Archiwa tagu: Pochettino

Futbolowy eskapizm

Pisałem już kiedyś chyba o teściu przyjaciela, który przeżywał mecze tak bardzo, że nie był w stanie ich oglądać: kiedy zaczynała się transmisja, włączał, owszem, telewizor, ale następnie wychodził przed dom, odkręcał zawór kranu w garażu, podłączał szlaucha i przez kolejne dziewięćdziesiąt minut z kwadransem przerwy podlewał metodycznie ogródek, nie spocząwszy dopóty, dopóki wszystkie starannie pielęgnowane przez żonę rabatki zaczną przypominać błotniste bajoro. Wciąż się nie dorobiłem ogródka, więc kiedy już znajdowałem się w podobnej sytuacji, wyjeżdżałem po prostu w góry, ale wczoraj podniosłem poziom futbolowego eskapizmu szczebel wyżej: w trakcie meczu Liverpool-Tottenham udałem się po prostu na Festiwal Conrada, by poprowadzić tam spotkanie z Moniką Sznajderman o „Pustym lesie”.

Spotkanie zaczynało się o osiemnastej, wiedziałem więc przed jego rozpoczęciem – także z nadsyłanych z domu esemesów – że już w czterdziestej siódmej sekundzie Harry Kane strzelił bramkę dającą prowadzenie Tottenhamowi, a zanim ostatecznie wyłączyłem transfer danych w telefonie, zdążyłem się zorientować, że Liverpool rozpoczął swój szturm na bramkę dobrze skądinąd broniącego Gazzanigi. Nie robiłem sobie wielkich złudzeń: wiedziałem, że kiedy moja drużyna zdobywa w takich sytuacjach gola jako pierwsza, to tylko po to, by jej kibice cierpieli bardziej, kiedy już prowadzenie roztrwoni. Widziałem też skład, wydelegowany do gry przez Mauricio Pochettino jakby rodem z poprzedniego sezonu, i tym bardziej nie sądziłem, że na Anfield może zdarzyć się cud. Kiedy natychmiast po zakończeniu spotkania z Moniką podszedł do mnie jeden ze słuchaczy i powiedział, że nie ma, niestety, dla mnie dobrych wiadomości, byłem mu właściwie wdzięczny za informację, że skończyło się tylko 2:1.

Co nie znaczy, że teraz, kiedy już mecz obejrzałem, nie jest mi żal – zwłaszcza dwóch okazji, po których mogło być 0:2, ze szczególnym uwzględnieniem tej z początku drugiej połowy, kiedy po dalekim wykopie Gazzanigi (patrz, Hugo, i ucz się, jak można grać nogami…) Son znalazł się sam na sam z Allisonem, objechał go i trafił w poprzeczkę. Z drugiej strony, kiedy oglądałem ten mecz znając już wynik, nie mogłem nie zauważyć, że wyrównanie wisiało w powietrzu jeszcze w pierwszej połowie; że dominacja Liverpoolu była zbyt wielka i że Tottenham (Pochettino narzekał potem, że to skutek zbyt szybko zdobytego prowadzenia, czyli nie ja jeden westchnąłem po golu Kane’a „Za wcześnie”…) broniąc korzystnego wyniku cofnął się zbyt głęboko. Owszem: na początku drugiej połowy ustawienie udało się poprawić i odepchnąć nieco gospodarzy od bramki Gazzanigi, ale po pierwsze, nie oznaczało to zmniejszenia dominacji i zwiększenia choćby o kilka procent statystyki posiadania piłki, a po drugie na prawej stronie Liverpoolu zaczął znajdować sobie niepokojąco dużo miejsca Henderson, który w końcu zgubił średnio radzącego sobie z nim Rose’a i strzelił bramkę.

Dwa są tematy związane z tym meczem. Pierwszy: pressing kontra kontrpressing, czyli powrót Tottenhamu do naciskania rywala podczas walki o piłkę, zaangażowanie w nią nie tylko Sissoko i Winksa, ale także Allego czy Sona (w tym sensie był to mecz zdecydowanie mniej depresyjny niż te z ostatnich tygodni, kiedy zwłaszcza do walki z Brightonem wyraźnie brakowało graczom Tottenhamu energii), oraz napór zawodników gospodarzy, rozpoczynający się natychmiast po stracie piłki. Karny, którego sprokurował Aurier, był efektem takiej właśnie akcji Mane: wydawało się, że obrońca Tottenhamu opanował już sytuację, że odebrał futbolówkę rywalowi, że zastawił się przed nim i że za chwilę wybije ją daleko poza pole karne, ale w ułamku sekundy atakujący Liverpoolu wysforował się do przodu, znalazł się między Aurierem i piłką i to on, a nie ona, zebrał od Iworyjczyka potężnego kopa.

Temat drugi wiąże się trochę z tym pierwszym. Owszem: kontrpressing Liverpoolu był imponujący, owszem, piłkarze Kloppa nie tylko szybko i z rozmachem szarżowali, ale też zażarcie walczyli o piłkę w środku pola, gdzie nutę kontroli do nieokiełznanego momentami chaosu wprowadzał znakomity Fabinho. Z drugiej strony jednak: Serge Aurier po raz czwarty od czasu, gdy zaczął grać w Tottenhamie, dał rywalom karnego. Czy powinien był wystąpić w tym meczu? Czy powinien był grać bodaj najsłabszy na boisku Eriksen? A Rose? Czy Mauricio Pochettino nie jest aby zbyt lojalny wobec zawodników, z którymi pracuje od pięciu i pół roku, choć wielu z nich ewidentnie szuka sobie innego miejsca na kolejny etap kariery? Czy pojedynek z Liverpoolem nie wydawał się idealną okazją, by w pierwszym składzie pojawili się ci, którzy za parę miesięcy powinni stanowić o obliczu drużyny: bardzo dobry zarówno we wtorek z Crveną Zvezdą, jak i wczoraj, kiedy w końcu pojawił się na boisku, Ndombele, albo zdrowy w końcu Lo Celso? Dlaczego na prawej obronie nie spróbować, skoro już nie Walkera-Petersa, to Juana Foytha, właśnie na tej pozycji ustawianego w wakacje i podczas ostatniej przerwy na kadrę w meczach reprezentacji Argentyny? Po co, do cholery, Pochettino namawiał młodego rodaka, żeby skrócił urlop po rozgrywanym latem turnieju, a nawet odsunął na przyszły rok swój miesiąc miodowy, po co w efekcie naraził go na kontuzję w trakcie presezonu, skoro teraz wystawia w kółko Auriera? Jak się ma kolejny z rzędu występ Iworyjczyka w pierwszym składzie do deklarowanej i faktycznie stosowanej na innych pozycjach przez Pochettino rotacji?

To jest oczywiście perspektywa kibicowska i dalekie echo burzy, która przetoczyła się wśród fanów Tottenhamu na portalach społecznościowych po ogłoszeniu wyjściowej jedenastki. Zostawiwszy ją na boku, wypada jednak powiedzieć o czymś, co w portalu The Athletic najlepiej zdefiniował Jack Pitt-Brooke: ten rodzaj ulgi, odczuwanej w gruncie rzeczy przeze mnie po jednobramkowej porażce na Anfield, jest rodzajem ulgi kibica drużyny ze środka tabeli, który mógł dostać pięciobramkowy łomot (tak skończyły się rządy Andre Villas-Boasa w Tottenhamie: szybkimi bęckami od Liverpoolu), ale przez prawie cały mecz dobrze się bronił i przegrał tylko jednym golem. Jak na to, że od finału w Madrycie nie minęło jeszcze pół roku, wypada powiedzieć, że szybko to poszło. Z drugiej strony: czy dla kibica Tottenhamu jest bardziej naturalny stan od tego?

Pochettino kupił czas

Nie, tym razem nie będę narzekał, że rywal słaby, bo z dużo słabszymi w tym sezonie potrafił Tottenham nie wygrywać. Nie będę również zaczynał od przypominania, że Liverpool zawiesi w niedzielę poprzeczkę o wiele wyżej, bo wszyscy o tym pamiętają. Nie będę nawet marudził, że około trzydziestej minuty drużyna gospodarzy spuściła z tonu i Crvena Zvezda zdołała wypracować sobie kilka dobrych okazji, bo ostatecznie żadnej z nich nie wykorzystała. Dokładnie czegoś takiego Mauricio Pochettino i jego piłkarze potrzebowali, by znów, choć przez parę dni, móc oddychać pełną piersią. Odrobiny szczęścia, owszem, ale także trafionej decyzji o ustawieniu (czemuż, ach czemuż, Maurycy, zaczynałeś mecz z Watfordem trójką środkowych obrońców, a potem kazałeś nam patrzeć na 45 minut gry sterylnie pozbawionej kreatywności?) i o doborze personelu. Zdecydowania w pressingu (Son zawdzięcza mu drugą bramkę, którą strzelił z podania odbierającego wcześniej piłkę Marinowi Ndombele). Waleczności (jej symbolem był, jak to często bywa, Lamela, skutecznie próbujący wślizgu na połowie rywala nawet w przedostatniej minucie meczu). Szybkości (tu prym wiódł, oczywiście, Son). Boiskowej inteligencji (jej z kolei wzorem był Kane, często robiący miejsce wbiegającym kolegom, cofający się po piłkę i rozgrywający ją z precyzją i nonszalancją człowieka, który chciałby w końcu zostać porównanym do Andrei Pirlo). Tego, że stwarzane sytuacje przekładają się na bramki, czyli skuteczności po prostu.

No więc nie będę narzekał, że rywal słaby. Ucieszę się, że w dwusetnym meczu dla Tottenhamu Lamela najpierw zaliczył dwie asysty, potem groźnie strzelał, aż w końcu zdobył bramkę. Że Sissoko z Ndombelem harowali w środku pola (dla tego ostatniego był to z pewnością najlepszy mecz z dotychczas rozegranych w Tottenhamie). Że Davies dobrze asekurował Vertonghena, a potem Sancheza. Że na dziesięć minut pojawił się Lo Celso. Że Kane’owi brakuje już tylko jednej bramki, by stać się trzecim na liście najlepszych strzelców w historii klubu. Nade wszystko: że ci, którzy w ciągu ostatnich tygodni wyglądali na pozbawione krwi, kości i mięsa upiory, dziś mieli w sobie tyle życia. I że znów poczuli, jak smakuje zwycięstwo.

Sporo się mówi na ostatnich konferencjach prasowych Pochettino o styczniu: Argentyńczyk zapewniał dopiero co dziennikarzy, że wcale nie zamierza dokonywać w jego trakcie czystek w składzie (coś takiego wypsnęło mu się po odpadnięciu z Pucharu Ligi w Colchester). Trudno się dziwić, skoro do stycznia zostało jeszcze ponad dwa miesiące, które trzeba przepracować z tymi, których chciałoby się już od drużyny odsunąć – a są to w dodatku jej tak bardzo wpływowi członkowie. W sumie największa radość z takiego zwycięstwa jak dzisiejsze polega więc na kupieniu czasu. Na adaptację i całkowite wyleczenie zawodników, którzy zostali kupieni tego lata. Na poszukanie kolejnych wzmocnień (bez upgrade’u na prawej obronie się, niestety, nie obejdzie). Na wdrożenie jeszcze raz, z nową energią nowych ludzi, rutyny, która zrosła się w ciągu pierwszych sezonów Pochettino w Tottenhamie z jego przepisem na sukces, czyli gry pressingiem. W końcu także: na pożegnanie z tymi, którzy już swoje w północnym Londynie odpracowali, i nawet jeśli mają już głowy gdzie indziej, to naprawdę zasługują na to, by wspominać ich ciepło i z sentymentem.

Po dzisiejszym zwycięstwie wygląda na to, że Mauricio Pochettino jeszcze się wśród nich nie znajdzie.

PS A przy okazji wypada rozstrzygnąć konkurs ogłoszony w poprzedniej notce. Wydany przez SQN „Nowy wspaniały świat” Guillema Balague’a o czasach Mauricio Pochettino w Tottenhamie otrzymają: Mateusz Banaszak, Bartosz Ryt, Anna Olchówka, Wojciech Kuczera i Jacek Głomb. Drogą mailową poproszę zwycięzców o podanie adresu do wysyłki. Cytat pochodził z – fenomenalnej skądinąd – podróżniczej prozy Bruce’a Chatwina „W Patagonii”.

