Archiwa tagu: Pochettino

Egzamin dojrzałości

Był taki moment w czasie wczorajszego otwartego treningu Tottenhamu, kiedy Mauricio Pochettino przekazał prowadzenie zajęć swoim asystentom, zszedł z murawy i usiadł samotnie na ławce, dobrych kilkadziesiąt metrów od tego, co się działo. „Myślałem, zastanawiałem się, patrzyłem, jak to działa beze mnie – tłumaczył później dziennikarzom. – Wszystko było już przygotowane, mieliśmy wcześniej spotkanie i wytłumaczyłem, czego możemy się spodziewać po Borussii. Pokazaliśmy drużynie, co jeszcze może poprawić, a potem podałem skład, w którym jutro zagramy. Wszystko zostało już zrobione, poza paroma drobiazgami, które mieliśmy przećwiczyć już bez obecności mediów.”.

Wróciła do mnie ta scena w trakcie drugiej połowy meczu z Borussią, jeszcze przy stanie 1:0, ale w chwili, gdy Tottenham wydawał się już kontrolować grę. Wszystko naprawdę zostało przygotowane, wszyscy wiedzieli, co mają robić i, po dokonanych w przerwie korektach, zwyczajnie to robili. Dawno nie widziałem równie dojrzale grającego Tottenhamu jak w ciągu tych czterdziestu pięciu minut, które zaczęły się golem strzelonym dokładnie tak, jak strzela się Borussii – po dośrodkowaniu, a zakończyło się ciosami, które wedle wszelkich oznak na niebie i ziemi powinny okazać się rozstrzygające o losach dwumeczu. O ile jeszcze w pierwszej połowie sporo było błędów, niepotrzebnych strat – także przed własnym polem karnym, gdzie np. debiutujący w Champions League Juan Foyth zaplątał się w niepotrzebny drybling – i niedokładności, w ciągu drugich czterdziestu pięciu minut Hugo Lloris (dzięki którego bajecznej interwencji po rzucie rożnym w 44. minucie wciąż utrzymywał się wynik remisowy; wypada oddać Borussii, że była w tej fazie meczu lepsza) w zasadzie nie miał nic do roboty.

Zaprawdę powiadam Wam: śpieszcie się kibicować Tottenhamowi. Od półtora roku bez własnego stadionu, z odraczaną z miesiąca na miesiąc perspektywą przeprowadzki na nowy obiekt, od roku bez wzmocnień, od miesiąca bez kluczowego duetu Harry Kane – Dele Alli, z szeregiem pomniejszych kontuzji, dzięki czemu bohaterem meczu został dzisiaj grający jako wahadłowy Jan Vertonghen (normalnie na tej pozycji zagraliby Rose lub Davies; Belg szybki nie jest, ale dośrodkować potrafi), z mnóstwem spekulacji na temat przyszłości trenerskiej Mauricio Pochettino (Real? Manchester United?), z zawieszonym rozmowami kontraktowymi Christiana Eriksena, z nieporównanie gorszą sytuacją finansową w porównaniu z angielskimi potentatami, a do tego jeszcze z historią, która ewidentnie była przeciwko nim, bo w pucharach historia niepowodzeń tej drużyny i tego szkoleniowca dopiero co wydłużyła się dzięki porażkom w FA Cup i Carabao Cup, a i w Lidze Mistrzów przed rokiem zespół zdołał odpaść kontrolując już przebieg wydarzeń w rywalizacji z Juventusem („To jest Tottenham, wiedzieliśmy, że spękają” – coś takiego mówił potem Giorgio Chiellini). Rozgrywający najtrudniejszy sezon z tych, w których prowadzi go Pochettino: praktycznie bez okresu przygotowawczego, bo aż dziewięciu zawodników pierwszego składu grało do końca na mundialu, z licznymi kontuzjami, z meczami wygrywanymi raczej mozolnie niż przekonująco, nagle odstawił coś takiego jak to drugie czterdzieści pięć minut z Borussią. Zaiste, rację miał argentyński trener, mówiąc przed meczem, że już nie będzie narzekał na niekorzystny kalendarz i fakt, że rywale odpoczywali dwadzieścia cztery godziny dłużej: że popatrzył w oczy podopiecznych i widział w nich energię i chęć gry. Że jest szansa na kolejny magiczny europejski wieczór, po ubiegłorocznych starciach z Realem czy – inną przecież zupełnie pod Peterem Boszem – Borussią, albo tamtych gier z zespołami z Mediolanu, jeszcze w epoce Harry’ego Redknappa.

