der Vaart, Ginola albo Berbatow także skończyli karierę na White Hart Lane. „Powiedziałeś: Pojadę do innej ziemi, nad morze inne. / Jakieś inne znajdzie się miasto, jakieś lepsze miejsce”, powtarza sobie kibic fragmenty wiersza Kawafisa, a potem z satysfakcją dodaje: „Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza. / To miasto pójdzie za tobą”, nawet jeśli oznacza to oczywiste wypaczenie sensu pesymistycznego skądinąd utworu.

Chociaż nie, nie przesadzajmy z tym Kawafisem. Kibic raczej przerabia po raz kolejny słynny w latach 80. przebój zespołu Wham!, tyle że nie śpiewa już „Wake Me Up, Before You Go-Go / Who needs Bale, when you’ve got Sissoko”, ale „Wake Me Up, Before You Go-Go / We’ve got Bale and we’ve got Sissoko”. Kibic, innymi słowy, w tej właśnie chwili jest najszczęśliwszy na świecie. Siedzi z nosem przy monitorze, patrzy na postępy, jakie na radarze lotów robi prywatny samolot, który z Madrytu kieruje się do Luton, ściąga z portali społecznościowych fotki fanów z trasy przejazdu samochodu wiozącego Bale’a do Hotspur Way, a w końcu odświeża w kółko klubową stronę, z nadzieją, że w końcu zobaczy swojego ulubieńca sfotografowanego na tle boisk ośrodka treningowego z koszulką w garści. Jutro, w którym trzeba będzie zmierzyć się z pytaniami o pozaemocjonalne sensy tego transferu, dla kibica może nigdy nie nadejść.

Szczęśliwy jest również sponsor. Ten nie pamięta oczywiście pięknych goli zdobytych przez Bale’a w meczach Tottenhamu ze Stoke, Norwich albo z West Hamem, bo przecież tak na codzień nie zajmuje się śledzeniem drużyn ze środka tabeli Premier League, ale finały Ligi Mistrzów ogląda zawsze i patrzył też na starcia Realu z Barceloną. Wie, że Bale strzelił jedną z najpiękniejszych bramek w dziejach finałów Champions League i jednego z najbardziej efektownych goli w dziejach El Clasico. Wie, że przez dobrych parę lat był najdroższym piłkarzem świata. Wie, że grał u boku Ronaldo i że zwykle od niego nie odstawał (w 251 meczach dla Realu strzelił 105 goli i miał 68 asyst). Wie, innymi słowy, że Bale to marka, w futbolowym cyrku wciąż jedna z najbardziej rozpoznawalnych. W świecie sponsora rozpoznawalność marki jest wszystkim: tu się nie pyta, czy mamy do czynienia z marką cokolwiek przyblakłą. Jest raczej tak, jak z wcześniejszym sprowadzeniem do Tottenhamu Jose Mourinho: dla sponsora, który chciałby wiązać swój wizerunek z futbolem, w przypadku północnolondyńskiego klubu na przykład przez wykupienie praw do nazwy stadionu, to gwarancja bezpiecznej stopy zwrotu; tego, że o tej drużynie będzie głośno, nawet jeśli (z perspektywy sponsora: chwilowo, zostawmy na boku kwestię, czy sponsor się nie myli) nie gra w Lidze Mistrzów. W tym sensie, czyli z marketingowo-biznesowego punktu widzenia, sprowadzenie Garetha Bale’a do Tottenhamu (podobnie jak kilka dni temu słynnej kapitanki żeńskiej reprezentacji USA Alex Morgan) jest brakującym elementem w układance.

Nie bez znaczenia oczywiście jest fakt, że prezes Levy w swoim stylu wykorzystał moment do przeprowadzenia transakcji z Realem idealny. Sytuacja Bale’a w Madrycie stała się tak napięta, że jego odejścia życzyli sobie wszyscy. Zinedine Zidane, przekonany, że wybierający golfa zamiast wypraw na mecze Walijczyk psuje morale w szatni. Prezes Florentino Perez, zmartwiony, że wypłaca astronomiczną pensję komuś, z kogo nie ma najmniejszego pożytku. Koledzy z drużyny, z którymi utrzymywał poprawne, ale raczej nie przyjacielskie relacje i z którymi nigdy nie imprezował wieczorami, wybierając wcześniejszy powrót do domu w dzielnicy La Finca i poranne odwożenie córek do pobliskiej szkoły British Council. W końcu fani Realu, zirytowani tymi wszystkimi obrazkami świetnie bawiącego się Bale’a na polu golfowym czy błaznującego na trybunach (sceny z maseczką założoną na oczy zamiast usta i nos, albo z „okularami” z rolek medycznej taśmy), kiedy jego koledzy mozolą się na boisku, albo powtarzający w kółko ów nieprawdziwy zarzut, że przez siedem lat nawet się porządnie nie nauczył hiszpańskiego, i z pewnością rozczarowani faktem, że po odejściu Ronaldo nie zdołał naturalnie wskoczyć w jego buty. Mniejsza z tym, że Bale mógł czuć się kozłem ofiarnym, na którym skupiła się krytyka, jaką w czasach słabszej formy Realu powinno się rozłożyć na wiele pięter madryckiej budowli, i że niesławny baner „Walia, golf, Madryt” miał być po prostu kumpelskim żartem, a nie faktycznym ustaleniem hierarchii wartości w życiu zawodnika. Z perspektywy prezesa Levy’ego w tym klinczu najważniejsze było to, że o ile rok temu na Bale’a stać było może jedynie nieliczących się z kasą Chińczyków, to teraz za dwanaście miesięcy jego pobytu w Londynie trzeba zapłacić marne kilkanaście milionów funtów w samej tygodniówce; lwią część pensji Bale’a wciąż będzie pokrywał Real.

Choć w układance Levy’ego najważniejsza jest oczywiście inna kwestia: być może Tottenham zdołał raz awansować do finału Ligi Mistrzów, być może przez kilka sezonów kończył rozgrywki Premier League w pierwszej czwórce, być może wdarł się do pierwszej dziesiątki najbogatszych klubów świata, ale przecież czuliśmy wszyscy, że nadal pozostaje w gronie uboższych krewnych, co to aspirują dopiero do miejsca u szczytu stołu. Że takim aspirującym był zarówno jego poprzedni trener, jak jego młodzi i głodni sukcesu (to wspomnienie również sobie zahibernowałem) podopieczni. Teraz jednak ma w końcu nadejść zasadnicza zmiana. Oto na jednym z najnowocześniejszych i najpiękniejszych stadionów świata, w drużynie prowadzonej przez trenera-celebrytę, pojawia się piłkarz-celebryta, czterokrotny triumfator Ligi Mistrzów, zawodnik o osiągnięciach, z którymi żaden inny gracz Tottenhamu równać się nie może (no, może Hugo Lloris swoim wygranym mundialem, ale w piłce klubowej Francuz nie ma do Bale’a startu), nawet jeśli poziomem sportowym wcale od niego nie odstaje, a może, strach powiedzieć: zdołał go już przewyższyć.

W ten sposób dochodzimy do wątpliwości eksperta i dylematów trenera. Statystyki z ostatnich kilku sezonów Bale’a (szczegółowo przeanalizował je Michael Cox w „The Atheltic”) pokazują w sposób nieubłagany, że najlepsze lata Walijczyk ma za sobą. Że z roku na rok notuje coraz mniej sprintów, dryblingów i goli, że coraz mniej gra i prawie wcale nie zdarzają mu się serie kilku meczów pod rząd – co nie jest tylko funkcją wypadnięcia z łask Zidane’a, ale po prostu kontuzji. W Premier League, fizycznie wymagającej wysiłku zdecydowanie większego niż La Liga, z grą o wiele bardziej kontaktową, Bale będzie narażony o wiele bardziej, a przecież trudno założyć, że po trudnościach ostatnich miesięcy – zarówno dotyczących jego sytuacji w klubie, jak związanych z pandemią – jest idealnie przygotowany do sezonu (w chwili, gdy piszę te słowa, przejście Bale’a jest zresztą wciąż niepotwierdzone, a „Marca” donosi, że Walijczyk przyjechał do Londynu z kontuzją, która wyłączy go z gry na parę tygodni). Trudno też się spodziewać, że po ogłoszeniu transferu tej rangi klub, który zaczął sezon od porażki w lidze i wymęczonej wygranej w Lidze Europy, da mu teraz kolejnych kilka tygodni na stopniowe dojście do formy. Bardziej prawdopodobny scenariusz mówi o jak najszybszym debiucie, gigantycznych – i siłą rzeczy niespełnionych – oczekiwaniach, a potem karuzeli urazów z gatunku tych, jakie uniemożliwiały mu sięgnięcie szczytów w Madrycie.

