Archiwa tagu: Pochettino

Arsenal-Tottenham, zamiana ról

„Ten mecz ewidentnie się nam nie ułożył”, mógłby powiedzieć Mauricio Pochettino, gdyby był trenerem polskiej ekstraklasy. I szczerze mówiąc wolałbym wysłuchać kilku komunałów w tym stylu, niż przyglądać się zasłonie dymnej, jaką próbował wznosić wokół stylu derbowej porażki, mówiąc niemal wyłącznie o decyzjach sędziego Mike’a Deana. Że faulu Sancheza nie było, że bramka padła ze spalonego, przekonywał Argentyńczyk dziennikarzy, dodając jeszcze coś o tym, że tak naprawdę w statystykach strzałów czy posiadania piłki mecz był wyrównany. Zasłona dymna, powiadam wam, albo mydlenie oczu, bo ani mecz nie był wyrównany, ani decyzje sędziego nie były główną przyczyną porażki. Już prędzej bym się zastanawiał, czy nie próbować tłumaczyć przegranej faktem, że Harry Kane i Dele Alli dopiero we czwartek wznowili treningi po kontuzjach, a w meczu z Arsenalem zwłaszcza ten drugi był cieniem siebie. Tylko że przyznając, iż obaj nie nadawali się do gry, Pochettino przyznawałby się równocześnie do kolejnego błędu: ryzykowania zdrowiem zawodników. Czytaj dalej

Tottenham, czyli pochwała sportu zespołowego

Tak, wiem, znacie to na pamięć, wasze kluby od lat grają w Lidze Mistrzów, a czasem nawet w niej zwyciężają, słowem: mieliście takich wieczorów setki, a przeróbki Haendlowskiego hymnu słuchaliście nie tylko przy rozkręconych na full kaloryferach późnej jesieni, ale także przy otwartych oknach i lubym szmerze majowego deszczyku. Dla Tottenhamu to wszakże dopiero trzeci sezon w Champions League i jeśli dobrze liczę (dokładając rundę eliminacyjną za kadencji Harry’ego Redknappa) dwudzieste spotkanie. W sumie trudno się dziwić, że nie zdążyłem się przyzwyczaić.

Ale nie tylko ja się nie przyzwyczaiłem, oni też. Grali, jakby to był najważniejszy mecz w życiu. Walczyli o każdą piłkę w tempie zaiste szalonym. Próbowali, przyspieszali, ryzykowali. Że można złapać kontuzję, jak to się przytrafiło Alderweireldowi? Że się nie uda zagranie z pierwszej piłki? Że ktoś przetnie podanie? No trudno, następnym razem może się uda, a jeśli wyniknie z tego jakaś bieda, to można liczyć na kolegów: że zaasekurują i nic groźnego się nie stanie.

Jest tutaj do napisania pochwała sportu zespołowego. Nie mógł się Pep Guardiola pomylić bardziej, określając Tottenham mianem „tej drużyny Harry’ego Kane’a”. Owszem, Cristiano Ronaldo przesądzał w pojedynkę losy niejednego meczu, owszem, wciągał swoją reprezentację za uszy do finału Mistrzostw Europy, ale nawet on w kluczowym momencie schodził z kontuzją i musiał liczyć na to, że koledzy dadzą radę. Dziś Portugalczyk również był osamotniony, a raczej właśnie: miał przeciwko sobie drużynę. Czytaj dalej

Jose Mourinho mówi „sza”

To oczywiście nie jest zespół Harry’ego Kane’a, a w każdym razie zespół ten nie przegrał dlatego, że w sobotnie południe na Old Trafford Harry’ego Kane’a nie było na boisku. Czy gdyby najlepszy napastnik Totttenhamu mógł zagrać, w osiemdziesiątej pierwszej minucie meczu utrzymywałby się bezbramkowy remis, to oczywiście inna kwestia, ale umówmy się: przy golu Martiala najlepszy napastnik Tottenhamu poradziłby niewiele. To również nie Kane, tylko wciąż Dele Alli, startowałby do świetnego podania Eriksena parę minut wcześniej, i zapewne nadal Sissoko, nie Kane, próbowałby wykorzystać gapiostwo de Gei w pierwszej połowie. Oczywiście: gdyby Kane grał, możliwości ofensywnych manewrów byłyby większe niż z Sonem: w przypadku Koreańczyka dośrodkowania na głowę nie wchodziły raczej w grę i w ogóle często było tak, że kiedy Tottenham był przy piłce, w polu karnym gospodarzy nie miał ani jednego piłkarza. Wejście Llorente, choć wciąż niezgranego z kolegami (czasem pozbywał się piłki zbyt szybko, zgrywając ją tam, gdzie nie było jeszcze partnera, czasem znowuż utrzymywał ją na tyle długo, że ruch partnera został już zauważony i zneutralizowany przez rywala), możliwości te zwiększyło – w tej fazie meczu można było odnieść wrażenie, że Tottenham gra o zwycięstwo.