Nie wiem, dla kogo zarezerwować najefektowniejsze przymiotniki. Dla rutyniarza Llorente, który w końcówce zrobił swoje, dobijając rywali, a który przez tyle miesięcy grzał ławę, po kontuzji zaś Kane’a odzyskiwał czucie piłki bardzo powoli? Dla Koreańczyka Sona, który po powrocie z wakacyjnego turnieju był tak naprawdę cieniem siebie i dopiero pod koniec października, kiedy klub zwolnił go z kolejnego wyjazdu do Azji, przepracował solidnie dwa tygodnie i od tej pory strzela gola za golem, stając się jednym z kandydatów do tyłu piłkarza roku w Premier League? Dla Llorisa, który dopiero co otworzył się przed dziennikarzami w sprawie pomundialowego wypalenia, co tłumaczyło w części późniejszy wybryk alkoholowy, a który i dziś, i w niedzielę z Leicester, w kluczowych momentach meczu ratował drużynę? Dla Sissoko, przez tyle miesięcy obiektu kibicowskiej szydery, a obecnie uwielbienia? Dla młodzieńców: zarówno przez klub wychowanych, Winksa czy siedzącego na ławce Skipp, jak tych przysposobionych, jak stoperzy Sanchez i znakomicie czujący się z piłką Foyth (ta akcja z pierwszej połowy, zakończona szansą Eriksena, ech…)? Dla rutyniarzy, jak bezbłędny Alderweireld czy rozgrywający mecz życia Vertonghen? Dla obieżyświatów, którzy zdołali się w tę drużynę wkomponować, jak Moura czy Aurier? Dla Mauricio Pochettino, który nie tylko stworzył z nich taki piękny byt zbiorowy, który uczynił z nich lepszych piłkarzy, ale także – dziś pokazał to po raz kolejny – potrafił do nich przemówić, kiedy nie idzie? Nie był to pierwszy raz w tym sezonie, kiedy korekty dokonane w przerwie (a także – jak wyjawił Pochettino – szybkie analizy akcji na wideo, dokonane w szatni) okazały się kluczem do sukcesu: Tottenham nie tylko lepiej wytrzymał mecz kondycyjnie, ale skuteczniej grał pressingiem, wyżej się bronił i lepiej operował piłką.

Pięknie rozwinęła się ta drużyna. Zaprawdę, śpieszcie się ją kochać, bo właśnie zdała maturę i jest to zupełnie legalne (bo – niepotrzebne skreślić – może jeszcze wywrócić się w rewanżu). Łapcie chwilę, bo po wakacjach zgłoszą się bogatsi wujkowie i będzie trzeba się rozstać. Przynajmniej będziecie potem opowiadać, że kibicowaliście Tottenhamowi w czasach Pochettino.

Kane i kwestia szacunku, czyli dlaczego będę płakał po Pochettino

W 20118 roku Harry Kane rozegrał 62 spotkania. W roku 2019 zaczął występy już 1 stycznia, od meczu z Cardiff, 8 stycznia powinien pojawić się na boisku w półfinałowym spotkaniu Pucharu Ligi z Chelsea, a w niedzielę, 13 stycznia, w arcyważnym ligowym starciu z wygrywającym mecz za meczem dzięki zmianie trenera Manchesterem United. Doprawdy, wydawało się, że nie ma żadnego powodu nie tylko do tego, żeby Kane grał w piątkowy wieczór w Pucharze Anglii przeciwko Tranmere Rovers, ale w ogóle, żeby ruszał się z domu w kilkusetkilometrową podróż na północ. W okresie świątecznym terminarz spotkań ułożył się tak, że Tottenham grał najczęściej ze wszystkich zespołów czołówki Premier League, a ze względu na kontuzje rotacja w składzie była mniejsza niż można się było spodziewać. Sportowcy też są ludźmi, potrzebują odpoczynku, a kiedy dać im odpocząć, jeśli nie w spotkaniu z drużyną występującą na co dzień trzy ligi niżej? Czytaj dalej

Mourinho w czasie przeszłym

Łatwo byłoby sprowadzić wszystko do charakteru. Pokazać, że metoda szukania winnych wszędzie poza sobą, stawiania na aurę własnej nieomylności, budowania wokół drużyny oblężonej twierdzy, powoływania się na zasługi z przeszłości itd, zwyczajnie już nie działa. Powiedzieć, że dla piłkarzy obecnego pokolenia nie możesz być dyktatorem, że szatnią nie możesz rządzić wzniecając atmosferę wszechobecnego spisku, że publiczne krytykowanie podwładnych nie jest żadną formą motywacji. Że za dużo presji, za dużo krytyki, za dużo fochów i generalnie złych emocji, by to mogło działać. Że rzucanie bidonami o ziemię jest dowodem raczej niepanowania nad sobą niż tak zwanej sportowej złości i że piłkarz, po którego nieudanym strzale pozwoliłeś sobie na taki gest nie będzie już chciał się dla ciebie poświęcać. Podobnie jak ten, którego skrytykowałeś za niewykorzystanie karnego. Charakterystyczne, że Mauricio Pochettino, bodaj najczęściej wymieniany wśród tych, których zarząd Manchesteru United chciałby zatrudnić do sprzątania pobojowiska, po niedawnych błędach Juana Foytha i Kyle’a Walkera-Petersa, prowadzących do utraty bramek w ważnych meczach, bronił swoich podopiecznych jak lew. Że trener Tottenhamu nie obwiniał zarządu o niedotrzymane ponoć obietnice transferowe – pracuje z tymi zawodnikami, których dano mu do dyspozycji, zwyczajnie czyniąc z nich lepszych piłkarzy, zamiast domagać się nieustannie, by jeden nieudany zakup zastąpić kolejnym.