Oczywiście nie jest tak, że Gareth Bale nie pasuje do tej drużyny. Dla ustawionego na szpicy i szukającego kombinacji z wbiegającymi ze skrzydeł albo z drugiej linii zawodnikami Kane’a, wydaje się partnerem wręcz idealnym. Tylko co zrobić z najlepszym w poprzednim sezonie graczem Tottenhamu Sonem, co począć z tak lubianym przez Mourinho Lucasem Mourą, jak potraktować sprowadzonego zaledwie pół roku temu i strzelającego ważne bramki Bergwijna, albo kupionego przed rokiem i uważanego w Anglii trochę za materiał na nowego Bale’a Ryana Sessegnona? Jak poprowadzić również zarabiającego w Tottenhamie wielkie pieniądze, zdolnego niekiedy do fenomenalnej gry, ostatnio wszakże dołującego Dele Allego – jeszcze jednego młodego Anglika, chcącego przecież udowodnić światu, że nie zamierza poprzestać na wizerunku „złotego chłopca”, planującego odzyskanie miejsca w wyjściowej jedenastce nie tylko w klubie, ale i w reprezentacji? Na trzy miejsca obok Kane’a kandydatów jest aż za dużo, wszyscy chcą lub powinni grać, a przecież nie wymieniłem jeszcze – pewnie zresztą klub będzie chciał go w tej sytuacji sprzedać – najwaleczniejszego z nich wszystkich Lameli. Jose Mourinho, przypomnijmy, zawsze lubił pracę ze stosunkowo wąską kadrą.

Ileż tu znaków zapytania, dylematów, pól do potencjalnych konfliktów, które z pewnością dostarczać będą pożywki mediom, ale niekoniecznie przełożą się na lepszą grę całej drużyny? Nawet jeśli sprowadzając Bale’a Tottenham niewiele ryzykuje biznesowo, w sensie czysto sportowym zamienia prowadzenie drużyny w hazard. Zagrywki hazardowe leżą, jak wiemy aż za dobrze, w naturze Mourinho i Levy’ego i z pewnością przyniosły im niejeden sukces, ale co najmniej równie często prowadziły do klęsk, których wyliczenie zamieniłoby ten tekst w rozdział książki.

Na końcu musi więc zabrać głos kibic. W jego opowieści powrócony na ojczyzny łono Gareth Bale najpierw wraca do sił i zdrowia, a potem zrzuca z siebie madrycki ciężar i odzyskuje radość grania. Nie musi już porównywać się z Ronaldo, nie musi pozbywać się łatki najdroższego piłkarza świata, nie musi spełniać oczekiwań toksycznej publiki, dla której wszystko poniżej mistrzostwa kraju i triumfu w Lidze Mistrzów (i tak je zresztą zdobył) będzie niewybaczalną klęską. Tutaj naprawdę wystarczy, że co jakiś czas popędzi na bramkę rywala, huknie z dystansu, a potem z elfim uśmiechem pokaże serduszko do kamery. Tutaj zawsze był i będzie kochany.

PS. Tottenham bardzo, ale to bardzo potrzebował lewego obrońcy. Zostawiając emocje i marketing na boku, wypada zauważyć, że największym osiągnięciem tego dnia jest sprowadzenie Sergio Reguilona.

Wszystko albo nic? Nic

Można sprzedać swój serial do prężnie rozwijającej się platformy streamingowej, można wprowadzić swoją markę na największą w świecie platformę sprzedaży internetowej, można ściągnąć do drużyny kobiecej kapitankę reprezentacji USA i tym samym zwiększyć jeszcze rozpoznawalność klubu w świecie. Można mieć doskonałe kontrakty sponsorskie i świetną umowę z dostawcą strojów, można mieć oficjalnych partnerów od samochodów i opon, od zegarków, od usług bankowych i hotelarskich, od słodyczy, piwa i napojów energetycznych, od garniturów wreszcie. Można mieć jeden z najpiękniejszych stadionów Europy i jedno z najnowocześniejszych centrów treningowych. Można mieć w składzie kilka gwiazd, z mistrzem świata i królem strzelców mundialu na czele, można mieć trenera, którego nazwisko należało niegdyś do najgorętszych w świecie. I można przy tym wszystkim nie mieć rzeczy dla funkcjonowania drużyny piłkarskiej absolutnie podstawowych: pomysłu na grę, który nie byłby jedynie czyhaniem na okazję do kontrataku. Waleczności. Ducha. Stylu. Energii.

Tak, wiem, to zaledwie pierwszy mecz sezonu. Jeszcze się wszystko może odmienić. Jeszcze się ci piłkarze mogą wkurzyć i przestać chować jeden za drugim, co dotyczy szczególnie wybierającego zazwyczaj najbezpieczniejsze rozwiązania Winksa (Oliver Skipp, gdyby ktoś pytał, był wczoraj piłkarzem meczu w Norwich). Jeszcze Kane dostanie jakieś podanie umożliwiające mu zrobienie czegoś sensownego w polu karnym – zwłaszcza jeżeli w drugiej linii zaczną grać zawodnicy nieco bardziej kreatywni niż ci, których dziś oglądaliśmy w meczu z Evertonem, np. wciąż leczący kontuzję z końcówki poprzedniego sezonu Lo Celso albo Ndombele, po którego wejściu dzisiaj po raz pierwszy piłka ruszyła do przodu z impetem, zagrana bez dłuższego przetrzymywania przy nodze, jakby w oczekiwaniu, aż rywale zdążą się ustawić. Jeszcze w obronie zacznie grać Sanchez, o niebo szybszy od Alderweirelda, zostawianego dziś niemiłosiernie z tyłu przez Richarlisona. Jeszcze Doherty i Hojbjerg zaczną znajdować zrozumienie z kolegami, Son zacznie lepiej wybierać osobę do podania (w najlepszej dla Tottenhamu kontrze zamiast wyłożyć piłkę Kane’owi zaczekał, a potem przyglądał się, jak strzał Delego broni Pickford). Jeszcze…

Piszę, ale jakoś słabo w to wierzę. Obejrzałem mecz drużyn po przejściach, prowadzonych przez trenerów należących do najbardziej doświadczonych i utytułowanych w świecie, ale tylko jeden z nich, Carlo Ancelotti, zdawał się mieć pomysł na ten mecz. To Everton grał w tym meczu w piłkę, to Everton zdominował środek pola (na tle silnego i świetnie się ustawiającego Allana Hojbjerg wyglądał na kompletnego żółtodzioba) i potrafił dyktować tempo gry, to James Rodriguez z Evertonu nieustannie pokazywał się kolegom do podania, ścinając do środka z prawej strony, to Richarlison z Evertonu zmarnował dwie doskonałe sytuacje do strzelenia bramek. To Digne z Evertonu świetnie wykonał rzut wolny, to Calvert-Lewin z Evertonu wychodząc do jego dośrodkowania pokazał plecy Dierowi.

Tottenham? Czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, że przed żadnym występem tej drużyny nie spodziewam się wiele, na wszelki wypadek przyjmując postawę czarnowidza, by potem ewentualnie czuć się przyjemnie zaskoczony. Ale że będzie to wyglądało aż tak nędznie, przyznam, że nie myślałem. Tempo rozgrywania akcji nie tylko ze względu na świeżą jeszcze pamięć o wczorajszym thrillerze na Anfield wydawało się mocno przedsezonowe. Ich przewidywalność, nawet jeśli w pierwszej połowie Lucas próbował jeszcze szukać wolnych przestrzeni między liniami Evertonu – była gigantyczna. Pressing – chaotyczny i nieustrukturyzowany, jeżeli się w ogóle pojawiał. Zaprawdę: jedyny pomysł tej drużyny to błyskawicznie wyprowadzona kontra. Udało się raz, ale Son zamiast do Kane’a podał do Delego, już o tym wspominałem. Poza tym jeszcze Doherty raz wdarł się w pole karne Evertonu po dobrym odegraniu Kane’a. A, byłbym zapomniał: o mały włos Kane doszedłby do wrzutki Sona. Hohoho, naprawdę jak na mecz na własnym stadionie z drużyną, która rok temu skończyła sezon niżej w tabeli, jest się czym chwalić. Wygląda na to, że głaz wypadł Syzyfowi z rąk, zanim jeszcze ruszył w górę.

Pierwszy akapit tego tekstu wymierzony był w prezesa Levy’ego oczywiście. W pierwszym odcinku „All or Nothing” tłumaczył, że zatrudnia sześćset osób i że los tych sześciuset osób zależy tak naprawdę od postawy pierwszej drużyny. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że podpisując kontrakt z Jose Mourinho owszem, spełnił swoje ambicje sprzed lat (chciałbym, by kiedyś ktokolwiek popatrzył na mnie z takim podziwem, czułością i oddaniem, z jakim Levy patrzy na Mourinho w serialu Amazonu), ale o postawie pierwszej drużyny zapomniał.

PS Mauricio Pochettino jest bezrobotny. 

Syzyfowe kibicowanie

I znów jestem w tym miejscu. Mój głaz, który jeszcze chwilę temu wydawał się tak blisko szczytu, z łoskotem runął w dół, a ja zsunąłem się za nim powoli i ostrożnie, dałem odpocząć zmęczonym rękom, ba: rozejrzałem się trochę po okolicy i nawet przez jakiś czas udawało mi się nie myśleć o tym, że już za trzy tygodnie, dwa, tydzień, znów będę musiał go pchać, teraz jednak widzę, że nie ma rady: trzeba zakasać rękawy i kolejny raz ruszyć pod górę. „Syzyf musiał być kibicem piłkarskim”, myślę sobie przed rozpoczęciem kolejnego sezonu, inaczej nie dałby rady wykrzesać z siebie tyle wiary i nadziei, że coś, co tyle razy kończyło się fiaskiem, teraz się uda, zwłaszcza że dla każdego patrzącego z boku wydaje się oczywiste, iż w tym akurat podejściu będzie mu jeszcze trudniej niż w poprzednich.