Ale to nie przez brak Kane’a Tottenham przegrał, tylko przez (chwilowy, miejmy nadzieję, choć kilka dni wcześniej w pucharowym meczu z WHU było tego więcej) brak koncentracji. Taktyka Manchesteru United, w dużej mierze wymuszona kontuzjami, których w drużynie Jose Mourinho faktycznie jest sporo, była pragmatyczna i prosta, jak sposób widzenia świata portugalskiego trenera. Długa piłka na głowę Lukaku, zgranie Belga do któregoś z kolegów, wychodzącego za plecy obrońców – strzał, ewentualnie równie długa piłka wzdłuż linii bocznej, gdzie pojawiał się Rashford, wsparty błyskawicznie przez cofniętego skrzydłowego, Valencię na przykład. W obu przypadkach Tottenham radził sobie nieźle z zagrożeniem, podobnie zresztą, jak nieźle z zagrożeniem gości radził sobie Manchester United: i jedni, i drudzy, z powodzeniem grali pressingiem i kontrpressingiem, akcje były częściej przerywane niż rozgrywane, piłka latała na wszystkie strony, jak deszcz padający nad Old Trafford, a szans na strzelenie bramki było jak na lekarstwo. Czytaj dalej

Liverpool, czyli sztuka niebronienia

Gdyby Jurgen Klopp pracował w polskiej ekstraklasie (a jak tak dalej pójdzie, kto wie, czy kiedyś do niej nie trafi…), powiedziałby pewnie, że „mecz ewidentnie nam się nie ułożył”. Stracić gola w czwartej minucie, po pierwszym strzale na bramkę, nigdy nie jest przyjemnie, a przegrywać 2:0 w minucie dwunastej, po strzale numer dwa, musi być jeszcze gorzej. Co gorsza, sposób, w jaki Liverpool dał sobie wbijać gole, był doprawdy zawstydzający nie tylko dla zdjętego z boiska już w trzydziestej minucie Lovrena. Skoordynowana obrona przy rzucie z autu (wszyscy szydzą z Chorwata, ale to przecież Gomez zagapił się przy zastawianiu pułapki ofsajdowej), wyprzedzenie obrońcy przez napastnika na połowie boiska po dalekim wyrzucie, brak koncentracji także u bramkarza – dodajmy jeszcze krycie przy stałych fragmentach gry, które pozwoliło Tottenhamowi zdobyć trzecią i czwartą bramkę, dodajmy te wszystkie momenty gapiostwa, podczas których gospodarze przy stanie 2:0 powinni zdobyć trzeciego gola… Jak na dwa lata pracy na Anfield i jak na budżet, jakim dysponował podczas transferów, naprawdę trudno dziś Kloppa bronić. Zwłaszcza, że dał się ograć drużynie występującej bez dwóch podstawowych lewych obrońców/cofniętych skrzydłowych, bez dwóch podstawowych defensywnych pomocników, i jeszcze bez podstawowego pomocnika biegającego między dwoma polami karnymi (mam na myśli Dembele). Po pierwszej analizie składów wydawało się, że zwłaszcza w środku pola zadanie Liverpoolu będzie łatwe, a Coutinho odnajdzie hektary wolnego pola między liniami. Nic z tych rzeczy. Czytaj dalej

Remis w Madrycie, czyli jak hartowała się drużyna

Spokojnie, to tylko jeden mecz, i to w fazie grupowej, o niczym jeszcze nie przesądzający. Real rozegrał podobnych spotkań dziesiątki, wiedząc, że awans i pierwsze miejsce w tabeli zdoła zapewnić sobie i tak. W kwietniu-maju, kiedy gra faktycznie potoczy się o dużą stawkę, nie będą pamiętać, który to w ogóle był. Zidane, owszem, powie parę miłych zdań na pomeczowej konferencji, Modrić wyśle esemesa do Danny’ego Rose’a, ale myślami będą już przy tym, co czeka ich w weekend.

