Archiwa kategorii: International

Konkurs Cruyffa

Gdyby żył, właśnie dziś skończyłby 70 lat. Przed miesiącem minęła pierwsza rocznica jego śmierci. Kilkanaście dni temu nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jego autobiografia (dodajmy: świetnie przełożona, co na rynku literatury sportowej w naszym kraju wciąż zasługuje na wzmiankę). A jutro w nowym numerze „Tygodnika Powszechnego” znajdziecie mój spory tekst o nim, z zawadiacką w gruncie rzeczy tezą, że w historii futbolu był najlepszy. Czytaj dalej

Wielki Sam nie musiał odejść. I nie powinien przychodzić.

1. Gdyby John Le Carre bardziej interesował się futbolem, z pewnością mógłby uczynić miejscem akcji jednej ze swoich powieści Football Association. To przecież jest dopiero „Cyrk”, to przecież jest dopiero odbicie upadłego dawno imperium, pogrążonego w snach o odzyskaniu utraconej wielkości i dramatycznie niegotowego na nowe wyzwania. Zjadanego przez ambicje ludzi małych i niekompetentnych. Toczącego wciąż minione wojny. Wykopującego George’a Smileya – jeśli w ogóle ostał się tam ktoś o jego klasie – na emeryturę.

Przeglądam brytyjską prasę z ostatnich dni, czytam artykuły świetnych skądinąd autorów – ludzi, do których sądów mam wielkie zaufanie, pod warunkiem, że nie piszą o reprezentacji swojego kraju. Ileż tu zaklinania rzeczywistości. Ile klisz i pobożnych życzeń. Gdyby nie obawa przed autoplagiatem (podobnego grepsu użyłem na Twitterze podczas meczu Anglia-Islandia, kiedy na boisku pojawił się Jack Wilshere), napisałbym: „Jeśli Sam Allardyce jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie”?

Zważmy bowiem: nie mówimy o powierzeniu temu ambitnemu niewątpliwie i kompetentnemu trenerowi jeszcze jednej drużyny broniącej się przed spadkiem z Premier League i mającej ambicje osiągnięcia bezpiecznej pozycji w środku tabeli. Mówimy o powierzeniu mu reprezentacji, której trzonem jest wielce obiecująca grupa młodych zawodników – w klubach wszyscy ci, którzy tak zawiedli podczas turnieju we Francji, udowadniają wszak, że potrafią grać w piłkę. Potrafią przecież, nieprawdaż? Bo jeśli w tym punkcie się mylę, dalej czytać nie musicie – możemy rzecz całą skwitować zdaniem, że przeciętni piłkarze dostają przeciętnego trenera i tyle.

No dobrze, ale widzieliśmy, jak Harry Kane czy Dele Alli grali przez ostatni rok w Tottenhamie. Widzieliśmy świetne mecze Vardy’ego, Lallany, Hendersona, Smallinga, Sterlinga nawet i Harta. Widzieliśmy, jak rozwijają się młodzi Anglicy u Pochettino i Kloppa, jesteśmy ciekawi, jaki będzie miał wpływ Guardiola na Sterlinga.

2. Powyższe cztery akapity napisałem 67 dni temu, na wieść o powierzeniu Samowi Allardyce’owi posady selekcjonera reprezentacji Anglii. Nie zdążyłem tekstu dokończyć, ale – jak widać – nie zdążył się zdezaktualizować; może jedynie w kwestii tego, jak przebiega rozwój Sterlinga u Guardioli wypada dodać, że przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Zmieniło się natomiast to, że po tych 67 dniach Wielki Sam w równie wielkiej niesławie stracił pracę. Czytaj dalej

Rooney po raz setny

Najchętniej pewnie wpadłbym w ulubione tony elegijne. Zauważyłbym, że dopiero co był nieco zbyt pulchnym nastolatkiem, ostrożnie wprowadzanym do pierwszej drużyny Evertonu przez Davida Moyesa, a potem wspomniałbym siebie z tamtego czasu, który wydaje się tak niedawny. Właściwie można by kiedyś napisać autobiografię, opowieść o dorastaniu albo o latach ostatecznego rozstawania się z młodością przez pryzmat oglądanej równocześnie kariery jednego zawodnika (choć w moim przypadku, rocznikowo, byłby to raczej Ryan Giggs).

Spokojna głowa, nie wpadnę w tony elegijne. Zaglądam tu na chwilę z przerwy na kadrę, żeby pokwitować setny występ w reprezentacji Anglii Wayne’a Rooneya i podzielić się refleksją po lekturze angielskiej prasy, która, choć rzecz jasna odnotowuje tak zwany milowy krok w karierze kapitana drużyny narodowej, to zachowuje przy tym zaskakującą powściągliwość. „Sto występów to ogromne osiągnięcie, ale nie sposób go uważać za wielkiego piłkarza” – wyrokuje Jason Burt w „Daily Telegraph”. „Prawdziwa wielkość wciąż omija Wayne’a Rooneya” – wtóruje w tym samym dzienniku Henry Winter.