Nowy wspaniały świat i stara bieda

1. Bohater o tysiącu twarzy

W świecie idealnym albo raczej: w krainie dziwów i marzeń każdego szanującego się kibica, na scenę wychodzi teraz prezes Tottenhamu Daniel Levy. „Mauricio cieszy się moim pełnym poparciem” – oświadcza. „W ciągu ostatnich lat osiągnął z tym klubem więcej niż mogłem się spodziewać i więcej niż się umówiliśmy. Pracując ze skromnym, jeśli porównać z naszymi największymi rywalami, budżetem, zmagając się z wieloma przeciwnościami, z których konieczność wielomiesięcznej gry na wynajętym obiekcie podczas przebudowy stadionu należała niewątpliwie do największych, czterokrotnie awansował do Ligi Mistrzów i doprowadził Tottenham do finału tych rozgrywek, co w historii naszego klubu nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Odnosząc te sukcesy, nie tylko zarobił dla Tottenhamu mnóstwo pieniędzy: może jeszcze ważniejsze jest to, że odmienił jego wizerunek, co zresztą w konsekwencji pozwoliło tych pieniędzy zarobić jeszcze więcej. Zawdzięczamy mu tak wiele, że nie zamierzamy opuścić go w pierwszej tak naprawdę poważnej chwili kryzysu. Ma wolną rękę w dokonywaniu daleko idących zmian w składzie. Ma także moje zapewnienie o wsparciu podczas zimowego okienka transferowego. Skoro w drużynie są zawodnicy, którzy przestali chcieć z nim pracować, czują się zmęczeni lub wypaleni, albo zwyczajnie szukają dla siebie nowych wyzwań – żadnego nie będziemy na siłę zatrzymywać. Żaden nie jest ważniejszy niż klub”.

Napisałem „świat idealny”, ale chyba powinienem napisać „Nowy wspaniały świat”, przywołując nie tyle tytuł klasycznej antyutopii Aldousa Huxleya, co świetnej książki Guillema Balague’a, opisującej najlepsze chwile Mauricio Pochettino w Tottenhamie, a ukazującej się po polsku, jak na ironio, w czasie chwil najgorszych. Książkę tę, jak może zdążyliście się już zorientować, rozpoczyna zdanie z Tołstoja, że cała literatura sprowadza się do dwóch opowieści: albo jakiś człowiek wyrusza w podróż, albo w jakimś miejscu pojawia się ktoś obcy. Balague pisze, że obecność jego bohatera w londyńskim klubie łączy w sobie te dwa wątki – i ma oczywiście rację. Problem w tym, że wydarzenia minionego tygodnia układają się w zgodzie z logiką, w której z podróży nie ma już powrotu albo obcy, zamiast zostać uznany za swojego, zostaje w końcu odrzucony.

Owszem, kusi mnie wizja nowego wspaniałego świata. Kusi mnie także zobaczenie w Pochettino jeszcze jednego z mitycznych herosów, których wędrówki sprowadził do wspólnego mianownika Joseph Campbell w „Bohaterze o tysiącu twarzy”. Chciałbym napisać, że to, co się dzieje dziś w trenowanym przezeń klubie, sprowadza się w gruncie rzeczy do jednej z prób, której musiał podlegać każdy z Campbellowskich herosów. Jeśli sprosta wyzwaniom, czeka go wielka nagroda. Kiedy zaczynam o tym myśleć, analogie sypią się jak z rękawa, ale czuję, że powinienem postawić tu kropkę. 

2. Cienie, zjawy, upiory

Świat współczesnego futbolu jest przecież raczej rodem z Huxleya niż Balague’a – i jest światem raczej superksięgowych niż superbohaterów. A Daniel Levy ma zbyt wiele do stracenia, by pozwolić zatrudnionemu przez siebie trenerowi do końca przejść jego ścieżkę przeznaczenia. Oczywiście: bierze pod uwagę odszkodowanie, jakie musi wypłacić za rozwiązanie wieloletniego kontraktu Argentyńczyka i jego sztabu, oczywiście: zdaje sobie sprawę, że nowy szkoleniowiec również będzie się domagał budżetu transferowego, z drugiej strony jednak sezon jest na tak wczesnym etapie, że szybkie działanie prezesa może dać nadzieję zarówno na powrót do walki o wyjście z grupy Ligi Mistrzów, jak o pierwszą czwórkę Premier League, ergo: występy w tejże w przyszłym sezonie.

Zresztą: jaka jest alternatywa? Dalsze tygodnie męczarni psychicznych trenera i piłkarzy, a potem styczniowa próba czyszczenia szatni? Gołym okiem widać, jakie się z tym wiąże ryzyko: ci, którzy mają do końca kontraktu niecały rok, mogą przecież chcieć doczekać do maja i odejść za zasadzie wolnego transferu, zapewniając sobie w nowych klubach dużo lepsze umowy. Odsunięcie od składu zawodników, którzy grali dla tego klubu od lat, przez cały czas zostawiając na boisku wszystko, co najlepsze; zawodników, którzy przecież nie stracili z tygodnia na tydzień nieprzeciętnych umiejętności i statusu pozwalającego im wywierać gigantyczny wpływ na resztę grupy? To nie jest kwestia jednego Adebayora, którego przed laty Pochettino mógł się pozbyć lekką ręką. Tu chodzi na przykład o Christiana Eriksena, który choć wciąż biega najwięcej, jest dziś cieniem zawodnika wykręcającego rekordy asyst w Premier League i nawet z rzutu wolnego nie potrafi już zaskoczyć żadnego z jej bramkarzy. Albo o jeszcze tak niedawno najlepszą parę stoperów w tej lidze, Jana Vertonghena i Toby’ego Alderweirelda, którzy nie potrafili zablokować drogi do bramki nawet dziewiętnastoletniemu żółtodziobowi z Brighton. Albo o zawsze niełatwego we współżyciu i od lat mówiącego wprost o marzeniach powrotu na północ Anglii Danny’ego Rose’a. Albo o kapitana drużyny i jednego z najlepszych ponoć bramkarzy świata Hugo Llorisa, który w ciągu ostatnich dni popełnia kolejny już straszliwy błąd – a jego bolesna kontuzja także prosi się, by interpretować ją w kategoriach szerszych niż nieszczęśliwy upadek; człowiekowi pozbawionemu pewności siebie podobne upadki zdarzają się, niestety, częściej niż komuś tkwiącemu w dobrostanie.

Żeby Llorisa i obrońców usprawiedliwić: nie tylko w meczu z Brighton – kiedy Lamela raczej markował krycie niż naprawdę próbował przeszkodzić w dośrodkowaniu, które zaskoczyło Francuza – widać było, że napastnicy i pomocnicy nie wspierają ich tak skutecznie, jak przed laty. Ze wszystkich zatrważających statystyk – niewygranych meczów na wyjazdach, porażek w 2019 r. itd. – najbardziej przejmuje ta dotycząca odpuszczenia gry pressingiem. Zespół niegdyś niepozwalający przeciwnikom nabrać swobodnego oddechu, kasujący ich akcje w ciągu pierwszych trzech sekund po stracie piłki, w dodatku często jeszcze na ich połowie, sam stał się przedmiotem podobnych zabiegów. Może najbardziej przykre z perspektywy fana Tottenhamu jest właśnie to: patrzy na grę Brighton, Leicester, Olympiakosu, i ma poczucie, że doszło do niespodziewanej zamiany koszulek. Że to rywale grają tak, jak niegdyś grali ludzie Pochettino. Że z drużyny, która była dla nas powodem do chluby właśnie ze względu na zerwanie ze stereotypem miłych frajerów, których da się ograć bez wielkiego wysiłku („Lads, it’s Tottenham”) na boisku zostały cienie i zjawy, by nie rzec: upiory.

3. Fatum i fatalna cisza

W historiach mitycznych herosów istotną rolę odgrywa również fatum. Rzec by można: Mauricio Pochettino także wszystko to przewidział. Od miesięcy mówił o konieczności rozpoczęcia nowego rozdziału. Zapowiadał „bolesną przebudowę”. Wyjeżdżając na tournee do Azji zostawił w Londynie Rose’a, Auriera, Wanyamę, którzy mieli szukać sobie nowych klubów. Niemal wszystkie konferencje prasowe przed rozpoczęciem sezonu i w trakcie domykania okienka transferowego podszyte były jego frustracją: mówił, że powinno mu się zmienić tytuł z menedżera na trenera, bo nie wie, jaka jest sytuacja kontraktowo-zakupowa, mówił, że ma najbardziej zdestabilizowany skład w ciągu tego pięciolecia, mówił, że musi nadrabiać stracony czas.

Owszem: po sprowadzeniu Ndombele, Lo Celso i Sessegnona, wielu z nas miało nadzieję, że nowi piłkarze dadzą pożądany efekt odświeżenia – tyle że ten pierwszy uczy się wciąż tempa gry w Premier League, a dwaj ostatni są kontuzjowani i minie jeszcze parę tygodni, w których skazani będziemy na oglądanie zamiast nich wciąż tych samych cieni i zjaw, by nie rzec: upiorów. Eriksen, Lloris, Vertonghen, Kane, Lamela, Dier, Davies (wszyscy wyszli w pierwszym składzie z Brighton), a także Rose – to piłkarze, których oglądaliśmy w Tottenhamie już przed pięcioma laty. Wtedy byli młodzi, głodni sukcesu, zdolni do wymaganej zawsze przez Pochettino harówki. Czy można im się dziwić, jeśli po tylu latach słuchania wciąż tych samych sztuczek motywacyjnych (nawet jeśli zalicza się do nich chodzenie po rozżarzonych węglach czy przykładanie sobie indiańskich strzał do gardeł) i wytrzymywania tych samych morderczych treningów, czują się wypaleni albo zwyczajnie mają poczucie, że dalej niż finał Ligi Mistrzów w Madrycie już nie zajdą? Jak widać to nie takie proste: dać pełne wsparcie trenerowi i skreślić piłkarzy. Zdanie „Żaden nie jest ważniejszy niż klub” można przecież zastosować także do szkoleniowca.

W Tottenhamie Pochettino nigdy nie było gwiazd, a o sile drużyny stanowiło to, że stanowiła jeden zbiorowy organizm, obejmujący zarówno piłkarzy, jak sztab szkoleniowy. „Piłka nożna to gra zespołowa i jeśli zacznie się obracać wokół indywidualności, jeśli zespół przestanie być jednością i w jego poczynania wkrada się chaos, spadkowicz z ligi może wbić ci pięć goli” – komentował w „Nowym wspaniałym świecie” feralną porażkę z Newcastle na zakończenie sezonu 2015/16. Otóż od miesięcy mamy w tym organizmie nie tylko problem indywidualności otwarcie mówiących o tym, że nadszedł czas na nowe wyzwania. Mamy też problem szkoleniowca, który przez wiele tygodni wysyłał podwójne sygnały na temat swojej przyszłości i którego dotychczasowe metody motywowania tej grupy zawodników chyba się wyczerpały. To też było dojmujące podczas oglądania meczu z Brighton: oni nie działali jako grupa, każdy próbował sam (albo, co gorsza, próbował pozbyć się odpowiedzialności), a kiedy już próbował, wypracowane automatyzmy zawodziły – przecież i Son, i Kane mieli naprawdę dobre okazje do strzelenia bramek. Obecni na miejscu dziennikarze „The Athletic” cytowali później morderczą obserwację zawodników gospodarzy, których zdziwiła nie tylko łatwość, z jaką byli w stanie zabiegać piłkarzy Tottenhamu, ale i panująca między londyńczykami cisza: to, że żaden na kolegów nie pokrzykiwał, nie próbował poderwać do walki, zmobilizować.

4. Pieśni wędrowców

Jako kibic, cały jestem w krainie dziwów i marzeń. Po klęsce z Brighton, tak samo jak po klęsce z Bayernem, wyobrażam sobie Mauricio Pochettino siadającego w szatni między piłkarzami i umiejącego zaszczepić w nich wiarę, że są jeszcze w stanie stoczyć swoją ostatnią walkę. Jako dziennikarz nie mogę jednak w tym miejscu pozostać. Źle znoszę histerię mediów społecznościowych, linczujących drużynę i domagających się głowy trenera po jednym kiepskim tygodniu – ale z drugiej strony widzę, że kryzys Tottenhamu trwa dłużej niż tydzień i głębsze ma przyczyny. Zdaję sobie sprawę, że statystyki podawane przez autorów „Piłkonomii”, Simona Kupera i Stefana Szymańskiego, kwestionują wiarygodność tezy, iż zmiana szkoleniowca przynosi trwałą poprawę wyników – ale z drugiej strony wydaje mi się, że taniej i łatwiej pożegnać się z jednym szkoleniowcem niż wyrzucić połowę składu. Godzę się więc z tym, że Mauricio Pochettino nie przejdzie swojej próby, a przynajmniej nie w tym klubie, i że zamiast „nowego wspaniałego świata” przyjdzie na Tottenham stara bieda.

Wiem: naprawdę było blisko. Przyznaję: ze wszystkich pięknych wspomnień, jakie zebrałem w ciągu ponad trzydziestu lat kibicowania tej drużynie, niemal wszystkie wiążą się z obecnością na ławce trenerskiej zdradzającego niejakie skłonności do tycia Argentyńczyka o włoskim nazwisku. Na samym końcu tego przydługiego wywodu dochodzę jednak do prostej w gruncie rzeczy konkluzji: w krainie dziwów i marzeń każdego szanującego się kibica to on sam jest klubem i to on jeden odbędzie swoją wędrówkę do końca, niezależnie od tego, jak okropnie dziś grają i jak okropnie będą grać jutro jego piłkarze i nawet jeśli pojutrze ich trenerem miałby zostać, zachowajcie nas bogowie, Jose Mourinho.