Ważne zastrzeżenie: nie mówimy tu o odważnym stanięciu oko w oko z rzeczywistością. Mówimy raczej o wszystkich obronnych mechanizmach zaprzeczeń i wyparć, tłumień i projekcji, czy jakich tam jeszcze pojęć uczniowie Freuda zechcieliby użyć w opisie podobnych sytuacji. Być może dlatego najbardziej lubię ów moment przed rozpoczęciem sezonu, że osiągnięcie celu wydaje się jeszcze możliwe. Że jeszcze mogę się łudzić nadzieją na dokonanie kolejnych doskonałych transferów, które odmienią przyszarzałe nieco oblicze drużyny – wśród fantazji szczególnie oderwanych od rzeczywistości należałoby wymienić te związane z powrotem zawodników, którym kiedyś świetnie się wiodło w moim klubie i którzy mieliby teraz przeżyć w nim cudowne odrodzenie po bieżących niepowodzeniach (Bale, Eriksen; doprawdy szkoda, że van der Vaart czy Berbatow nie grają już w piłkę…). Że mogę wierzyć, że ścięgna Kane’a w sezonie 2020/21 dłużej wytrzymają obciążenia, którym są poddawane, i że zdrowie będzie dopisywać także innym zawodnikom, np. Lameli czy Dierowi. Że w drugim sezonie pokażą pełnię swoich możliwości ci, którzy w pierwszym mieli problemy z adaptacją (Ndombele), łapali stanowczo zbyt wiele kontuzji (Lo Celso) albo nie wydawali się jeszcze gotowi na udźwignięcie presji (Sessegnon). Że ustabilizuje w końcu formę Dele Alli, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy raczej odcinający kupony od fenomenalnego początku kariery (w serialu Amazonu kazanie, jakie palnął mu Mourinho, należy akurat do najlepszych fragmentów…). Że Son i Bergwijn, a jeśli zajdzie potrzeba – Moura, uzupełniać będą swoją szybkością i skutecznością ofensywny kwartet, którego faktycznie niejedna drużyna Premier League mogłaby Tottenhamowi pozazdrościć. Że zatrudniony przez klub w ubiegłym roku, od paru już lat coraz bardziej przypominający taktycznego dinozaura trener również przeżyje cudowną metamorfozę, np. pod wpływem swojego młodego asystenta Joao Sacramento, albo dzięki doświadczeniom, jakie wyniósł w starciu Ligi Mistrzów z Julianem Nagelsmannem; że porzuci nagle reaktywny futbol, zacznie odważnie myśleć o grze pressingiem i błyskawicznych przejściach z obrony do ataku – i że nie utraci przy tym owej cechującej go od zawsze żądzy wygrywania. Że defensywa wreszcie będzie szczelniejsza, zwłaszcza przy stałych fragmentach. Że sprowadzony z Southamptonu Hojbjerg okaże się liderem drugiej linii i będzie podrywał kolegów do walki o odbiór piłki. Że wraz z równie, a właściwie bardziej rutynowanymi Dohertym i Hartem, Duńczyk sprawi, że Tottenham zdoła wreszcie zerwać ze stereotypem tych miłych i fajnych chłopców, którzy wciąż są zdolni załamać się pod silniejszą presją. Że udane zakupy bezpośrednich rywali o miejsce w pierwszej czwórce – zwłaszcza Chelsea, ale też Arsenalu czy Evertonu – nie odpalą od razu. Że…

Długo jeszcze mógłbym kontynuować tę wyliczankę: w zaklinaniu rzeczywistości kibic piłkarski jest naprawdę mistrzem. Oglądając przedsezonowe sparingi będzie się zachwycał każdym udanym zagraniem sprawdzanych wówczas nastolatków, niepomny lekcji, jakie przechodzili ich poprzednicy: że taki Harry Winks nie przebił jednak sufitu swoich możliwości, a Oliver Skipp zamiast wywalczyć sobie miejsce w pierwszym składzie poszedł na wypożyczenie do niższej ligi. Będzie łowił echa trenerskich okrzyków, chyba faktycznie zachęcających drużynę do podejścia wyżej i gry pressingiem. Będzie się uczepiał pojedynczych zdań Mourinho z przedsezonowych konferencji, a choćby i z serialu „All or Nothing”, z których wynikałoby, że Tottenham nie jest jego ostatnim europejskim przystankiem przed nieuniknionym osunięciem się w lukratywną emeryturę w Chinach czy na Półwyspie Arabskim; że ambicja w Portugalczyku wciąż się jeszcze nie wypaliła. Będzie doceniał kunszt, z jakim szkoleniowiec ów odwraca narrację wokół trudności ze sprowadzeniem napastnika, który miałby być tylko zmiennikiem Harry’ego Kane’a: po pierwsze (powiedział wczoraj Mourinho), wcale nie jest powiedziane, że taki napastnik nie mógłby grać z Harrym, a po drugie, jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, czy przechodzić do Tottenhamu, to nie jest tak, że on nie chce: to JA go nie chcę.

Ale ów kibic będzie też odpychał od siebie narastającą z odcinka na odcinek filmu Amazonu natrętną myśl, że w kwestii zatrudnienia nowego szkoleniowca prezesa zawiódł jego legendarny zmysł analityczny: że kiedy Tottenham był jeszcze średnim i aspirującym klubem, a Mourinho przechodził z Porto do Chelsea albo zaczynał pracę z Interem, to dla Daniela Levy’ego wynajęcie Portugalczyka musiało być największym marzeniem i że teraz zdołał je w końcu spełnić, nie zauważając jednak, że legenda tamtej nieosiągalnej wówczas trenerskiej gwiazdy doznała potężnego uszczerbku. Z tego, jak Levy spogląda na Mourinho w serialu „All or Nothing” (np. kiedy trener opowiada prezesowi, że w trakcie pracy z Manchesterem United dostał od Aleksa Fergusona tylko jedną radę: „Kup Delego”) mógłby właściwie powstać niejeden miłosny mem, kilka razy miałem też wrażenie, że to Mourinho kończy ich rozmowy i właściwie wyprasza Levy’ego ze swojego gabinetu. Przecież jeśli już zdecydował się na zwolnienie Pochettino, prezes Tottenhamu – klubu z pierwszej dziesiątki najbogatszych, klubu, grającego na jednym z najpiękniejszych stadionów świata, klubu, który dopiero co wystąpił w finale Ligi Mistrzów – mógł śmiało myśleć o kimś, kto symbolizuje przyszłość futbolu, a nie jest tej dyscypliny upadłym aniołem. Jak bardzo trzeba oderwać się od realiów, żeby jesienią 2019 roku mówić do kamery, że José Mourinho jest jednym z dwóch najlepszych trenerów świata?

Ech, zostawmy to lepiej. Zostawmy to, bo wciąż jeszcze trwa ów najlepszy czas w kibicowskim życiorysie: czas, w którym na razie nic się nie zaczęło i o wszystkim można marzyć. Czas, w którym leżący przed nami głaz wydaje się całkiem poręczny, a góra niezbyt wysoka. W którym Lloris i Son mają w indeksie FIFA tyle samo punktów, co Aubameyang, Kane jest jeszcze oczko wyżej, i nawet Aldeweirelda, który zdaje się skazany na rolę rezerwowego, ceni się równie wysoko jak Thiago Alcantarę. W którym pamięta się, że w swoim drugim sezonie we wszystkich dotychczasowych klubach Mourinho zawsze coś wygrywał, a z reguły było to, ekhem, mistrzostwo kraju – i że nawet w tym pierwszym, bez przepracowanego z drużyną okresu przygotowawczego, po objęciu jej w głębokim kryzysie, naciułał tyle punktów, że gdyby brać pod uwagę tylko mecze, w których to on prowadził Tottenham, skończyliby rozgrywki na czwartym miejscu. W którym Lloris broni karnego Gundogana, Son przez całe boisko szarżuje na bramkę Brighton, Dele i Bergwijn prezentują do kamery swoje pokręcone cieszynki i nawet Sissoko od wielkiego dzwonu potrafi trafić w bramkę. W którym w gruncie rzeczy nie można się doczekać, żeby móc wreszcie schylić się po głaz i puścić się pędem w górę podnoszącego się powoli zbocza.

Zobaczycie: za rok, po miesiącach upokorzeń, rozczarowań i frustracji, będę pisał z równie wielkim entuzjazmem.

Special One w Tottenhamie? Był do wczoraj.

Od pewnego momentu przypominało to patrzenie na Syzyfa, próbującego wydźwignąć swój głaz pod górę, z tą różnicą, że wszyscy wiedzieliśmy, iż po tym, jak wyślizgnie mu się z rąk, nie otrzyma kolejnej szansy. Okrucieństwo futbolu polega także na tym, że kolejnej szansy trenerom nie daje, nie mówiąc już o prawie do błędu.

