Archiwa tagu: Levy

Pochettino w Tottenhamie

Obiektywizmu się nie spodziewajcie. Pisałem w lipcu 2012 roku, kiedy w Tottenhamie pojawił się Andre Villas-Boas, że natychmiast po nominacji nowego trenera robię się jednooki; że wyszukuję i zauważam jedynie argumenty na potwierdzenie tezy, iż tym razem na pewno się uda, a „ukochana ma drużyna grać będzie piłkę ofensywną, ale nowoczesną; szybką, ale poukładaną taktycznie, zaś jej menedżer nie będzie się kompromitował nadmiernym gadulstwem”. Ci, którzy mówili, że historia piłki nożnej toczy się w cyklach, nie mieli z pewnością na myśli, że Tim Sherwood okaże się aż takim Redknappem, a spodziewania związane z przyjściem Mauricio Pochettino będą aż tak podobne do tych, z którymi przyjmowaliśmy Villas-Boasa…

Dlaczego np. miałoby mi przeszkadzać, że nowy trener Tottenhamu wciąż mówi do dziennikarzy za pośrednictwem tłumacza? Po pierwsze, nieważne jak – grunt, że dogaduje się z piłkarzami, po drugie tak zwani dobrze poinformowani mówią, że z angielskim radzi już sobie całkiem nieźle, a w sierpniu pewnie całkiem się przełamie (był to ponoć jeden z warunków zatrudnienia); sami widzicie, jak wygląda teraz praca mojego mózgu. W ciągu trzynastu lat prezesury Daniela Levy’ego, Mauricio Pochettino będzie dziesiątym trenerem w tym klubie: George’a Grahama, odziedziczonego po czasach rządów Alana Sugara, Levy najpierw zastąpił Glennem Hoddlem, później był David Pleat (wygryzł Hoddle’a po wojnie o dostęp do ucha prezesa), kuriozalny Santini, pochopnie zwolniony Jol, Ramos, którego farsową końcówkę opisywałem już jako bloger, Redknapp, Villas-Boas i Sherwood… Naprawdę w szukaniu dobrych stron każdego kolejnego szkoleniowca zdołałem się wyćwiczyć.

To zresztą ważny punkt przy analizie sytuacji w Tottenhamie: Daniel Levy przestał być nietykalny. Dotąd szanowany za świetną rękę do interesów – zdolność uzyskiwania za swoich piłkarzy najwyższych cen (nawet teraz hiszpańskie i angielskie media sprzeczają się o wysokość kwot, które Real będzie musiał przelać na konto Tottenhamu w związku z faktem, że Modrić i Bale zostali zwycięzcami Ligi Mistrzów), wybudowanie arcynowoczesnego ośrodka treningowego czy rozpoczęcie prac nad rozbudową stadionu – za ostatnie decyzje o zmianach szkoleniowców znalazł się w ogniu krytyki. Harry Redknapp zawsze miał silny kontyngent fanów w mediach, co do Villas-Boasa nie ja jeden uważałem, że po tak ogromnych zmianach kadrowych należało mu się więcej czasu, a Tim Sherwood, mimo niewyparzonej gęby, miał najlepsze wyniki z nich wszystkich. Do prezesa dotarła zresztą chyba część krytyk, bo po ogłoszeniu decyzji o zatrudnieniu Pochettino, wbrew swoim zwyczajom, rozmawiał z dziennikarzami. Szyderstw i niewiary, powiązanych z podpisaniem przez Argentyńczyka imponująco długiego, pięcioletniego kontraktu, całkowicie to nie powstrzymało, ale z pewnością nieco stępiło ich ostrze.

Zostawmy jednak prezesa, przynajmniej do czasu, gdy Mauricio Pochettino również zacznie mu przeszkadzać. Dlaczego zaklinanie rzeczywistości w tym przypadku idzie mi łatwiej niż zazwyczaj?