PS. A książkę Balague’a naprawdę powinniście przeczytać i w związku z tym mam dla Was konkurs. Pięcioro erudytek lub erudytów może otrzymać od wydawnictwa SQN egzemplarze „Nowego wspaniałego świata” – warunkiem jest odpowiedź na pytanie, kto z klasyków literatury podróżniczej napisał nieodległy wbrew pozorom od dzisiejszego wpisu akapit: „Historia Buenos Aires zapisana jest w książce telefonicznej tego miasta. Pompey Romanov, Emilio Rommel, Crespina D.Z. de Rose, Ladislao Radziwiłł oraz Elizabeta Marta Callman de Rotschild – te pięć wybranych na chybił trafił nazwisk spod litery R opowiada o wygnaniu, rozczarowaniu i strachu za koronkowymi firankami”. Odpowiedzi zbieram do końca przerwy na kadrę pod adresem mailowym futboljestokrutny@gmail.com.

Myśmy wszystko pamiętali

Myśmy wszystko zapomnieli. Myśmy, czyli kibice Tottenhamu oczywiście. Myśmy zapomnieli o czasach, w których nasza drużyna rozsypuje się nagle jak domek z kart. O czasach, w których przegrywa dwoma bramkami z silniejszym i lepszym, rzecz jasna, rywalem. O czasach, w których trener musi podjąć ryzyko, postanawia dokonać ofensywnych zmian i w których cała struktura nagle przestaje istnieć: obrońcy zaczynają podawać pod nogi rywala, a ten nieatakowany korzysta oczywiście z prezentu i strzela gola za golem. Takie rzeczy, owszem, działy się za Tima Sherwooda. Działy się, i to niejeden raz, za Andre Villas-Boasa. Działy się także wcześniej. Wtedy też zaczynało się nieźle, z takim Arsenalem w derbach np., kiedy Adebayor grał już u nas i strzelił nawet bramkę, ale potem obejrzał czerwoną kartkę i wszystko się posypało. Dziś obyło się nawet bez czerwonej kartki. Wystarczyło jedno zagapienie się Auriera, który spóźnił się ze wślizgiem, wystarczyło jedno zagapienie się Winksa… no dobra, nie jedno: kiedy Bayern po błędzie Anglika strzelał swoją czwartą bramkę, miałem już naliczone trzy straty pomocnika gospodarzy na własnej połowie, podobnie długie były notatki na temat ustawiania się prawego obrońcy i piłek adresowanych za jego plecy do Gnabry’ego. Żeby nie było, że ich nie ostrzegali.

Myśmy zapomnieli też o pierwszych trzydziestu paru minutach meczu, które w wydaniu Tottenhamu, a niech tam, niech się ośmieszę, były najlepsze w sezonie. Przed i po golu Sona okazji było jeszcze kilka: bardzo dobrą miał Koreańczyk, bardzo dobrą Ndombele, w sumie piłkarze Pochettino strzelali ośmiokrotnie. Zabójcza precyzja jednego uderzenia Lewandowskiego spowodowała, że pierwsza połowa została przegrana, ale przed drugą sam byłem pełen dobrej nadziei. Pokazali determinację w sobotę z Southamptonem, odrabiali straty także w poprzednim sezonie Ligi MIstrzów, na ławce siedzieli wyposzczeni gry Eriksen, Lucas i Lamela… jeszcze można się było łudzić.

Sami widzicie: kibic we mnie bardzo chciałby wierzyć, że to jeszcze nie koniec. Wystarczy wygrać z Crveną Zvezdą. Wystarczy zagrać dobry mecz w Brighton. Wystarczy jeszcze raz uwierzyć Maurycemu, że jest właściwym człowiekiem, by uczynić Tottenham znów wielkim. Wystarczy dać czas na „bolesną przebudowę”, którą sam przecież w wakacje zapowiadał. Wystarczy poczekać, aż wyzdrowieje Lo Celso i budować ten nowy Tottenham wokół niego.

Piszę i sam nie wierzę w to, co piszę. Widzę, że nie tylko skapitulowali w końcówce: w skali całego meczu również biegali mniej od rywala, a energii w pressingu wystarczyło im na pół godziny. Widzę, jak uparcie ignoruję statystyki: meczów, w których tracili wypracowane w pocie czoła prowadzenie. Meczów, które – nie tylko w tym sezonie, w Premier League feralna forma zaczęła się w styczniu – przegrywali, zwłaszcza na wyjazdach. Meczów, w których nie wracali za rywalem, zostawiając dziurę w środku i obrońców na pastwę szarżujących rywali. Meczów, w których dali sobie wbić na własnym boisku aż siedem goli… ach, prawda, to się nigdy jeszcze nie zdarzyło.

Gdyby spotkanie z Bayernem zakończyło się dwadzieścia minut wcześniej, ignorowałbym to wszystko dalej, i nawet teraz próbuję sobie jeszcze powiedzieć, że skuteczność Bawarczyków była faktycznie nadzwyczajna. Próbuję, ale już nie potrafię, może więc w sumie powinienem być zadowolony, że ktoś mi pozwolił przejrzeć na oczy. Oto, proszę państwa, początek końca ery Pochettino w Tottenhamie. W tym świecie nie dostaje się czasu na przebudowę. Nerwowość i presja będą rosły, piłkarze będą prosić swoich agentów, by sprawdzili im jakieś inne opcje, prezes zacznie się zastanawiać, jak długo taki Allegri czy, uchowaj Boże, Mourinho, pozostaną bezrobotni – cierpliwością nigdy nie grzeszył. Zbyt duże pieniądze wchodzą w grę, zbyt piękny jest ten stadion, ale też zbyt wiele w niego zainwestowano, by pozwolić sobie na przedłużający się kryzys.

Tak naprawdę początkiem końca był przegrany finał w Madrycie, ale o tym napiszę już kiedy indziej. Idę spać. A może to przez ostatnie pięć lat śniłem. Myśmy wszystko zapomnieli? Wręcz przeciwnie: myśmy wszystko pamiętali. „Chłopaki, to jest Tottenham”. Trochę was tu nie było, witajcie.

Mauricio Pochettino i teoria lustra

Z porucznikiem Columbo było tak, że najlepsze pomysły zawdzięczał żonie. No więc oglądaliśmy dzisiaj przy śniadaniu skrót meczu Tottenhamu z Southamptonem (a może właściwie należałoby powiedzieć: Tottenhamu z Tottenhamem, bo przecież główną przyczyną kłopotów gospodarzy we wczorajszym meczu byli oni sami: gapiostwo i nadmierna brawura Auriera, który w ciągu czterech minut dostał dwie żółte kartki, oraz gapiostwo – a może również nadmierna brawura – Llorisa, który dwa metry przed własną bramką postanowił nagle kiwać się z atakującym go napastnikiem) i moja żona powiedziała nagle, że jeśli ktokolwiek zdestabilizował tę drużynę w ciągu ostatnich miesięcy, to był to sam Maurycy. Że jeśli zdarzało mu się w ostatnich tygodniach narzekać, że to najbardziej zdestabilizowany Tottenham, z jakim miał do czynienia, a potem jeszcze krytykować piłkarzy, że mają głowy gdzie indziej, to w gruncie rzeczy dlatego, że klub i piłkarze byli dla niego lustrem: że dostrzegał w nich cechy u siebie wyparte.

No bo rzeczywiście: w trakcie ubiegłorocznego rajdu do finału Ligi MIstrzów to sam Pochettno dawał do zrozumienia, że w przypadku zwycięstwa z Liverpoolem może odejść z Tottenhamu, a i wcześniej stawiał swoją przyszłość na szali w trakcie rozmów z dziennikarzami na temat koniecznych zmian klubowej polityki. Po przegranym finale to on zamknął się w domu na dwa tygodnie i nie potrafił się pozbierać, a potem szeroko o tym opowiadał. To on tego lata czuł się wypalony, a na czwartkowej konferencji prasowej mówił nawet, że był w depresji i porównywał swój stan po porażce w Madrycie z innym najgorszym momentem w swojej karierze, zawodniczej tym razem: kiedy Argentyna na mundialu 2002 odpadła z turnieju już w fazie grupowej po tym, jak sfaulował Michaela Owena w polu karnym. No więc może to nie obudzona nagle u Eriksena chęć spróbowania czegoś nowego jest przyczyną problemów, może nie nieprzedłużone kontrakty Alderweirelda i Vertonghena, nie tajemnicze sprawy osobiste Auriera czy Rose’a, a to, co działo się w głowie ich trenera i co – trudno, żeby nie – miało wpływ na całą drużynę?

Anim się obejrzał, jak w ostatnich tygodniach ten blog zamienił się w kronikę szóstego sezonu. Pracować wspólnie przez sześć lat to naprawdę sporo i w angielskiej prasie można natrafić na anonimowe wypowiedzi piłkarzy Tottenhamu, skarżących się na wciąż te same treningi i wciąż te same sztuczki motywacyjne ich szkoleniowca. Można powiedzieć: Maurycy i tak długo wytrzymał (i z nim wytrzymali), takiego Mourinho jego zawodnicy mieli dość w trzecim sezonie, Guardiola w Barcelonie wypalił się po czterech latach, a ci, którzy pracowali w swoich klubach zdecydowanie dłużej, Ferguson czy Wenger, zaczynali jednak w kompletnie innych czasach. Na metody sir Aleksa – brutalne potrząsanie szatnią poprzez pozbywanie się z niej piłkarzy uchodzących wcześniej za nietykalnych, jak Beckham czy Keane – Pochettino jednak nie stać: potęga finansowa Tottenhamu pewnie nigdy nie będzie taka jak Manchesteru United, nie mówiąc już o tym, że żyjemy w epoce, w której pozycja piłkarzy wobec trenerów jest silniejsza niż była w latach największych sukcesów sir Aleksa. Być może czas na naturalną wymianę był przed rokiem, ale wtedy budujący stadion klub nie był w stanie dokonać żadnego transferu. Być może początek tego sezonu przebiegałby bardziej gładko, gdyby obok Ndombele (wczoraj strzelił drugiego gola i generalnie zagrał swój najlepszy mecz w klubie) mógł grać Lo Celso i wrażenie odświeżenia składu byłoby wyraźniejsze, ale Argentyńczyk po wielce obiecującym wejściu z ławki w trakcie meczu z Arsenalem złapał kontuzję podczas występu w reprezentacji i nie będzie grał jeszcze długie tygodnie. Być może w końcu, gdyby sędziowie uznali bramkę Auriera w ubiegłotygodniowym meczu z Leicester, Tottenham zajmowałby teraz trzecie miejsce w tabeli i o żadnym kryzysie nie byłoby mowy.

KiIlkanaście sekund przed tym, jak Eriksen, Son i Kane wyprowadzili kontrę dającą Tottenhamowi drugą bramkę, kibice Southamptonu śpiewali do Maurycego, że jutro zostanie wylany. KIlkadziesiąt sekund przed końcem meczu fani Tottenhamu śpiewali z kolei, że jest magikiem. Pomiędzy tymi dwiema pieśniami była godzina tyleż ciężkiej, co szczęśliwej walki o obronienie korzystnego wyniku. Okazja do pokazania charakteru i jedności, które zawsze były kluczem do sukcesów tej drużyny pod tym trenerem. Lloris pozbierał się po błędzie i bronił fenomenalnie. Eriksen jak w swoich najlepszych meczach bił rekordy przebiegniętych na boisku kilometrów. Winks i Kane pokazywali, ile może znaczyć dla zawodnika gra w klubie, który go wychował. Przestawiony na prawą obronę Sissoko wydawał się na tej pozycji najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Skończyło się dobrze: mimo iż trzeba było grać w dziesiątkę, a okoliczności utraty gola mogłyby załamać dużo większych twardzieli, udało się strzelić drugą bramkę, a potem obronić wynik. Dziennikarze, piszący w ostatnich dniach o kryzysie, ogłaszają teraz, że mecz, w którym trzeba było stawić czoło tylu przeciwnościom, mógł być przełomowy dla całego sezonu. Z pewnością Mauricio Pochettino kupił czas i nawet ewentualna porażka z Bayernem nie wytrąci go ze strefy komfortu.

Może i dobrze. W strefie komfortu łatwiej spojrzeć w lustro. Łatwiej wtedy powiedzieć: „Zacznij od siebie, zanim zaczniesz sugerować, że to inni są przyczyną twoich problemów”. Szczerze mówiąc, tę ostatnią myśl również zawdzięczam żonie.

