Archiwa tagu: Barcelona

Liverpool, czyli co jest najpiękniejsze w piłce nożnej

Przeczytacie o tym w najbliższych godzinach mnóstwo tekstów i obejrzycie niejedną powtórkę, potem zaś ani się zorientujecie, jak godziny zamienią się w dni i lata, a z tekstów i powtórek zrobią się książki i filmy. Będziecie czytać o duchu tej drużyny i tego miasta. O etosie Billa Shankly’ego, lewicowego chrześcijanina i zakochanego w gangsterskich filmach szkoleniowca, który kilkadziesiąt lat temu mówił to samo, co dziś Jurgen Klopp: że siłą Liverpoolu jest to, że gra dla kibiców. O tym, że ów etos ma też zapewne coś wspólnego z tragiczną śmiercią 96 z tychże kibiców na stadionie Hillsborough, a później z wieloletnią walką o przywrócenie im dobrej pamięci. O musicalowej piosence śpiewanej dziś na Anfield przez piłkarzy razem z kibicami – tej, w której mowa o tym, że idąc przez burzę, trzeba mieć głowę wysoko uniesioną, bo na końcu jest złote niebo i srebrna pieśń skowronka; że trzeba iść przez wiatr i deszcz, nawet gdy marzenia się rozwiewają, i że nie można tracić nadziei, bo nigdy nie idzie się samemu. O powtórce ze Stambułu, ale też ze świeższych jeszcze wiktorii, np. o ubiegłorocznych thrillerach z Romą. Mam nadzieję, że przeczytacie także o tym, że to wieczne odwoływanie się do przeszłości nie ma sensu, bo ta drużyna pisze swoją własną historię.

Przeczytacie, prosta rzecz, o samym meczu. O tym, że przystępowali do niego z marszu, w trakcie wyniszczającej – i, jak wiele na to wskazuje, przegranej – walki o mistrzostwo Anglii, w której zebrali aż 94 punkty, a przecież chyba będą musieli uznać wyższość Manchesteru City. O poprzedzającym go dramatycznym, jakże by inaczej, pojedynku z Newcastle, prowadzonym zresztą przez jednego z bohaterów ze Stambułu, Rafę Beniteza; pojedynku rozstrzygniętym dopiero, jakże by inaczej, w samej końcówce. O kontuzjach, które uniemożliwiły grę przeciwko Barcelonie dwóm trzecim z podstawowego tercetu ofensywnego – Firmino i Salahowi. O tym, że w drużynie przeciwnej grał najlepszy piłkarz naszych czasów, tak boleśnie przekonujący zawodników Liverpoolu o swojej jakości w pierwszym spotkaniu.

Czy potrzeba skądinąd lepszego dowodu na to, że piłka nożna jest w pierwszym rzędzie grą zespołową, jak fakt, że mimo wciąż wielkiej formy Leo Messiego Barcelona nie zagra w finale? Zresztą dowodów znalazłoby się w tym spotkaniu więcej, choćby w fakcie, że jednym z bohaterów meczu był niemal niegrający w podstawowym składzie Origi, innym – wchodzący z ławki Winjaldum (wszystko jedno, czy grzejesz ławę, czy nie grasz tygodniami – zawsze musisz być gotowy, a Jurgen Klopp wie, jak to sprawić), który dotąd strzelił w Liverpoolu bodaj jednego gola, a w takim meczu jak dzisiejszy zdobył aż dwa. Albo w wieńczącym sukces genialnie zaimprowizowanym przez liverpoolskich młodzieńców rzucie rożnym.