Anglia jest wyjątkowo wymagającą partnerką – pisałem w „Gazecie Wyborczej” przed rozpoczęciem mundialu w Brazylii, dodając, że trudno Rooneyowi nie współczuć. W 2004 r. zapowiadał się na objawienie mistrzostw Europy – strzelił cztery bramki, trafił do jedenastki turnieju, ale zakończył go przedwcześnie w związku z kontuzją. Dwa lata później na mundial w Niemczech jechał z ledwo zrośniętą kością śródstopia, grało mu się źle, a w końcu – sprowokowany przez Ronaldo – wyleciał z czerwoną kartką. W RPA był cieniem samego siebie w związku z tykającą już bombą skandalu obyczajowego. Podczas Euro 2012 znów słyszał tylko: „Rooneyu, musisz” – naród czekał, aż wróci po dyskwalifikacji na ostatni mecz fazy grupowej. W 2014 strzelił wreszcie upragnioną pierwszą bramkę na mistrzostwach świata, ale i tym razem skończyło się przedwczesnym pakowaniem manatków.

Prawdziwa wielkość wciąż go omija? Człowieka, który wygrał Ligę Mistrzów i pięć razy był mistrzem kraju, piłkarza roku, autora prawie dwustu goli w Premier League, w tym tego najpiękniejszego – zdobytego przewrotką z Manchesterem City? Ciekawe, że w przypadku Anglików tylko triumfy w kadrze wydają się dawać przepustkę do sławy i chwały: 29-letni Wayne Rooney zapewne zdoła pobić rekordy największej liczby występów w reprezentacji (Peter Shilton, 125) i największej liczby goli (Bobby Charlton, 49), ale zdaniem angielskich dziennikarzy legendą się nie stanie – złośliwie zauważę, że najwyraźniej żaden z nich nie sądzi, iż w 2018 roku jako sędziwy kapitan poprowadzi swoich młodszych kolegów (Sterlinga? Sturridge’a i Welbecka? Lallanę i Shawa? Hendersona?) do triumfu w mistrzostwach świata. A przecież po drodze będą jeszcze mistrzostwa Europy – turniej, z którym jako piłkarz reprezentacji wiąże chyba najlepsze wspomnienia, właśnie z Portugalii w 2004 r. „Bylibyśmy mistrzami, gdyby nie tamten uraz Wayne’a”, powtarzają do dziś członkowie ówczesnego sztabu szkoleniowego…

Tak naprawdę nie wiem, czy można odpowiedzialnie porównywać ze sobą Charltona, Linekera, Greavesa i Rooneya. A przede wszystkim nie wiem, czy można podsumowywać czyjąś karierę w momencie, w którym wydaje się ona daleka od ukończenia. Owszem, również pamiętam, że taki np. Paul Scholes orzekał, iż najlepsze lata kariery jego dawny kolega z MU ma już za sobą; owszem, zauważam, jak z każdych wakacji wraca z lekką nadwagą; owszem, znam historię jego kontuzji; owszem, mnie również zbulwersowała wysokość jego ostatniego kontraktu. Ale widzę równocześnie, jak wciąż haruje, jak wciąż jest głodny, jak wciąż go nosi (a przy tym: jak potrafi się kontrolować – patrz zmniejszająca się jednak liczba czerwonych kartek). Potrafię sobie także wyobrazić, jak jego pozycja na boisku ewoluuje, jak z upływem kolejnych lat i sezonów Rooney stacjonuje coraz głębiej w środku pola, coraz dojrzalej rozdzielając piłki i dyrygując kolegami, nauczony przez Louisa van Gaala rzeczy, których Ferguson i Moyes mu dać nie potrafili. Tak czy inaczej, z tymi rozstrzygnięciami na temat jego wielkości jeszcze bym poczekał. Sebastiana Milę też za szybko skreślono.

Czy Raheem Sterling ma prawo być zmęczony

Najciekawsza w nomen omen wymęczonym zwycięstwie nad Estonią okazała się nieobecność w wyjściowym składzie Anglików Raheema Sterlinga. Roy Hodgson, krytykowany za kiepską postawę swoich podopiecznych, poinformował, że piłkarz, który teoretycznie mógłby rozkręcić ich grę, wyznał mu, iż czuje się zbyt zmęczony, by wystąpić w Tallinie. Na wieść o deklaracji młodego zawodnika Liverpoolu w portalach społecznościowych i mediach odezwał się chór oburzonych wujów. Co to właściwie znaczy: narzekać na zmęczenie w tym wieku i w tej fazie sezonu – grzmieli np. Alan Shearer, Stan Collymore czy Robbie Savage. Kiedy reprezentuje się ojczyznę, nie można być zmęczonym. Czy przypadkiem nie chodzi o interes klubu, któremu w lidze wiedzie się średnio, a który stracił już w trakcie poprzedniej przerwy na kadrę Daniela Sturridge’a? A poza tym łatwo mu mówić, świetnie zarabiającemu gnojkowi, bo przecież żaden z nas, żeby nie wiem jak był zmęczony, nie może sobie pozwolić na powiedzenie czegoś podobnego swojemu szefowi. Dziennikarz „Daily Telegraph” zestawił skrzydłowego Liverpoolu z odbywającym służbę wojskową obrońcą reprezentacji Estonii Arturem Pikkiem, który po meczu miał wrócić do koszar; Shearer poszedł dalej, mówiąc o idących do pracy na szóstą angielskich robotnikach…