Czy Tottenham musi pracować jeszcze więcej

Przegrywanie w samej końcówce meczu, który w minucie sześćdziesiątej siódmej wydawał się wygrany budzi oczywiście najgorsze emocje i uczucia, a już w ogóle wtedy, kiedy ów mecz rozgrywany jest w porze sobotniego obiadu: gdyby to była niedziela wieczór, miałbyś przed sobą tylko kilka godzin zmarnowanego weekendu, a tak musisz się mierzyć z perspektywą półtorej doby w kiepskim humorze. Jest wszakże i dobra strona: radykalnie ograniczasz czas spędzany na portalach społecznościowych, grasz z jednym synem w ping-ponga, pomagasz drugiemu przykręcić błotnik do roweru, usypiasz trzeciego, a potem czytasz kolejną część „Sześciu światów Hain”. Nie sycisz swojego masochizmu tyradami współbraci w cierpieniu albo, co jeszcze gorsze, chłodnymi analizami ekspertów. W końcu sam wiesz równie dobrze jak ci ostatni, od ilu miesięcy twoja drużyna nie wygrała wyjazdowego meczu w Premier League i ile razy w tym sezonie nie potrafiła obronić prowadzenia. Nadużywany niemiłosiernie w mediach obraz, w którym obecne Leicester – progresywne, młode, prowadzone przez ambitnego i spragnionego sukcesów trenera – ma przypominać Tottenham z pierwszych miesięcy pracy Mauricio Pochettino, przychodził ci do głowy zaraz po bolesnym rozczarowaniu w Pireusie; rozczarowaniu nawet nie wynikiem, a stylem gry i tym, do jakiego stopnia rywale potrafili dominować, o ile byli szybsi i bardziej zdecydowani w walce o piłkę. Rozczarowaniu odmianą, jaka nastąpiła w zespole w ciągu paru zaledwie dni od fantastycznego zwycięstwa nad Crystal Palace.

Dziś, cholera, nie było tak źle, jak w meczu z Olympiakosem i to, w gruncie rzeczy, tylko pogarsza sprawę. W kaskadzie negatywnych emocji i niepokojących statystyk, którymi – jak podejrzewam – bombardują obecnie media, ginie to, że choć owszem: Leicester miało niejedną okazję do strzelenia bramki, Tottenham dominował, strzelił bramkę i mógł strzelić kolejne, a w momencie, gdy do akcji wkroczył VAR po trafieniu Auriera wydawało się już, że jest 2:0 dla gości. Taktyka była dobrana dobrze, ustawieni w diament Winks, Sissoko, Ndombele i Lamela nie przegrywali walki o środek pola, a gospodarze nie zagrywali piłek za plecy bocznych obrońców aż tak znowu często. Tempo akcji, zagrań z pierwszej piłki, rajdów naprawdę dobrego w tym sezonie Lameli mogło imponować, podobnie jak szarże bocznych obrońców i determinacja, z jaką zwłaszcza Sissoko walczył w pressingu. Nawet wykopy Gazzanigi (Lloris został w Londynie, gdzie rodziło się właśnie jego trzecie dziecko) stanowiły jakieś urozmaicenie, a gol Kane’a, po świetnym otwierającym podaniu Lameli i zgraniu piętą Sona zdobyty w akrobatyczny sposób – wpadający w pole karne napastnik po kontakcie z jednym z obrońców rywali stracił równowagę i w zasadzie leżał już na ziemi – zasługiwałby na trwałe miejsce w klubowym folklorze, gdyby nie fakt, że wszystko to ostatecznie okazało się pójść na marne.

Zbyt dużo w ostatnich miesiącach Tottenham zawdzięczał VAR-owi, żeby się teraz uskarżać na decyzję o nieuznanym golu. Lepiej powiedzieć, że szkoda, iż piłkarze z Londynu nie posłuchali swojego kapitana, który po sędziowskiej decyzji mobilizował ich do dalszej walki i apelował o koncentrację. Jasne, że był to psychologiczny cios, porównywalny z golem do szatni zdobytym kilka tygodni wcześniej przez Arsenal, ale od finalisty Ligi Mistrzów wymaga się większej odporności psychicznej. To jest ta główna zmiana, jaka wiąże się z postrzeganiem Tottenhamu: po  tym, jak zaszli w ubiegłym roku tak daleko, nikt już nie traktuje tej drużyny jako zespołu „z aspiracjami”, który ma świetną przyszłość przed sobą. Wiele wskazuje raczej na to, że szczyt możliwości już osiągnęli, tyle razy zapewniając sobie awans do Champions League, a w końcu występując w finale tych rozgrywek. Od czerwcowej przegranej w Madrycie słyszeliśmy raczej o tym, że spora grupa piłkarzy Tottenhamu zastanawia się nad swoją przyszłością, że Eriksen nie przedłuża kontraktu, Alderweireld i Vertonghen mają podobnie jak Duńczyk tylko rok do końca umowy, Aurier, Rose, Wanyama i kilku jeszcze innych piłkarzy jest na sprzedaż.

Nic nowego w sumie: to sir Alex Ferguson powtarzał zawsze, że historia drużyny toczy się w cyklach, a zważywszy na to, iż u niego miały to być cykle trzyletnie, i tak można być wdzięcznym Mauricio Pochettino, że swój cykl przedłużył o dwa dodatkowe lata. O konieczności „bolesnej przebudowy” Argentyńczyk mówił wyraźnie kilka razy, z pewnością kontuzja Lo Celso i nie nazbyt szybka adaptacja Ndombele do tempa gry w Premier League tej przebudowy nie ułatwiają. Kiedy się patrzy na drużynę wychodzącą na kolejne mecze, składa się ona w większości z tych samych twarzy, co przed kilkoma laty. Przyzwyczajenie, rutyna jest jedną z najważniejszych przeszkód w rozwoju nie tylko drużyn piłkarskich – i niewykluczone, że dotyczy to nie tylko piłkarzy Tottenhamu, ale ich trenera, który nad swoją z kolei przyszłością zastanawiał się cały ubiegły rok.

Kiedy wszystko kliknie, wciąż potrafią zagrać fantastycznie, coś jak przed tygodniem z Crystal Palace. Trudno się dziwić: żaden z zawodników tej drużyny nie stracił nagle umiejętności. W meczu z Olympiakosem piękną bramkę strzelił Moura, w meczu z Palace fantastycznie uderzał Son, o golu Kane’a z Leicester już wspomniałem, podobnie jak o formie Lameli. Eriksen w Pireusie stracił piłkę aż 22 razy, ale to jego wejście odmieniło losy spotkania z Aston Villą. Z Olympiakosem Winks był najlepszy na boisku. Sissoko wciąż zostawia serce na boisku. Alli wraca po kontuzji – z pewnością odzyska formę. Problem nie dotyczy więc braku talentu, indywidualnych umiejętności, taktycznej kompetencji zawodników i trenera (choć wprowadzenie dziś Wanyamy musi budzić wątpliwości, nie tylko dlatego, że zawalił przy obu bramkach, ale i dlatego, że przy stanie 0:1 był to sygnał „bronimy wyniku”). Problem leży w czymś, co pozwala nad tym wszystkim zapanować: w głowie.

Kiedy go pytać o chwile utraty koncentracji, prowadzące do tego, że drużyna wypuszcza z rąk prowadzenie albo – jak w Pireusie – wychodzi na boisko i nie realizuje planu meczowego, Pochettino również mówi o psychice zawodników, a potem deklaruje, że muszą pracować jeszcze  więcej i ciężej. Martwi mnie to nie tylko dlatego, że od zawsze wymagał od nich, by ciężko pracowali i że na takie teksty uodparniają się z czasem nie tylko przedstawiciele pokolenia milenialsów. Rzecz w tym, że brzmi to niemal jak cytat z Orwellowskiego Boxera, jednego z bohaterów „Folwarku zwierzęcego”. Ów dzielny, uczciwy ze wszech miar zacny i kochany koń, niestety, nie skończył dobrze.

Jeden za wszystkich

Togetherness, to jest to słowo, którego użył – nie pierwszy raz zresztą – menedżer Norwich Daniel Farke, by jakoś zinterpretować sensacyjną wygraną swojej drużyny z Manchesterem City. Z ośmioma kontuzjowanymi zawodnikami poza składem, z dwoma bramkarzami na ławce rezerwowych, ze szczególnie osłabioną defensywą, co uniemożliwiało murowanie bramki (które skądinąd nie jest w jego stylu), przeciwko mistrzowi kraju, w lidze niepokonanemu od stycznia, jedyne, co mu pozostawało, to postawienie na odwagę w pressingu i dzielność w ofensywie, oraz odwołanie się właśnie do poczucia jedności. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – w sportach zespołowych to zawołanie okazuje się często skuteczniejsze od najbardziej nawet wyrafinowanych taktycznych konceptów.

Togetherness to jest też słowo często pojawiające się w słowniku Mauricio Pochettino. Jego drużyna nigdy nie opierała się na gwiazdach, nawet jeśli Pep Guardiola kiedyś mówił o „zespole Harry’ego Kane’a”, a ubiegłoroczny rajd przez Ligę Mistrzów, w którym o losach meczów tyle razy przesądzali rezerwowi, był najlepszą ilustracją tezy, że w Tottenhamie nie ma zawodników nieważnych. Rajd ten, zakończony przegranym finałem w Madrycie, kiedy na drużynę po raz pierwszy w historii spoglądały oczy całego futbolowego świata, musiał to poczucie jedności osłabić. Po pierwsze: zwyczajnie często tak bywa po porażkach w meczu o wielką stawkę. Po drugie: taki jest naturalny cykl drużyn, zwłaszcza tych nienajwiększych, w których po nagłym stanięciu w blasku reflektorów zawodnicy zaczynają się zastanawiać, co dalej i czy nie mają większych szans na powrót przed te reflektory w jakimś innym, a w dodatku jeszcze lepiej płacącym zespole. O konieczności „bolesnej przebudowy” trener Tottenhamu mówił od miesięcy, od tygodni natomiast narzekał, że niezamknięte wciąż okienko transferowe powoduje, że zbyt wielu jego podopiecznych jest rozproszonych spekulacjami na temat własnej przyszłości. Najważniejsze pytanie dotyczyło oczywiście Eriksena, ale także Alderweireld i Vertonghen mają zaledwie rok do końca kontraktu, na tournee do Azji nie pojechał Rose, o którym od dawna się mówiło, że marzy o powrocie na północ kraju, gdzie mieszkają jego najbliżsi, niemal pewne wydawało się także odejście Wanyamy i Auriera – zbyt dużo to i zbyt ważnych nazwisk, żeby nie martwić się o „togetherness” i żeby nie widzieć, że Tottenham w pierwszych meczach sezonu (mimo szczęśliwych remisów wyjazdowych z MC i Arsenalem) nie przypomina drużyny, która w trakcie ostatnich kilku lat była w stanie zabiegać każdego rywala.

A dokładnie taką drużynę zobaczyliśmy w sobotnie popołudnie na Tottenham Hotspur Stadium. Już w pierwszej minucie pierwszej połowy dwie sytuacje strzeleckie, podobnie zresztą w pierwszej minucie drugiej połowy, zakończonej celnym strzałem Winksa, mimo iż przy wyniku 4:0 mecz był już wówczas przesądzony. Pressing na połowie rywala, szybkie tempo wymienianych podań, zwłaszcza na prawe skrzydło, gdzie rozpędzał się o niebo lepszy w grze ofensywnej od Walkera-Petersa Aurier. Wbiegający w pole karne nie tylko Kane i Son, ale także Lamela, Eriksen, a nawet Sissoko. Rzucający dalekie piłki w stylu quarterbacka z futbolu amerykańskiego Alderweireld (dzięki takiemu podaniu padł pierwszy gol dla Tottenhamu). W końcu podający do przodu, a nawet próbujący strzałów Winks. Waleczność, którą wycenić można także liczbą fauli i żółtych kartek. Przygotowanie fizyczne, wyrażające się w tym, że nawet w dziewięćdziesiątej minucie Son dopadał do obrońcy Crystal Palace z prędkością sugerującą, że spotkanie raczej się zaczyna.

Pochettino wiedział więc, co mówi, zapowiadając wzniesienie toastu za zamknięcie okienka. Po powrocie większości piłkarzy ze zgrupowań reprezentacji zorganizował spotkanie całej drużyny. W trakcie trwającego niemal godzinę monologu uświadamiał zawodnikom, że przynajmniej do stycznia ich sytuacja indywidualna się nie zmieni i że najwyższy czas skupić się na tym, co czeka ich w tym klubie – osiągnięcie z nim sukcesu to zresztą najlepszy sposób na pomyślny rozwój także własnej kariery. Wygląda na to, że podziałało. Wróciło skupienie, mobilizacja. Wróciło togetherness.