W tym momencie jednak ważniejsza wydaje mi się inna intuicja. W świecie dzisiejszego futbolu w odwrocie są trenerzy, którzy stawiają na reaktywność. Szkoleniowcy, dla których istotą taktyki jest dostosowywanie się do przeciwnika, próba włożenia mu kija w szprychy, czyhanie na błąd. W wydaniu Manchesteru United Jose Mourinho widzieliśmy to wiele razy, przykładem najbardziej może uderzającym – zważywszy, że chodziło o mecz z odwiecznym rywalem – było niedzielne spotkanie z Liverpoolem. To podopieczni Jurgena Kloppa grali na Anfield w piłkę, to oni dyktowali warunki, to oni (tak jest) ryzykowali i nie bali się popełniać błędów w przekonaniu, że i tak zdołają je naprawić. To ich zdawało się nieść myślenie, do którego w klubie z Old Trafford przyzwyczaił nas sir Alex Ferguson i którego wyrazem było tyle razy niosące się z trybun „Attack! Attack! Attack!”. W dzisiejszym futbolu, przynajmniej tym na szczytach klubowej piłki, to Klopp i Guardiola wyznaczają trendy, a Jose Mourinho stał się cieniem przeszłości.

Historia oczywiście lubi się powtarzać. Portugalczyk wylatuje z pracy w trzecim sezonie. Podobnie jak w Chelsea, dzieje się to po skróconym okresie przygotowawczym i wśród dyskusji o niedotrzymanych przez zarząd obietnicach transferowych (choć trzeba przecież pamiętać, że w Manchesterze wydał na piłkarzy 400 milionów funtów, z czego 60 na stoperów – Bailly’ego i Lindelofa; kupiony za ponad 50 milionów Fred w meczu z Liverpoolem nie zmieścił się nawet na ławce). Podobnie jak w Madrycie i Londynie, zostawia podzieloną szatnię i gwiazdy, które poczuły się przez trenera wyalienowane (nie tylko tego najdroższego, Pogbę, bo sposób, w jaki trener traktował Luke’a Shawa, ocierał się wręcz o mobbing). Zaiste, zostawia spaloną ziemię i gdyby kolejny raz znalazł pracę w czołowym europejskim klubie, byłby to dowód postępującego odrywania włodarzy tego świata od rzeczywistości. Powiedziałbym nawet, że szukając następcy,  Jose Mourinho zarząd Manchesteru United nie jego kompetencje i doświadczenie przy taktycznej tablicy powinien brać pod uwagę w pierwszym rzędzie, tylko to, jakim jest człowiekiem. Michael Carrick nie byłby tu najgorszym rozwiązaniem, co mówię w pełni świadomy, że najlepszym jest Mauricio Pochettino.

Lubię, kiedy Tottenham

Oto przyczynek do portretu psychologicznego kibica tej drużyny: jego ulubieńcy rozgrywają właśnie najlepszy mecz w sezonie, a on przez pierwsze cztery akapity marudzi, jak mają ciężko.

Wciąż jeszcze jest tak, że po meczu takim, jak wczorajszy pojedynek derbowy z Chelsea żałuję, że nie włączyłem nagrywarki, a potem zaczynam rozglądać się po sieci, czy ktoś może nie nagrał i nie udostępnia. Niby ostatnie pięć lat obfitowało w wiele równie przyjemnych doświadczeń, a i wcześniej zdarzało się, że Tottenham w pięknym stylu zwyciężał w derbach albo szerzej: w spotkaniach z drużynami uznawanymi za faworytów (jednym z najbardziej niezwykłych nagrań w mojej kolekcji jest to z meczu z Arsenalem z kwietnia 2010 r., kiedy debiutujący Danny Rose wrzucił Almunii piłkę za kołnierz – niezwykłość potęguje fakt, że w ramach żałoby po katastrofie smoleńskiej Canal Plus transmitował tamten mecz bez żadnego komentarza – słychać tylko odgłosy stadionu, a w prawym górnym rogu widać specjalną żałobną sztrajfę), a przecież nie przywykłem, ba: szybko o takich przyjemnościach zapominam. Jeśli więc szydzono czasem z Tottenhamu, że po byle wygranej w meczu ligowym z Chelsea czy Arsenalem potrafi wypuścić pamiątkowe DVD, to rzec można: rozpoznał rynek. Tu wciąż się nie wygrywa ligi ani pucharów, tu wciąż się nie zwycięża rutynowo, tu wciąż żyje się w obawie przed najgorszym, a aktualnie najgorsze jest podkupienie trenera przez któregoś z europejskich gigantów.