Dla Tottenhamu jednak to nie był mecz jeden z wielu. Z polskiej perspektywy skojarzenie z występem reprezentacji w pamiętnym meczu z Anglią na Wembley, którego rocznica przypadała właśnie dziś, narzucało się samo. „Przez Wembley do Monachium”, jak pisał Wiktor Osiatyński, o którego wznowionych właśnie reportażach mówić będziemy jutro w Faktycznym Domu Kultury; przez Santiago Bernabeu na europejskie salony, chciałoby się powiedzieć.

Dodajmy, że to Mauricio Pochettino od tygodni świadomie wprowadzał tę perspektywę, traktując mecz z Realem jak sprawdzian, ile jeszcze dzieli jego drużynę od elity, jak chrzest bojowy, jak wstęp do regularnego już grania o najwyższe cele. Co ważne, deklarował przy tym, że nie jedzie do Madrytu bronić się i czekać ewentualnie na okazję do kontry (strategia ta przyniosła sukces w meczu z Borussią), tylko grać na połowie rywala, próbując wysokiego pressingu i walcząc o zwycięstwo, słowem: pokazując odwagę. Czytaj dalej

Harry Kane, wino i stek

No więc ja też kocham Harry’ego Kane’a. Nie wiem wprawdzie, czy czyniąc swoje wyznanie miłosne na pomeczowej konferencji Mauricio Pochettino po raz kolejny poniósł klęskę w heroicznym boju z angielszczyzną, czy naprawdę chciał oświadczyć się swojemu napastnikowi, ale niechże będzie: dzielę z nim to uczucie, podobnie jak dzielą je angielscy kibice i dzielą je, jeśli wierzyć trenerowi, także koledzy z drużyny.

Powodów jest mnóstwo. Najprostszym są gole, zdobywane (zwłaszcza gdy skończył się już sierpień) w sposób nader nieskomplikowany, bez niepotrzebnych popisów, przewrotek czy piętek, ale zdobywane przecież zarówno zza pola karnego, jak z najbliższej odległości, obiema nogami i głową. Z tego rozlicza się napastnika i tutaj Kane już czwarty sezon imponuje regularnością, z jaką pnie się w górę tabeli najlepszych strzelców w historii Tottenhamu (w tej chwili jest czternasty, ze stu pięcioma golami, a w tym tempie powinien przegonić trzynastego Glenna Hoddle’a do końca 2017 roku, przed końcem sezonu zaś wedrze się pewnie do pierwszej dziesiątki, przeskakując także Robbiego Keane’a i Teddy’ego Sheringhama). Czytaj dalej

Szczęśliwe Wembley

Jeśli to był egzamin sprawdzający postępy, których dokonał Tottenham w ciągu ostatniego roku, to został zdany celująco – i to niezależnie od faktu, że sędziowie się mylili, a Borussia Bosza na razie okazuje się słabsza od Borussii Tuchela, zwłaszcza w defensywie. Rok temu przecież, kiedy ta grupa żółtodziobów wychodziła na pierwszy mecz z Monaco, była – niezależnie od tego, jak silni okazali się ówcześni rywale na kolejnych etapach walki w Lidze Mistrzów – sparaliżowana strachem, odpowiedzialnością i stadionem. Dzisiaj zaś, po pierwsze, nikt nie był sparaliżowany; Son, który w meczu z Monaco spudłował będąc sam na sam, dziś strzelił bramkę w o wiele trudniejszej sytuacji. Po drugie, stadion nie przeszkadzał, a może nawet ułatwiał w pierwszej połowie grę obronną. Po trzecie, o jakich żółtodziobach mówimy? Wszyscy oni zaznali już smaku gry do taktów haendlowskiego hymnu, a dodatkowo drużynę zasilili jeszcze Aurier, Llorente i Sanchez, który w ubiegłym roku zdążył zagrać w finale Ligi Europy.