Z drużynami nienajwiększymi – takimi, które wciąż pozostają narażone na wydrenowanie przez potentatów – już jakoś tak jest (wspominałem o tym w poprzednim wpisie), że sezon tak naprawdę zaczynają we wrześniu. Odpukać, Tottenham zaczął. Przyjemnie się to oglądało, może nie tak przyjemnie, jak mecz na Carrow Road (do powtarzających się w pierwszych kolejkach zachwytów nad Pukkim, dopisujemy Cantwella, Amadou i Buendię), ale jak się miało w tyle głowy wyniki ostatnich meczów wyjazdowych Crystal Palace z zespołami czołówki, naprawdę wystarczająco. Dawajcie tę Ligę Mistrzów.

Nieuznany remis

Nie, nie usłyszycie ode mnie zachwytów związanych z faktem, że oto Tottenham wywiózł punkt z jakże trudnego stadionu Manchesteru City. Że mimo iż dwukrotnie w tym meczu przegrywał, ani myślał się poddać. Że strzelił dwie ładne bramki. Że bronił się tyleż zażarcie, co szczęśliwie.

Lepszym słowem byłoby przecież „rozpaczliwie”. Na przedmeczowej konferencji Mauricio Pochettino znów mówił o swojej filozofii gry, wedle której w każdym kolejnym spotkaniu można się nie oglądać na rywala, tylko robić swoje. Być odważnym, grać pressingiem, ustawić obronę wysoko i walczyć o wygraną, niezależnie od tego, jak bardzo utytułowany byłby, albo ile kasy wydałby klub, z którym przyszło się zmagać. Widzieliście to przecież sami: tę miażdżącą przewagę i akcje jak z boiska treningowego mistrzów Anglii, zwłaszcza w ciągu pierwszych dwudziestu minut. Te trzydzieści strzałów, jakie oddali piłkarze Guardioli. Tę niezdolność do wymiany kilku podań na połowie przeciwnika, a i na własnej rachityczne próby rozegrania często kończone stratą. To zepchnięcie całej drużyny głęboko pod własną bramkę. Ten brak podań do Harry’ego Kane’a. Ten brak wpływu na grę zarówno Harry’ego Winksa, który zwykle w Tottenhamie dyktuje rytm i tempo podań (nawet jeżeli można się zastanawiać, czy nie są one zbyt ostrożne), jak Christiana Eriksena, który owszem: jak zwykle biegał między rywalami, ale w próbach konstruowania czegokolwiek dla własnych kolegów był praktycznie niezauważalny. Ten brak rajdów Sissoko i Ndombele. Tę niezdolność wszystkich właściwie pomocników Tottenhamu do ograniczenia rywalowi wolnej przestrzeni na boisku. Ten brak asekuracji dla bocznych obrońców, młodego Kyle’a Walkera-Petersa szczególnie, ale i po drugiej stronie w pierwszej fazie meczu de Bruyne i Walker mogli robić, co chcieli, bo Eriksen truchtał raczej niż dobiegał do Rose’a. To jedno, jedyne wyjście z kontrą, w drugiej połowie, kiedy atakowali czterema zawodnikami na trzech obrońców Manchesteru, ale Lamela podawał niecelnie. Tę podnoszącą kibicom serce do gardła grę nogami i to niepewne wyjście do jednego z dośrodkowań i tak najlepszego w Tottenhamie Llorisa. Ten zawstydzający brak strzałów na bramkę: w statystykach pomeczowych zapisano trzy, długo próbowałem sobie przypomnieć trzeciego, aż wreszcie się zorientowałem, że komputer zaliczył jako strzał jakąś próbę mocnego zagrania piłki do przodu przez Harry’ego Kane’a jeszcze z własnej połowy.

No jasne, tak: same bramki strzelone przez Tottenham były ładne. Decyzja o wystawieniu Lameli okazała się słuszna, bo przecież Argentyńczyk nie tylko zdobył ładnego gola, ale zaliczył asystę, zagrywając piłkę z rzutu rożnego do Lucasa Moury (po dośrodkowaniach z rogów Eriksena piłka rzadko przedostaje się za pierwszego kryjącego przeciwnika). Z drugiej strony – i od razu odnosząc się do kwestii, która zdominowała wszystkie pomeczowe narracje, czyli nieuznanego przez VAR gola Jesusa z 92. minuty: trudno nie zapytać, dlaczego oglądający mecz na ekranach zespół sędziowski nie zareagował, kiedy jeszcze w pierwszej połowie przy rzucie rożnym dla MC Lamela wręcz dusił we własnym polu karnym Rodriego? Przepisy mówią jasno: każde, nawet nieintencjonalne zagranie ręką w polu karnym podczas akcji bramkowej prowadzi do nieuznania gola, więc o to, co stało się w końcówce nie ma sporu (owszem: Laporte nie dotknął piłki ręką intencjonalnie i owszem: wedle tego przepisu gol Llorente z rozgrywanego na tym samym stadionie ćwierćfinału Ligi Mistrzów nie zostałby uznany; mówiliśmy już o tym tamtego wieczoru) – ale tak samo jasne są przecież zasady dotyczące fizycznego kontaktu z rywalem. Jeśli Lamela ich nie przekroczył, to ja jestem cesarz chiński.

Na pomeczowej konferencji Pochettino narzekał na panującą w drużynie niestabilność, a to w związku z niezamkniętym wciąż w Europie okienkiem transferowym: mówił, że cele na ten sezon i poważną rozmowę z piłkarzami będzie w stanie odbyć dopiero po drugim września, a teraz nadal nie wie jeszcze, z kim przyjdzie mu pracować przez najbliższe miesiące. Najbardziej niejasna jest oczywiście sytuacja Eriksena, który w trakcie wakacji powiedział duńskiej prasie, że chętnie porozglądałby się za nowym wyzwaniem i raczej nie przedłuży kontraktu z Tottenhamem (do końca obecnej umowy został rok; na stole leży oferta podwyżki z osiemdziesięciu do ponoć dwustu tysięcy tygodniowo). Wielkie kluby, o których myśli sam zawodnik – Barcelona, Juventus, Real – mają jednak inne priorytety, ewentualnie zamyślają (w Turynie staje się to powoli sposobem na budowanie drużyny) sprowadzić go dopiero po wygaśnięciu dotychczasowej umowy, bez konieczności męczących negocjacji o wygórowanych sumach, jakich z pewnością zażąda prezes Levy. Bolesna prawda jest jednak taka, że jeśli jakikolwiek kupiec z wielką kasą oglądał wczorajszy mecz myśląc o wzmocnieniu swojej drużyny kreatywnym rozgrywającym, to mógł wpisać do notesu jedyne tylko nazwisko: Kevina de Bruyne. Wypoczęty po wakacjach i zdrowy w końcu Belg będzie w tym sezonie rządził w Premier League.

Wiem: sytuacja w Tottenhamie w końcu się ustabilizuje, a i z Manchesterem City na Etihad już w tych rozgrywkach nie będą musieli się mierzyć. Jeśli jednak mielibyśmy szczerze mówić o tym, co wczoraj naprawdę imponowało po stronie gości, musielibyśmy się ograniczyć do zachowania kibiców: doping tych przyjezdnych słychać było na Etihad o wiele częściej, niż widać było ładne albo chociaż przemyślane akcje ich ulubieńców.

Noc nad Madrytem

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata.

Nagle urodzona miłość

nie zestarzała się dotąd, nie zwiędła,

i miasto jest mi dzisiaj jak stara legenda,

 w której się śniło, lecz nic nie ziściło

 Józef Łobodowski, Noc nad Madrytem


W telewizji zapewne widać lepiej: twarze zawodników i trenerów, malujące się na nich emocje, radość i rozpacz, powtórki najbardziej efektownych zagrań i tak zwanych kontrowersyjnych momentów. Kiedy oglądasz w telewizji, po paru zaledwie sekundach wiesz, że sędzia miał rację, już w pierwszej minucie finału Ligi Mistrzów dyktując karnego dla Liverpoolu za – owszem, przypadkowe, ale jednak – zagranie ręką francuskiego pomocnika Tottenhamu Moussy Sissoko. Czego w telewizji nie zobaczysz, to zwykłych fanów piłki, którzy na długo po zakończeniu transmisji opuszczają jeszcze stadion i idą długim szpalerem w stronę miasta, zmęczeni i upojeni tym, co właśnie przeżyli, równie mocno jak piłkarze, a pewnie jeszcze mocniej, bo kiedy wdajesz się z nimi w rozmowę, słyszysz, ile dni i godzin spędzili w podróży i ile mają jeszcze przed sobą. Kiedy rozmawiasz z przegranymi, możesz nawet odnieść wrażenie, że przeżywają klęskę bardziej niż ci, których wspierali, a którzy może myślą już teraz o zasłużonych wakacjach albo nawet, kto wie, o zmianie klubu na taki, w którym po sukces idzie się prostszą drogą. Wrażenie to nie zostaje z tobą jednak zbyt długo: po pierwsze, interesujesz się piłką na tyle długo, by wiedzieć, że nawet jeśli są świetnie opłacani i żyją w wieżach z kości słoniowej, to piłkarze naprawdę wychodzą na boisko, by dać z siebie wszystko i wierząc w to, co robią (widziałeś zresztą po meczu kapitana Liverpoolu, Jordana Hendersona, podchodzącego do sektora i kibiców, by płakać tam długo w objęciach mężczyzny w różowej koszuli, w którym domyśliłeś się ojca piłkarza, czytałeś też słowa dwudziestoletniego prawego obrońcy Trenta Alexandra-Arnolda, który jeszcze parę lat podglądał najlepszych graczy swojej  drużyny przez płot, a który pisał dziś na portalu społecznościowym, że jest normalnym chłopakiem z Liverpoolu, któremu właśnie spełniły się marzenia). Po drugie zaś, kiedy idziesz ulicą wśród przegranych, tak naprawdę prawie w ogóle nie rozmawiasz: niewiele jest dźwięków ciszy równie intensywnych, jak te, które unoszą się nad setkami fanów piłki nożnej, wychodzących z meczu, który skończył się porażką.

Smak wielkiego dramatu

Nie będziemy tu jednak mówili o przegranych, a w każdym razie nie od razu: kończąca się właśnie noc nad Madrytem była przecież nocą wielkiego triumfu: oto Liverpool FC, prowadzony przez charyzmatycznego niemieckiego trenera Jurgena Kloppa, po raz szóste już wygrywał najważniejsze rozgrywki pucharowe Europy, pieczętując tym samym fantastyczny sezon, w którym także w angielskiej Premier League do ostatniej kolejki  walczył jak równy z równym z drużyną Manchesteru City. Niewiele jest w historii futbolu klubów owianych taką legendą i rozgrywających mecze, które na stałe wpisały się do kronik tej dyscypliny.

Tegoroczny finał Champions League z pewnością do takich nie będzie się zaliczał – tak zwany widz neutralny przyzna zapewne bez oporów, że rozczarował (Liverpool po szybko strzelonej bramce nie grał z taką intensywnością, do jakiej przyzwyczaił miłośników piłki, ba: próbował wybijać rywali z uderzenia, pragmatycznie opóźniając każdy moment wznowienia gry przez bramkarza czy z autu) – ale po pierwsze, finały Ligi Mistrzów, gdzie sukces jest już na wyciągnięcie ręki, często przebiegają właśnie w ten sposób. Po drugie zaś: zanim Liverpool w ogóle znalazł się w finale, musiał przecież odrobić trzybramkową stratę z pierwszego meczu z Barceloną i dokonał tego, wygrywając w rewanżu 4:0. Emocjami, jakie wówczas zafundował tak zwanym widzom neutralnym, można by obdzielić paręnaście finałów wielkich piłkarskich imprez.

To z Liverpoolem wiąże się też opowieść o innym klasyku Ligi Mistrzów, rozgrywanym przed czternastoma laty finale w Stambule, gdzie przegrywający do przerwy 3:0 z Milanem klub prowadzony wówczas przez Hiszpana Rafę Beniteza odrobił straty w ciągu drugich 45 minut, doprowadził do dogrywki, a następnie zwyciężył po serii rzutów karnych, zresztą dzięki heroicznej postawie w bramce Polaka, Jerzego Dudka. Wśród europejskich nocy jest także i ta z 1977, kiedy po wygranej 3:1 z Borussią Moenchenglabach Liverpool po raz pierwszy triumfuje w Pucharze Europy, i ta zakończona w sposób jakże odmienny, podczas której w 1985 roku na brukselskim Heysel Anglicy przegrywają 1:0 z Juventusem, a przed rozpoczęciem meczu dochodzi do bójek między kibicami, zawalenia się jednej z trybun i śmierci 39 osób. Innym, choć z pewnością niezestawialnym z tamtym rodzajem dramatu, był ubiegłoroczny finał Ligi Mistrzów, w którym Liverpool przegrał z Realem Madryt dzięki cynicznemu faulowi Sergio Ramosa na Mohamedzie Salahu, wspaniałej przewrotce Garetha Bale’a i dwóm nieprawdopodobnym błędom bramkarza The Reds, Niemca Lorisa Kariusa.