Inna sprawa, że gdy w przerwie wczorajszych derbów próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem ukochaną mą drużynę grającą tak dobrze, miałem niejaki problem. W tym sezonie na pewno nie: owszem, mają najlepszy start w dziejach występów w Premier League, ale dzięki zwycięstwom szczęśliwym, wymęczonym i najczęściej jednobramkowym – takim, podczas których o wynik trzeba drżeć do końca i o zdominowaniu rywala nie ma mowy. W sezonie poprzednim? Wygrana z Chelsea na Stamford Bridge była przyjemna (i też godna nagrania, bo na wyjazdowe zwycięstwo w lidze fani Tottenhamu czekali prawie 30 lat), ale był to już czas schyłkowego Antonio Conte, jeśli już to raczej zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów przychodziłoby tu na myśl, generalnie jednak wypadałoby się cofnąć o jeszcze jeden rok, do sezonu 2016/17, kiedy nawet Manchester City Guardioli nie był w stanie dać tu rady.

Ciekawe zresztą: był to ostatni sezon na White Hart Lane, sezon bez porażki w lidze na własnym stadionie – sezon, o którym przed wczorajszym meczem mówił także Mauricio Pochettino, żałując, że podczas późniejszych wypraw na Wembley Tottenham stracił aurę „niezwyciężonych”. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach wrażenie, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa, było dojmujące: przyjeżdżali tu piłkarze Liverpoolu i Manchesteru City, z którymi jeszcze niedawno drużyna walczyła jak równy z równym, o ile nie lepszy, a wrażenie, że teraz są już o dwie-trzy długości do przodu było dojmujące. To dlatego właśnie spór między Garym Nevillem i Jamiem Carragherem w studio Sky Sports po meczu z MC wybrzmiewał tak donośnie: wszyscy, którzy oglądamy tę ligę od dłuższego czasu mamy (jak Neville) wrażenie, że nigdy za naszego życia Tottenham nie grał tak dobrze, nigdy nie miał w sobie tyle waleczności i charakteru, a zarazem (jak Carragher) zdajemy sobie sprawę, że przy tych ograniczeniach budżetowych, kosztach budowy stadionu, kredytach w związku z tym zaciągniętych itd., nie zdoła przebić sufitu: tutaj wydanie tylu pieniędzy, co w pozostałych pięciu klubach angielskiej czołówki, zwyczajnie nie wchodzi w grę.

Czy można się więc dziwić, że przed meczem z niepokonaną dotąd Chelsea optymizmu wokół klubu było jak na lekarstwo? Podsumujmy: stadion nieukończony i nie wiadomo, kiedy będzie ukończony, brak wakacyjnych wzmocnień, pomundialowa plaga kontuzji (aż dziewięciu graczy Tottenhamu zostało na mistrzostwach świata do samego końca) i perspektywa wypalenia, zwłaszcza u Harry’ego Kane’a, który jako kapitan reprezentacji dźwiga na sobie podwójną odpowiedzialność. Gapiostwo w meczach Ligi Mistrzów. Pijaństwo Llorisa. Problemy w końcówkach spotkań, a w tle jeszcze wspomniane już pytanie, co właściwie pozwala wierzyć, że trener tej klasy wytrzyma z tym całym bałaganem kolejny rok? Nie tylko w Madrycie trawa dla Pochettino byłaby bardziej zielona, a możliwości budowania drużyny większe.

Macie tu portret psychologiczny kibica Tottenhamu w pigułce. Jego drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz sezonu, i to nie tylko pod względem wyniku czy prestiżu, jaki się z nim wiąże, ale przede wszystkim stylu, a on marudzi już przez cztery akapity, jak ciężki jest jego los. Zupełnie, jakby nie widział tego, co wydarzyło się wczoraj na Wembley, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dwudziestu paru minut, podczas których wydawało się, że Chelsea zostanie zadeptana i zmieciona z powierzchni ziemi. Czytaj dalej

Stary, niedobry Tottenham

No więc moje życie składa się dokładnie z takich meczów, a wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilku lat, było jedynie – przyjemnym, nie przeczę – odstępstwem od normy.

