Derby z dystansu

W pierwszych słowach mego wpisu chciałbym serdecznie przeprosić panią sprzedawczynię jednej ze stacji benzynowej w Kotlinie Kłodzkiej (nazwy reprezentowanej przez nią sieci nie podam, nie chcąc narazić się na zarzut kryptoreklamy; parówki w hot dogach mają wszak nienajgorsze) za to, że płacąc przedwczorajszego popołudnia za kawę, wodę mineralną i kilka innych drobiazgów wpatrywałem się równocześnie w ekran telefonu, a jakby tego mało – przekazywałem natychmiast wyczytane tam informacje synowi. W słowach kolejnych chciałbym przeprosić ją za gapiostwo: będąc pod wrażeniem wieści z Old Trafford i Britannia Stadium, zostawiłem przy ladzie butelkę wody i musiała za mną wołać; właściwie to cud, że przy ekspresie do kawy nie zapomniałem portfela albo kluczyków do samochodu. Czytaj dalej

Siedem punktów na zamknięcie okienka

1. Tego, że padnie kolejny rekord i że w Anglii na piłkarzy znów wyda się ponad miliard funtów, można się było spodziewać nie tylko w związku z nieopuszczającą kluby radością z nowego kontraktu telewizyjnego. Do Manchesteru przeprowadzili się – i rozpoczęli przebudowę drużyn pod swoje potrzeby – Jose Mourinho i Pep Guardiola, podobnie było z Antonio Conte w Chelsea. Zatrudnienie trenerskich gwiazd tej rangi musiało się wiązać z przyznaniem im stosownego budżetu, imponujących inwestycji można było się spodziewać również po Jurgenie Kloppie, dla którego kończy się właśnie pierwsze pełne lato w klubie, i Arsenie Wengerze, znajdującym się pod presją na starcie ostatniego roku dotychczasowej umowy z Arsenalem. Leicester z kolei i Tottenham, pracujące z nieporównanie skromniejszymi budżetami, grają w Lidze Mistrzów – pewność zysków związanych z rozegraniem co najmniej sześciu meczów w tych elitarnych rozgrywkach pozwoliła klubowym księgowym na powiększenie budżetu transferowego o kilka milionów i sprowadzenie np. Slimianiego czy Sissoko. W kilku klubach pojawili się nowi inwestorzy/udziałowcy, West Ham zaś gra od tego roku na większym stadionie – zyski z kilkunastu tysięcy biletów ekstra również piechotą nie chodzą. 

Siłę ekonomiczną Premier League najlepiej pokazują jednak wzmocnienia Crystal Palace. Klub ze środka tabeli, o maleńkim stadionie, rekompensuje sobie odejście Bolasiego zakupem Benteke i Townsenda, a wysokością kontraktu kusi także, było nie było, reprezentanta Francji Mandandę. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Yohan Cabaye nie gra np. dla Milanu? Ja przestałem. Aż trzynaście klubów angielskiej ekstraklasy kupiło piłkarzy za największe sumy w dziejach. Ciąg dalszy nastąpi. Czytaj dalej

Kiedy zaczynać sezon

Czy jeśli napiszę, że nie był to klasyk, przestaniecie czytać i pójdziecie sobie gdzie indziej? A jeśli w następnym zdaniu dodam jeszcze, że oba ubiegłoroczne mecze między tymi zespołami stały na zdecydowanie wyższym poziomie, stracicie cierpliwość do reszty? Po co pisać i czytać o czymś, co z perspektywy kibica neutralnego przez długie minuty musiało wydawać się nużące?

Otóż tym bardziej jest o czym pisać, zadając choćby to jedno proste pytanie: dlaczego Liverpool i Tottenham, pierwszy zespół wyraźnie wzmocniony obecnością kilku nowych piłkarzy, drugi zaś niemal w niezmienionym składzie, co teoretycznie mogłoby działać na jego korzyść (zrozumienie i chemia między zawodnikami itd.), wypadły słabiej. Wskazówek do możliwej odpowiedzi Mauricio Pochettino udziela w rozmowach z dziennikarzami od kilkunastu dni, narzekając na tempo, z jakim wznowiono rozgrywki ligowe po mistrzostwach Europy. Tradycyjny termin rozpoczęcia okresu przygotowawczego – początek lipca – wypadał wszak w tygodniu, podczas którego piłkarze z Walii, Portugalii, Francji i Niemiec uczestniczyli jeszcze w turnieju, a Belgowie, Włosi, Islandczycy i Polacy wyjechali dopiero co. Przed meczem z Liverpoolem menedżer Tottenhamu wyznał wręcz, że tego lata w zasadzie w ogóle nie zaczął pracować nad taktyką, większość treningów poświęcając sprawom kondycyjno-wytrzymałościowym i przygotowaniu piłkarzy nie tyle do najbliższego meczu, co do najbliższych dziewięciu miesięcy uganiania się za futbolówką. O zsynchronizowaniu przygotowań dla ludzi, z których jedni wrócili z wakacji niemal miesiąc po drugich i z których jedni odpoczywali normalne dwa miesiące, inni zaś – zaledwie kilkanaście dni, mówić już nie musiał; wiemy dobrze, w czym rzecz. Czytaj dalej