Narada w pomieszczeniu na buty

Wspominam o klęskach nie bez przyczyny. I nie tylko dlatego, że w dziejach Liverpoolu (czy tylko jego?) było ich sporo: w 1989 roku Anglicy dali sobie na przykład wyrwać mistrzostwo Anglii przegrywając u siebie z Arsenalem i tracąc decydującego gola już w doliczonym czasie gry, w 2014 r. stracili szansę na tytuł po błędzie swojego wychowanka, kapitana i legendy, Stevena Gerrarda, który potknął się nieoczekiwanie i zgubił piłkę, dzięki czemu to Chelsea zdobyła zwycięskiego gola). Rzecz w tym, że nie ma chyba drugiej takiej drużyny, która potrafiłaby się z równą determinacją i wytrwałością po klęskach podnosić. Po ubiegłorocznej porażce na przykład, Kariusa w bramce zastąpił znakomity Brazylijczyk Alisson Becker, w drugiej połowie meczu z Tottenhamem broniący wszystko to, co bramkarz obronić powinien; już po meczu trener pokonanych, Mauricio Pochettino komplementował strategię władz Liverpoolu, konsekwentnie realizujących zaplanowany wspólnie z trenerem Kloppem strategiczny plan, mający zapewnić tej drużynie stałe miejsce w europejskiej elicie. W świecie chaotycznego szastania pieniędzmi i niecierpliwości kapryśnych właścicieli, kierujących się niemającą na ogół zastosowania w świecie piłki zasadą „płacę-wymagam” (weźcie dla przykładu arabskich szejków, którzy wpompowali setki milionów euro w Paris Saint-Germain, a których pracownicy w tym i poprzednich sezonach Champions League niczego wielkiego nie osiągnęli), klub z miasta Beatlesów jest przykładem zarządzania odpowiedzialnego.

Ach oczywiście: realizacja wspomnianego tu planu warunkowana jest finansami, w których przewaga we wczorajszym meczu była zdecydowanie po stronie liverpoolczyków: najlepszy na boisku nie tylko w tym finale, ale i w całym sezonie Premier League holenderski obrońca Virgil van Dijk kosztował 75 milionów funtów; kwotę będącą poza zasięgiem Tottenhamu, który zaciskając pasa na budowę nowego stadionu nie wydał na nowych piłkarzy ani funta. Choć z drugiej strony skupianie się na finansach byłoby niesprawiedliwością; Jurgen Klopp imponuje przede wszystkim sposobem, w jaki potrafi wytrenować zawodników, których odziedziczył – jak potrafi nie tylko pozwolić im uwierzyć w siebie po wcześniejszych niepowodzeniach, ale wynaleźć nową pozycję na boisku, a przede wszystkim: nauczyć walki i biegania do upadłego.

Lepszym przykładem wyciągania wniosków z klęski byłyby więc wydarzenia po pucharowej porażce z Crveną Zvezdą Belgrad, w 1973 r. To wówczas, w ciasnym klubowym pomieszczeniu na piłkarskie buty, na niewygodnych krzesełkach z plastiku, nad skrzynkami piwa i pod rozwieszonymi na ścianach wycinkami z prasy, wśród których były również, co tu kryć, rozkładówki „Playboya” (tego w dzisiejszych szatniach piłkarskich szczęśliwie się już nie uświadczy, a maczyzm powoli, ale nieubłaganie, zmierza w stronę przegranej pozycji), spotkało się sześciu mężczyzn, wśród nich zaś trenerzy Bill Shankly, Bob Paisley, Joe Fagan i mroczny Reuben Bennett, o którym opowiadano, że radził kontuzjowanym zawodnikom, by rozcierali bolące miejsca drucianą szczotką. Podczas szczerej wymiany zdań doszli wówczas do wniosku, że ich podopieczni nie radzą sobie na kontynencie (choć bez problemu zwycięża w Anglii), bo styl ich gry jest przestarzały, a potem dokonali taktycznej rewolucji, dzięki której prowadzony przez Paisleya Liverpool w latach 1977–1984 sięgnął po cztery europejskie puchary.

Czy futbol może być zbawiony

Zostawmy na razie na boku rozważanie, czy podobne spotkania w świecie dzisiejszej piłki są jeszcze możliwe – i czy na przykład argentyński szkoleniowiec Tottenhamu Mauricio Pochettino będzie chciał i umiał dokonywać swojej rewolucji bez potężnego zastrzyku finansowego. Przez ostatnich kilka miesięcy trener Tottenhamu nie krył frustracji, wywołanej faktem, że ocenia się go wedle takich samych kryteriów, jak szkoleniowców najbogatszych klubów świata, on zaś nie ma do dyspozycji dostępnych im narzędzi – z drugiej strony jednak sam przed tym meczem przedstawiał się jako rewolucjonista-romantyk, dając dziennikarzom za punkt odniesienia ryzykowny z perspektywy kogoś wychowanego w komunistycznym kraju przykład swojego rodaka, Ernesto „Che” Guevary.

Wspomnijmy raczej o tym, że legendę Liverpoolu współtworzą nie ekonomiczne „narzędzia” i rodzące się w głowach ideologów abstrakcyjne pomysły na zbawianie świata, ale ludzie. Największy z nich (a przynajmniej największy przed Jurgenem Kloppem…) był wspomniany już Bill Shankly, choć owszem: także on próbował ponad pół wieku temu zbudować wokół stadionu Anfield jakiś rodzaj utopijnej socjalistycznej wspólnoty jednoczącej robotników ze zwykłymi mieszkańcami miasta. Urodzony w maleńkim szkockim Glenbuck, w rodzinie górników, szkoleniowiec ten naprawdę wierzył, że dzięki futbolowi świat stanie się bardziej sprawiedliwy, a ludzie bardziej sobie równi (raz jeszcze przypominają mi się w tym miejscu, cytowane już wczoraj, zdania z wydanych dopiero co „Lekcji futbolu” Pawła Mościckiego, których autor upiera się, że piłka nożna buduje fałszywe poczucie spotkania tam, gdzie wcale do niego nie dochodzi, pozoruje wzajemny szacunek tam, gdzie wokół panuje wyzysk, a własną rolę zafałszowuje podwójnie, bo przedstawia się jako narzędzie pokoju i solidarności, choć rządzące nim reguły opierają się na maksymalizacji zysku i ilustrują najbardziej szokujące wymiary współczesnej gospodarki kapitalistycznej). Opowieści o tym, jak Shankly zapraszał do domu nieznajomych kibiców na filiżankę herbaty, odpisywał na ich listy, a najuboższym stawiał też bilety na mecze – to kolejny ważny rozdział legendy Liverpoolu.

Tyleż człowiek lewicy, co chrześcijanin, Shankly nie rozumował, rzecz jasna w kategoriach abstrakcyjnych ideologii: to z rodzinnej miejscowości wyniósł wiarę, że droga do sukcesu wiedzie tylko przez wspólny wysiłek, w którym bliźni sobie pomagają, by na końcu móc podzielić się zyskami. „Tak właśnie widzę futbol i tak widzę ludzki los” – mówił, wskazując jasno, że to nie zbieranie trofeów (w czym wyspecjalizował się jego wieloletni asystent, a później następca Paisley), a zdolność do zbudowania wokół klubu wspólnoty jest czymś, co sprawia, że futbol może być zbawiony.

Oto, dlaczego Jurgena Kloppa wielu fanów tej drużyny chętnie zestawia z Billem Shanklym. Nie chodzi o skracanie dystansu z kibicami, jowialne poczucie humoru i szeroki uśmiech („Let’s talk about six”, śpiewał wczoraj przed kamerami, czyniąc aluzję do szóstego Pucharu Europy, a zarazem przerabiając wylansowany przed prawie trzydziestu laty hit tria Salt’n’Pepa na temat rozmawiania o seksie; nad gustem muzycznym Niemca wypada przejść do porządku dziennego, jak nad słabością Argentyńczyka do „Che”. Nie chodzi o poglądy na świat, choćby deklarowaną jednoznacznie niechęć wobec Brexitu, o czym zresztą prasa brytyjska rozpisywała się szeroko poza kolumnami sportowymi. Nie chodzi o nieomylne wyczucie prostych gestów (kiedy po meczu ściskał dwójkę bocznych obrońców, Trenta Alexandra-Arnolda i Andrew Robertsona, nie tylko zdawał się wskazywać te sektory boiska, w których jego zespół od miesięcy wypada najbardziej imponująco, nawet jeśli większość mediów woli zachwycać się ofensywnym tercetem Salah-Firmino-Mane – pokazywał także, że nie na wielkich gwiazdach sukces Liverpoolu zbudowano). Nie chodzi wreszcie o firmowy styl gry, którego akurat w meczu finałowym raczej nie pokazali – zamiast tradycyjnych furiackich ataków i nieustannego biegania między rywalami podczas prób odebrania im piłki, więcej oglądaliśmy kunktatorskiego wyczekiwania na błąd przeciwnika, którego się zresztą doczekali, kiedy dążący do wyrównania Tottenham w końcówce meczu musiał się odsłonić. Chodzi o poczucie, że – jak zauważył szukający podobieństw między Szkotem i Niemcem jeden z historyków Liverpoolu Simon Hughes – futbol wedle Kloppa jest głównie światem wspólnych opowieści, wspólnych historii i wspólnych tożsamości.

Srebrna pieśń skowronka

Co prowadzi nas znów w miejsca, których w telewizji nie pokażą. Na przykład do jednej z tych tańszych knajpek niedaleko metra Chueca, gdzie grupa fanów Liverpoolu niemających już szans na kupienie biletu (znajomi kibice Tottenhamu, którzy podobnie jak ja przyjechali z Polski, opowiadali, że pod stadionem chodziły za trzy tysiące euro), zajmowała się, oprócz emablowania kelnerki i próbami przekonania jej, żeby przyniosła tu na wieczór choć maleńki telewizorek, formułowaniem łagodnych docinków pod adresem ubranego w koszulkę Tottenhamu sąsiada, do czasu gdy powiedział im, że kibicuje tej drużynie od ponad trzydziestu lat. „No to się sporo nacierpiałeś, chłopie”, skomentował któryś z uznaniem, a potem już życzyli sobie nawzajem miłego wieczoru.

Albo do wagonu metra jadącego w kierunku Canillejes, skąd na stadion jest już tylko pół godziny spaceru, gdzie wpadłem na grupkę hałaśliwych – nie ukrywajmy – fanów Tottenhamu, z którymi, gdy już razem pośpiewaliśmy, zaczęliśmy opowiadać sobie o dzieciach, a kiedy wymienialiśmy strzelców bramek, padających jako pierwsze po ich urodzeniu (w moim przypadku byli to Bułgar Berbatow, a potem Anglicy Bent i Kane, z czego zorientowany fan futbolu zorientuje się, że między dwójką starszych, a najmłodszym, jest dość spora różnica wieku), mogliśmy zgadywać także, z którego są rocznika. Chłopak spod Londynu, który siedział najbliżej (pierwszy strzelec bramki: Lucas Moura), jak już mi opowiedział, że od piętnastu lat jest posiadaczem karnetu na mecze i że na stadion Tottenhamu ma kwadrans pociągiem, pokazał mi nawet zdjęcie córeczki, śpiącej w beciku i z różowym smoczkiem opatrzonym, a jakże, klubowym logo – dziś kończy osiem tygodni, to pierwszy raz, kiedy wyjechał z domu od czasu, gdy się urodziła. Chwila nie była odpowiednia, by zastanawiać się, czy jego klub – występujący w finale Champions League dopiero pierwszy raz – może powtórzyć tę przygodę przed osiągnięciem przez dziewczynkę dojrzałości.

Tak, to jest historia uniwersalna, choć właśnie na przykładzie Liverpoolu najlepiej można pokazać, że legendy jakiegoś klubu nie tworzą słynne mecze i wielkie gwiazdy (pal już licho, czy piłkarskie, czy trenerskie), tylko ludzie, którzy wiążą z nim swoje serce na dobre i złe. Ludzie, których poczucie wspólnoty trwa przez pokolenia (widziałem w drodze na stadion podpierającego się laską, sędziwego fana, prowadzonego pod rękę przez mężczyznę w sile wieku, najpewniej syna; widziałem dziewczynkę z rodzicami, widziałem kobietę w zaawansowanej dość ciąży, przytuloną do starszej siostry) i które pozwala przetrwać nawet doświadczenia tak straszliwe, jak tragedia na stadionie Hillsborough, gdzie w 1989 r., na skutek potwornych zaniedbań brytyjskiej policji, doszło do wybuchu paniki i tumultu, w którym zginęło 96 osób. Żaden triumf w finale Ligi Mistrzów nie zmieni faktu, źe to tamta katastrofa jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach Liverpoolu – a następujące po niej dekady walki o dobrą pamięć ofiar – walki z załganymi politykami i manipulowanymi przez nich mediami, zakończone przeprosinami premiera i sądowymi wyrokami zaledwie parę lat temu – zajmują miejsce w tej opowieści przed jakąkolwiek kroniką boiskowych czy ekonomicznych sukcesów. Lekcja futbolu widzianego przez pryzmat Hillsborough nie jest, nie może być zafałszowana.