Drużyna, której kibicuję, rozgrywa nieostrożnie piłkę na własnej połowie tylko po to, by w końcu zagrać pod nogi przeciwnika – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Liverpoolem. Drużyna, której kibicuję, nawet jeśli fortunnie wychodzi na prowadzenie, nie potrafi później kontrolować wydarzeń na boisku i ostatecznie przegrywa – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Watfordem. Drużyna, której kibicuję, ma trenera, który popełnia błędy: o ile zostawienie w domu dużo grających podczas mundialu, w pierwszej fazie sezonu i podczas przerwy na reprezentację Trippiera i Alderweirelda można zrozumieć, trudno nie pytać, dlaczego nie dołączył do nich Kane, skoro gołym okiem widać, w jakiej jest formie (w pierwszej połowie spotkania z Interem, po dobrym podaniu Eriksena, był sam na sam z Handanoviciem, wyminął go, ale następnie potknął się o własną nogę), a kiedy już został zmieniony, to czemu przez niewysokiego Danny’ego Rose’a, skoro w końcówce można było się spodziewać wrzutek Interu w pole karne. To drugi rezerwowy, Harry Winks, dał się przeskoczyć Matiasowi Vecino, a po jego wejściu na boisko Tottenham przestał stwarzać kolejne sytuacje i otworzył skrzydłowym Interu drogę w stronę bramki Vorma. Uwierzcie: mógłbym tak ciągnąć te narzekania i ciągnąć.

Mógłbym też oczywiście szukać usprawiedliwień. Tłumaczyć, że przygotowania do sezonu były w związku z mundialem wyjątkowo ciężkie – że taki Kane zagrał w minionym roku sześćdziesiąt siedem meczów, a odpoczywał zaledwie trzy tygodnie (owszem, dwa lata temu sezon też był ciężki, ale z Euro Anglia odpadła jednak wcześniej, a i jego organizm nie był wówczas tak intensywnie eksploatowany). Że, oprócz Trippiera i Alderweirelda, w Mediolanie brakowało kontuzjowanych Allego i Llorisa. Że fakt, iż wciąż nie wiadomo, kiedy nowy stadion zostanie otwarty, musi działać destabilizująco na cały klubowy organizm. Że w wakacje nie było transferów – co nie oznacza tylko braku wzmocnień, ale po prostu fakt, że szatnia nie została przewietrzona. Ci piłkarze naprawdę grają ze sobą już bardzo długo, mają prawo być zmęczeni sobą i trenerem.

Tylko czy brak transferów albo nieotwarty stadion mogą tłumaczyć fakt, że jeden w drugiego obrońcy Tottenhamu ociągali się dzisiaj, podobnie jak w sobotę z Liverpoolem, z rozgrywaniem piłki i w końcu podawali ją pod nogi rywali? Że w sumie podczas tych dwóch spotkań tracili piłkę przez odbiory przeciwnika albo własne niecelne zagrania aż dwieście osiem razy? Że znów stracili bramkę po stałym fragmencie gry? Że znów dali sobie strzelić gola głową? Że Mauricio Pochettino zaklina rzeczywistość, mówiąc o okrucieństwie futbolu i o tym, że jego drużyna zasłużyła na więcej? Jeśli to naprawdę był, jak upierał się trener na konferencji, najlepszy mecz sezonu, to cóż my właściwie za sezon oglądamy? Owszem, po przypadkowym golu Eriksena Tottenham (zwłaszcza wprowadzony z ławki Lucas) stworzył jeszcze kilka sytuacji, ale nie powiedziałbym, że kontrolował grę – a poza tym do tej pięćdziesiątej trzeciej minuty grał naprawdę fatalnie.

Nie mam pojęcia, co się dzieje za kulisami. Metaforę z przedmeczowej konferencji Pochettino (w iście argentyńskim iście stylu mówił, że trudno powiedzieć, czy samo doświadczenie gry w Lidze Mistrzów pozwala coraz lepiej radzić sobie w tych rozgrywkach, czyniąc porównanie z krową, która od dziesięciu lat patrzy z pastwiska na przejeżdżający pociąg, ale nie potrafi powiedzieć, o której godzinie ów pociąg przejeżdża) rozumiem w ten sposób, że o sukcesie decyduje mnóstwo czynników, a samo doświadczenie nie wystarczy. Nie mogę jednak nie zauważyć, że kiedy piłkarze Interu strzelali bramki, jego podopieczni patrzyli na nich jak cielę na malowane wrota. Wiem, bo znam ten obraz aż za dobrze.

Special Once

Im częściej Jose Mourinho powołuje się na własne zasługi z przeszłości, tym bardziej jego przyszłość wydaje się ponura. Aniśmy się obejrzeli, jak do określenia Special One dopisano jedną literkę.