Rzecz w tym, że wszystkie te „argumenty” są bałamutne. Po pierwsze, warto wiedzieć, że w poprzednim sezonie Sterling był, obok Luke’a Shawa, najczęściej grającym nastolatkiem w Premier League (Shaw skądinąd, który podobnie jak Sterling pojechał z reprezentacją Anglii na mundial, zaraz po powrocie do klubu złapał kontuzję i przez miesiąc nie grał). Na mistrzostwach świata zawodnik Liverpoolu wystąpił we wszystkich trzech meczach Anglików, wakacje miał krótkie, a w rozpoczętym dopiero co sezonie grał w każdym spotkaniu swojej drużyny, łącznie z dwugodzinnym występem w Pucharze Ligi (Brendan Rodgers raz próbował dać mu odpocząć, w meczu z Aston Villą, ale w świetle niepomyślnych wydarzeń na boisku zmienił decyzję po niecałych 30 minutach). Mamy połowę października, a liczba minut spędzonych przez Sterlinga na boisku już jest równa tej, którą w poprzednim sezonie osiągał dopiero w grudniu.

Co jednak ważniejsze: wraz z liczbą minut rośnie presja nakładanych na młodego piłkarza oczekiwań – także dzięki świetnemu występowi na mistrzostwach świata przeciw Włochom. O tym, że w ślad za taką presją (w ślad za zwiększającymi się nieustannie wymaganiami zarówno rodaków, jak kibiców Liverpoolu, inwestujących w młodzieńca uczucia rezerwowane wcześniej dla Luisa Suareza…) może iść wypalenie, zaczęli już mówić na przykładzie Sterlinga psychologowie. Nawet nie sięgając po język naukowy wypada skonstatować, że na wczesnym etapie kariery piłkarze wkładają w grę więcej energii: że nie umieją dysponować siłami tak rozsądnie jak rutyniarze, że w większym stopniu zjada ich trema, że mogą też bardziej niż starsi zawodnicy stresować się gorszymi wynikami swojego klubu. O ile pamiętam, zarówno Leo Messi jak Cristiano Ronaldo w wieku 19 lat grali w swoich drużynach rzadziej niż Sterling. O ile pamiętam, intensywnie eksploatowany na wczesnym etapie kariery Michael Owen przygasł niedługo po skończeniu 25 lat. A w związku z tym nie dziwię się, że np. Gary Lineker broni Sterlinga, wspominając, że sam wiele razy czuł się zmęczony, zwłaszcza w trakcie sezonów pomundialowych (co dedykuję części krytyków mojego ostatniego tekstu na Sport.pl, gdzie wspomniałem, że także reprezentanci Niemiec narzekają na pomundialowy brak świeżości; przy okazji można pod tym kątem przeanalizować również postawę Holendrów w dzisiejszym meczu z Islandią).

Pytanie zresztą: co lepsze? Grać mimo wszystko, ryzykować kontuzje i narażać się na falę szydery od tych samych oburzonych wujów w związku ze słabszą formą? A może zachować się rozsądnie i odpowiedzialnie: przyznać najpierw przed samym sobą, a potem w zaufaniu przed trenerem, że nadszedł moment na chwilę odpoczynku? Nie miejmy złudzeń: na chwilę, bo dłuższe zejście z tej karuzeli jest niemożliwe, już za moment wraca liga i Liga Mistrzów, a Sterling zdążył się już zorientować, ile od niego zależy…

Tylko czy takie rozsądne zachowanie można pogodzić z przyjętym powszechnie wizerunkiem piłkarza? Sprawa jest, jak widać, ryzykowna: piłkarz ma być twardy i męski, ma być maczo, a to oznacza również, że nie ma prawa do zmęczenia, a takie kwestie jak wypalenie albo depresja są w jego świecie tematami tabu. Zresztą nie tylko w jego świecie. Jak wielu z nas umie powiedzieć sobie i swoim partnerom, jeśli nie swoim szefom czy podwładnym, że musimy trochę zwolnić, że lepiej by było, żebyśmy nie brali na siebie jeszcze tego zadania czy obowiązku, nie wsiadali za kierownicę, nie pędzili przed siebie na łeb na szyję, i co tam jeszcze robimy w poczuciu obowiązku sprostania wymaganiom narzuconym przez kulturę, w jakiej nas wychowano?