Przeczytacie zapewne o tych, którzy odeszli z tego klubu dla większych sukcesów i pieniędzy: Coutinho i Suarezie. Przeczytacie z pewnością o pracy, jaką wykonał Klopp z tymi, co zostali: o tym, że w finale Ligi Mistrzów zagrają Jordan Henderson i James Milner (pół meczu na lewej obronie!) albo najlepsi boczni obrońcy Premier League (kto by pomyślał dwa lata temu?) Trent Alexander-Arnold i kontuzjowany dziś w trakcie meczu Andy Robertson. Przeczytacie o wierze, nadziei, miłości może nawet, człowieka, który potrafił zainspirować swoich piłkarzy do czegoś takiego, jak odrobienie trzybramkowej straty w starciu z wielką Barceloną. Albo przeczytacie o jego technikach perswazyjnych, ukrytych choćby w zdaniu, że osobiście uważa to za niemożliwe, ale że wie, iż dla nich niemożliwe nie istnieje. Przeczytacie z pewnością o tym, jak to w ogóle okazało się możliwe – te schłodzone już analizy ruchu poszczególnych formacji, posiadania piłki, celności podań, spodziewanych i całkiem realnych goli. Przeczytacie opowieści o dzikim pressingu (kontrpressingu, zwłaszcza przed drugą bramką), furiackim tempie, zwierzęcej sile – no nie potrafię bez przymiotników, niestety – Liverpoolu, ale też o jego skuteczności, kontrastującej z dziwną jak na katalońskie standardy nieskutecznością Barcelony. Przeczytacie, ile razy w tym starciu decydowały centymetry. Przeczytacie komplementy pod adresem Virgila van Dijka, na Wyspach niewątpliwego piłkarza roku, którego spokój okazał się tak potrzebny w ciągu kwadransa, w jakim trzeba było bronić wyniku dającego awans.

Tak, był to historyczny mecz. Tak, powstaną o nim filmy i książki. Tak, mam silne poczucie, że nie będę umiał przyłożyć ręki do ich powstania. Najważniejsze w tym, co wydarzyło się dzisiaj na Anfield, było dla mnie to, że niosąc bagaż czterdziestu ośmiu przeżytych lat, w trakcie których obejrzałem tysiące meczów, przeczytałem tysiące tekstów i setki książek o meczach, sam napisałem dziesiątki tekstów o meczach, znów zamieniłem się w zachwyconego dzieciaka, który niczym się nie zasłaniając i niczym się nie asekurując, tak zwyczajnie i po prostu wierzy, że wszystko, ale to absolutnie wszystko jest możliwe, i to nie tylko w jakiejś tam piłce nożnej.

Camp Nou, lekcja wychowawcza

Awansu do fazy pucharowej nie dały Tottenhamowi jakieś efektowne akcje i sztuczki. Zamiast nich pokazali charakter, a pierwsze niepowodzenia ich nie zniechęciły.

To nie była tak naprawdę kwestia umiejętności, choć akcja, która przyniosła Tottenhamowi wyrównanie była naprawdę przedniej jakości. Rozpoczęło ją rozbicie ataku Barcelony na prawym skrzydle i odbiór Rose’a, później było wycofanie piłki do Llorisa i wymiana dwóch podań przez obrońców, a potem uniknięcie pressingu gospodarzy dzięki zagraniu do Eriksena – precyzyjnemu i szybkiemu, równie jak późniejszy przerzut Duńczyka do Lameli. Te dwa podania przez środek, wykorzystujące luki między graczami Blaugrany, były tak naprawdę kluczem do tego, co stało się potem – to dzięki nim Lamela mógł podać do pokazującego się po lewej stronie Kane’a, ten zaś wyłożyć piłkę do Lucasa – ale tutaj każdy kolejny ruch był niezbędny, każdy odbywał się w idealnym tempie i synchronizacji, a całość mogła stanowić ilustrację filozofii, którą od czterech i pół roku wprowadza w Tottenhamie Mauricio Pochettino: walczymy o piłkę, rozgrywamy od obrony, szukamy wolnych miejsc na boisku, stawiamy na płynność i nie boimy się ryzyka. Ważniejszy od umiejętności i od stylu (były w ciągu tych czterech i pół roku momenty, w których Tottenham grał piękniej i lepiej, były i takie, w których zostawił na boisku jeszcze więcej wysiłku – przypominają mi się choćby zwycięstwa nad Realem w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów albo nad Manchesterem City w Premier League w pierwszym sezonie Guardioli na Wyspach) był jednakowoż charakter. Czytaj dalej

Zobaczyć Messiego i przegrać

O tym, że się widziało Argentyńczyka, faktycznie można opowiadać wnukom. Ale dla Tottenhamu to marne pocieszenie.

Im jestem starszy, tym częściej myślę, że pewne okazje się już nie powtórzą. Zwłaszcza w piłce nożnej nie ma zdania bardziej mylącego niż „zawsze jest następny mecz”. Następnego meczu nie będzie, a jeśli nawet się wydarzy, to już dla innej drużyny, w innym składzie i z innym trenerem (tylko kibice, nieszczęśni, zostaną ci sami). Ta miała swoją szansę właśnie dzisiaj.