Kiedy był ostatni moment na powstrzymanie katastrofy? Może nie doszłoby do niej, gdyby nie VAR, unieważniający drugiego gola w meczu z Leicester po milimetrowym spalonym Sona: jeżeli w tamtym momencie sezonu Tottenham zdołałby wygrać wyjazdowe spotkanie z rywalem mierzącym tak wysoko, w głowie tego zbiorowego organizmu, jaki stanowią piłkarze i sztab szkoleniowy, może coś by się jeszcze przełamało, może zdołaliby uwierzyć, że mimo zmęczenia sobą, wypalenia wręcz, mimo perspektyw na dokończenie kariery w innych klubach, mimo pełnego niepokojów i napięć okresu przygotowawczego i mimo dojmującego poczucia, że szansę na zapisanie się w historii futbolu stracili owej nocy w Madrycie, są jednak w stanie spróbować jeszcze raz? Może dublerom udałoby się wtedy wygrać z Colchester, może z Bayernem świetne nie byłoby wówczas tylko pierwsze pół godziny (było naprawdę świetne, cholera…), może w Brighton Lloris nie wypuściłby piłki z rąk i się fatalnie nie kontuzjował, a jego koledzy z pola nie skapitulowaliby po raz kolejny?

1. Nie, w tym sezonie los Tottenhamu Pochettino był już nie do odwrócenia i o poranku po ogłoszeniu decyzji o zwolnieniu Argentyńczyka można to już napisać zupełnie spokojnie, poza emocjami związanymi z faktem, że ostatnie pięć lat należało do najlepszych w historii klubu – a już na pewno w historii klubu, która pisała się za mojego życia – i że w jej trakcie zawdzięczamy mu nie tylko niezapomniane emocje Amsterdamu, Manchesteru czy Dortmundu w poprzednim sezonie Ligi MIstrzów, ale też zwycięstwo u siebie z Realem w edycji 2017/18, albo ligowe czy pucharowe pojedynki i triumfy ze wszystkimi wielkimi Albionu, także z City Guardioli czy Liverpoolem Kloppa (padały po cztery gole dla Tottenhamu), z Chelsea (samotny rajd Sona przez całe niemal boisko, ale nade wszystko wcześniejsze noworoczne 5:3 w 2015 r.) czy z Arsenalem (gol Kane’a, zdobyty w masce w marcu 2016 r.), o pożegnaniu White Hart Lane, ostatnim sezonie bez porażki tamże i wygranej z Manchesterem United na zakończenie nie wspominając.

Tak, wszystko to wydaje się tak niedawno, że aż nie do uwierzenia. Tak niedawno Pochettino był w pierwszej trójce najlepszych trenerów FIFA. Tak niedawno wygłaszał wykład mistrzowski na konferencji w Katarze. Tak niedawno publikował „Nowy wspaniały świat” (w kwestii którego miałem zresztą swoje wątpliwości: czy zawarte tam niedyskrecje nie były jednym z pierwszych oznak naruszonej lojalności między nim a zawodnikami…). Tak niedawno składał niezliczone dowody osobistej klasy, której świadectwem są też płynące teraz zewsząd pożegnania i podziękowania tych, którzy zawdzięczali mu tak wiele – Kane’a, Allego czy Ryana Masona.

Co ważniejsze: tak niedawno jeszcze był najbardziej komplementowanym szkoleniowcem Premier League, po pierwsze za fakt, że co roku prowadzi Tottenham do Ligi Mistrzów (i osiąga w niej coraz lepsze wyniki), po drugie, że robi to w zasadzie bez wzmocnień i stawiając na tych, których ma do dyspozycji, po trzecie, że robi to w trakcie przebudowy stadionu, a po czwarte i najważniejsze: że robi to w stylu dotąd w północnym Londynie nieoglądanym. Najwspanialsze w ciągu tych lat – i nieprzypadkowo komplementowane przez ekspertów, którzy całe lata mieli z Tottenhamu malowniczą bekę, jak Gary Neville na przykład – było to, że piłkarze Pochettino byli w stanie zabiegać każdego rywala, że skakali mu do gardeł (nawet jeśli, jak podczas „bitwy na Stamford Bridge”, prowadziło to na skraj utraty kontroli), że grali intensywnym pressingiem i szybko. Słowem: że Tottenham Pochettino był więcej niż drużyną: był ucieleśnieniem filozofii gry i zarządzania klubem od szczytów po akademię. Że był świetnie zorganizowanym mechanizmem, który – gdy zsumować tamte dwa sezony, gdy bił się z Leicester i Chelsea o mistrzostwo kraju – zdobył najwięcej punktów ze wszystkich drużyn grających w angielskiej ekstraklasie. Że Alderweireld i Vertonghen stali się najlepszą parą stoperów w Premier League, a Kane – najlepszym napastnikiem, że Eriksen wyrósł na jednego z najlepszych rozgrywających Europy, że eksplodowały talenty Allego czy Sona, że debiutowali kolejni wychowankowie, że Lamela wrócił po wielomiesięcznej kontuzji, że reprezentacja Anglii pełna była produktów Pochettino itd., itp.

2. Ściąga mnie, jak widać, we wspomnienia, targa mną potrzeba powiedzenia raz jeszcze „dziękuję” – bo doprawdy jest za co dziękować i Daniel Levy wspominając w klubowym oświadczeniu w zasadzie tylko o znoszeniu trudów przebudowy kolejny raz daje świadectwo tego, że jego inteligencja emocjonalna nie może być dalsza od kibicowskiej – a ja o nieuchronności katastrofy chciałem pisać. O tym, że Pochettino w gruncie rzeczy i tak wydłużył cykl ponad te wspominane przez sir Aleksa Fergusona trzy lata. O tym, że zespół, zwłaszcza pracujący tak intensywnie (Moussa Dembele parę dni temu w wywiadzie dla „Timesa” dał znów parę przykładów tego, jak było to wyczerpujące), potrzebował stałego odświeżania – i o tym, że z przyczyn ekonomicznych było ono niemożliwe. Że ludzie tak ciężko harujący nie są w stanie robić tego w nieskończoność, że potrzebują zmiany rutyny, inspiracji, płynącej choćby z tego, że w szatni pojawiają się nowi konkurenci lub nowi liderzy. 

Tak, w jakimś sensie Pochettino zapłacił cenę własnego sukcesu – tego, że udało mu się zmienić postrzeganie prowadzonej przez siebie drużyny, a zwłaszcza jej wyniki, nie w perspektywie kilku lat, a kilkunastu miesięcy. Że po tym, co nastąpiło później, nikt już nie chciał i tak naprawdę nie mógł dać mu tego komfortu, jaki dostał, kiedy przychodził z Southamptonu: cierpliwego oczekiwania na to, że po wyczerpaniu się tamtego cyklu zacznie kolejny, nawet za cenę jednego słabszego sezonu. Że nie miał luksusu Guardioli czy Kloppa, których stać było nawet na transferowe pomyłki i ich naprawienie w kolejnym roku (patrz pod bramkarze Pepa).

3. Zapewne późną wiosną tego roku uznał, że wygra finał Ligi Mistrzów w Madrycie – i sam odejdzie z podniesionym czołem. Sugerował to parokrotnie w ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu, i pewnie należałoby to zaliczyć w poczet jego błędów, bo żałując jego odejścia, ba: płacząc po jego odejściu, nie uważam przecież, by sam się jakoś do tego odejścia nie przyczynił. To był moment, w którym zawodnicy mogli poczuć, że oparcie, jakie mają w trenerze, osłabło.

Było zresztą takich momentów więcej, choćby ten po przegranym finale, kiedy nie wrócił z zawodnikami do Londynu, tylko wsiadł w pociąg do Barcelony, gdzie na dwa tygodnie zaszył się w domu i oddawał ponurym myślom (czy kiedy witał ich ponownie w pierwszych dniach lipca był faktycznie pełen energii i entuzjazmu? jak traktować pogłoski o tym, że częściej niż dawniej oglądał treningi z okien gabinetu i na ekranie laptopa, zamiast angażować się w nie osobiście?). Albo jak po przegranej w Colchester wypsnęło mu się, że w styczniu przyjdzie czas na zrobienie porządku z tym bałaganem, wbrew podtrzymywanej przez całe lata opinii, że zimowe okienko transferowe tak naprawdę nigdy nie przynosi rozwiązania klubowych kłopotów i potrzeb. Może popełnił błąd nie próbując zatrzymać w klubie Trippiera, mimo iż poprzedni sezon Anglika naprawdę był słaby? Sprzedając, a przynajmniej nie znajdując zastępstwa dla Dembele? A może istota problemu leżała gdzie indziej: w tym, że lojalność wobec ekipy, dzięki której osiągnął tak wiele, krępowała mu ruchy? Może nie postawił od razu na początku tego sezonu na tych, którzy naprawdę chwili tu grać? Na Walkera-Petersa czy Foytha (żeby walczyć o miejsce w składzie skrócił wakacje po Copa America i odwołał miesiąc miodowy; tak, wiem, że Argentyńczyk zaraz złapał kontuzję) na prawej obronie zamiast Auriera? Może nie potrafił pożegnać się z niektórymi skuteczniej i szybciej?

No przecież nie: w tym ostatnim punkcie piłka leżała i leży po stronie klubu. Danny Rose mówił o tym wyraźnie kilka dni temu: to prezes Levy powiedział mu, że nie przedłuży z nim umowy i że może sobie szukać innej drużyny. To prezes w trakcie negocjacji transferowych zawsze żądał za wiele i był skłonny płacić za mało – co wiązało się z tym, że pożądane wzmocnienia pojawiały się zwykle na ostatnią chwilę. Zdestabilizowany skład, przebudowa rozpoczęta (Ndombele, Lo Celso, Sessegnon), ale niedokończona, zrodzone w głowach niektórych (Eriksen) poczucie, że czas na nowe wyzwania – to nie są jakieś „winy” Mauricio Pochettino, to problemy, z którymi musiał się mierzyć.