Oczywiście idealnie byłoby w takich sytuacjach spotykać się ze zrozumieniem. W sprawie „afery zmęczeniowej” najbardziej irytuje fakt, że Roy Hodgson nie było wobec Sterlinga lojalny. Że nie miał odwagi wziąć na siebie medialnych krytyk; że nie osłonił chłopaka, nie powiedział czegoś w stylu „uznałem, że grał ostatnio zbyt wiele i że lepiej dla niego i dla nas, żeby trochę odsapnął”, tylko zepchnął odpowiedzialność na samego piłkarza. Mocno się obawiam, że lekcja, jaką wyniosą z tej historii Raheem Sterling i jemu podobni, brzmi: masz zacisnąć zęby i – jak koń w „Folwarku zwierzęcym” – pracować jeszcze więcej.

Smutek Ronaldo

Czasem myślę, że dla kibica-inteligenta to najtrudniejsza rzecz na świecie: przyznać przed samym sobą i przed całym światem, że facet, którzy straszy z okładek pism dla nastolatków, którego plakaty i koszulki nabywają dzieci już w wieku przedszkolnym, i o którym fantazjują damy, będące z kolei przedmiotem jego fantazji, jest rzeczywiście najlepszym piłkarzem świata. Widzisz gościa na reklamie gaci? Na billboardzie zachęcającym do kupna perfum? W magazynie kobiecym w poczekalni u dentysty? W piśmie modowym u fryzjera? Ba: w naukowym periodyku, analizującym fenomen, cytuję, „seksualizacji widowiska sportowego” i „ciała zawodowego piłkarza jako formy kapitału zarówno w sensie dosłownym, fizycznym, jak i kulturowo-symbolicznym”?

Przecież nie takich zawodników uczono cię podziwiać. Przecież jako obiekt uwielbienia odruchowo wybierasz zespół, nie jednego piłkarza, a jeśli już wybierasz piłkarza, to takiego, który dla zespołu pracuje, np. Makelele albo (jeśli już trzymać się zestawu okołotytułowego) Moutinho. Przecież cenisz Aleksa Fergusona, a w związku z tym pamiętasz fragment jego autobiografii, z którego wynika, że David Beckham przez związek z „tą kobietą” (ergo: przez drogę kariery realizowanej także poza boiskiem) tak naprawdę nie stał się nigdy wielkim piłkarzem. Pamiętasz Harry’ego Redknappa, naśmiewającego się z misternie trefionych fryzur Garetha Bale’a, do których nadmierne przywiązanie nie pozwalało ponoć piłkarzowi na pełne zaangażowanie w treningi. Uczestniczyłeś w dziesiątkach debat na temat gwiazd i gwiazdeczek nurkujących na boisku, nie dostrzegając faktu, że często zwyczajnie boją się bólu albo uciekają z nogami, żeby obronić się przed kontuzją. Z pewnością nie odrobiłeś lekcji gender i większość zachowań charakteryzujących postaci, o których tu mowa (dbałość o wygląd, fryzurę i strój, okazywanie bólu, łzy i nadmierna ekspresja), uważasz za niemęskie.

Są pewnie jeszcze powody wtórne: problem, nazwijmy to, klasowy – oto bogaty chłopak z bogatego klubu, po rekordowym transferze i z rekordowym kontraktem, najwyraźniej świadom własnej wartości (Leo Messi przecież, równie bogaty, przynajmniej udaje skromnego); czy w ogóle jest coś, czego mu brakuje? I w końcu także poczucie złamania regulaminu konkursu w trakcie jego trwania: skoro głosowanie w plebiscycie na Złotą Piłkę miało trwać do 15 listopada, nie można go nagle przedłużać tylko dlatego, że 19 listopada jeden z kandydatów rozegrał fenomenalne spotkanie. Dlaczego nie można by wziąć pod uwagę tego meczu w przyszłym roku, jak – powiedzmy – w plebiscycie „Grand Press” teksty opublikowane po 31 października?

Najtrudniejszy akapit tekstu: uzasadnić wybór oczywisty. Rafał Stec wszakże zwolnił mnie z tego obowiązku. „Ten wyżyłowany rewolwerowiec zwyczajnie zasłania wszystkich – napisał z mocą swojego autorytetu. – Wielomiesięczną kanonadę właśnie zwieńczył strzelaniną na szczycie. Ze Zlatanem Ibrahimoviciem, którego życiową misją jest chyba udowadnianie, iż futbol można zamienić w grę solową”. Poprzestańmy na tym, nie dopisując już tych wszystkich goli (66, jeśli dobrze pamiętam) i asyst (16, o ile mnie pamięć nie zawodzi).