I nie, nie kupuję prostych usprawiedliwień: pomundialowym zakłóceniem przygotowań, brakiem transferów czy kontuzjami kluczowych zawodników. Owszem, z Eriksenem, Allim, Vertonghenem czy nawet Dembelem w środku pola Tottenham z pewnością wyglądałby na bardziej poukładany. Ale nawet nieobecni nie powstrzymaliby Llorisa przed pochopnym wyjściem już w drugiej minucie meczu – wyjściem, które spowodowało, że misternie tkany na ten mecz plan taktyczny rozsypał się jak domek z kart.

Oczywiście: Tottenham nie miał w składzie Leo Messiego. Argentyńczyk wydawał się być w tym spotkaniu zawodnikiem z innej planety. Pal licho dwa gole i pal licho dwa słupki z początku drugiej połowy – wystarczy wspomnieć o wszystkich jego kluczowych podaniach, tnących linię północnolondyńskiej obrony z precyzją chirurgicznego skalpela. Minimalizm Messiego jest czymś niebywałym: biega mało, w zasadzie nie przyspiesza, ale i tak wypatrzy fragment wolnej przestrzeni nawet między piątką próbujących go powstrzymać przeciwników, po czym wykona jeden absolutnie niezbędny ruch. Mauricio Pochettino miał rację po raz kolejny, mówiąc na przedmeczowej konferencji, że tego piłkarza nie da się tak po prostu zatrzymać: że jedyne, co można zrobić, to starać się być jak najbliżej niego i pomagać sobie nawzajem, tak by, broń Boże, nie zostawał w pojedynku jeden na jednego – a kiedy to wszystko się już zrobi, to potem opowiadać wnukom, że miało się przywilej grania przeciwko Messiemu. Zaprawdę, będzie o czym opowiadać, nawet bez wspominania woleja Rakiticia, który zapamiętam jako jedną z najpiękniejszych bramek strzelonych za mojej pamięci Tottenhamowi.

Ale z drugiej strony, jakkolwiek naiwnie to zabrzmi: Tottenham miał ochotę do gry. Nie tylko przez dziewięćdziesiąt sekund pressingu, jakie upłynęło do gola Coutinho, i nie tylko po bramce Kane’a. Zwłaszcza przez kwadrans po golu Lameli można było odnieść wrażenie, że wyrównanie wisi w powietrzu. To gospodarze grali wówczas szybciej i stwarzali sytuacje bramkowe. Były rzuty rożne, był zablokowany strzał Lucasa. Było jedno czy dwa podania Winksa (był też, dodajmy, jego kapitalny odbiór piłki szarżującemu Messiemu; w ogóle młody Anglik niemal nie tracił piłek w tym meczu i po nerwowym początku radził sobie coraz lepiej). Później jednak Sissoko dał Barcelonie kolejny prezent i dlatego trudno mi teraz szukać pozytywów, chwalić waleczność, cieszyć się, że Kane w końcu zaczął trafiać, i tak dalej. Sissoko, skądinąd, próbował także strzału na bramkę Ter Stegena, wkrótce po wejściu na boisko – trafił hen, daleko, w trybuny, a kamera pokazywała fanów Tottenhamu, którzy nie wyglądali na wściekłych czy sfrustrowanych: śmiali się po prostu, bo niczego innego się po Francuzie nie spodziewali.

Najbardziej przykre jest chyba to, że nawet gdyby ten mecz skończył się wynikiem 2:3, i tak miałbym wrażenie, że obie drużyny dzieliła różnica klasy. I że analizując występ gospodarzy nie muszę wchodzić w jakieś taktyczne niuanse – wystarczy, że ograniczę się do naprawdę najprostszych odruchów piłkarskich. Nie tracić piłki na własnej połowie. Nie podawać pod nogi rywali. Nie zostawiać im miejsca. Wracać za swoim zawodnikiem. Geniusz Messiego jest niekwestionowany, ale równie niekwestionowane jest to, że Katalończycy wygrali dziś dzięki prezentom.

Kolejnej szansy nie będzie.

