Archiwa autora: michalokonski

Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa. Czytaj dalej

Kevin Przyspieszacz

Próbowali kupić Coutinho, plotkowali o Hazardzie, Sanchezie czy Allim (doprawdy, śmiechu warte, patrząc na formę pomocnika Tottenhamu w tym sezonie), fantazjowali o sprowadzeniu Kane’a, a przecież najlepszy dziś w całej Anglii zawodnik, godny gry w najlepszych klubach Europy, Barcelonach, Realach i innych takich, nazywa się Kevin de Bruyne. I nie trzeba kapitalnej bramki w meczu Manchesteru City z Chelsea, żeby to wiedzieć.

Ciekawe porównanie gry Belga z reprezentacyjnym kolegą, Edenem Hazardem, przeprowadził jeszcze przed tym spotkaniem Michael Cox: obaj są świetnymi dryblerami, obaj znakomicie podają i są groźnymi strzelcami, chociaż każdy na swój sposób. Inaczej niż Hazard, de Bruyne drybluje jednak zawsze mając oko na przeciwnika – i na kolegów, z którymi może wymienić się podaniami. Podaje zaś w zasięgu zaiste niebywałym, czasem szybko, krótko i z pierwszej piłki, ale czasem przez całą szerokość boiska, a jego dośrodkowania nie mają sobie równych nie tylko w Premier League (w statystykach wykreowanych szans, liczonych od czasu jego transferu do Manchesteru City, w Anglii wyprzedzają go jedynie Eriksen i Ozil). Jak strzela? No przecież widzieliście wszyscy wczoraj i widzieliście też pewnie w tygodniu, jeśli wpadł wam gdzieś w oko skrót meczu MC z Szachtarem. Czytaj dalej

Harry Kane, wino i stek

No więc ja też kocham Harry’ego Kane’a. Nie wiem wprawdzie, czy czyniąc swoje wyznanie miłosne na pomeczowej konferencji Mauricio Pochettino po raz kolejny poniósł klęskę w heroicznym boju z angielszczyzną, czy naprawdę chciał oświadczyć się swojemu napastnikowi, ale niechże będzie: dzielę z nim to uczucie, podobnie jak dzielą je angielscy kibice i dzielą je, jeśli wierzyć trenerowi, także koledzy z drużyny.

Powodów jest mnóstwo. Najprostszym są gole, zdobywane (zwłaszcza gdy skończył się już sierpień) w sposób nader nieskomplikowany, bez niepotrzebnych popisów, przewrotek czy piętek, ale zdobywane przecież zarówno zza pola karnego, jak z najbliższej odległości, obiema nogami i głową. Z tego rozlicza się napastnika i tutaj Kane już czwarty sezon imponuje regularnością, z jaką pnie się w górę tabeli najlepszych strzelców w historii Tottenhamu (w tej chwili jest czternasty, ze stu pięcioma golami, a w tym tempie powinien przegonić trzynastego Glenna Hoddle’a do końca 2017 roku, przed końcem sezonu zaś wedrze się pewnie do pierwszej dziesiątki, przeskakując także Robbiego Keane’a i Teddy’ego Sheringhama). Czytaj dalej

Chelsea-Arsenal, czyli mistrzostwo jest gdzie indziej

Momenty były. Akcja Iwobi-Bellerin, efektowna wymiana z pierwszej piłki, zakończona niecelnym strzełem Welbecka. Akcja Ramsey-Bellerin i uderzenie Lacazette’a, obronione przez Courtois. Uderzenia Ramseya w słupek i nieudana dobitka Lacazette’a. Doskonałe podanie Fabregasa do Pedro i dobra interwencja Czecha. Jeszcze lepsza interwencja Czecha już w drugiej połowie, po solowej akcji wprowadzonego kilka minut wcześniej Hazarda. Parę podań Fabregasa, przecinających linie obronne Arsenalu. KIlka pojedynków Moraty z – naprawdę dobrym dziś – Mustafim. Jak zwykle pracowity w środku pola Kante.

Że hit rozczarował? No, zależy kogo. Po pierwsze, wiadomo: gole są przeceniane. Po drugie, gdybym był kibicem Arsenalu, zachwycałbym się tym, jak ciężko potrafią pracować dla drużyny Iwobi, Welbeck i Lacazette, i jak skoncentrowani mogą być (szkoda, że tak rzadko…) podczas walki o środek pola Ramsey i Xhaka. Zważcie: ten remis nie został przez Chelsea podarowany, został przez Arsenal wywalczony, i to wywalczony bez kontuzjowanego Ozila i z pozostawionym na ponad godzinę na ławce Sanchezem. Może nawet można zaryzykować zdanie, że nieobecność Niemca tak naprawdę przysłużyła się Kanonierom, że etos pracy defensywnej u Ozila od bardzo dawna pozostaje w zaniku. Taki Arsenal – wciąż potrafiący zagrać efektowną akcję z pierwszej piłki (patrz szarże Bellerina), solidny w defensywie i agresywny w walce o piłkę, o czym przekonywali się mocno poturbowani Pedro czy Moses, mógłby daleko zajść, gdyby… no, gdyby nie był Arsenalem właśnie. Czytaj dalej