Wszystko to, o czym próbuję tu opowiadać, zawiera się skądinąd w pieśni rozbrzmiewającej nad madryckim stadionem przed i po meczu: ukochanego jeszcze przez Billa Shankly’ego sentymentalnego kawałka ze starego musicalu „Carousel” Ricarda Rodgersa i Oscara Hammersteina, a mającego w nim służyć pocieszeniu strapionej wdowy. Mniejsza o cukierkową interpretację zespołu Gerry and the Peacemakers (ach, te gusta piłkarskich trenerów…), tysiące gardeł i tak ją zawsze zagłuszają. Ważniejsze są słowa o tym, że idąc przez burzę, trzeba mieć wysoko uniesioną głowę, bo na końcu jest złote niebo i srebrna pieśń skowronka; że trzeba iść przez wiatr i deszcz, nawet gdy marzenia się rozwieją, i że nie można tracić nadziei, bo nigdy nie idzie się samemu.

Jest taka siła

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata. Jest taka siła, która pozwala podnosić się po porażce i zaczynać po raz kolejny (fani Tottenhamu zrobili to od razu po końcowym gwizdku, z dumą śpiewając załamanym i płaczącym piłkarzom z Londynu „Oh, When the Spurs Go Marching in”). Jest taka siła, która pozwala wierzyć, że cuda są możliwe (o ile, jak trzeźwo zauważa Mauricio Pochettino, wcześniej włożysz w nie wystarczająco wiele pracy…). Jest taka siła, która pozwala nie narzekać, że w pierwszej połowie twoich ulubieńców ewidentnie zjadała trema (liczba niedokładnych podań, zresztą w wykonaniu obu drużyn, była bodaj rekordowa w dziejach finałów Champions League), a w drugiej poderwali się do walki zbyt późno. Siła, która pozwala odpędzić mogące być źródłem frustracji poczucie, że rywale byli ewidentnie w zasięgu, a w zamian po prostu dziękować za wspaniałe przeżycia, które stały się twoim udziałem w ciągu tych kilkudziesięciu godzin w Madrycie – należało do nich również opisywane tu wczoraj nieoczekiwane spotkanie na Paseo de Recoletas trenera Tottenhamu przy porannej kawie – albo wcześniej, podczas ćwierfinału w Manchesterze i półfinału w Amsterdamie, kiedy drużyna ani myślała kapitulować, walcząc o sukces do ostatnich sekund, podobnie zresztą jak dzisiaj, tyle że wówczas szczęśliwie. 

Oczywiście, Pochettino mówił niejeden raz, że finału Ligi Mistrzów się nie rozgrywa, tylko wygrywa – a tego jego pikarze wczoraj zrobić nie potrafili, nawet jeśli Argentyńczyk szykował ich do meczu wraz z motywacyjnym guru Xesco Esparem, proponując nawet dla dodania odwagi chodzenie po rozżarzonych węglach. Cytowanie korzystniejszych dla Tottenhamu statystyk posiadania piłki, celnych strzałów itd., mija się z celem – podobnie jak spekulowanie, którzy z zawodników odejdą teraz z klubu i czy również trener będzie nadal chciał tu pracować, skoro z pewnością nie dostanie tych „narzędzi”, pozwalających rywalizować z najlepszymi finansowo. Lepiej przypomnieć ideę, do której jeszcze przed meczem trener londyńczyków zdołał przekonać działaczy UEFA: żeby na pamiątkowym zdjęciu, wykonywanym tradycyjnie przed rozpoczęciem spotkania, nie było tylko zawodników wyjściowej jedenastki, ale cała drużyna, z rezerwowymi włącznie, którzy przecież także przyczynili się do tego, że ta wspaniała podróż trwała tak długo.

Przy wszystkich wyrzekaniach na ukryte w tej grze patologie (dawałem im zresztą wyraz w poprzedniej korespondencji), wspomnienie o tym finale Ligi Mistrzów będzie wspomnieniem doświadczanego i na stadionie – choćby wtedy, gdy zawodnicy Liverpoolu utworzyli szpaler, by oklaskiwać idących po odbiór srebrnych medali piłkarzy Tottenhamu – i na ulicach miasta, pomiędzy zwykłymi kibicami, ducha fair play. Futbol, proszę państwa, nie jest okrutny, nawet jeśli w jednym z pomeczowych komentarzy jeden z najbardziej zasłużonych trenerów w historii tej dyscypliny, Francuz Arsene Wenger upierał się, że owszem, jest. Futbol jest piękny, a siła, o której tu piszę, to miłość.

Liga Mistrzów: powrót niewinności

Gdybym znów mógł mieć czterdzieści lat mniej i gdybym mógł jeszcze raz zakochać się w piłce nożnej, chciałbym, by stało się to właśnie w tym roku w Madrycie.

Mam oczywiście czterdzieści lat więcej i widzę, jakie to wszystko nieoczywiste. Zdaję sobie sprawę z tego, na ile zjawisk muszę przymknąć oko, by skontaktować się z tamtym pierwszym dziecięcym zachwytem. Że muszę przejść do porządku dziennego nad dominacją pieniądza, powodującą, że w pięciu największych ligach Europy po mistrzostwo kraju sięgają zazwyczaj drużyny najbogatsze, że tak zwaną wierność klubowym barwom u piłkarzy determinuje zwykle wysokość kontraktów, że popularność piłki starają się wykorzystywać szemrani nieraz politycy czy przedsiębiorcy. Że od kilku lat Liga Mistrzów jest sponsorowana przez kremlowski de facto Gazprom, że finał Ligi Europy odbył się w śpiącym na ropie Azerbejżdżanie, gdzie większość fanów drużyn, które w nim wystąpiły, Chelsea i Arsenalu, dotrzeć nie była w stanie – tak mało było lotów, a podróż tak daleka. Że poprzedni mundial zorganizowano w Rosji, a kolejny będzie w Katarze. Że arabscy właściciele Manchesteru City czy Paris Saint-Germain czynią z futbolu narzędzie soft power, bimbając sobie przy okazji z zasad finansowego fair play. Że kiedy w madryckim metrze włączam się w rozmowy ze zjeżdżającymi na finał Ligi Mistrzów fanami z Londynu i Liverpoolu, najważniejszym tematem ich wyrzekań („naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowacie” – pamiętacie nieśmiertelną frazę Nicka Hornby’ego…) jest oburzenie skandalicznie wysokimi cenami biletów oraz tym, że kluby nie kwapią się, by choć w części je refundować (Liverpool i Tottenham na awansie do finału zarobiły po siedemdziesiąt milionów euro, zwycięzca dostanie jeszcze trzy-cztery miliony dodatkowej premii), a zarazem tym, że mniej niż połowa biletów na sześćdziesięcioośmiotysięczny stadion została rozprowadzona wśród fanów obu drużyn, a lwia część przypadła tak zwanej rodzinie UEFA („UEFA jest jeszcze okropniejsza niż Boris Johnson”, mignął mi gdzieś transparent fanów jadących na ten mecz spod Liverpoolu). Że kolejne pomysły na reformę Champions League i utworzenie elitarnej superligi zmierzają do tego, by dominację najbogatszych jeszcze umocnić – by nie dochodziło do „niemiłych” niespodzianek w stylu kryzysu formy, a związku z tym przegranej i przedwczesnego z punktu widzenia speców od marketingu odpadnięcia z rozgrywek tuzów o kalibrze Realu Madryt. Że jedna z ikon dzisiejszego futbolu, Cristiano Ronaldo, mierzy się z zarzutem gwałtu, dokonanego przed kilkoma laty w USA i że mimo mocnych publikacji tygodnika „Der Spiegel” na ten temat wciąż nie przestaje się cieszyć statusem jednego z herosów tego świata. Że ikona kolejna, Leo Messi, ma na koncie wyrok za oszustwa podatkowe. Że rasizm, przemoc, seksizm, korupcja, hazard – i więcej jeszcze można by wymieniać plam na futbolowym słońcu, gdyby nie zarzut najcięższy, który odnalazłem w wydanej dopiero co książce Pawła Mościckiego, „Lekcje futbolu”.

„Dziś, podobnie jak wczoraj, piłka buduje fałszywe poczucie spotkania tam, gdzie wcale do niego nie dochodzi, pozoruje wzajemny szacunek dokładnie wtedy, gdy wokół panuje wyzysk, a własną rolę zafałszowuje podwójnie, bo przedstawia samą siebie jako narzędzie pokoju i solidarności, choć rządzące nią reguły opierają się na bezwzględnej maksymalizacji zysku i dobrze ilustrują najbardziej szokujące wymiary współczesnej gospodarki kapitalistycznej” – pisze autor „Lekcji futbolu”, a każdy zajmujący się piłką trochę bardziej niż sporadycznie, wie, jak bardzo potrafią to być zdania prawdziwe. Fałszywe łzy nad sprawami błahymi przy równoczesnej obojętności na rozgrywające się w świecie dramaty, złudne poczucie, że stadion daje jakąś możliwość katharsis albo że możliwe jest na nim doświadczenie braterstwa czy sprawiedliwości – doprawdy upierać się po takiej lekturze, że w piłce można się zakochać, wydaje się świadectwem opisywanej skądinąd i przez Mościckiego niedojrzałości.

A przecież tu jestem. I chciałbym przekonać czytelnika, że można o piłce myśleć, mówić i pisać inaczej. Że nie o niedojrzałość tu chodzi, a o powrót niewinności.

Wszystko, co najlepsze

Zacznijmy od tego, że w sezonie 2018/19 do finału Ligi Mistrzów nie awansowały drużyny najbogatsze, ba: niejeden powiedziałby, że nie awansowały drużyny najlepsze. Zanim jeszcze Tottenham wyszedł z grupy, Barcelona dała mu solidną lekcję futbolu; w Premier League londyńczycy zajęli wprawdzie wysokie czwarte miejsce, ale po drodze przegrali aż trzynaście spotkań, z czego wiele z ligowymi średniakami. Zanim do finału dostał się Liverpool, on także musiał uznać w pierwszym meczu półfinałowym wyższość drużyny z Katalonii, w której zwłaszcza Leo Messi pokazywał, że w dziejach futbolu nie było zawodnika wybitniejszego.

To nie jest bynajmniej dygresja. Ten sezon Messiego bowiem, przyjemność patrzenia nie tylko na bramki – zdobywane także dzięki wykonywanym z nieprawdopodobną precyzją rzutom wolnym – ale również na tnące linie obrony przeciwnika pod zdumiewającymi kątami podania, z jednej strony minimalizm, z drugiej absolutna konieczność każdego ruchu argentyńskiego lidera Barcelony („Najlepszą lekcją futbolu, jaką dostaliśmy w ostatnim czasie było patrzenie nie na to, jak Messi porusza się z piłką, ale na to, co robi bez niej” – mówił po porażce z Katalończykami trener Tottenhamu, skądinąd rodak Messiego Mauricio Pochettino), to jeden z argumentów za tym, że w piłce nożnej można zakochać się właśnie tu i teraz. Dzieliłem się kiedyś na swoim blogu zdumieniem – zdumieniem człowieka pracującego w gazecie o siedemdziesięciopięcioletniej historii i wychowywanego w kulcie przeszłości, a w związku z tym długo tkwiącego w przekonaniu, że wszystko, co najlepsze, dokonało się zanim przyszedł na świat – po nagłym odkryciu, że to wcale nie musi być prawda. Że jakkolwiek piękne wydawały się historie opowiadane nam przez rodziców i dziadków, i jakkolwiek piękne są nasze własne wspomnienia z dzieciństwa, np. o „zwycięskim remisie na Wembley” („najlepszy mecz w historii polskiej piłki” – cóż za szkodliwa bzdura, nawet jeśli tamtemu spotkaniu zawdzięczamy fenomenalny reportaż Wiktora Osiatyńskiego…), to świat poszedł do przodu, bynajmniej na tym postępie nie tracąc. To nie Pele zatem, ani Puskas, Maradona czy nawet Cruyff (choć tutaj drży mi ręka), są najlepszymi piłkarzami w historii futbolu – najlepszego oglądamy na własne oczy w Barcelonie, dla której strzelił w tym sezonie Champions League aż dwanaście goli.