Konkurs Cruyffa

Gdyby żył, właśnie dziś skończyłby 70 lat. Przed miesiącem minęła pierwsza rocznica jego śmierci. Kilkanaście dni temu nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jego autobiografia (dodajmy: świetnie przełożona, co na rynku literatury sportowej w naszym kraju wciąż zasługuje na wzmiankę). A jutro w nowym numerze „Tygodnika Powszechnego” znajdziecie mój spory tekst o nim, z zawadiacką w gruncie rzeczy tezą, że w historii futbolu był najlepszy. Czytaj dalej

Futbol jest radością

Pal licho to, że Barcelona nie odrobiła dziś strat i że próbując dogonić Juventus jej zawodnicy zachowywali się czasem nieładnie – np. nie przerwali gry i nie oddali piłki po tym, jak na boisku leżał Manżukić. Choć z zapartym tchem oglądałem mecz Monaco z Borussią, to właśnie Katalończyków chciałem pożegnać, bo to im, a właściwie ich trenerowi, zawdzięczam moment w tej edycji Ligi Mistrzów jak dotąd najpiękniejszy. Czytaj dalej

Barcelona, czyli tu i teraz

Są mecze, po których następnego dnia rano nie sposób ot tak, po prostu, zająć się robotą. Z drugiej strony: są mecze, które wszyscy przeżyliśmy tak głęboko, że nie sposób ich zwyczajnie opisywać: że oto w trzeciej minucie Suarez, że w czterdziestej Kurzawa do własnej bramki, że w pięćdziesiątej Messi z karnego, że w sześćdziesiątej drugiej Cavani, i że potem wszystko wydawało się już rozstrzygnięte, aż przyszło te siedem minut i siedemnaście sekund, w trakcie których Barcelona zdobyła trzy bramki. Wszyscy to widzieliśmy, wszyscy wrzeszczeliśmy, wszyscy zrywaliśmy się z krzeseł i foteli, jakbyśmy chcieli wbiec na murawę razem z kibicami z Camp Nou, wszystkim nam brakowało przymiotników, kiedy potem próbowaliśmy wytłumaczyć zaczytanym partnerom, co się właściwie wydarzyło. Że żadna drużyna w historii nie zdołała jeszcze odrobić czterobramkowej straty na tym poziomie Ligi Mistrzów? Że dokonali tego piłkarze, których wciąż młody przecież trener oznajmił dopiero co, że odchodzi po sezonie, wykończony trzyletnią zaledwie pracą? Że stało się to wszystko w ostatniej chwili?
Trzy gole po 88. minucie to przecież czyste szaleństwo, a nie piłka nożna na światowym poziomie – taka, w której wszystko zostało już ponoć przewidziane, policzone, rozpisane i rozrysowane na trenerskich ipadach. Mówić w takim momencie o taktyce, ustawieniu, scenariuszach rozegrania poszczególnych akcji; o tym, że Paris Saint Germain grało zbyt głęboko, a jego pressing okazał się nieoczekiwanie poniżej krytyki; wspominać o tym, że Barcelona tak naprawdę nie zagrała świetnego spotkania, a w każdym razie nie grała tak płynnie, jak potrafi, byłoby dowodem oderwania od rzeczywistości – tej, którą piszą przede wszystkim ludzkie emocje. Kibice Barcelony, albo kibice piłkarscy po prostu, doświadczyli w trakcie tego meczu wszystkich. Czytaj dalej

Planeta Cruyffa

Nie chodzi o to, że Johan Cruyff był jednym z kilku najwybitniejszych piłkarzy świata – wymienianym jednym tchem z Pelem, Puskasem, Beckenbauerem, Maradoną czy (niechże im będzie) Ronaldo i Messim. Nie chodzi też o to, że grał w jednej z kilku najwspanialszych drużyn świata – Ajaksie Amsterdam początku lat 70, a także reprezentacji Holandii trenowanej przez Rinusa Michelsa. Nie chodzi w końcu o to, że jako trener, a później mentor, współtworzył potęgę Barcelony: wygrywał z nią europejskie puchary, ale także budował słynną akademię piłkarską, w której wyrastali Guardiola, Messi i tylu innych.