Szczęścia oczywiście było w tym zwycięstwie co niemiara, głównie z powodu błędu liniowego, który nie uznał prawidłowo strzelonego gola Aubameyanga na 2:2. Ale, jak to w przypadku Tottenhamu Pochettino bywa coraz częściej, szczęściu można było pomóc, choćby grą obronną, w której imponował zwłaszcza fenomenalny Alderweireld, blokujący strzały i wygrywający pojedynki jeden na jednego (podwyżka, prezesie, zawodnik tej klasy po prostu nie może zarabiać mniej niż marnujący setkę w ostatnich sekundach Sissoko!), ale w której każdy z kolegów również potrafił się znaleźć: i Aurier, sprytnie upadający na boisko, by przepuścić piłkę, a równocześnie zgubić goniącego go zawodnika Borussii, i skoncentrowany Davies (żaden z piłkarzy Tottenhamu nie zrobił w ostatnim czasie większych postępów; powiedzmy to: Danny Rose będzie się musiał sporo natrudzić, by myśleć o sprowadzeniu Walijczyka do roli rezerwowego), i Vertonghen (pamiętacie fantastyczne wybicie spod nóg szarżującego Aubameyanga po jednej z doskonałych centr Pulisicia?; czerwona kartka dla Belga była jednak zbyt pochopna), i nawet Sanchez, choć w pierwszej połowie zdarzyło mu się stracić piłkę w niepotrzebnym dryblingu na własnej połowie.

Szczęściu można było pomóc także oddalając grę od bramki Llorisa od pierwszych minut drugiej części gry i zmieniając nieco ustawienie poszczególnych piłkarzy (nareszcie zaczęliśmy oglądać Eriksena), a po trzecim golu dla Tottenhamu w zasadzie kontrolując już wydarzenia na boisku – choć nie zmniejszając nawet o stopień intensywności, z jaką piłkarze Pochettino walczyli o piłkę. Zmieniany na kwadrans przed końcem Son dosłownie słaniał się schodząc z boiska, ale i on, i Kane mieli godnych zmienników; to też ważny aspekt porównania z ubiegłym rokiem. Czytaj dalej

Nieostatnie takie derby

Arsene Wenger ma oczywiście rację. A przynajmniej ma ją, kiedy mówi, że nie sposób zestawiać jednego słabszego roku, kiedy to ostatecznie okazuje się, że jego drużyna zakończy sezon w tabeli za Tottenhamem, z dwudziestoma laty, kiedy rywale z północnego Londynu nie byli w stanie jej przeskoczyć. Problem w tym, że ów słabszy rok nie zdarzył się w połowie tamtych dwudziestu, tylko przyszedł po nich i wiele wskazuje na to, że powrotu do złotej ery już nie będzie, a derby kończone porażką wydarzać się będą znacznie częściej.

Wczorajszy mecz na White Hart Lane mówi o tym wyraźniej niż fatalna passa Arsenalu sprzed kilku tygodni, zwieńczona naprawdę kompromitującą porażką z Crystal Palace. Niby bowiem można by powiedzieć, że przeciwko drużynie Mauricio Pochettino piłkarze Wengera nie grali aż tak źle, jak przeciwko zespołowi Sama Allardyce’a (skądinąd po meczu na Selhurst Park zdarzyły się im trzy zwycięstwa; jedno po świetnym meczu w półfinale Pucharu Anglii nad Manchesterem City); że przez długie minuty Tottenham miał problemy, zwłaszcza kiedy próbował rozpoczynać swoje akcje rozegraniem przez bramkarza i obrońców – naciskani przez Kanonierów, gubili się wówczas, tracili piłkę (szansa Ramseya w pierwszej połowie przydarzyła się po takiej stracie) bądź zmuszani byli do dalekich wykopów. Z drugiej strony: wszystko zawaliło się, jak tylko Tottenham strzelił pierwszego gola. Kolejny kwadrans, z błyskawicznym drugim golem i kaskadą następnych okazji, udaremnionych przez świetnie broniącego Petra Cecha (dziewięć interwencji: żaden bramkarz Arsenalu nie miał tyle w meczu Premier League od 2003 roku) i decyzją sędziego o niepodyktowaniu drugiego karnego, tym razem za rękę Sancheza, był najdobitniejszą moim zdaniem ilustracją, że w Arsenalu naprawdę czas na zmiany.