4. Nie, tak naprawdę wymagaliśmy od niego niemożliwego. Albo niemożliwego wymagał od niego prezes: naszym, kibiców, prawem było przecież śpiewanie pieśni o tym, że jest magikiem. Sam zresztą sprawił, że w to „niemożliwe” uwierzyliśmy. Może nawet sprawił też, że uwierzyli piłkarze, nie tylko w ciągu tych trzech tygodni przygotowań do finału Ligi Mistrzów, kiedy chodzili po rozżarzonych węglach, budowali wokół siebie pozytywne aury, i co tam jeszcze wymyślili motywacyjni guru, z których rad korzystał – tyle że misternie tkany plan spruł się w pierwszej minucie meczu, po ręce Sissoko. Dlaczego nie dostał czasu na utkanie kolejnego planu?

Daniel Levy, o czym pisano wiele razy, kieruje się logiką księgowego. Od lutego forma Tottenhamu w lidze jest faktycznie spadkowa. Klub z tyloma zaciągniętymi pożyczkami, szukający wciąż (niesprzedane prawa do nazwy stadionu) dodatkowych sposobów komercyjnego rozwoju, przebicia sufitu oddzielającego go nadal od największych, nie może sobie pozwolić na przedłużający się kryzys. W świecie futbolowych księgowych kryzysy rozwiązuje się tylko w jeden sposób: zwalniając trenera. W świecie futbolowych księgowych w decyzji o zatrudnieniu następnego rozstrzygają dostępność na rynku i marka, cóż z tego, że cokolwiek nieświeża (sięgając po innowacyjnego, progresywnego Pochettino Levy nie miał wiele do stracenia, dziś – dzięki Pochettino właśnie – wydaje mu się, że może wiele stracić).

5. Z pewnością krzywdzę Daniela Levy’ego określając go mianem „księgowego” – nie tylko dlatego, że znam księgowe i księgowych, których szerokości horyzontów nie sposób podważyć. Przez wiele lat prezes działał w najlepszym interesie klubu, znosząc w milczeniu niewybredne uwagi kibiców. Rzec można: trenerzy i piłkarze przychodzą i odchodzą, a stadion i ośrodek treningowy przezeń wybudowane zostaną na długie dziesięciolecia. Tylko że lista jego pomyłek w doborze personelu trenerskiego jest wyjątkowo długa, a nazwiska Jacquesa Santiniego czy George’a Grahama zajmują na niej poczesne miejsce. On mógł się mylić tyle razy, narażając klub na tyle kosztów (odszkodowanie wypłacone Pochettino też przekroczy 10 milionów funtów) – dlaczego odmówił tego prawa trenerowi, któremu zawdzięcza tak wiele?

Nie, nie „księgowy”. Lepiej powiedzieć „makler”. Instynkt spekulacyjny prezesa dawał o sobie znać wiele razy, nie tylko w ostatnich godzinach okienek transferowych, kiedy czasem udawało się ściągnąć gwiazdę za relatywnie niewielkie pieniądze (van der Vaart), a częściej na sfinalizowanie niezbędnie potrzebnego wzmocnienia (Moutinho) brakowało minut. Daje o sobie znać i teraz. Zatrudniony przezeń następca Pochettino wciąż cieszy się w świecie marką jednego z największych. Z pewnością na ławce Tottenhamu nie zasiadał jeszcze wielokrotny zwycięzca Ligi Mistrzów, wielokrotny mistrz i zdobywca pucharów w czołowych ligach świata, postać, którą kojarzą nawet osoby nieinteresujące się na codzień futbolem. Istota tej spekulacji nie polega pewnie nawet na krótkotrwałej poprawie wyników – choćby za cenę stylu – ale na wizerunkowym awansie Tottenhamu do grona klubów, których stać na zatrudnienie trenerskiej supergwiazdy. Mniejsza z tym, że przyblakłej.

6. Harry Redknapp nie był nigdy symbolem trenerskiej nowoczesności, a przecież to za jego czasów Tottenham zagrał po raz pierwszy w Lidze Mistrzów. Zwolnienia Martina Jola do dziś nie odżałowałem, a przecież to jego następca Juande Ramos zdobył z Tottenhamem ostatnie klubowe trofeum, ekhem, Puchar Ligi. Może więc spekulacja prezesa Levy’ego, na krótką metę przynajmniej, i tym razem przyniesie wzrost klubowych akcji?

Mimo wszystko ośmielam się wątpić. Ten, którego imienia nie mam dziś ochoty wymówić, Lord Voldemort współczesnej piłki, nie tylko odpowiada za większość najpaskudniejszych awantur, jakie pamiętamy z ostatnich dwudziestu lat – od ataku na sędziego Friska i palca w oku Tito Vilanovy po kaskady słów paranoicznych, manipulanckich i zwyczajnie złych pod adresem sędziów, trenerów rywali i piłkarzy innych drużyn. Pragmatyczny do bólu futbol, jaki prezentowały zwykle jego zespoły, wydaje się na antypodach tradycji Tottenhamu: technicznej, ofensywnej, odważnej i radosnej, takiej spod znaku Ardilesa i Hoddle’a, Ginoli i Bale’a, Klinsmanna i Berbatowa. Co ważniejsze jednak: jego ostatnie doświadczenia z Premier League pokazały, że w kwestiach taktycznych stał się mamutem, któremu na wielką odległość odjechali nie tylko Guardiola czy Klopp, ale także dziesiątki już rozsianych po Europie trenerów młodszego pokolenia, a których symbolem mogłoby być nazwisko Nagelsmanna.

Owszem, chętnie bym znowu podyskutował o tym, co dla kibica ważniejsze: futebol d’arte czy futebol de resultados, i ilu z nas pogodziłoby się z tym, że ich drużyna wcale nie gra pięknie, byle wygrywała. Owszem, chętnie przyznałbym się do tego, że także w piłce nożnej zawsze wolałem idealistów od pragmatyków. Problem w tym, że mam dojmujące poczucie, że Special One pracował w Tottenhamie do wczoraj. Że porzuciliśmy idealizm, wygrywania i tak nie będzie, a zostanie spalona ziemia.

More to follow.

Nowy wspaniały świat i stara bieda

1. Bohater o tysiącu twarzy

W świecie idealnym albo raczej: w krainie dziwów i marzeń każdego szanującego się kibica, na scenę wychodzi teraz prezes Tottenhamu Daniel Levy. „Mauricio cieszy się moim pełnym poparciem” – oświadcza. „W ciągu ostatnich lat osiągnął z tym klubem więcej niż mogłem się spodziewać i więcej niż się umówiliśmy. Pracując ze skromnym, jeśli porównać z naszymi największymi rywalami, budżetem, zmagając się z wieloma przeciwnościami, z których konieczność wielomiesięcznej gry na wynajętym obiekcie podczas przebudowy stadionu należała niewątpliwie do największych, czterokrotnie awansował do Ligi Mistrzów i doprowadził Tottenham do finału tych rozgrywek, co w historii naszego klubu nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Odnosząc te sukcesy, nie tylko zarobił dla Tottenhamu mnóstwo pieniędzy: może jeszcze ważniejsze jest to, że odmienił jego wizerunek, co zresztą w konsekwencji pozwoliło tych pieniędzy zarobić jeszcze więcej. Zawdzięczamy mu tak wiele, że nie zamierzamy opuścić go w pierwszej tak naprawdę poważnej chwili kryzysu. Ma wolną rękę w dokonywaniu daleko idących zmian w składzie. Ma także moje zapewnienie o wsparciu podczas zimowego okienka transferowego. Skoro w drużynie są zawodnicy, którzy przestali chcieć z nim pracować, czują się zmęczeni lub wypaleni, albo zwyczajnie szukają dla siebie nowych wyzwań – żadnego nie będziemy na siłę zatrzymywać. Żaden nie jest ważniejszy niż klub”.

Napisałem „świat idealny”, ale chyba powinienem napisać „Nowy wspaniały świat”, przywołując nie tyle tytuł klasycznej antyutopii Aldousa Huxleya, co świetnej książki Guillema Balague’a, opisującej najlepsze chwile Mauricio Pochettino w Tottenhamie, a ukazującej się po polsku, jak na ironio, w czasie chwil najgorszych. Książkę tę, jak może zdążyliście się już zorientować, rozpoczyna zdanie z Tołstoja, że cała literatura sprowadza się do dwóch opowieści: albo jakiś człowiek wyrusza w podróż, albo w jakimś miejscu pojawia się ktoś obcy. Balague pisze, że obecność jego bohatera w londyńskim klubie łączy w sobie te dwa wątki – i ma oczywiście rację. Problem w tym, że wydarzenia minionego tygodnia układają się w zgodzie z logiką, w której z podróży nie ma już powrotu albo obcy, zamiast zostać uznany za swojego, zostaje w końcu odrzucony.