Chodzi o to, że opowiadając o żadnym innym piłkarzu nie zbliżymy się do tylu kwestii związanych z przemianami historycznymi, obyczajowymi i kulturowymi XX wieku, w tym do kwestii „życia po Oświęcimiu”. Urodzony dwa lata po wojnie, był wszak podporą klubu uznawanego za żydowski – paradoksalnie zresztą, bo potęgę Ajaxu tworzyli wspólnie ocalali z Zagłady Żydzi i Holendrzy, kolaborujący z niemieckim okupantem. Wielu holenderskich Żydów, ale też obywateli Izraela, uznawało go za swojego; jeden z izraelskich rozmówców autora książki „Futbol w cieniu Holokaustu” Simona Kupera mówi: „Mamy taki mit, że Żydzi stoją na czele każdego wielkiego ruchu kulturowego. Mieliśmy Mojżesza, Jezusa, Freuda i Einsteina, więc jeśli w piłce nożnej dzieje się coś takiego, musi stać za tym Żyd”. Czytaj dalej

Nie śmiejcie się z Boatenga

Com się nazachwycał, tom się nazachwycał (na portalu Sport.pl), a teraz dopada mnie smutek. Nie dlatego, że się tak szybko skończyło, że trwało tylko dziewięćdziesiąt minut zamiast całej nocy – dlatego, że uświadomiłem sobie nagle, jak duża część naszej energii pomeczowej idzie zwykle w szyderę z pokonanych. Rano zajrzałem na portale, żeby poczytać, co o tym arcygraniu napisali lepsi ode mnie, i zewsząd spadły na mnie kaskady memów, gifów, zdjęć, złośliwych komentarzy i dowcipów. Tym razem ich wątpliwym bohaterem był Jerome Boateng, ale przecież podobnych pechowców, wkręcanych w murawę przez piłkarskich geniuszy, znalazłoby się na pęczki przy niemal każdym meczu. W takiej formie jak wczorajsza, Messi zrobiłby to przecież każdemu – nie tylko obrońcy, który było nie było zdobywał dziesięć miesięcy temu mistrzostwo świata i który w finale mundialu kapitalnym wślizgiem pozbawił tegoż Messiego możliwości strzelenia bramki dla Argentyny.

Mam pisać, że Boateng nie jest byle ptysiem? Cytować z książki Martiego Perarnaua „Herr Guardiola” opowieść o tym, jak trener Bayernu uświadomił sobie nagle, że w ciągu kilku lat pracy w najlepszych klubach Niemiec i Anglii jego podopieczny nigdy nie był uczony gry defensywnej w sensie organizacji linii, ustawiania się itd., przez cały ten czas polegając wyłącznie na swoim instynkcie? Mówić o tym, jak w ostatnich miesiącach wciąż tylko 26-letni obrońca Bayernu poszedł do przodu? Przypominać, że w trakcie finału mistrzostw świata niejeden dziennikarz właśnie jego uznawał piłkarzem meczu? A może przypominać podobne szyderstwa,z którymi zderzali się nasi ulubieńcy, np. Jerzy Dudek w Liverpoolu czy Łukasz Fabiański w Arsenalu? Czy ich późniejsze występy nie przekonywały aż nadto dobitnie, że nie mieliśmy do czynienia z ofiarami losu?

Czytaj dalej

Teologia futbolu

Tak, odebrałem religijne wychowanie. Owszem, jestem redaktorem pisma, które sprawom wiary i duchowości poświęca wiele miejsca. To już coś tłumaczy, ale nie tłumaczy wszystkiego. Po prostu: do opisania intensywności przeżyć związanych z oglądaniem drużyn Pepa Guardioli język świeckiego świata wydaje się kompletnie nieadekwatny. Tylko odwołując się do pojęć z dziedziny teologii potrafię uchwycić różnicę między Barceloną a Bayernem nauczyciela z Katalonii.

W Barcelonie Guardiola był ewangelistą, a świat, w którym obracali się jego zawodnicy, był światem Nowego Testamentu. Świętość, z jaką obcowaliśmy, była ludzka, krucha jak Urodzony w stajence, dawała się dotknąć. Traktowaliśmy ją z czułością, baliśmy się o nią troszeczkę, wiedzieliśmy, że nie jest dana raz na zawsze, że „maluczko, a nie ujrzycie mnie”, ale choć na podstawowym poziomie nie z tego świata, była w tym świecie zanurzona. Bliska.