Kiedy przed rokiem w mediach całego świata rozpętała się dyskusja na temat sławetnego wyznania „Estoy triste”, jedną z interpretacji podsunął pracujący wówczas z Ronaldo na co dzień Jose Mourinho: miało chodzić właśnie o pominięcie gwiazdy Realu przy wręczaniu nagrody dla najlepszego piłkarza sezonu. Problem w tym, że nawet jeśli ostatecznie ją otrzyma, jego smutek nie zniknie. Nawet zostawiając na boku kwestie proceduralne (a także niedawny afront ze strony Seppa Blattera): on wie, że żaden współczesny Pindar nie napisze ody na jego cześć. Kibicu-inteligencie, po prostu: nie kochasz go tak mocno, jak na to zasługuje.

Nic się nie stało

Psychoanalizę polskiego piłkarza i kibica robię na portalu Sport.pl, ale nie mogę się oprzeć, by wpaść także tutaj. Po pierwsze dlatego, żeby otworzyć ewentualną dyskusję na jej temat, po drugie zaś – podzielić się z Wami komentarzem zaprzyjaźnionego geniusza, którego obrazki co tydzień mamy zaszczyt publikować na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Kraj, w którym nic się nie dzieje – tak to widzi Marcin Wicha, i wypada przyznać mu rację także dlatego, że ptaszki z bloga Przemka Iwańczyka ćwierkają, że decyzje w sprawie zatrudnienia następcy Waldemara Fornalika zostały już podjęte. Kraj, w którym „niemądry Polak po szkodzie” i w którym tyle warta nasza pisanina, co ich kopanina. Jeśli prawdą jest, że Leo Beenhakker pracował na gorszym materiale, jeśli – jak napisał jeden z angielskich dziennikarzy – ta reprezentacja Polski jest najlepsza, jaką mamy od 1982 roku, tym bardziej szkoda, by miała zamienić się w jeszcze jedno stracone pokolenie.

Gorgoń jak lew walczący

A kiedy arcyważny mecz o wszystko już się kończy, kiedy kolejny raz tracimy szansę na awans do wielkiej imprezy, kiedy płaczemy nad jeszcze jednym straconym pokoleniem piłkarzy, wyrzekamy na kunktatorstwo trenera i niekompetencję zatrudniających go działaczy – zostaje literatura. Dzięki redakcji pisma „Konteksty”, zajmującej się na co dzień antropologią kultury, etnografią i sztuką, otrzymaliśmy niedawno utwór literacki o unikalnej sile i wartości. Utwór autorstwa Jana Ciszewskiego.

Przygotowując numer specjalny poświęcony kulturze futbolu, redaktorzy „Kontekstów” spisali z ocalałej w telewizyjnym archiwum taśmy komentarz towarzyszący rozegranemu równo cztery dekady temu meczowi Anglia-Polska. Tak po prostu, niczego nie wygładzając, zachowując wszystkie potknięcia gramatyczne, niespójności, zawieszenia głosu, wymuszone nagłym rozwojem wypadków niedokończone myśli. „Mecz piłkarski jako tekst” – pisze we wprowadzeniu Dariusz Czaja. Myślę, że interpretowanie tego tekstu jako monologu wewnętrznego będzie całkiem uprawnione i nawet jeśli ostatecznie porównywanie Ciszewskiego z Joycem okaże się nieco ponad miarę, to już z Masłowską – dlaczego nie?

Czaja zwraca uwagę na gnomiczność frazy „był Bulzacki”, mnie zachwyca u Ciszewskiego rytm, falowanie tempa narracji, w którym zdania wielokrotnie złożone („Adam Musiał, no proszę i nawet w gorącej sytuacji, na tak znakomitą sztuczkę pozwolił sobie, co znamionuje duży spokój iii… duże opanowanie nerwowe, polskiego zespołu”) występują naprzemiennie z równoważnikami. W tych krótkich, rwanych, chciałoby się powiedzieć, wypowiedziach, pojawiają się w zasadzie wyłącznie rzeczowniki i czasowniki, choć narrator zdecydowanie preferuje te pierwsze („Jan Tomaszewski, pięść, pusta bramka, Currie…”). Zwracają uwagę jego inwersje („Gorgoń jak lew walczący”), aliteracje („luka, Lato”), instrumentacje głoskowe („olbrzym z Zabrza”), elipsy („zaczyna szybka teraz, zaczyna szybka piłka krążyć”), archaizmy („wszystkie te przerwy w grze już uwzględniam na mym chronometrze”) – co ja się zresztą będę rozwodził, oddajmy głos pisarzowi.