Owszem, kusi mnie wizja nowego wspaniałego świata. Kusi mnie także zobaczenie w Pochettino jeszcze jednego z mitycznych herosów, których wędrówki sprowadził do wspólnego mianownika Joseph Campbell w „Bohaterze o tysiącu twarzy”. Chciałbym napisać, że to, co się dzieje dziś w trenowanym przezeń klubie, sprowadza się w gruncie rzeczy do jednej z prób, której musiał podlegać każdy z Campbellowskich herosów. Jeśli sprosta wyzwaniom, czeka go wielka nagroda. Kiedy zaczynam o tym myśleć, analogie sypią się jak z rękawa, ale czuję, że powinienem postawić tu kropkę. 

2. Cienie, zjawy, upiory

Świat współczesnego futbolu jest przecież raczej rodem z Huxleya niż Balague’a – i jest światem raczej superksięgowych niż superbohaterów. A Daniel Levy ma zbyt wiele do stracenia, by pozwolić zatrudnionemu przez siebie trenerowi do końca przejść jego ścieżkę przeznaczenia. Oczywiście: bierze pod uwagę odszkodowanie, jakie musi wypłacić za rozwiązanie wieloletniego kontraktu Argentyńczyka i jego sztabu, oczywiście: zdaje sobie sprawę, że nowy szkoleniowiec również będzie się domagał budżetu transferowego, z drugiej strony jednak sezon jest na tak wczesnym etapie, że szybkie działanie prezesa może dać nadzieję zarówno na powrót do walki o wyjście z grupy Ligi Mistrzów, jak o pierwszą czwórkę Premier League, ergo: występy w tejże w przyszłym sezonie.

Zresztą: jaka jest alternatywa? Dalsze tygodnie męczarni psychicznych trenera i piłkarzy, a potem styczniowa próba czyszczenia szatni? Gołym okiem widać, jakie się z tym wiąże ryzyko: ci, którzy mają do końca kontraktu niecały rok, mogą przecież chcieć doczekać do maja i odejść za zasadzie wolnego transferu, zapewniając sobie w nowych klubach dużo lepsze umowy. Odsunięcie od składu zawodników, którzy grali dla tego klubu od lat, przez cały czas zostawiając na boisku wszystko, co najlepsze; zawodników, którzy przecież nie stracili z tygodnia na tydzień nieprzeciętnych umiejętności i statusu pozwalającego im wywierać gigantyczny wpływ na resztę grupy? To nie jest kwestia jednego Adebayora, którego przed laty Pochettino mógł się pozbyć lekką ręką. Tu chodzi na przykład o Christiana Eriksena, który choć wciąż biega najwięcej, jest dziś cieniem zawodnika wykręcającego rekordy asyst w Premier League i nawet z rzutu wolnego nie potrafi już zaskoczyć żadnego z jej bramkarzy. Albo o jeszcze tak niedawno najlepszą parę stoperów w tej lidze, Jana Vertonghena i Toby’ego Alderweirelda, którzy nie potrafili zablokować drogi do bramki nawet dziewiętnastoletniemu żółtodziobowi z Brighton. Albo o zawsze niełatwego we współżyciu i od lat mówiącego wprost o marzeniach powrotu na północ Anglii Danny’ego Rose’a. Albo o kapitana drużyny i jednego z najlepszych ponoć bramkarzy świata Hugo Llorisa, który w ciągu ostatnich dni popełnia kolejny już straszliwy błąd – a jego bolesna kontuzja także prosi się, by interpretować ją w kategoriach szerszych niż nieszczęśliwy upadek; człowiekowi pozbawionemu pewności siebie podobne upadki zdarzają się, niestety, częściej niż komuś tkwiącemu w dobrostanie.

Żeby Llorisa i obrońców usprawiedliwić: nie tylko w meczu z Brighton – kiedy Lamela raczej markował krycie niż naprawdę próbował przeszkodzić w dośrodkowaniu, które zaskoczyło Francuza – widać było, że napastnicy i pomocnicy nie wspierają ich tak skutecznie, jak przed laty. Ze wszystkich zatrważających statystyk – niewygranych meczów na wyjazdach, porażek w 2019 r. itd. – najbardziej przejmuje ta dotycząca odpuszczenia gry pressingiem. Zespół niegdyś niepozwalający przeciwnikom nabrać swobodnego oddechu, kasujący ich akcje w ciągu pierwszych trzech sekund po stracie piłki, w dodatku często jeszcze na ich połowie, sam stał się przedmiotem podobnych zabiegów. Może najbardziej przykre z perspektywy fana Tottenhamu jest właśnie to: patrzy na grę Brighton, Leicester, Olympiakosu, i ma poczucie, że doszło do niespodziewanej zamiany koszulek. Że to rywale grają tak, jak niegdyś grali ludzie Pochettino. Że z drużyny, która była dla nas powodem do chluby właśnie ze względu na zerwanie ze stereotypem miłych frajerów, których da się ograć bez wielkiego wysiłku („Lads, it’s Tottenham”) na boisku zostały cienie i zjawy, by nie rzec: upiory.

3. Fatum i fatalna cisza

W historiach mitycznych herosów istotną rolę odgrywa również fatum. Rzec by można: Mauricio Pochettino także wszystko to przewidział. Od miesięcy mówił o konieczności rozpoczęcia nowego rozdziału. Zapowiadał „bolesną przebudowę”. Wyjeżdżając na tournee do Azji zostawił w Londynie Rose’a, Auriera, Wanyamę, którzy mieli szukać sobie nowych klubów. Niemal wszystkie konferencje prasowe przed rozpoczęciem sezonu i w trakcie domykania okienka transferowego podszyte były jego frustracją: mówił, że powinno mu się zmienić tytuł z menedżera na trenera, bo nie wie, jaka jest sytuacja kontraktowo-zakupowa, mówił, że ma najbardziej zdestabilizowany skład w ciągu tego pięciolecia, mówił, że musi nadrabiać stracony czas.

Owszem: po sprowadzeniu Ndombele, Lo Celso i Sessegnona, wielu z nas miało nadzieję, że nowi piłkarze dadzą pożądany efekt odświeżenia – tyle że ten pierwszy uczy się wciąż tempa gry w Premier League, a dwaj ostatni są kontuzjowani i minie jeszcze parę tygodni, w których skazani będziemy na oglądanie zamiast nich wciąż tych samych cieni i zjaw, by nie rzec: upiorów. Eriksen, Lloris, Vertonghen, Kane, Lamela, Dier, Davies (wszyscy wyszli w pierwszym składzie z Brighton), a także Rose – to piłkarze, których oglądaliśmy w Tottenhamie już przed pięcioma laty. Wtedy byli młodzi, głodni sukcesu, zdolni do wymaganej zawsze przez Pochettino harówki. Czy można im się dziwić, jeśli po tylu latach słuchania wciąż tych samych sztuczek motywacyjnych (nawet jeśli zalicza się do nich chodzenie po rozżarzonych węglach czy przykładanie sobie indiańskich strzał do gardeł) i wytrzymywania tych samych morderczych treningów, czują się wypaleni albo zwyczajnie mają poczucie, że dalej niż finał Ligi Mistrzów w Madrycie już nie zajdą? Jak widać to nie takie proste: dać pełne wsparcie trenerowi i skreślić piłkarzy. Zdanie „Żaden nie jest ważniejszy niż klub” można przecież zastosować także do szkoleniowca.

W Tottenhamie Pochettino nigdy nie było gwiazd, a o sile drużyny stanowiło to, że stanowiła jeden zbiorowy organizm, obejmujący zarówno piłkarzy, jak sztab szkoleniowy. „Piłka nożna to gra zespołowa i jeśli zacznie się obracać wokół indywidualności, jeśli zespół przestanie być jednością i w jego poczynania wkrada się chaos, spadkowicz z ligi może wbić ci pięć goli” – komentował w „Nowym wspaniałym świecie” feralną porażkę z Newcastle na zakończenie sezonu 2015/16. Otóż od miesięcy mamy w tym organizmie nie tylko problem indywidualności otwarcie mówiących o tym, że nadszedł czas na nowe wyzwania. Mamy też problem szkoleniowca, który przez wiele tygodni wysyłał podwójne sygnały na temat swojej przyszłości i którego dotychczasowe metody motywowania tej grupy zawodników chyba się wyczerpały. To też było dojmujące podczas oglądania meczu z Brighton: oni nie działali jako grupa, każdy próbował sam (albo, co gorsza, próbował pozbyć się odpowiedzialności), a kiedy już próbował, wypracowane automatyzmy zawodziły – przecież i Son, i Kane mieli naprawdę dobre okazje do strzelenia bramek. Obecni na miejscu dziennikarze „The Athletic” cytowali później morderczą obserwację zawodników gospodarzy, których zdziwiła nie tylko łatwość, z jaką byli w stanie zabiegać piłkarzy Tottenhamu, ale i panująca między londyńczykami cisza: to, że żaden na kolegów nie pokrzykiwał, nie próbował poderwać do walki, zmobilizować.