W Bayernie Pep jest starotestamentowym prorokiem, a patrząc na grę jego drużyny spuszczamy wzrok, bojąc się oślepienia. Tu nie ma nic ludzkiego, nic na naszą miarę. Siła i potęga tej rzeczywistości budzi grozę, jak głos gromu. Ogień szerzy się przed nią i spala wkoło jej przeciwników, a Joe Hart okrywa się wstydem (por. Ps 97). Musimy się jej bać, jak sądu ostatecznego z jego zastępami aniołów. Aniołów – dodajmy – nieoswojonych barokowym obrazkiem, może więc bardziej jeźdźców apokalipsy o dürerowskich twarzach Ribery’ego, Müllera, Robbena i Kroosa. Miłosierdzie? Nadzieja? Czy nie lepiej ją porzucić, zwłaszcza że jeden z piłkarzy nazywa się Dante?

Zaryzykuję: oglądałem wczoraj najlepszy futbol w życiu. Po czymś takim można milczeć albo popaść w bełkot.

Miasto pełne Messich

Była Barcelona. Wpadła na chwilę. Pokazała się światu, nader chętnie transmitującemu w 130 ponoć stacjach telewizyjnych debiut Neymara, zrobiła to na tle polskiego stadionu i polskiej drużyny, a ci z nas, którzy pamiętają jeszcze peerelowską siermiężność, mieli swój moment uniesienia, tak samo jak parę tygodni temu, gdy zobaczyli nad Wisłą, na innym imponującym obiekcie, inną megagwiazdę – Paula McCartneya.

Ach, nie będzie to oczywiście tekst o patriotycznych uniesieniach, choć Lechia wypadła zaskakująco dobrze, a fani Barcelony nie mieliby pewnie nic przeciwko temu, by jej dzisiejszy polski epizodzik otworzył równie wspaniały okres w historii klubu, co epizodzik poprzedni: rozpoczynające epokę Guardioli starcie z Wisłą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Po prostu: była Barcelona, a my wzięliśmy z tej obecności tyle, ile potrafiliśmy. Czyli niemało. Już koło południa, kiedy podjechałem pod stadion po odbiór akredytacji, mijałem setki mówiących po polsku fanów katalońskiego klubu i przypominałem sobie wszystkie te pytania kierowane w ostatnich miesiącach także pod moim adresem: czy to w porządku, wiązać swoje serce i rozum z klubem grającym na co dzień daleko stąd. Przynajmniej w taki dzień nikomu nie trzeba się tłumaczyć, myślałem sobie, ciesząc się ich radością, że jednak mecz doszedł do skutku. Nawet jeśli ostatecznie na stadionie znalazło się też sporo „pikników”, po pierwsze – spotkałem również dużo takich, którzy w możliwości obejrzenia rezerw Barcelony (do Polski przyjechało kilkunastu zawodników Barcy B i Juvenil A) znajdowali frajdę godną konesera (wiedzieli, że za dwa-trzy lata niejeden z nich stanowić będzie o obliczu drużyny; coś podobnego przeżywałem patrząc na sparing Tottenhamu z Barcą, 4 lata temu podczas Wembley Cup), po drugie – szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko „piknikom”, niech się cieszą futbolem w najlepsze. Dzisiejszy Gdańsk, Gdańsk pełen Messich, robił na przybyszu z południa bardzo przyjemne wrażenie. Także przy minucie ciszy przed meczem i także po golach Lechii, gdy patrzył na szalejących z radości dzieciaków w koszulkach… Blaugrany (okrzyków o ogrywaniu „k…” nie słyszał, a faceta przede nim na trybunie prasowej, zajmującego się oglądaniem w internecie zdjęć samochodów – nie były bardzo bite, o ile zdążyłem zauważyć – zobaczył dopiero podczas przerwy w grze na parę minut przed końcem) .

Barcelona wpadła na chwilę. Inaczej być nie mogło. Ci, którzy czytali „Barcę” Grahama Huntera wiedzą, że Pep Guardiola – jako były piłkarz pamiętający świetnie frustrację niekończących się podróży, oddalenia od rodziny, czasu marnotrawionego w hotelach i na lotniskach – wprowadził w klubie nowe zasady, i kiedy się da Katalończycy ruszają na mecze wyjazdowe o poranku, by na miejscu odbyć sjestę, zagrać i niemal natychmiast odlecieć. W skali sezonu daje to setki godzin oszczędności – setki godzin nieuniknionej i zabijającej wszelką kreatywność nudy. Nawet na miejscu, w Barcelonie, zespół w dniu meczu odbywa zwykle krótką rozgrzewkę, później zaś zawodnicy wracają do domów i na Camp Nou stawiają się dopiero na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem.