Harta żal

A mnie tam żal Joe Harta. Żal mi nie tylko dlatego, że zwykle żal mi przegrywających i że zazwyczaj żal mi też bramkarzy. Żal mi, bo w tych dniach jakże łatwo czynimy go symbolem wszystkich niepowodzeń angielskiej piłki, a podsumowując jego karierę skupiamy się na nieudanych mistrzostwach Europy (zaraz, zaraz: czy nieudanych tylko dla niego? o tym, jak na francuskich boiskach wypadli Kane czy Alli, jakoś szybko przestaliśmy się rozpisywać…), zapominając o dziesiątkach meczów, w których był dla swojej drużyny bohaterem i ostatnią deską ratunku.

Pieski los bramkarza: czytasz jego biogramy i widzisz, jak często skupiają się na błędach czy obniżkach formy – jedna z nich, jak może pamiętacie, zdarzyła się Hartowi jesienią 2013 roku, kiedy w bramce Manchesteru City zastąpił go Pantilimon. Owszem, wspominają także o tym, że bronił karne Messiego czy Ibrahimovicia w Lidze Mistrzów, ale już kapitalny mecz z marca 2015 roku, gdy City odpadało z Barceloną w Champions League – Guardiola zresztą oglądał to spotkanie z trybun – ginie gdzieś w dolnych przypisach. Pewnie trudno się dziwić: nie był to żaden finał, a zaledwie jedna szesnasta rozgrywek, w dodatku mecz przegrany 1:0. Rzecz w tym, że gdyby nie Hart, mogłoby się skończyć równie dobrze 10:0 dla Barcelony, i że mało kto dziś o tym pamięta. Pieski los. Czytaj dalej

Arsenal-Liverpool, czyli heavy metal world

Zaczęło się, naprawdę? A może raczej nie chce się skończyć? Z perspektywy kibica Arsenalu na przykład, nie chce się skończyć pobyt w klubie Arsene’a Wengera, naznaczony coraz częstszymi (trzecia w ciągu czterech lat) porażkami na rozpoczęcie sezonu u siebie, buczeniem kibiców, plagą kontuzji i pytaniami o bierność na rynku transferowym. Z perspektywy kibica Liverpoolu z kolei – nie chce się skończyć jazda bez trzymanki, w której szalona jak jej trener drużyna traci kontrolę nad wygranym już, wydawałoby się meczem, i do końca drży o rezultat.

Nie, to jednak zbyt proste. Może raczej należałoby napisać, że nie chce się skończyć okres przygotowawczy – to na jego plagę można złożyć częściowo liczbę kontuzji, nie tylko w Arsenalu przecież, choć tu wyjątkowo dotkliwą, bo obejmującą trzech podstawowych środkowych obrońców (Mertesacker, Koscielny, Gabriel), dwóch podstawowych napastników (Giroud, Welbeck) i jeszcze kluczowego rozgrywającego (Ozil).

I że nie chce się skończyć okienko transferowe, w którym Arsene Wenger wciąż jeszcze mógłby kupić klasowego napastnika lub środkowego obrońcę o doświadczeniu większym niż grający wczoraj ze sobą po raz pierwszy (telepatyczne porozumienie pary stoperów to jeden z kluczy do dobrej gry defensywnej…) dwudziesto- i dwudziestojednoletni Holding i Chambers. Tak, wiem: Wenger jest lojalny wobec swoich piłkarzy, jest też cierpliwy i wierzy, że ci młodzi się rozwiną, a nade wszystko nie znosi panicznych zakupów, ale przecież równie niedoświadczonej pary stoperów nie znajdziecie w żadnej czołowej drużynie Europy.