4. Pieśni wędrowców

Jako kibic, cały jestem w krainie dziwów i marzeń. Po klęsce z Brighton, tak samo jak po klęsce z Bayernem, wyobrażam sobie Mauricio Pochettino siadającego w szatni między piłkarzami i umiejącego zaszczepić w nich wiarę, że są jeszcze w stanie stoczyć swoją ostatnią walkę. Jako dziennikarz nie mogę jednak w tym miejscu pozostać. Źle znoszę histerię mediów społecznościowych, linczujących drużynę i domagających się głowy trenera po jednym kiepskim tygodniu – ale z drugiej strony widzę, że kryzys Tottenhamu trwa dłużej niż tydzień i głębsze ma przyczyny. Zdaję sobie sprawę, że statystyki podawane przez autorów „Piłkonomii”, Simona Kupera i Stefana Szymańskiego, kwestionują wiarygodność tezy, iż zmiana szkoleniowca przynosi trwałą poprawę wyników – ale z drugiej strony wydaje mi się, że taniej i łatwiej pożegnać się z jednym szkoleniowcem niż wyrzucić połowę składu. Godzę się więc z tym, że Mauricio Pochettino nie przejdzie swojej próby, a przynajmniej nie w tym klubie, i że zamiast „nowego wspaniałego świata” przyjdzie na Tottenham stara bieda.

Wiem: naprawdę było blisko. Przyznaję: ze wszystkich pięknych wspomnień, jakie zebrałem w ciągu ponad trzydziestu lat kibicowania tej drużynie, niemal wszystkie wiążą się z obecnością na ławce trenerskiej zdradzającego niejakie skłonności do tycia Argentyńczyka o włoskim nazwisku. Na samym końcu tego przydługiego wywodu dochodzę jednak do prostej w gruncie rzeczy konkluzji: w krainie dziwów i marzeń każdego szanującego się kibica to on sam jest klubem i to on jeden odbędzie swoją wędrówkę do końca, niezależnie od tego, jak okropnie dziś grają i jak okropnie będą grać jutro jego piłkarze i nawet jeśli pojutrze ich trenerem miałby zostać, zachowajcie nas bogowie, Jose Mourinho.

PS. A książkę Balague’a naprawdę powinniście przeczytać i w związku z tym mam dla Was konkurs. Pięcioro erudytek lub erudytów może otrzymać od wydawnictwa SQN egzemplarze „Nowego wspaniałego świata” – warunkiem jest odpowiedź na pytanie, kto z klasyków literatury podróżniczej napisał nieodległy wbrew pozorom od dzisiejszego wpisu akapit: „Historia Buenos Aires zapisana jest w książce telefonicznej tego miasta. Pompey Romanov, Emilio Rommel, Crespina D.Z. de Rose, Ladislao Radziwiłł oraz Elizabeta Marta Callman de Rotschild – te pięć wybranych na chybił trafił nazwisk spod litery R opowiada o wygnaniu, rozczarowaniu i strachu za koronkowymi firankami”. Odpowiedzi zbieram do końca przerwy na kadrę pod adresem mailowym futboljestokrutny@gmail.com.

Pochettino w Tottenhamie

Obiektywizmu się nie spodziewajcie. Pisałem w lipcu 2012 roku, kiedy w Tottenhamie pojawił się Andre Villas-Boas, że natychmiast po nominacji nowego trenera robię się jednooki; że wyszukuję i zauważam jedynie argumenty na potwierdzenie tezy, iż tym razem na pewno się uda, a „ukochana ma drużyna grać będzie piłkę ofensywną, ale nowoczesną; szybką, ale poukładaną taktycznie, zaś jej menedżer nie będzie się kompromitował nadmiernym gadulstwem”. Ci, którzy mówili, że historia piłki nożnej toczy się w cyklach, nie mieli z pewnością na myśli, że Tim Sherwood okaże się aż takim Redknappem, a spodziewania związane z przyjściem Mauricio Pochettino będą aż tak podobne do tych, z którymi przyjmowaliśmy Villas-Boasa…

Dlaczego np. miałoby mi przeszkadzać, że nowy trener Tottenhamu wciąż mówi do dziennikarzy za pośrednictwem tłumacza? Po pierwsze, nieważne jak – grunt, że dogaduje się z piłkarzami, po drugie tak zwani dobrze poinformowani mówią, że z angielskim radzi już sobie całkiem nieźle, a w sierpniu pewnie całkiem się przełamie (był to ponoć jeden z warunków zatrudnienia); sami widzicie, jak wygląda teraz praca mojego mózgu. W ciągu trzynastu lat prezesury Daniela Levy’ego, Mauricio Pochettino będzie dziesiątym trenerem w tym klubie: George’a Grahama, odziedziczonego po czasach rządów Alana Sugara, Levy najpierw zastąpił Glennem Hoddlem, później był David Pleat (wygryzł Hoddle’a po wojnie o dostęp do ucha prezesa), kuriozalny Santini, pochopnie zwolniony Jol, Ramos, którego farsową końcówkę opisywałem już jako bloger, Redknapp, Villas-Boas i Sherwood… Naprawdę w szukaniu dobrych stron każdego kolejnego szkoleniowca zdołałem się wyćwiczyć.

To zresztą ważny punkt przy analizie sytuacji w Tottenhamie: Daniel Levy przestał być nietykalny. Dotąd szanowany za świetną rękę do interesów – zdolność uzyskiwania za swoich piłkarzy najwyższych cen (nawet teraz hiszpańskie i angielskie media sprzeczają się o wysokość kwot, które Real będzie musiał przelać na konto Tottenhamu w związku z faktem, że Modrić i Bale zostali zwycięzcami Ligi Mistrzów), wybudowanie arcynowoczesnego ośrodka treningowego czy rozpoczęcie prac nad rozbudową stadionu – za ostatnie decyzje o zmianach szkoleniowców znalazł się w ogniu krytyki. Harry Redknapp zawsze miał silny kontyngent fanów w mediach, co do Villas-Boasa nie ja jeden uważałem, że po tak ogromnych zmianach kadrowych należało mu się więcej czasu, a Tim Sherwood, mimo niewyparzonej gęby, miał najlepsze wyniki z nich wszystkich. Do prezesa dotarła zresztą chyba część krytyk, bo po ogłoszeniu decyzji o zatrudnieniu Pochettino, wbrew swoim zwyczajom, rozmawiał z dziennikarzami. Szyderstw i niewiary, powiązanych z podpisaniem przez Argentyńczyka imponująco długiego, pięcioletniego kontraktu, całkowicie to nie powstrzymało, ale z pewnością nieco stępiło ich ostrze.

Zostawmy jednak prezesa, przynajmniej do czasu, gdy Mauricio Pochettino również zacznie mu przeszkadzać. Dlaczego zaklinanie rzeczywistości w tym przypadku idzie mi łatwiej niż zazwyczaj?

Ano dlatego, że zdołałem się przez te półtora roku Argentyńczykowi uważnie przyjrzeć. Nie żeby zawsze osiągał rewelacyjne wyniki (z takim Tottenhamem np. przegrywał trzykrotnie), nie żeby prowadził kiedykolwiek drużyny o podobnym budżecie i podobnych aspiracjach, ale jednak jego pobyt w Premier League trzeba ocenić jednoznacznie pozytywnie. Southampton nie dość, że utrzymał się w lidze w jego pierwszym sezonie, to w drugim zajął nieoczekiwanie wysokie, ósme miejsce w tabeli. Do zespołu przebili się fantastycznie uzdolnieni młodzieńcy, wychowani w klubowej akademii – coś, czego na nowym miejscu pracy również się oczekuje (co zresztą ciekawe: ogłaszając zatrudnienie Pochettino i wyliczając jego zalety, Tottenham niektóre młode gwiazdy Southamptonu wymienił z nazwiska, co zabrzmiało trochę, jak próba ściągnięcia na White Hart Lane także ich). Wielu piłkarzy z St. Mary’s zaczęło grać lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Southampton miał swój styl, grał ofensywną piłkę – słowem grał tak, jak oczekuje się od Tottenhamu.

Prawdziwe ekscytacje zaczynają się dopiero w tym punkcie. Bo przecież tym, co odróżniało Pochettino od innych kandydatów, jest przywiązanie do intensywnego pressingu, rozpoczynanego już na połowie rywala, i gry wysoką linią obrony. Nie są to rzeczy na White Hart Lane nieznane, próbował je wdrożyć Villas-Boas – oby tym razem udawało się odzyskiwać piłkę szybciej, a następnie szybciej ją rozgrywać. Tym, co jednak różniło Tottenham w ostatnich miesiącach pracy AVB z Southamptonem Pochettino, było tempo i kreatywność, z jakimi piłkarze wymieniali podania (w przypadku „Świętych” – o wiele częściej prostopadłych) oraz płynność, z jaką zmieniali pozycje. Przyznawałem się niedawno do swoich fascynacji Marcelo Bielsą – mieć bielsistę w roli trenera jest w tym sensie czymś na kształt spełnionych snów; z pewnością w najbliższych miesiącach niejeden raz przywołam też cytat z Pepa Guardioli, który w czasach, gdy Pochettino prowadził Espanyol, powiedział, że identyfikuje się ze stylem gry tej drużyny.

Jest nadzieja, że Pochettino uratuje londyńską karierę najdroższych piłkarzy w historii Tottenhamu: swojego rodaka Erika Lameli i znanego mu z hiszpańskich boisk Roberto Soldado. Jest marzenie, że nakłoni Adama Lallanę, aby odrzucił zaloty Liverpoolu i również przeprowadził się na White Hart Lane, zwłaszcza że Lallana wielokrotnie wypowiadał się o swoim szefie z Southamptonu z najwyższym uznaniem. Jest niemal pewne, że zagoni nowych podopiecznych do ciężkiej pracy – tak, żeby po rozpoczęciu sezonu mieli siłę biegać dwa razy więcej niż rywale. Jeszcze w czasach hiszpańskich czytywałem o nim, że jest mocną osobowością, liderem, że ma charyzmę, a szatnia dałaby się za niego pokroić. Oby.