Szczęśliwe Wembley

Jeśli to był egzamin sprawdzający postępy, których dokonał Tottenham w ciągu ostatniego roku, to został zdany celująco – i to niezależnie od faktu, że sędziowie się mylili, a Borussia Bosza na razie okazuje się słabsza od Borussii Tuchela, zwłaszcza w defensywie. Rok temu przecież, kiedy ta grupa żółtodziobów wychodziła na pierwszy mecz z Monaco, była – niezależnie od tego, jak silni okazali się ówcześni rywale na kolejnych etapach walki w Lidze Mistrzów – sparaliżowana strachem, odpowiedzialnością i stadionem. Dzisiaj zaś, po pierwsze, nikt nie był sparaliżowany; Son, który w meczu z Monaco spudłował będąc sam na sam, dziś strzelił bramkę w o wiele trudniejszej sytuacji. Po drugie, stadion nie przeszkadzał, a może nawet ułatwiał w pierwszej połowie grę obronną. Po trzecie, o jakich żółtodziobach mówimy? Wszyscy oni zaznali już smaku gry do taktów haendlowskiego hymnu, a dodatkowo drużynę zasilili jeszcze Aurier, Llorente i Sanchez, który w ubiegłym roku zdążył zagrać w finale Ligi Europy.

Szczęścia oczywiście było w tym zwycięstwie co niemiara, głównie z powodu błędu liniowego, który nie uznał prawidłowo strzelonego gola Aubameyanga na 2:2. Ale, jak to w przypadku Tottenhamu Pochettino bywa coraz częściej, szczęściu można było pomóc, choćby grą obronną, w której imponował zwłaszcza fenomenalny Alderweireld, blokujący strzały i wygrywający pojedynki jeden na jednego (podwyżka, prezesie, zawodnik tej klasy po prostu nie może zarabiać mniej niż marnujący setkę w ostatnich sekundach Sissoko!), ale w której każdy z kolegów również potrafił się znaleźć: i Aurier, sprytnie upadający na boisko, by przepuścić piłkę, a równocześnie zgubić goniącego go zawodnika Borussii, i skoncentrowany Davies (żaden z piłkarzy Tottenhamu nie zrobił w ostatnim czasie większych postępów; powiedzmy to: Danny Rose będzie się musiał sporo natrudzić, by myśleć o sprowadzeniu Walijczyka do roli rezerwowego), i Vertonghen (pamiętacie fantastyczne wybicie spod nóg szarżującego Aubameyanga po jednej z doskonałych centr Pulisicia?; czerwona kartka dla Belga była jednak zbyt pochopna), i nawet Sanchez, choć w pierwszej połowie zdarzyło mu się stracić piłkę w niepotrzebnym dryblingu na własnej połowie.

Szczęściu można było pomóc także oddalając grę od bramki Llorisa od pierwszych minut drugiej części gry i zmieniając nieco ustawienie poszczególnych piłkarzy (nareszcie zaczęliśmy oglądać Eriksena), a po trzecim golu dla Tottenhamu w zasadzie kontrolując już wydarzenia na boisku – choć nie zmniejszając nawet o stopień intensywności, z jaką piłkarze Pochettino walczyli o piłkę. Zmieniany na kwadrans przed końcem Son dosłownie słaniał się schodząc z boiska, ale i on, i Kane mieli godnych zmienników; to też ważny aspekt porównania z ubiegłym rokiem. Czytaj dalej

City, Liverpool i trzecia droga

Nic nie przydaje większego sensu naszemu pisaniu o piłce. Żyjemy, oddychamy, oglądamy, czytamy, rozmawiamy, próbujemy cokolwiek rozumieć po to, żeby następnie obejrzeć taki mecz, jak sobotnie spotkanie Manchesteru City z Liverpoolem, albo raczej: sobotnie spotkanie Pepa Guardioli z Jurgenem Kloppem.

Nie pierwsze spotkanie, rzecz jasna. Było ich już tyle, w Niemczech, w Europie i w Anglii, że zdążyli na swój temat wygłosić niejeden komplement, a i w języku dziennikarzy sportowych przyjęło się opisywanie trendów we współczesnym futbolu dzięki jeszcze jednej opozycji obok tej Mourinho-Guardiola (w skrócie: pragmatyk kontra idealista); Klopp i Guardiola to przecież zderzenie natury z kulturą, instynktu z intelektem albo – jak o tym czytaliście w ostatnich dniach aż nazbyt wiele razy – zespołu heavy-metalowego z orkiestrą symfoniczną.