I że w ogóle po mistrzostwach świata czy Europy sezon ligowy mógłby w zasadzie zaczynać się tydzień czy dwa później, tak by gwiazdy Euro zdołały porządnie wypocząć, a potem popracować nie tylko nad siłą i wytrzymałością, ale także nad taktyką i zgraniem z nowymi kolegami. To uwaga szersza, nie dotyczy wyłącznie thrillera Arsenal-Liverpool – po meczu Tottenhamu z Evertonem np. Harry Kane szczerze mówił, że nie czuje się jeszcze na sto procent przygotowany do sezonu. Zaległości było widać także po Dele Allim, a najbardziej może po Janie Vertonghenie, który podczas okresu przygotowawczego nie zagrał ani minuty w żadnym ze sparingów, lecząc kontuzję odniesioną podczas Euro. Może i uraz Llorisa spowodowany był po części późnym powrotem do treningów? A co z kontuzjami – wróćmy do boju na Emirates, bo to o nim głównie chcemy tu pisać – Ramseya (wypadł na miesiąc!) i Iwobiego? A z ewidentnie przedwczesnym zejściem Coutinho? Czytaj dalej

Przewodnik po Premier League, v. 16/17

O to, czy mamy do czynienia z najlepszą ligą świata, można się pewnie spierać. Z pewnością idą do niej największe pieniądze, z pewnością jest najchętniej oglądana. Co do piłkarzy – mimo rekordowego transferu Paula Pogby do MU największe gwiazdy nadal chętniej spoglądają na Real i Barcelonę, nie budzi natomiast wątpliwości, że Premier League przyciąga największe gwiazdy trenerskie: Mourinho, Guardiola, Klopp, Conte, Wenger w jednej rywalizacji, w dodatku Mourinho i Guardiola w jednym mieście (Manchester jako piłkarska stolica świata)… doprawdy tylko Ancelottiego brakowało.

A przecież nie samymi gwiazdami ten świat żyje i dlatego ze wszystkich moich pomyłek („Błąd! Można się czegoś nauczyć!”, powiada z zadowoleniem pewna bliska mi osoba) ta popełniona podczas pisania ubiegłorocznej wersji „Przewodnika po Premier League” sprawiła mi zdecydowanie największą przyjemność. Mistrzem Anglii miała wszak zostać Chelsea, a za murowanego kandydata do spadku uznawałem Leicester. Że myliłem się w znakomitym towarzystwie, nie ma tu najmniejszego znaczenia – w pierwszych słowach proszę jednak o wyrozumiałość podczas lektury i traktowanie niniejszego Przewodnika tak samo jak jego poprzednich wydań. Jak zabawy, pozwalającej autorowi rozładować napięcie związane z przedłużającym się czasem oczekiwania na pierwszy gwizdek. Czytaj dalej

Północny Londyn i zmiana

Wśród mnóstwa rzeczy, które nie mają dla mnie najmniejszego znaczenia jest i ta: czy Tottenham ostatecznie zakończy sezon przed Arsenalem, czy też po nim. Szczerze mówiąc, nie ma to dla mnie znaczenia do tego stopnia, że wyjeżdżam na weekend bez zamiaru sprawdzenia, jak to się skończyło. Wszystko, co najważniejsze, już wiem. Nawet jeśli w końcówce sezonu – zgodnie zresztą ze spodziewaniami – drużyna Mauricio Pochettino nie wytrzymała tempa, nawet jeśli w trzech kolejnych meczach nie była w stanie obronić prowadzenia i przegrywała bądź remisowała, ba: nawet jeśli przegra jutro z Newcastle i da się przeskoczyć Arsenalowi, i tak ma za sobą najlepszy sezon od wielu, wielu lat, a jej przyszłość (także po podpisaniu przez Argentyńczyka nowej umowy z klubem) rysuje się w wyjątkowo jasnych barwach. Nawet jeśli Arsenal będzie ostatecznie wicemistrzem, nawet jeśli Arsene Wenger i tym razem okazał się lepszy od menedżerów Manchesteru United, Manchesteru City, Chelsea, Liverpoolu czy Tottenhamu, przyszłość klubu pod jego rządami nie wygląda różowo. Czytaj dalej

West Ham, czy można się żegnać w ten sposób

1. Nikt tak nie potrafił w tym sezonie popsuć zabawy, jak West Ham. Mówię, rzecz jasna, nie o kibicach tej drużyny i o ich wczorajszych haniebnych wybrykach przed stadionem. Mówię o piłkarzach. O tym, co zrobili nie tylko Manchesterowi United na pożegnanie Upton Park, ale także w marcu Tottenhamowi (to wtedy nadzieje na dogonienie Leicester zaczęły się nad White Hart Lane rozwiewać) albo Liverpoolowi w styczniu i w lutym (w tym drugim przypadku – w Pucharze Anglii). O tych wszystkich thrillerach z ich udziałem, w zremisowanych meczach z Leicester czy zwłaszcza z Arsenalem, któremu Andy Carroll strzelił trzy bramki. O wojowniczym charakterze Slavena Bilicia, który udzielił się tej drużynie. O klasie Payeta i Lanziniego, przywódczych kompetencjach Noble’a i Reida itd., itp. Wczoraj, ale nie tylko wczoraj, widać było, że im zależy – i że to „zależy” nie działa w sposób paraliżujący. Czytaj dalej

„Moja głupia miłość do Leicester”