Ano dlatego, że zdołałem się przez te półtora roku Argentyńczykowi uważnie przyjrzeć. Nie żeby zawsze osiągał rewelacyjne wyniki (z takim Tottenhamem np. przegrywał trzykrotnie), nie żeby prowadził kiedykolwiek drużyny o podobnym budżecie i podobnych aspiracjach, ale jednak jego pobyt w Premier League trzeba ocenić jednoznacznie pozytywnie. Southampton nie dość, że utrzymał się w lidze w jego pierwszym sezonie, to w drugim zajął nieoczekiwanie wysokie, ósme miejsce w tabeli. Do zespołu przebili się fantastycznie uzdolnieni młodzieńcy, wychowani w klubowej akademii – coś, czego na nowym miejscu pracy również się oczekuje (co zresztą ciekawe: ogłaszając zatrudnienie Pochettino i wyliczając jego zalety, Tottenham niektóre młode gwiazdy Southamptonu wymienił z nazwiska, co zabrzmiało trochę, jak próba ściągnięcia na White Hart Lane także ich). Wielu piłkarzy z St. Mary’s zaczęło grać lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Southampton miał swój styl, grał ofensywną piłkę – słowem grał tak, jak oczekuje się od Tottenhamu.

Prawdziwe ekscytacje zaczynają się dopiero w tym punkcie. Bo przecież tym, co odróżniało Pochettino od innych kandydatów, jest przywiązanie do intensywnego pressingu, rozpoczynanego już na połowie rywala, i gry wysoką linią obrony. Nie są to rzeczy na White Hart Lane nieznane, próbował je wdrożyć Villas-Boas – oby tym razem udawało się odzyskiwać piłkę szybciej, a następnie szybciej ją rozgrywać. Tym, co jednak różniło Tottenham w ostatnich miesiącach pracy AVB z Southamptonem Pochettino, było tempo i kreatywność, z jakimi piłkarze wymieniali podania (w przypadku „Świętych” – o wiele częściej prostopadłych) oraz płynność, z jaką zmieniali pozycje. Przyznawałem się niedawno do swoich fascynacji Marcelo Bielsą – mieć bielsistę w roli trenera jest w tym sensie czymś na kształt spełnionych snów; z pewnością w najbliższych miesiącach niejeden raz przywołam też cytat z Pepa Guardioli, który w czasach, gdy Pochettino prowadził Espanyol, powiedział, że identyfikuje się ze stylem gry tej drużyny.

Jest nadzieja, że Pochettino uratuje londyńską karierę najdroższych piłkarzy w historii Tottenhamu: swojego rodaka Erika Lameli i znanego mu z hiszpańskich boisk Roberto Soldado. Jest marzenie, że nakłoni Adama Lallanę, aby odrzucił zaloty Liverpoolu i również przeprowadził się na White Hart Lane, zwłaszcza że Lallana wielokrotnie wypowiadał się o swoim szefie z Southamptonu z najwyższym uznaniem. Jest niemal pewne, że zagoni nowych podopiecznych do ciężkiej pracy – tak, żeby po rozpoczęciu sezonu mieli siłę biegać dwa razy więcej niż rywale. Jeszcze w czasach hiszpańskich czytywałem o nim, że jest mocną osobowością, liderem, że ma charyzmę, a szatnia dałaby się za niego pokroić. Oby.

Redknapp, wyznanie wiary

Wariant pierwszy tej historii: prezes Levy (albo jego mocodawca, miliarder Joe Lewis) zrobił „Abramowicza”. Nic nowego w sumie, pamiętamy, jak w 2007 r. wyrzucał z pracy Martina Jola i zastępował go Juande Ramosem. Był przekonany, że Holender, który dwukrotnie doprowadził drużynę do piątego miejsca w lidze, niczego więcej jej już nie da, i postanowił pójść na skróty: sięgnąć po trenerską gwiazdę z międzynarodowym dorobkiem. Skończyło się, jak się skończyło: pod Ramosem zespół wygrał wprawdzie Puchar Ligi, ale następnie omal nie spadł z ekstraklasy. Uratował go dopiero Harry Redknapp, przyjmujący ofertę pracy w momencie, kiedy klub po ośmiu spotkaniach miał dwa punkty w tabeli.