Redknapp, wyznanie wiary

Wariant pierwszy tej historii: prezes Levy (albo jego mocodawca, miliarder Joe Lewis) zrobił „Abramowicza”. Nic nowego w sumie, pamiętamy, jak w 2007 r. wyrzucał z pracy Martina Jola i zastępował go Juande Ramosem. Był przekonany, że Holender, który dwukrotnie doprowadził drużynę do piątego miejsca w lidze, niczego więcej jej już nie da, i postanowił pójść na skróty: sięgnąć po trenerską gwiazdę z międzynarodowym dorobkiem. Skończyło się, jak się skończyło: pod Ramosem zespół wygrał wprawdzie Puchar Ligi, ale następnie omal nie spadł z ekstraklasy. Uratował go dopiero Harry Redknapp, przyjmujący ofertę pracy w momencie, kiedy klub po ośmiu spotkaniach miał dwa punkty w tabeli.

W tym wariancie mamy więc do czynienia z prezesem (lub właścicielem), który po pierwszych sukcesach stracił kontakt z rzeczywistością: zaznał smaku gry w Lidze Mistrzów i głęboko przeżył – w sensie ludzkim, sportowym i, by tak rzec, księgowym – fakt, że nie drużyna wróciła do niej po tym sezonie, mimo iż parę miesięcy temu wydawało się, że może się bić nawet o mistrzostwo kraju. Owszem: to cholerny pech, iście w stylu Tottenhamu, wywalczyć czwarte miejsce i nie grać w Lidze Mistrzów, ale przecież do trzeciego zabrakło punktu… Gdyby nie wpadka z Norwich u siebie, gdyby nie przegrana z QPR na wyjeździe, gdyby nie roztrwonione prowadzenie z Arsenalem, gdyby nie fatalne ostatnie sekundy wspaniałego meczu na Etihad, ale przede wszystkim: gdyby nie wyniszczające miesiące spekulacji na temat pracy Redknappa z reprezentacją Anglii… Przecież inne drużyny przeżywały w tym czasie straszliwe zapaści, przecież Tottenham miał w składzie Adebayora, van der Vaarta, Modricia, Bale’a, Parkera, Walkera, Lennona (no, tego ostatniego jednak nie; ja tak naprawdę z kontuzjami prawoskrzydłowego wiążę część kłopotów na tegorocznym przednówku), przecież – rekonstruuję rozumowanie prezesa (właściciela) – bardziej nowoczesny szkoleniowiec wycisnąłby z tych gwiazd europejskiej piłki dużo więcej, a kolejna okazja długo się nie powtórzy. „Harry to mamut”, myśli nowoczesny prezes (właściciel). Nie pasuje do wizerunku klubu. Ośmiesza go wygadując w mediach, co mu ślina na język przyniesie. Taktycznie nie jest na bieżąco. O transferach myśli chaotycznie (czy walcząc o Ligę Mistrzów, w tym i w poprzednim sezonie, nie należało lepiej inwestować w zimowym okienku?). Sami zresztą widzicie, jak się z nas śmieją. Ma umowę jeszcze na rok, ok: przedłużmy ją o kolejne 12 miesięcy, ale nie wiążmy sobie rąk. Lojalność? A on był lojalny, kiedy nie dawał się zakneblować, sugerując, że marzy o innej robocie? Co, nie chce na rok, żąda trzyletniego kontraktu? A to trudno, nie ma ludzi niezastąpionych. Dawajcie mi zaraz telefon do Moyesa, albo (to będzie nawet niezłe…) do Fabio Capello.

Wariant drugi zaczął się już rozwijać w poprzednich zdaniach: Daniel Levy wie, co robi. Owszem, nie jest wobec Redknappa lojalny, ale w końcu dlaczego miałby być? Płacił mu dobrze, dał solidną odprawę… To tak jak z Pepe Reiną, który wypchnął z bramki Jerzego Dudka: bohatera ze Stambułu, człowieka kochanego przez fanów Liverpoolu, ale przecież mającego na koncie także spektakularne błędy. Damy mu fotkę w klubowej galerii sław, miejsce w loży i do widzenia. Business as usual, mamy na ten business lepszy pomysł, zobaczycie, jaki dobry. Zawsze tak jest, a Mike Ashley jest tego najlepszym przykładem: wyrzucił robiącego świetną robotę Chrisa Hughtona, ale czy dzisiaj ktoś ma do niego o to pretensje, skoro następca Irlandczyka, Alan Pardew, zrobił z Newcastle jedną z najlepszych drużyn Premier League?

Nie mam wątpliwości, że za rządów Daniela Levy’ego los klubu radykalnie się poprawił: z ligowego średniaka Tottenham znów stał się drużyną ze ścisłej czołówki. Grał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, na stałe wrócił do Pucharu UEFA/Europa League. Dwa razy w ciągu trzech lat był na czwartym miejscu, raz na piątym, wcześniej – pod Jolem – również były dwa piąte miejsca; wszystko to mimo relatywnie skąpego budżetu płacowego. Jeśli spojrzeć na średnie zarobki w Premier League, Tottenham jest na ósmym miejscu, a kończy sezon na czwartym. To jeden z przykładów dobrego zarządzania, inny to np. wizjonerska polityka sponsoringowa (rozdzielenie kontraktów z firmami reklamującymi się na koszulkach na ligowe i pucharowe). Klub wybudował jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków treningowych i szykuje się do rozbudowy stadionu. Drugi rok z rzędu uczestniczy w rozgrywkach NextGen Series, zwanej młodzieżową Ligą Mistrzów. Ma szereg drużyn partnerskich w świecie, czego efektem jest m.in. sprowadzenie z Brazylii najpierw Sandro, a potem kapitana brazylijskiej młodzieżówki Uviniego. To przecież wszystko zasługa nowoczesnego prezesa: nauczył się (także na błędach – zwłaszcza błędach z menadżerami…), jak prowadzić klub.

Ale nie mam też wątpliwości (nie miałem ich również przed miesiącem, niezależnie od tego, czy spodziewałem się odejścia Harry’ego Redknappa, czy nie), że najbliższy rok będzie zdecydowanie gorszy od poprzednich. Rywale już się wzmocnili albo zaraz się wzmocnią. Odejdzie Modrić, bo bez pieniędzy z Ligi Mistrzów nie uda się płacić mu takiej pensji, której jest wart. Mniej oczywista jest sprawa z Bale’m czy z van der Vaartem oraz z wypożyczonym tylko Adebayorem, ale pisząc o Redknappie także to trzeba brać pod uwagę: piłkarze (przynajmniej ci grający, świadczący o obliczu Tottenhamu…) go uwielbiali. W tym sensie Harry jest, jak zwykle, szczęściarzem: odchodzi u szczytu możliwości tej drużyny, a bóle „sezonu przejściowego” pójdą na konto kogoś innego.

Nieoczywiste to wszystko, prawda? Pytanie więc, jak skończyć? Może zestawieniem cytatów, z marca i z czerwca? W marcu, usprawiedliwiając swoje spodziewane odejście do pracy z reprezentacją, mówił, że zawodników nie obchodzi, kto będzie menedżerem w przyszłym roku: przychodzą na trening, wychodzą, żyją swoim życiem, „umarł król, niech żyje król”. W czerwcu, zabiegając o nowy kontrakt, przestrzegał przed destrukcyjnym wpływem na piłkarzy faktu, że menedżer ma tylko rok do końca umowy. Cały Redknapp, w gruncie rzeczy szantażujący prezesa w przerwie transmitowanego przez BBC meczu mistrzostw Europy, w rozmowie z samym Garym Linekerem. Chłopek roztropek, kombinator, brat-łata dla stojących za nim murem dziennikarzy. Trudno się dziwić, że po czymś takim wyleciał.

Ale może trzeba skończyć ciągiem wspomnień, które jeszcze bardziej komplikują ten obraz? Niezapomnianymi wieczorami w Lidze Mistrzów, zwycięstwami z Interem i Milanem, hat-trickiem Bale’a na San Siro? Triumfem nad Arsenalem na Emirates? Zwycięstwami nad innymi odwiecznymi rywalami? A może pamiętnym 9:1 z Wigan, którego menedżer, Roberto Martinez, ponoć również jest brany pod uwagę jako następca Redknappa? Najpiękniejszym futbolem w Premier League, jak powtarzali wszyscy eksperci zaledwie parę miesięcy temu? Czy to przypadek, że jego nazwisko wymieniano nie tylko w kontekście pracy z reprezentacją Anglii, ale również z Chelsea?

Rozumiem logikę biznesowego spojrzenia na klub, pamiętam mecze, w których diabli mnie brali, kiedy patrzyłem na taktyczną naiwność Harry’ego Redknappa, ale zakończę wyznaniem wiary w futbol, w którym nie chodzi tylko o wynik (w tym wynik finansowy). Pisałem zresztą o tym w ostatnim „Tygodniku”, w związku ze zdjęciem, które spadło nam z nieba akurat w czasie inauguracji Euro, i dzięki któremu próbujemy przypomnieć, że piłka nożna powinna mieć też duszę.

W gruncie rzeczy nigdy nie pogodziłem się ze zwolnieniem Martina Jola.