Jak się ze sobą nie nudzić – jedna z podstawowych kwestii przy budowaniu maszynki do wygrywania. Jak odzyskać świeżość i wejść w nowy kierat, w którym trzeba będzie chodzić najbliższe 11 miesięcy, aż do mundialu w Brazylii, rozgrywając po drodze – poznaliśmy takie statystyki przy okazji Pucharu Konfederacji, wieńczącego sezon największych gwiazd także tej drużyny – nawet 80 spotkań. Tu akurat zmiana trenera może Katalończykom wyjść na dobre, podobnie jak transfuzja do przedniej formacji brazylijskiej świeżej krwi, bo dziś, nawet zważywszy na towarzyskie okoliczności i półtowarzyski skład, za dużo oglądaliśmy człapania w stylu najsłabszych występów klubu z poprzedniego sezonu, również z Rourą na ławce.

Choć w przypadku transfuzji do Barcelony nigdy nic nie wiadomo – i mecz z Lechią oczywiście odpowiedzi na pytanie, czy Neymar wpasuje się w drużynę, nie przyniósł. Simon Kuper, piszący o Katalończykach w dziewiątym numerze „Blizzarda”, zwraca uwagę, że polityka sprowadzania co jakiś czas przez klub piłkarzy ze światowego topu często kończy się klęską. Henry, Ibrahimović, ba: nawet David Villa mieli trudności z wkomponowaniem się w wypracowywany przez lata nauki w La Masii system. O powodzeniu akcji na tym poziomie decyduje często ułamek sekundy – tłumaczył to dawny dyrektor wykonawczy klubu Joan Oliver – jeśli piłkarz potrzebuje więcej czasu, żeby zrozumieć, co zamierza jego partner, wszystko bierze w łeb. Oto dlaczego nienajwybitniejszy przecież, za to wychowany w La Masii Pedro radzi sobie w tym dziwnym klubie lepiej niż niejeden gwiazdor z importu. Oto dlaczego z zawodników dziś występujących zwrócił moją uwagę Sergi Roberto, żwawo biegający między oboma polami karnymi, nieustannie blisko piłki – pokazujący się kolegom i widzący ich, gotów do sformułowania trójkąta (zakończona strzałem akcja z Songiem i Messim w dziesiątej minucie). Messi zaczął świetnie, trzykrotnie rozprowadzając po prawej Alexisa Sancheza, później jednak piłkarze Lechii odcinali go od podań, a i on wracał się w poszukiwaniu wolnego miejsca rzadziej niż np. zaskakująco dobry z mojej perspektywy Matsui i niewątpliwy bohater meczu, nie tylko z powodu pięknej bramki, Grzelczak. Reszta, jak myślę, odstawała, szczególnie podwójnie odpowiedzialny za bramkę Lechii (bezsensowne wybicie na róg, odpuszczenie Bieniuka…) Bartra. Będzie miał problem Gerardo Martino ze środkiem obrony, bo przecież zanim debiutujący dziś w drugiej połowie, spokojny i nieźle się ustawiający, ale kruchy Bagnack zacznie częściej pojawiać się na boisku, musi upłynąć jeszcze sporo czasu.

Na koniec miałbym więc ochotę napisać, że wiem tyle, ile już wiedziałem: przed Martino iście paisleyowskie wyzwanie (jak pisał o przejmującym Barcę po Guardioli Vilanovie Lluis Regas, porównując to z dziedziczeniem Liverpoolu po Billy Shanklym); nie sądzę, by kiedykolwiek pozwolił na podobną nieruchawość swoich zawodników, zwłaszcza bez piłki, jak dzisiaj zrobił to Jordi Roura.

Byłoby to jednak zakończenie niesprawiedliwe. Wiem tyle, ile już wiedziałem, ale jeszcze coś nowego. Warto czasem przyjść na polski stadion i obejrzeć polską drużynę. Nie śmiałem się z tańczącego przy linii bocznej Michała Probierza.