Argumenty z historii zawsze są słabe, coś o tym wiemy w naszej umiłowanej ojczyźnie, której znakomici przedstawiciele tyle razy przysłaniali wstydliwą teraźniejszość Mrożkowym „Za wolność wybili”. Także gwałtowne domaganie się szacunku, którym Jose Mourinho kończył wczorajszą konferencję prasową, miało w sobie rys niezamierzonego komizmu przez skojarzenie z naszą niesławną kampanią #RespectUs. Miejsce w historii piłki nożnej obecny trener Manchesteru United ma zapewnione nie od dziś (sporo mówił o tym zresztą menedżer Tottenhamu Mauricio Pochettino, jeden z ostatnich, którzy deklarują przyjaźń do Portugalczyka i przyznają, jak bardzo inspirowali się jego przykładem w przeszłości). Mocno się obawiam natomiast, jak historia oceni jego pobyt na Old Trafford.

Jeśliby zresztą mówić o historii, wczoraj przemawiała raczej przeciwko Tottenhamowi. Na tym stadionie Pochettino przegrywał zawsze, a jego podopieczni nie strzelili jeszcze gola. Nawet jeśli poprzednikom tego szkoleniowca, Andre Villas-Boasowi i Timowi Sherwoodowi udało się tutaj zwyciężać, były to raczej wypadki przy pracy, albo – w tym drugim przypadku – efekt pofergusonowskiej smuty. Wcześniej podróże na północ dla piłkarzy i kibiców z północnego Londynu wiązały się niemal zawsze z perspektywą łomotu. Nawet ubiegłotygodniowa porażka MU z Brighton nic dobrego nie wróżyła: jeśli w przeszłości Tottenham bywał rywalem drużyny, która zdawała się właśnie przechodzić kryzys, okazywał się idealnym „rywalem na przełamanie” – nadzieje na jego sukces przemijały po pierwszym golu, a punkty zostawały tam, gdzie miały zostać.

Zaryzykuję jeszcze zdanie, że także pierwsza połowa wczorajszego spotkania przemawiała przeciwko gościom. Tu Mourinho ma rację: pressing jego zespołu uniemożliwił Tottenhamowi rozgrywanie składnych akcji i zmuszał poszczególnych piłkarzy (Rose’a zwłaszcza, ale także Alderweirelda i Dembelego) do błędów podczas wyprowadzania piłki. Zawodnicy MU nie faulowali na własnej połowie i nie dopuszczali rywala do rzutów rożnych (pierwszy Tottenham wykonywał w 50. minucie – i od razu strzelił bramkę). Ich ataki skrzydłami – zwłaszcza rajdy tyle razy krytykowanego przez Mourinho Shawa – były bardzo niebezpieczne. Po prezencie od Rose’a Lukaku był o włos od gola, a oprócz niego groźnie strzelał z dystansu Pogba. Oczywiście chaos i niecelne podania nie były tylko domeną gości – jeden z dziennikarzy Sky Sports naliczył ich w pierwszej połowie 123, z czego Tottenhamu tylko o 7 więcej niż MU. Błędy, bałagan w grze, typowe dla pierwszej fazy sezonu i zrozumiałe w przypadku zawodników, którzy treningi wznowili zaledwie trzy tygodnie temu (u Pochettino było ich aż dziewięciu), nie zmieniały jednak faktu, że ta pierwsza połowa powinna się była zakończyć prowadzeniem gospodarzy.

W drugich czterdziestu pięciu minutach jednak Tottenham zdołał się poprawić. Goście przyspieszyli i na połowę rywala zaczęli w końcu przedostawać się skrzydłami, gdzie Trippier i Rose zdołali podejść nieco wyżej. Z takiej akcji Eriksena po prawej stronie wziął się rzut rożny i pierwsza bramka, z takiego rozegrania z wykorzystaniem biegnącego wzdłuż linii bocznej Trippiera i ponownie schodzącego do prawej Eriksena wzięło się drugie trafienie, a potem można już było kontrolować przebieg wydarzeń. Ze wszystkich komplementów, jakie zebrał za udział w wygranej Lucas Moura wypada wydestylować nie tylko jego skuteczność i szybkość, ale także zaangażowanie w pressing; kolejny raz wyszło, że Pochettino ma rację, bo żeby w jego drużynie był pożytek z nowego zawodnika, powinien z nią przepracować okres przygotowawczy, a nie przychodzić z zaległościami treningowymi w zimie.