Czytaj dalej

Pochettino, Guardiola i bestie

1. Był 22 stycznia 2012 roku, 91. minuta meczu Tottenhamu z Manchesterem City, również rozgrywanego na Etihad. Gdyby Jermainowi Defoe nie zabrakło centymetra, by dojść do dośrodkowania i wepchnąć piłkę do bramki, goście wyszliby na prowadzenie, nie tylko odwracając losy meczu, ale także wpływając na losy całego sezonu (gdy rozgrywano to spotkanie, Tottenham wydawał się jeszcze poważnym kandydatem do mistrzostwa Anglii – mistrzostwa, które ostatecznie i w niezapomnianych okolicznościach wpadło w ręce… Manchesteru City). Inna sprawa, że wcześniej ten mecz wydawał się przegrany: do 60. minuty MC prowadził 2:0, ale Tottenham, prowadzony wówczas przez Harry’ego Redknappa, odrobił straty i teraz powinien sięgnąć po wygraną…

Ale nie, nie sięgnął. Było nawet gorzej: w 93. minucie Ledley King spóźnił się ten jeden jedyny raz  ze wślizgiem i sfaulował Mario Balotellego w polu karnym. Włoch wykorzystał karnego i skończyło się 3:2 dla gospodarzy.

Rzecz w tym, że Balotellego od kilkunastu minut nie powinno już być na boisku: podczas walki o piłkę, w jakże częstej dla siebie chwili szaleństwa nadepnął na głowę (!) leżącego na murawie Scotta Parkera. Sędziujący spotkanie Howard Webb nie zauważył incydentu. Czteromeczowa dyskwalifikacja, nałożona na Włocha przez Football Association po kilku dniach, nie była dla Tottenhamu żadnym pocieszeniem: punkty zostały w Manchesterze.

Przypomniało mi się to zdarzenie wczoraj, kiedy – jak chyba wszyscy starający się zachowywać obiektywizm widzowie – zapłonąłem oburzeniem po tym, jak Kyle Walker popchnął w polu karnym Raheema Sterlinga, a ten, w oczywisty sposób wytrącony z rytmu, kopnął piłkę tak, że trafiła w ręce Hugo Llorisa. Zapłonąłem oburzeniem, bo Manchesterowi stała się krzywda: gdyby Sterling zwyczajnie się przewrócił, sędzia Marriner podyktowałby karnego, a oprócz tego zapewne wyrzuciłby Walkera z boiska. Po wykorzystaniu jedenastki drużyna Guardioli nie dałaby już sobie wydrzeć prowadzenia – wygrałaby ten mecz w pełni zasłużenie, nawet jeśli zdobywane przez nią wcześniej gole były efektami prezentów ze strony bramkarza Tottenhamu.

Czytaj dalej

Drużyna Tottenhamu w listopadzie

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która – w szczęśliwych zresztą okolicznościach – zdobywa wyrównującą bramkę podczas wtorkowego meczu Ligi Mistrzów z Monaco, po czym… traci kolejnego gola od razu po wznowieniu gry od środka. Pamiętna analiza Gary’ego Neville’a (pokazującego, jak kiedyś po rozpoczęciu drugiej połowy meczu z Newcastle pogrążeni w rozmowach piłkarze Tottenhamu poprawiali jeszcze ochraniacze i getry, gdy na ich bramkę sunął mający zakończyć się golem atak) zyskała właśnie nowy kontekst. Równie przykry.

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która w meczu z liderem tabeli, będącym w dodatku w nadzwyczajnej formie (sześć zwycięstw z rzędu, i to bez utraty bramki) dominuje przez czterdzieści kilka minut, by nagle odpuścić krycie jednego zawodnika, dać sobie strzelić gola do szatni i roztrwonić tym samym cały włożony wcześniej wysiłek.

Może to listopad, może to krakowski, mocniejszy zdecydowanie od londyńskiego, smog, ale czarno widzę. Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, po tym, jak rywale się rozpędzili i jeszcze rozpędzają, Tottenham ma problemy, jakich pod tym trenerem jeszcze nie miał. Czytaj dalej