Obejrzawszy męczarnie Tottenhamu, a potem pojedynek Manchesteru City z Arsenalem, mam już ochotę pisać wyłącznie o Leicester. W istocie zresztą piszę wyłącznie o Leicester, a to do jednej gazety, a to do drugiego miesięcznika – szczęśliwie mimo setek zdań i dziesiątek akapitów ta historia wciąż nie przestaje wydawać mi się inspirująca. Nagle, ni stąd, ni zowąd natrafiam bowiem na fiszkę z informacją, że Louis van Gaal przez dwa lata pracy w Manchesterze wydał na piłkarzy więcej niż Leicester w ciągu całej 132-letniej historii klubu. Potem przeglądam wyjaśnienia naukowe lub quasi-naukowe sukcesu (w jednym z nich niemałą rolę przypisuje się… sokowi z buraka, którym Ranieri poił piłkarzy po treningach). Kiedy mam dość wyjaśnień naukowych, czytam rozmowę z 96-letnią matką włoskiego trenera (w feralny dla kibica Tottenhamu poniedziałek, kiedy piłkarze Mauricio Pochettino trwonili dwubramkowe prowadzenie na Stamford Bridge, podawała synowi na obiad steka z cykorią, a na deser truskawki z cytryną) albo wywiad z Andreą Bocellim, który uświetnił wczorajszą uroczystość koronacyjną na King Stadium śpiewając „Nessun Dorma”, a który tłumaczył wcześniej, dlaczego w ciągu ostatnich miesięcy Leicester stało się drużyną drugiego, o ile nie pierwszego wyboru kibiców z całego świata: że to nadzwyczajny przypadek futbolu w czystej postaci, kiedy mały zespół staje się wielki dzięki sile zbiorowego ducha. „Najważniejsza życiowa lekcja – chcieć to móc”, powiada niewidomy tenor (po włosku brzmi to znacznie lepiej: volere è potere). Kiedy zaś mam dość romantyzmu, zaglądam do „Economista”, którego dziennikarze jak zawsze próbują studzić nastroje („Underdogs are overrated”, pyszny tytuł), a w końcu natrafiam w „Guardianie” na esej Juliana Barnesa i widzę, że potrzeba było autora „Papugi Flauberta”, żeby ogarnąć wszystko. Czytaj dalej

Ludzie Leicester

Co było do wygrania: Swansea na wakacjach, w zasadzie nie podjęła walki, Leicester więc na trzy kolejki przed końcem jest już tylko o krok. Po remisie Tottenhamu z WBA (WBA Tony’ego Pulisa nigdy nie jest na wakacjach…), przed następną kolejką różnica wynosi siedem punktów. Jeśli walczący o Ligę Mistrzów Manchester United zdoła pokonać Lisy na Old Trafford, a Tottenham wygra z Chelsea (w co zresztą nie wierzę) – różnica zmaleje do czterech punktów na dwie kolejki przed końcem. Później jednak Leicester wygra z Evertonem i to by było na tyle.

Owszem: jestem zdania, że najlepszą piłkę w Anglii grał w ostatnich tygodniach Tottenham i że to za drużyną Pochettino świadczyły wszystkie (oczywiście poza kluczową, tą z liczbą punktów…) statystyki. Że sukces Leicester – z całą pewnością jednorazowy, co w przypadku Kogutów wcale nie jest pewne, bo drużyna wydaje się budowana na lata – jest wypadkową wielu czynników, z których niemałym jest wielomiesięczne lekceważenie ze strony kolejnych rywali, a także reaktywny styl gry, czyhanie na błąd, możliwość zagrania długiej piłki i okazję do kontry z wykorzystaniem szybkich Vardy’ego i Mahreza. Że może najważniejszym momentem sezonu dla tej drużyny było wygranie meczu z Aston Villą, jeszcze we wrześniu 2015, mimo iż na 20 minut przed końcem goście prowadzili 0:2 (ech, gdzie byłaby dziś drużyna z Birmingham i czy nie prowadziłby jej wciąż Tim Sherwood, gdyby wówczas udało się wygrać?). Że na podobnej zasadzie można traktować wcześniejszy o kilkanaście dni mecz z Tottenhamem, podczas którego londyńczycy zagapili się po golu Dele Alliego i niemal natychmiast dali sobie odebrać ciężko wywalczone prowadzenie. Że w wyścigu o mistrzostwo sprzyjało Leicester to, że nie zawracało sobie głowy udziałem w europejskich pucharach, a i z krajowych odpadło w miarę szybko. Że w związku z tym Claudio Ranieri – inaczej niż przed laty w Chelsea – nie musiał przesadnie kombinować ze składem, opierając się na wąskiej grupie zawodników, z której podstawowa jedenastka szybko stała się oczywistością i której – co równie ważne – dopisywało zdrowie.

Czytaj dalej