Po ostatnim okienku transferowym, po inwestycjach Liverpoolu i Chelsea, a także ze świadomością różnicy klas, jaka dzieliła w poprzednim sezonie Manchester City od reszty stawki, nikt nie wymieniał Tottenhamu w gronie kandydatów do mistrzostwa kraju. Ja będę, rzecz jasna, ostatnim, który próbowałby zmieniać tę narrację, zwłaszcza po zaledwie trzech kolejkach sezonu. Nie mogę jednak nie zauważyć, że w drugiej połowie po boisku biegały dwie drużyny, z których jedna, owszem, wiedziała, co robi i której piłkarze imponowali świadomością taktyczną przy korektach ustawienia, podobnie jak – w szerszej perspektywie – indywidualnym rozwojem w tym klubie i u tego trenera w ostatnich latach. Kane, Alli, Trippier to przykłady najbardziej spektakularnego postępu, ale także o pozostałych można powiedzieć, że czas spędzony w Tottenhamie nie jest dla nich stracony: Eriksena całe lato przymierzano do najlepszych klubów świata, a w tym sezonie może błysnąć jeszcze powrócony do zdrowia Harry Winks. Co ważne: wszyscy dostali tego lata czystą kartę, także zawodnicy, którzy – jak Alderweireld – nie przedłużyli dotąd kontraktu, a wiosną przesiadywali na ławce, sprawiając w dodatku – jak Rose – trenerowi problem nieuczesanymi wypowiedziami. Dziewięciu grających wczoraj piłkarzy należało do podstawowych zawodników Pochettino już w sezonie 2015/16; podobnej stabilności we współczesnej piłce ze świecą szukać.

Otóż ta druga drużyna od podobnego poukładania jest bardzo daleka, choć obecny szkoleniowiec pracuje z nią już trzeci rok, a na transfery wydał niewiarygodnie dużo. Pozycja Pogby wciąż pozostaje przecież przedmiotem dyskusji, podobnie jak optymalny skład defensywy (wiele się mówiło o konieczności kupienia jeszcze jednego stopera, ale przecież Lindelof czy Bailly to transfery Mourinho). Pomysłem na odmianę niekorzystnego wyniku jest wstawienie w środek pola karnego rywali Fellainiego, kiedy na ławce pozostaje jeszcze Marcus Rashford. Alexis Sanchez? Lepiej mu chyba było w Arsenalu. Mata? Martial? Z Brighton zawiedli, wczoraj nie było ich nawet na ławce.

Łatwo oczywiście charakter tych dwóch trenerów przeciwstawiać. Mourinho przez całe lato marudził, Pochettino o większych niż w przypadku rywala kłopotach (zero wzmocnień, wciąż niegotowy nowy stadion) opowiadał raczej jak o czekającym go wyzwaniu. Ten pozytywny, pełen wiary i zapału, ten z wiecznym grymasem niezadowolenia na rozkapryszonej twarzy. Kogo wybieracie? Najsmutniejsze było wczoraj to, że trybuny z których w sytuacjach równie niekorzystnych tyle razy dobiegało ogłuszające „Attack! Attack! Attack!”, w ciągu ostatniego kwadransa meczu pustoszały. Na jednym z najwspanialszych obiektów świata nikt nie miał złudzeń, że Jose Mourinho zainspiruje drużynę do comebacka w stylu Aleksa Fergusona.

Kiedyś był naprawdę wyjątkowym trenerem, synu. Kiedyś.

Smutny toast na koniec sezonu

Mogło być gorzej. Przed rozpoczęciem sezonu dałbym sobie przecież rękę uciąć, że po raz kolejny do Ligi Mistrzów awansować się nie da: że oba kluby z Manchesteru, broniąca mistrzostwa kraju Chelsea i Liverpool będą poza zasięgiem (jedynie utrzymania dominacji nad Arsenalem pozwoliłem sobie być pewnym), że konieczność godzenia występów ligowych z grą w Champions League okaże się dla zespołu zbyt wielkim wyzwaniem, podobnie jak granie przez okrągły rok na nieoswojonym przecież zarówno przez piłkarzy, jak kibiców Wembley. Martwiłem się tym, że wytrzymanie kolejny sezon z rzędu presji nakładanej przez zawodników przez jednego i tego samego, skrajnie wymagającego trenera, to będzie już za wiele, martwiłem się efektami publikacji pełnej niedyskrecji na temat jego podopiecznych książki Mauricio Pochettino z Guillemem Balaguem. Oczywiście, oczywiście: jestem kibicem Tottenhamu, więc zawsze znalazłbym jakieś powody do zmartwienia, przyznacie jednak, że wszystkie dotąd wymienione brzmią racjonalnie. Nie bałem się np., że drużyna zostanie na pniu rozkupiona jeszcze w trakcie minionego roku i nawet wyznam, że i tego lata, a więc przed inauguracją nowego stadionu, kadrowego trzęsienia ziemi się nie spodziewam, bo nawet jeśli za lepszymi pieniędzmi odejdą, powiedzmy, Rose, Alderweireld czy Dembele, to przecież w ostatnich miesiącach się okazało, że żaden nie jest niezastępowalny. W sumie więc: naprawdę mogło być gorzej, jeśli dodać jeszcze fatalny początek rozgrywek i punkty tracone na Wembley ze średniakami oraz dziwaczną sierpniową posuchę strzelecką Harry’ego Kane’a, a także to, że mimo załamania po niedawnych porażkach z oboma klubami z Manchesteru udało się jednak drużynę pozbierać i zakończyć sezon zwycięsko. Czytaj dalej