Różnice między Niemcem i Katalończykiem dobrze streścił na łamach „Independenta” Miguel Delaney, zwracając uwagę na czas, w jakim rozgrywają się akcje ich drużyn: trzy-czterosekundowe szturmy Liverpoolu i cierpliwe, przygotowywane nawet w trakcie piętnastu sekund akcje Manchesteru City. Co wolicie? Co ostatecznie okazuje się skuteczniejsze? Czytaj dalej

Arsene Wenger musi odejść

Napisałem kilkanaście wariantów pierwszego zdania i wszystkie następnie wykreśliłem, w przekonaniu, że każde z nich już kiedyś pojawiło się w przestrzeni publicznej. To chyba największa trudność w zabieraniu głos na temat Arsenalu: wszystkie problemy zostały skatalogowane, wszystkie argumenty sformułowane, pozostaje tylko czekać, aż właściciel klubu podejmie jedyną w tej sytuacji słuszną decyzję, albo aż podejmie ją sam Arsene Wenger. Im szybciej Francuz przestanie być trenerem tej drużyny, tym lepiej dla wszystkich stron. Dla nas, żebyśmy nie mieli poczucia, że piszemy w kółko to samo. Dla coraz bardziej rozwścieczonych i sfrustrowanych kibiców. Dla drużyny, u której powtarzalność wciąż tych samych błędów można już uznać za rozpaczliwe wołanie o nowe otwarcie. Dla niego samego w końcu – żebyśmy zachowali choć trochę dobrych wspomnień na jego temat. Czytaj dalej

Rooney, czyli mężczyzna po przejściach

Jako człowiek z gruntu sentymentalny i pełen naiwnej wiary w świat oraz ludzi nie mam najmniejszej ochoty formułować pryncypialnych potępień Kyliana Mbappe, Ousmane’a Dembele, Philippe’a Coutinho i tylu innych młodych piłkarzy, którzy uwierzyli nagle, że na innych boiskach trawa jest bardziej zielona, a jeśli nie bardziej zielona, to bardziej soczysta i niewątpliwie pożywniejsza. Nie myślę ani przez chwilę pisać o pazerności czy nielojalności, nie myślę szukać winnych w chciwych agentach albo szukających sensacji mediach. Kiedy tylko wzmaga się we mnie fala wzburzenia na to najbardziej nieprzyjemne oblicze współczesnego futbolu, myślę o Rooneyu. Czytaj dalej

Ani słowa o Wembley, czyli dlaczego Tottenham przegrał z Chelsea

Najgorsza w kibicowaniu Tottenhamowi, to znaczy temu nowemu Tottenhamowi, temu od Pochettino, a nie temu, który pamiętam z poprzedniego ćwierćwiecza, jest konieczność przyglądania się czasem, jak marnuje się tyle ciężkiej pracy. W mecz z Chelsea przecież włożono tyle wysiłku, stworzono tyle sytuacji, tyle się nabiegano i tyle czasu utrzymywano się przy piłce, a przy tym wykorzystano tyle pieczołowicie wypracowywanych na treningach schematów… wszystko nadaremnie.

Ani słowa o Wembley. To nie ze względu na rozmiar boiska przegrali, choć jest o pięć metrów dłuższe i o metr szersze niż White Hart Lane (może prędzej ze względu na atmosferę, którą daremnie usiłował podkręcić puszczany z głośników bęben…), ba: powiedziałbym raczej, że choć istotnie w pressingu trzeba na tym stadionie nabiegać się więcej, to jego rozmiar powinien także sprzyjać rozwinięciu skrzydeł, całkiem dosłownie zresztą, bo akcji oskrzydlających w wydaniu Tottenhamu było jak na lekarstwo, a Trippier dośrodkował w pole karne bodaj tylko raz. Dlaczego zatem przegrali? Czytaj dalej

Dlaczego w Premier League pada tyle goli

Wiele można by napisać o tej kolejce: o katastrofalnej obronie Arsenalu i Liverpoolu (czy wiecie, że za czasów Kloppa aż jedna trzecia goli traconych przez tę drużynę, pada po stałych fragmentach gry?), o szczupłości kadry Chelsea (ale i o ważnym występie Moraty: gol i asysta na przywitanie z ligą, podobnie jak w przypadku Lacazette’a i Mounie z Huddersfield pokazują, że nie taka Premier League straszna dla przybyszów z zagranicy…), o wrażeniu kompletności kadry Manchesteru United po przyjściu Maticia i Lukaku, ale też o dobrych stronach zgranego składu na przykładzie bramki strzelonej przez Bena Daviesa dla Tottenhamu w meczu z Newcastle po telepatycznej niemal wymianie podań z udziałem Kane’a, Alliego i Eirksena, o udanym powrocie Rooneya do Evertonu… Wiele by można o każdej z tych kwestii, ale mnie frapuje zwłaszcza ta pierwsza, tym bardziej, że wciąż jeszcze mam w pamięci zdanie z tegorocznego „Przewodnika” – zdanie, z którego wynikało, że nie będziemy się nudzić, a mecze zakończone wynikiem 4:3 albo 5:4, wcale nie będą takie rzadkie. No to mieliśmy przecież: najpierw kanonadę na Emirates, potem ostre strzelanie na Vicarage Road, a w końcu wymianę ognia na Stamford Bridge (egzekucję na Old Trafford uznajmy jednak za przejaw powrotu do normalności, nawet jeśli w ostatnich latach piłkarze MU robili wiele, byśmy o tej normalności zapomnieli).

Rzecz w tym, że właśnie o to teraz chodzi w tej całej Premier League. O rozrywkę. Czytaj dalej