Duch drużyny

Niesamowitość tej historii i tego sezonu polega przy okazji na tym, że Leo Messiego nie obejrzymy w finale Ligi Mistrzów, tak samo zresztą jak nie obejrzeliśmy go w finale mundialu – do tego wątku zdążymy jednak dojść za chwilę. W tym miejscu zauważmy tylko, że na nieustanny rozwój piłki wpływają też czynniki obiektywne, związane na przykład z postępami medycyny sportowej i wiedzy o ludzkim organizmie, powodującymi, że zawodnicy są w stanie biegać coraz szybciej i atakować rywali z coraz większą siłą. Zarazem przecież o obliczu współczesnego futbolu nie decydują piłkarze, których największym atutem jest siła – i tu znowu wystarczy sięgnąć po przykład Messiego.

O obliczu współczesnego futbolu, przynajmniej w tej edycji Champions League, nie rozstrzygają także pieniądze. Wiem, ryzykowna teza, ale najlepiej bronili jej nieustraszeni młodzieńcy z najuboższego w tym gronie Ajaksu Amsterdam, w drodze do półfinału odprawiający z kwitkiem Real i Juventus, a i Tottenham – wprawdzie już dziesiąty na liście najbogatszych – ma budżet przy pieniądzach pokonanego w ćwierćfinale Manchesteru City nieporównywalnie mniejszy. Gdyby chcieć opisywać obu finalistów Champions League od strony ekonomicznej, to – po uznaniu finansowej hegemonii Liverpoolu, który mógł sobie pozwolić na kupienie środkowego obrońcy za 75 milionów funtów i bramkarza za 40 milonów – trzeba by powiedzieć, że oba są zarządzane wzorowo, a stabilności pozycji trenerów, profesjonalizmu wspierających ich sztabów (o tym, jak ekipa Jurgena Kloppa planuje wszystko w najdrobniejszych detalach, najlepiej świadczy informacja o osiemnastu różnych schematach rozegrania… wyrzutu piłki z autu) wszyscy pozostali mogliby się uczyć.

Co może ważniejsze: o obliczu współczesnego futbolu nie rozstrzygają także zimne kalkulacje. Piłka reaktywna, przeszkadzanie rywalowi i czekanie na jego błąd znalazły się w odwrocie, a będący symbolem takiej postawy słynny Jose Mourinho przed kilkoma miesiącami znów wylądował na bezrobociu. Grę Liverpoolu, przeprowadzającego swe ataki w tempie zaiste furiackim, a jeszcze gwałtowniej uganiającego się za rywalami po stracie piłki, określa się czasem mianem heavy metalu. Tottenham nie jest aż tak radykalny, ale Mauricio Pochettino nie na darmo jest wychowankiem arcykapłana pressingu Marcelo Bielsy – i także w północnym Londynie mnóstwo bramek pada po odebraniu piłki na połowie rywala. Jeśli chcesz osiągnąć sukces w futbolu AD 2019 musisz być odważny, musisz nie bać się ryzyka – i atakować.

Co zaś w ogóle najważniejsze: o tym, że w finale Champions League zagrają właśnie Tottenham i Liverpool rozstrzygnęło to, jakiego ducha drużyny zbudowali obaj trenerzy. Pochettino, z braku środków nie mogąc sobie pozwolić na sprowadzanie nowych piłkarzy, kluczowymi zawodnikami tegorocznej kampanii uczynił tych, których odejścia przed rokiem niejeden ekspert był pewien, zwłaszcza Moussę Sissoko. Fernando Llorente, którego gol strzelony Manchesterowi City pomógł awansować do półfinału i którego pojawienie się w drugiej połowie meczu z Ajaksem zrobiło przestrzeń dla zdobywcy trzech bramek Lucasa Moury, był od pierwszych dni w klubie jedynie zmiennikiem Harry’ego Kane’a, także Moura grywał w kratkę – ale kiedy już się pojawili na boisku, odegrali rolę decydującą (podobnie jak rezerwowy początkowo podczas starcia z Barceloną pomocnik Liverpoolu Winjaldum). Pochettino i Kloppa łączy także to, że obaj potrafią zrobić z powierzonych im zawodników lepszych piłkarzy – w obu drużynach nie brakuje nazwisk, które nawet średnio obeznany z futbolem kibic przypominać sobie będzie z wysiłkiem, ale które zebrane do kupy czynią jakość nie do zakwestionowania. 

Niemożliwe nie istnieje

No i w końcu: futbol dzisiejszych czasów pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Że nawet jeśli przegrałeś w pierwszym meczu 3:0, to jeśli mocno wierzysz w siebie i w przyjaciół swoich, możesz w rewanżu strzelić cztery bramki. Że potrafisz zdobyć trzy gole, choć masz na to tylko czterdzieści pięć minut. Że owszem: musisz ciężko pracować (obaj trenerzy finalistów mówią o tym bez przerwy), ale musisz także cieszyć się tym, czego doświadczasz – i dopuszczać także możliwość, że wydarzy się cud. Nawet Paweł Mościcki przyznaje, że „piłka nożna umie dziś mówić wielkie prawdy”, choć zastrzega, że „ujawnia je przede wszystkim wbrew samej sobie, a także wbrew duchowi czasu”.

Tylko czy o takich rzeczach pamięta się jeszcze, kiedy trzeba grać finał Ligi Mistrzów, na oczach nie tylko sześćdziesięcioośmiotysięcznej widowni na stadionie, ale także miliarda zapewne widzów w telewizji czy w internecie? Na ostatniej przedmeczowej konferencji Maurucio Pochettino mówił, że w stresie u piłkarzy włącza się często mechanizm „jazdy na autopilocie” i zachowywania się w taki sposób, by dać sobie poczucie jak największego psychicznego komfortu (czyli np. nieryzykowania jakichś niebanalnych zagrań albo strzałów z dystansu, uchylania się od odpowiedzialności, podawania do najbliższego itd.), tymczasem kluczem do zwycięstwa może być tylko granie z wewnętrzną wolnością, którą trener Tottenhamu zestawił z wolnością uganiającego się za piłką siedmio-, ośmio- czy dziewięciolatka.

Jak się wmyśleć w to zdanie, stawką wieczornego finału będzie więc odzyskanie przez futbol utraconej niewinności. A obrazki z piątkowego wieczora na ulicach Madrytu pozwalają wierzyć, że nie jest to niemożliwe: w okolicy stacji metra Chueca sam widziałem grupy kibiców Liverpoolu i Tottenhamu, które niestrudzenie odpowiadały sobie pieśnią na pieśń, ze śmiechem i bez agresji, a widziałem też takich, którzy wspólnie siedzieli przy kawiarnianym stoliku, likwidując plemienne podziały w duchu propozycji przedstawionej przez Pochettino władzom UEFA, by przed rozpoczęciem meczu nie robić pamiątkowych zdjęć tylko wyjściowym jedenastkom, ale całym drużynom łącznie z rezerwowymi, a najlepiej jeszcze przemieszanych tak, by na wspólnej fotografii nie było widać podziału klubowego. Strach, że w metrze możesz zostać zaatakowany za niewłaściwą koszulkę, tutaj nie znajduje zastosowania.

Historia pewnej fotografii

Dobrze, że właśnie temat kibicowania w wielu przedfinałowych relacjach wychodzi na pierwszy plan. Że owszem: czytamy wywiady z piłkarzami czy trenerami obu drużyn, ale największe wrażenie robią historie takie, jak Maksa Rushdena, dziennikarza angielskich stacji radiowych i telewizyjnych, który – po zakończeniu w Madrycie piątkowego dyżuru – rezygnuje z oglądania samego meczu z wysokości trybun stadionu Wanda Metropolitano i wraca do Cambridge, by usiąść na kanapie z ojcem, który nauczył go wszystkiego o kibicowaniu Tottenhamowi, a swoją wejściówkę oddaje jednemu ze zwykłych kibiców.

No dobra, dużo gadam, a przecież mam swoją własną opowieść o niewinności – i o cudzie. Przyleciałem do Madrytu z przesiadką w Barcelonie: wylądowałem na Barajas w piątek koło ósmej rano. Odstałem w kolejce po kilkudniowy bilet na metro, pojechałem linią numer osiem do końca, dość chaotycznie sprawdzając po drodze, w okolicy której stacji jest tak zwana fanzona kibiców Tottenhamu. Przesiadłem się na kolejne metro, zapominając przy okazji, dokąd mam właściwie dojechać, a gdy wreszcie się ogarnąłem i sprawdziłem, gdzie ta zona, przesiadłem się po raz kolejny, tym razem jednak wysiadłem jedną stację za wcześnie (wszystko, co tu opisuję, jest dla mnie – w kwestii programowania podróży i orientowania się w terenie ogarniętego aż do przesady – skrajnie niestandardowe). Wysiadłem więc, kupiłem sobie trochę czereśni, obejrzałem witrynę sklepu z nieprawdopodobnie kolorowymi pończochami, aż w końcu postanowiłem przysiąść w najbliższej knajpce na cafe con leche. W lokalu było jeszcze pustawo, więc wyjąłem komputer i zapisałem kilka pierwszych zdań tego tekstu, a kiedy wydało mi się, że zaczynam nadużywać gościnności, ruszyłem w dalszą drogę, kolejny raz gubiąc właściwy kierunek.

Naprawdę, opisuję zachowania dla mnie skrajnie niestandardowe, ale teraz już wiem, że wszystkie moje pomyłki zmierzały do tego, żebym mógł znaleźć się we właściwym miejscu o właściwej porze. „We właściwym miejscu” oznacza w tym przypadku Passeo de Recoletos, ciągnący się między Plaza de Colon z pomnikiem Kolumba – to tam miała się mieścić fanzona kibiców Tottenhamu, ale dopiero od sobotniego poranka, w tej kwestii też się pomyliłem – a Plaza de Cibeles, gdzie stoi fontanna Kybele. Mniej więcej pośrodku pasażu, w kawiarnianym ogródku między dwoma dość ruchliwymi arteriami, kątem oka dostrzegłem grupkę mężczyzn w t-shirtach Tottenhamu. Przez chwilę mi się wydawało, że jednym z nich jest asystent trenera tej drużyny, Jesus Perez, a drugim – szkoleniowiec bramkarzy Tony Jimenez.

Siedzieli tam wszyscy. Cały sztab szkoleniowy, z Mauricio Pochettino na czele. Siedzieli, pili poranną kawę, gadali, a ja nie namyślając się wiele podszedłem, przeprosiłem, przedstawiłem się krótko i poprosiłem o możliwość zrobienia wspólnego zdjęcia.

Nie będę udawał, że usiłowałem zrobić z nim wywiad, że zadałem któreś z fundamentalnych pytań z listy, którą na taką okoliczność każdy dziennikarz ma przecież przygotowaną. Myślałem o swoich dzieciach, które przecież kibicują mu z całego serca: że będę miał im co opowiadać, i ani się obejrzałem, jak sam znów stałem się takim dzieckiem. Wydukałem, że przyjechałem z Polski, że kibicuję Tottenhamowi od ponad trzydziestu lat, że w naszej rodzinie on sam stał się w ciągu ostatnich lat bardzo ważną postacią i że z całego serca życzę mu powodzenia w finale.

I wiecie, co się stało? Zdjęcie nie wyszło, a kiedy po chwili stwierdziłem ten żenujący fakt, raz jeszcze zebrałem się na odwagę, podszedłem do ich stolika po raz drugi i powiedziałem, że w emocjach nie nacisnąłem migawki i że akurat w radzeniu sobie z emocjami, i w dzieleniu się nimi Mauricio Pochettino jest najlepszym nauczycielem, jakiego kiedykolwiek miałem. A potem już siedziałem sobie na ławeczce z miękkimi nogami i miną wioskowego głupka (w języku Beatlesów należałoby powiedzieć „Fool on the hill”), patrząc jak oni dopijają kawę, a potem rozchodzą się w różne strony – sztab w stronę Plaza de Cibeles, on zaś, kompletnie bez ochrony, w Calle del Almte, gdzie po chwili robi sobie selfie z kolejnym szczęśliwcem. Teraz siedzę już zresztą na trawniku w parku Retiro i obczytuję się w historii Cafe Gijon – znanej już w XIX kawiarni, w której siadywali przed laty Camillo Jose Cela czy Truman Capote, a w której ja przypadkiem wpadłem na Mauricio Pochettino.

Przypadkiem? A czy przypadkiem czytałem przedwczoraj jeszcze raz reportaże sportowe Wiktora Osiatyńskiego, myśląc o tym, jakim był szczęściarzem, mogąc na Wimbledonie podchodzić do tamtych słynnych tenisistów? No więc ja też jestem szczęściarzem. Nie myślę wcale, jak wypadłem, ani co kto o mnie pomyśli, ba: nie myślę o meczu, który mam za paręnaście godzin obejrzeć, nie denerwuję się ani trochę, a że poza tym nie bardzo potrafię nazwać zdobyte właśnie doświadczenie – może więc powtórzę tylko to zdanie, które zapisałem jako pierwsze:, że gdybym mógł być młodszy o czterdzieści lat i mógł znów zakochać się w piłce nożnej, chciałbym, żeby stało się to w tym właśnie roku w Madrycie.