Ze mną lub z kimś innym

Bitwa na Stamford Bridge: roztrwonione prowadzenie 2:0 i utrata szans na mistrzostwo Anglii w 2016 r. Wcześniej finał Pucharu Ligi z Chelsea w 2015 r., również przegrany 2:0. Półfinał Pucharu Anglii z Chelsea przed rokiem, przegrany 4:2. Rewanżowy mecz Ligi Mistrzów z Juventusem, zakończony zwycięstwem i awansem drużyny z Turynu. Wczorajszy półfinał FA Cup z Manchesterem United. Ten sam scenariusz – taki, w którym zespół nie wykłada się już w pierwszych sekundach, nie popełnia kompromitujących błędów na starcie, nie kapituluje, ba: podejmuje walkę, zaczyna znakomicie, spycha rywala do narożnika, może nawet obejmuje prowadzenie, później jednak otrzymuje niespodziewany cios, po którym nie potrafi się już podnieść. Wczoraj, podobnie jak podczas meczu z Juventusem, od pewnego momentu można było mieć pewność: oni już nie wierzą, że się uda. Albo inaczej: oni wiedzą, że się nie uda. Że strzał Erica Diera w 45. minucie po prostu musi trafić w słupek. Czytaj dalej

Czy to już jest koniec

Już byli w kurniku, już witali się z gąską. Już się zaczęli – jak Dele Alli, fantastycznie odgrywający w 50. minucie piętą do Daviesa – popisywać. Już się poczuli jak bogowie… Pierwszych kilkadziesiąt sekund po golu Higuaina było w tym sensie zapowiedzią nieuniknionego – które nastąpiło zresztą bardzo, bardzo szybko. Widać było, że nie byli na wyrównującego gola przygotowani. Że poczuli, jak awans, do którego mieli niecałe pół godziny, wymyka im się z rąk. Nie dostali wsparcia z ławki – nie było zmiany, Pochettino, tak jak i jego piłkarze, wydawał się sparaliżowany.

A o reakcję trenera prosiło się już w momencie, gdy wchodzili Asamoah i Lichtsteiner – to nie pierwsza bramka była przełomem (przed nią był już pierwszy atak paniki Sancheza), tylko przejście Juventusu na ustawienie 4-3-3, dokonane zresztą w sposób kosmetyczny, bo zmiana nie była podwójna, tylko rozłożona na dwie, w odstępie dwóch minut; pozornie nielogiczne zachowanie, jak na drużynę, która goni wynik. Jeszcze jedna lekcja dla młodego wciąż, a z pewnością na tym poziomie będącego nadal żółtodziobem Pochettino. Statystyka meczów, w których przegrywający odpada, nie należy do najjaśniejszych punktów w jego życiorysie. O braku doświadczenia graczy Tottenhamu w tej materii nie ma nawet co mówić. Czytaj dalej

Dele Alli jako pibe

Powiedziałem sobie, że radykalnie ograniczę pisarstwo futbolowe do czasu, aż skończę tłumaczenie „Aniołów o brudnych twarzach”, ale tym razem nie zdzierżyłem, zwłaszcza że temat ściśle się łączy z tematyką przekładanej przeze mnie książki. Wpadam na chwilę, by zwrócić waszą uwagę na pewną fundamentalną różnicę kulturową, która ujawniła się w debacie po jednej z ostatnich wypowiedzi Mauricio Pochettino, tej mianowicie, w której mówił, że w piłce nożnej chodzi o to, żeby w taki czy inny sposób nabrać rywala. I że o to w gruncie rzeczy chodzi również w futbolowej taktyce: żeby zmylić przeciwnika, przykładowo udać, że zagra się w prawo, po czym zejść na lewo.

Rzecz w tym, że definicję „nabierania przeciwnika” trener Tottenhamu rozciąga na takie zachowania, jak niedawny nur Dele Alliego w polu karnym Liverpoolu. Pochettino nie kwestionuje, że mieliśmy w tym przypadku do czynienia z naruszeniem przepisów i godzi się z karą, którą nałożono na jego coraz bardziej kontrowersyjną gwiazdeczkę, przestrzega jednak przed nadmiernym skupieniem się na takich – jak to nazywa – detalach i przed zamienieniem sportu, który wszyscy kochamy, w sztywną strukturę. „Piłka nożna to kreatywny sport”, powiada, a przy okazji wbija szpilę moralizującym w tych dniach na całego Anglikom, przypominając, że podczas mundialu w 2002 r. sam padł ofiarą sztuczki Michaela Owena, który wymusił na sędzim jedenastkę, choć kontakt angielskiego napastnika z grającym wówczas na środku argentyńskiej obrony obecnym trenerem Tottenhamu, był minimalny. Czytaj dalej