„Osiem minut drugiej połowy. Adam Musiał. Nie – to Jan Domarski. Podobni. »Polska gola«, powiewają tu pod naszymi kabinami liczne sztandary biało-czerwone. Dwóch Anglików do główki. Korzystamy z tego nieporozumienia. Robert Gadocha. Lato. Nie miał kto zgarnąć tej piłki odbitej przez Anglików. Clarke. Wrzucają Anglicy. Madeley. Hunter. Bell. Madeley. Tam po prawej stronie u góry ekranu Tony Currie. Nooo! Brawo. Znakomita interwencja! Lato… w środku mamy dwóch zawodników! Proszę państwa Grzegorz Lato sam na sam ucieka teraz. Gadocha, Domarski GOL!!! GOL!!! PROSZĘ PAŃSTWA SENSACJA NA WEMBLEY!!! Dziesiąta minuta drugiej połowy. Cudowny wypad polskiej trójki. Rozbicie ataku. Piłka na lewej stronie. Grzegorz Lato. Ucieka tutaj Gadocha. McFarland i Hunter zdezorientowani. Wyłożenie piłki zawodnikowi Stali Mielec Janowi Domarskiemu i Shilton puszcza pod brzuchem piłkę! Jeden – zero dla polskiej drużyny na Wembley. Czterysta milionów ludzi w tej chwili siedzących przed telewizorami przeciera ze zdumienia oczy. To fakt!”.

To fakt, nie mogę się doczekać dnia, w którym 17 października 1973 r. przestanie być najsłynniejszą datą w historii polskiej piłki. Nieustające celebrowanie „zwycięskiego remisu” wychodzi mi uszami. Z ulgą przyjmuję deklarację Grzegorza Krychowiaka, że tamtego meczu nie oglądał. Z zażenowaniem wysłuchuję wypowiedzi legendy sprzed czterdziestu lat, Jana Tomaszewskiego, o piłkarzach-gejach, i uważam, że w ogromnej mierze to dzięki decyzjom grającego wówczas w Londynie niedawnego prezesa PZPN Grzegorza Laty nie pojedziemy na mundial. To jednak inne tematy. Cztery dekady po Wembley runęły niemal wszystkie mity związane z tamtym spotkaniem. Broni się tylko jeden: Jan Ciszewski. Jan Ciszewski jako… pisarz.

„Jeśli nasi zawodnicy wytrzymują ten szalony napór i ten atak non stop, non stop Anglików i nie denerwują się i niejednokrotnie z zadziwiającym spokojem wyprowadzają piłkę z własnego pola karnego, to my też spokojnie oglądajmy to spotkanie”… Ani nadużywający ryzykownych metafor Tomasz Zimoch, ani Dariusz Szpakowski, którego arsenał figur stylistycznych ogranicza się niemal wyłącznie do wyliczeń („duszno, parno, wilgotno…”), nie byliby w stanie ułożyć zdania o podobnej klarowności. Spokojnie więc oglądajmy jutrzejsze spotkanie – w końcu jeśli Hart także puści pod brzuchem piłkę, to zważywszy na jego formę z ostatnich miesięcy, nie będzie to aż takie zaskakujące.

Reprezentanta wypożyczę

No owszem, całkiem niezły debiut i bramka, zdobyta przez Androsa Townsenda wreszcie prawą nogą, niczego sobie. Ale żeby od razu wpadać w taką ekstazę? Asystę przy golu Rooneya dopisywać, choć zamiast asysty obejrzeliśmy raczej niecelne dośrodkowanie i zbyt krótkie wybicie obrońcy? Z debiutem Glenna Hoddle’a porównywać? Arjena Robbena przywoływać? Czterokrotną podwyżkę oferować? Cały świat informować, że chłopak urodził się w tym samym szpitalu, co David Beckham? Naprawdę tych kilkanaście meczów w QPR, a potem parę spotkań z tego sezonu, uzasadnia erupcję „Townsendomanii”, którą właśnie obserwujemy?

Owszem, można opowiedzieć tę historię jako pochwałę ciężkiej pracy. W cztery lata tylko dziewięć występów w Tottenhamie, za to równie wiele (dziewięć!) wypożyczeń, z których prawie każde okazywało się krokiem naprzód (trzeba to podkreślić, bo w tym samym czasie uważani niegdyś za bardziej utalentowanych zawodnicy z młodzieżówki Tottenhamu, Bostock czy Dawkins, swoje szanse marnowali). „Tu, w Yeovil, nie mamy Ritza” – mówił Townsendowi i jego koledze, Jonathanowi Obice, cytowany przez dzisiejszego „Timesa” szkoleniowiec lokalnej drużyny, prowadząc ich do hoteliku i upewniając się, że na wyposażeniu pokoju jest garnek do gotowania makaronu…

Owszem, można też mówić o uczeniu się na błędach (kara finansowa i kilkumiesięczna dyskwalifikacja za obstawianie zakładów piłkarskich, która kosztowała go utratę miejsca w kadrze na młodzieżowe mistrzostwa Europy) i o wsparciu kolejnych trenerów: Redknapp dawał mu szansę w meczach Ligi Europejskiej, a potem ściągnął za sobą do QPR, Villas-Boas przez cały okres wypożyczenia pozostawał z nim w kontakcie, a przed sezonem usiadł do długiej rozmowy, w której wyjaśnił, co młody piłkarz powinien poprawić w swojej grze pozycyjnej. Uczciwiej jednak byłoby wspomnieć o cholernym szczęściu i zbiegu niezwykle sprzyjających okoliczności, który nastąpił w ciągu kilku zaledwie tygodni.