W tym wariancie mamy więc do czynienia z prezesem (lub właścicielem), który po pierwszych sukcesach stracił kontakt z rzeczywistością: zaznał smaku gry w Lidze Mistrzów i głęboko przeżył – w sensie ludzkim, sportowym i, by tak rzec, księgowym – fakt, że nie drużyna wróciła do niej po tym sezonie, mimo iż parę miesięcy temu wydawało się, że może się bić nawet o mistrzostwo kraju. Owszem: to cholerny pech, iście w stylu Tottenhamu, wywalczyć czwarte miejsce i nie grać w Lidze Mistrzów, ale przecież do trzeciego zabrakło punktu… Gdyby nie wpadka z Norwich u siebie, gdyby nie przegrana z QPR na wyjeździe, gdyby nie roztrwonione prowadzenie z Arsenalem, gdyby nie fatalne ostatnie sekundy wspaniałego meczu na Etihad, ale przede wszystkim: gdyby nie wyniszczające miesiące spekulacji na temat pracy Redknappa z reprezentacją Anglii… Przecież inne drużyny przeżywały w tym czasie straszliwe zapaści, przecież Tottenham miał w składzie Adebayora, van der Vaarta, Modricia, Bale’a, Parkera, Walkera, Lennona (no, tego ostatniego jednak nie; ja tak naprawdę z kontuzjami prawoskrzydłowego wiążę część kłopotów na tegorocznym przednówku), przecież – rekonstruuję rozumowanie prezesa (właściciela) – bardziej nowoczesny szkoleniowiec wycisnąłby z tych gwiazd europejskiej piłki dużo więcej, a kolejna okazja długo się nie powtórzy. „Harry to mamut”, myśli nowoczesny prezes (właściciel). Nie pasuje do wizerunku klubu. Ośmiesza go wygadując w mediach, co mu ślina na język przyniesie. Taktycznie nie jest na bieżąco. O transferach myśli chaotycznie (czy walcząc o Ligę Mistrzów, w tym i w poprzednim sezonie, nie należało lepiej inwestować w zimowym okienku?). Sami zresztą widzicie, jak się z nas śmieją. Ma umowę jeszcze na rok, ok: przedłużmy ją o kolejne 12 miesięcy, ale nie wiążmy sobie rąk. Lojalność? A on był lojalny, kiedy nie dawał się zakneblować, sugerując, że marzy o innej robocie? Co, nie chce na rok, żąda trzyletniego kontraktu? A to trudno, nie ma ludzi niezastąpionych. Dawajcie mi zaraz telefon do Moyesa, albo (to będzie nawet niezłe…) do Fabio Capello.

Wariant drugi zaczął się już rozwijać w poprzednich zdaniach: Daniel Levy wie, co robi. Owszem, nie jest wobec Redknappa lojalny, ale w końcu dlaczego miałby być? Płacił mu dobrze, dał solidną odprawę… To tak jak z Pepe Reiną, który wypchnął z bramki Jerzego Dudka: bohatera ze Stambułu, człowieka kochanego przez fanów Liverpoolu, ale przecież mającego na koncie także spektakularne błędy. Damy mu fotkę w klubowej galerii sław, miejsce w loży i do widzenia. Business as usual, mamy na ten business lepszy pomysł, zobaczycie, jaki dobry. Zawsze tak jest, a Mike Ashley jest tego najlepszym przykładem: wyrzucił robiącego świetną robotę Chrisa Hughtona, ale czy dzisiaj ktoś ma do niego o to pretensje, skoro następca Irlandczyka, Alan Pardew, zrobił z Newcastle jedną z najlepszych drużyn Premier League?