Na obecny sukces Townsenda złożyło się, po pierwsze, odejście Bale’a i fakt, że poza jednym meczem towarzyskim przez cały okres przygotowawczy Walijczyk nie blokował zmiennikom miejsca w składzie. Po drugie, późne sfinalizowanie zakupu Lameli, a potem dwie przerwy na kadrę, podczas których Argentyńczyk zamiast trenować z nowymi kolegami, podróżował za ocean. Po trzecie, uraz Lennona, który – że wypowiem herezję – wciąż wydaje się najpoważniejszym rywalem Townsenda do miejsca na prawej stronie Tottenhamu. Po czwarte, kontuzja Walcotta, która stworzyła debiutantowi okazję do gry przeciwko Czarnogórze (jak bardzo teraz Roy Hodgson przypisywałby sobie zasługi za udany występ piłkarza Tottenhamu, nie wstawiłby go przecież do składu od pierwszej minuty, gdyby miał do dyspozycji napastnika Arsenalu…). Po piąte wreszcie, w przypadku reprezentantów Czarnogóry oczywiste: nieopatrzenie obrońców z względnie skromnym arsenałem sztuczek, które poza szybkością Andros Townsend może zaoferować.

Nie twierdzę, że skrzydłowy Tottenhamu szczęściu nie pomógł – w piątkowy wieczór dokładnie tak samo, jak w ciągu tych wszystkich deszczowych i wietrznych popołudni na drugo- i trzecioligowych stadionach. Podobnie zresztą jak Walker, Sturridge, Welbeck, Wilshere, Barkley, Gibbs i starsi: Milner, Lampard, Carrick czy Defoe (wszyscy oni byli na wczesnym etapie swoich karier wypożyczani do mniejszych klubów i wszyscy umieli ten czas wykorzystać). Dla niego samego jednak byłoby lepiej, gdyby media po piątkowym meczu okazały się bardziej powściągliwe. Wcale bym się nie zdziwił, zwłaszcza w kontekście odsunięcia za kartki Kyle’a Walkera, gdyby na prawej pomocy Anglików przeciwko Polsce zagrał James Milner.

Tiki-taka plus

Nieznośna powtarzalność grozi przy podsumowywaniu Pucharu Konfederacji, zaskakująco fajnego skądinąd, jak na turniej nienajważniejszy w końcu i rozgrywany po szokująco długim dla niektórych sezonie (wczorajszy finał był 80. meczem w ciągu ostatnich 12 miesięcy rozegranym przez Oscara, 75. przez Matę, 73. przez Luiza i Torresa – prawda, że ten ostatni rzadko kiedy grał pełne 90 minut). Powtarzalność, bo klęska Barcelony, odniesiona z rąk Bayernu, przypomina się niemal automatycznie, a wraz z nią rozwijane w mojej książce tezy o przemijalności futbolu i krótkim, zbyt krótkim życiu wielkich drużyn. Statystycy wyliczyli: ostatni raz Hiszpanie przegrali mecz 29 spotkań temu, ze Szwajcarią na mundialu 2010, ostatni raz tak zdecydowanie – przed 27 laty. W tzw. międzyczasie drużyny z Półwyspu Iberyjskiego wynalazły futbol na nowo, w myśl słynnej już frazy Jonathana Wilsona, że gole są przeceniane. Powtórzmy za naczelnym „Blizzarda”: w ciągu czterech lat między mistrzostwami Europy w Szwajcarii i Austrii a tymi w Polsce i na Ukrainie średnia sytuacji podbramkowych stwarzanych przez Hiszpanię w meczu spadła z dwudziestu pięciu do pięciu. Rzecz w tym, że średnia sytuacji rywali spadła z pięciu w okolice zera. Hiszpanie przestali gromić przeciwników różnicą trzech albo czterech bramek, ale równocześnie nie przegrywali 1:0 meczów, w których od pierwszej do ostatniej minuty atakowali niemal bez przerwy. „Bramki są przeceniane” – pisał Wilson, oczywiście w pewnym momencie padną także one, ale jeżeli będziesz myślał głównie o tym, jak je strzelić, albo żeby strzelić ich jak najwięcej – niczego w futbolu nie osiągniesz.

Przez lata wydawało się, że nie ma patentu na tiki-takę. Przez lata jednak jej najważniejsi aktorzy spędzali zbyt wiele czasu na boisku; inaczej niż Pep Guardiola żaden z nich nie wziął rocznego urlopu – Thiago czy Isco nie zastępowali Xaviego czy Iniesty. Do tiki-taki, że wygłoszę banalne zdanie, nie wystarczy zdolność utrzymywania się przy piłce, trzeba również niestrudzonego pressingu, na który wczoraj zwyczajnie zabrakło sił. Albo do którego znaleźli się lepsi.

Miłośnicy Hiszpanii snuć może będą historie alternatywne: co by było, gdyby bramka dla Brazylii nie padła po stu sekundach, co by było, gdyby Luiz nie wybił cudem piłki z bramki, Neymar nie trafił na 2:0 albo Sergio Ramos (dlaczego on?) wykorzystał karnego… My jednak spróbujmy dodać dwa do dwóch i powiedzmy po prostu, że futbol rozwinął się po raz kolejny. Zaryzykujmy nawet zdanie, że jest bardziej kompletny. Bajeczna technika, z której Brazylijczycy zawsze słynęli, ich legendarna radość gry (Neymar!), łatwość utrzymywania się przy piłce, wsparta taktyczną wiedzą i cierpliwością rozegrania nie stanowią jeszcze pełnej odpowiedzi. Ta Brazylia (ten Bayern…) miała jeszcze szybkość. I siłę. Przy wszystkich zachwytach nad Neymarem, u źródeł jej zwycięstwa są atletyczni Thiago Silva, Luiz czy Paulinho. W wymyślaniu piłki nożnej na nowo zawodnicy tacy, jak ten ostatni (ale też Javi Martinez, nie wiedzieć czemu pozostający na ławce Hiszpanów, czy Ilkay Gundogan) są elementem nieusuwalnym. Operujący między jednym polem karnym a drugim, niestrudzeni w odbiorze i przyspieszający grę do przodu, w kluczowych momentach coraz częściej spychają w cień artystów takich jak Iniesta czy Mata.

Co powiedziawszy, jestem skłonny przyjąć argumenty Gabrielle’a Marcottiego, że ogłaszanie śmierci tiki-taki jest przedwczesne. Mamy do czynienia z rozwojem. Zaczekajcie na Bayern Guardioli.

Rodzinna Europa

A ja próbuję w tym wszystkim nie myśleć o stanie kont Europejskiej Federacji Piłkarskiej, które dzięki decyzji o zorganizowaniu mistrzostw Europy 2020 w 13 krajacg zostaną niewątpliwie zasilone, ani o zyskach poszczególnych organizatorów. Przypominam sobie raczej lato 1991 roku i studencką wyprawę po Czechach, Niemczech i Austrii tropem gotyckich katedr, brutalnie przerwaną na granicy niemiecko-austriackiej przez celnika, który uznał, że czworo niezamożnych Polaków z pewnością zamierza w jego kraju szukać pracy na czarno. Tamtej nocy na dworcu w Salzburgu nie zapomnę pewnie do końca życia.

Potraktujcie więc proszę ten mój dzisiejszy wpis nie tyle jako racjonalną polemikę z krytykami decyzji UEFA, co osobiste wyznanie kogoś, kto wciąż nie może uwierzyć własnemu szczęściu, związanemu z tym, że żyje w zjednoczonej Europie i w czasach pokoju. Tak się składa, że parę lat po tamtej nocy w Salzburgu, przekraczałem też inną granicę – między w miarę bezpieczną już wtedy Chorwacją a pogrążoną w wojnie Bośnią, potem zaś wjeżdżałem do ostrzeliwanego Sarajewa. Tamtej nocy na górze Igman również nie zapomnę do końca życia.

Jakkolwiek naiwnie to brzmi, w mistrzostwach Europy powinno chodzić właśnie o wielkie, wspólne święto całego kontynentu, bez wiz, bez granic, bez utrudnień w podróży i z przywiązaniem do własnego narodu wyrażanym w bezpiecznej, radosnej formie. Wspólny europejski turniej w 13 krajach znakomicie to pokazuje.

[youtube U0wrgoWRLYg]

Oglądaliście „Jeden dzień w Europie”, film, którego akcja rozgrywa się w dniu finału Ligi Mistrzów, gdzie w tle przygód głównych bohaterów obserwujemy tłumy wesołych, udających się na oglądanie meczu kibiców? „Europa w tym magicznym dniu rzeczywiście jest razem: nawet jeśli dla jednych bogiem jest Hakan Sükür, a dla innych Juan Carlos Valerón” – pisała w „Tygodniku Powszechnym” Anita Piotrowska. Tak właśnie wyobrażam sobie lato 2020 roku. Tanie loty, niedrogie bilety kolejowe, autostop i zapakowane po brzegi samochody z flagami na dachach. Owszem, kilkunastogodzinne podróże na drugi koniec kontynentu, ale stanowiące wartość dodaną wielkiego święta piłki. Ekumeniczny wymiar futbolu, zniwelowany podział na Europę starą i nową – albo podział przełamany, bo ci z „nowej Europy” dowalają w finale tamtym z.„Europy starej”.

Nie mogę się doczekać.