Nie mam wątpliwości, że za rządów Daniela Levy’ego los klubu radykalnie się poprawił: z ligowego średniaka Tottenham znów stał się drużyną ze ścisłej czołówki. Grał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, na stałe wrócił do Pucharu UEFA/Europa League. Dwa razy w ciągu trzech lat był na czwartym miejscu, raz na piątym, wcześniej – pod Jolem – również były dwa piąte miejsca; wszystko to mimo relatywnie skąpego budżetu płacowego. Jeśli spojrzeć na średnie zarobki w Premier League, Tottenham jest na ósmym miejscu, a kończy sezon na czwartym. To jeden z przykładów dobrego zarządzania, inny to np. wizjonerska polityka sponsoringowa (rozdzielenie kontraktów z firmami reklamującymi się na koszulkach na ligowe i pucharowe). Klub wybudował jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków treningowych i szykuje się do rozbudowy stadionu. Drugi rok z rzędu uczestniczy w rozgrywkach NextGen Series, zwanej młodzieżową Ligą Mistrzów. Ma szereg drużyn partnerskich w świecie, czego efektem jest m.in. sprowadzenie z Brazylii najpierw Sandro, a potem kapitana brazylijskiej młodzieżówki Uviniego. To przecież wszystko zasługa nowoczesnego prezesa: nauczył się (także na błędach – zwłaszcza błędach z menadżerami…), jak prowadzić klub.

Ale nie mam też wątpliwości (nie miałem ich również przed miesiącem, niezależnie od tego, czy spodziewałem się odejścia Harry’ego Redknappa, czy nie), że najbliższy rok będzie zdecydowanie gorszy od poprzednich. Rywale już się wzmocnili albo zaraz się wzmocnią. Odejdzie Modrić, bo bez pieniędzy z Ligi Mistrzów nie uda się płacić mu takiej pensji, której jest wart. Mniej oczywista jest sprawa z Bale’m czy z van der Vaartem oraz z wypożyczonym tylko Adebayorem, ale pisząc o Redknappie także to trzeba brać pod uwagę: piłkarze (przynajmniej ci grający, świadczący o obliczu Tottenhamu…) go uwielbiali. W tym sensie Harry jest, jak zwykle, szczęściarzem: odchodzi u szczytu możliwości tej drużyny, a bóle „sezonu przejściowego” pójdą na konto kogoś innego.

Nieoczywiste to wszystko, prawda? Pytanie więc, jak skończyć? Może zestawieniem cytatów, z marca i z czerwca? W marcu, usprawiedliwiając swoje spodziewane odejście do pracy z reprezentacją, mówił, że zawodników nie obchodzi, kto będzie menedżerem w przyszłym roku: przychodzą na trening, wychodzą, żyją swoim życiem, „umarł król, niech żyje król”. W czerwcu, zabiegając o nowy kontrakt, przestrzegał przed destrukcyjnym wpływem na piłkarzy faktu, że menedżer ma tylko rok do końca umowy. Cały Redknapp, w gruncie rzeczy szantażujący prezesa w przerwie transmitowanego przez BBC meczu mistrzostw Europy, w rozmowie z samym Garym Linekerem. Chłopek roztropek, kombinator, brat-łata dla stojących za nim murem dziennikarzy. Trudno się dziwić, że po czymś takim wyleciał.

Ale może trzeba skończyć ciągiem wspomnień, które jeszcze bardziej komplikują ten obraz? Niezapomnianymi wieczorami w Lidze Mistrzów, zwycięstwami z Interem i Milanem, hat-trickiem Bale’a na San Siro? Triumfem nad Arsenalem na Emirates? Zwycięstwami nad innymi odwiecznymi rywalami? A może pamiętnym 9:1 z Wigan, którego menedżer, Roberto Martinez, ponoć również jest brany pod uwagę jako następca Redknappa? Najpiękniejszym futbolem w Premier League, jak powtarzali wszyscy eksperci zaledwie parę miesięcy temu? Czy to przypadek, że jego nazwisko wymieniano nie tylko w kontekście pracy z reprezentacją Anglii, ale również z Chelsea?

Rozumiem logikę biznesowego spojrzenia na klub, pamiętam mecze, w których diabli mnie brali, kiedy patrzyłem na taktyczną naiwność Harry’ego Redknappa, ale zakończę wyznaniem wiary w futbol, w którym nie chodzi tylko o wynik (w tym wynik finansowy). Pisałem zresztą o tym w ostatnim „Tygodniku”, w związku ze zdjęciem, które spadło nam z nieba akurat w czasie inauguracji Euro, i dzięki któremu próbujemy przypomnieć, że piłka nożna powinna mieć też duszę.

W gruncie rzeczy nigdy nie pogodziłem się ze zwolnieniem Martina Jola.