Archiwa autora: michalokonski

Zakład Nawałki

Najgorsze nie były błędy, najgorsze było kilkanaście minut spuszczonych głów i opuszczonych ramion po tym, jak się zdarzyły. Wciąż jeszcze jest czas, by je naprawić.

No więc ze mną było tak, że mecz oglądałem nie na stadionie, nie w biurze prasowym, redakcji, knajpie czy w strefie kibica, ale w domu, otoczony wianuszkiem dzieci z podwórka. I powiem wam, że było to uzdrawiające doświadczenie, choć żeby było możliwe, musiałem pójść na kompromis i zgodzić się na śledzenie boiskowych wydarzeń wraz z komentarzem jutubera o imieniu Izak.

Było to uzdrawiające doświadczenie, bo należało do gatunku tych przywracających proporcje. Dzieciaki nie płakały, nie obwiniały trenera, że przeszarżował z ultraofensywnym ustawieniem, nie winiły piłkarza, który ni stąd, ni zowąd w komentarzach internautów nagle z Polaka stał się Brazylijczykiem, nie mówiły o pechu. Wiedziały, owszem, o kontuzji Glika i w trakcie drugiej połowy któreś z nich zapytało, czy gdyby nie ta gra w siatkonogę zagrałby dzisiaj, naprawiając błędy Cionka i duetu Krychowiak-Bednarek. Owszem, kibicowały Pazdanowi, o którym wiedzą, że ma dom gdzieś niedaleko, ale kiedy już wszystko się skończyło, poprzypinały rolki i poszły pojeździć po okolicznych uliczkach, a może po prostu posiedzieć przy kapliczce pod lasem i pogadać o swoim prawie nastoletnim już życiu, którego skądinąd kompletnie już nie rozumiem. Świat się nie zawalił, wojna nie została przegrana, pułkownik Struś nie skapitulował na Kremlu.

Oczywiście nie zamierzam utrzymywać, że nic się nie stało. Z perspektywy takiego Roberta Lewandowskiego na przykład była to życiowa szansa. O tym, że to właśnie na mistrzostwach świata tak naprawdę zapisuje się najważniejsze karty piłkarskiej historii mówiło wielu z nich w przedmundialowych rozmowach, ale napastnik Bayernu, wśród zawodników grających z numerem „dziewięć” na koszulce z pewnością jeden z dwóch-trzech najlepszych na świecie, musiał odczuwać to wyjątkowo silnie. Ma 29 lat, za cztery lata jego kariera będzie powoli dobiegała końca, jeśli ma kiedykolwiek pokazać się na mundialu, jest to jego pierwsza i ostatnia szansa.

Szkoda także Kuby Błaszczykowskiego – nie tak powinien wyglądać setny mecz w kadrze piłkarza, który tyle miesięcy walczył o to, by móc w ogóle wystąpić na tym mundialu, który tyle razy podrywał tę reprezentację do walki i ratował przed najgorszym (czy dziś również zdołałby ją poderwać, gdyby nie uraz w pierwszej połowie?). Szkoda Rybusa, który po lewej stronie zagrał całkiem niezły mecz. Szkoda Grosickiego, który starał się, jak mógł, i który w końcówce zagrał kapitalną piłkę na głowę Krychowiaka. Szkoda Zielińskiego, który próbował grać swoją grę, nawet ryzykując niecelne podania.

Najłatwiej w tej sytuacji szukać kozła ofiarnego, zwłaszcza że nie urodził się nad rowem, w którym płynie mętna rzeka. Mówiono przed meczem, że Glika powinien zastąpić Bednarek, nie Cionek. Ekscytowano się kilkoma występami młodego gracza Southamptonu w Premier League (doprawdy: kto je widział, wie, że nie było się tak znowu czym ekscytować). Tyle że zachowanie Bednarka przy drugiej bramce nie pozwala, niestety, myśleć, że wiele straciliśmy nie oglądając go od pierwszej minuty. A rykoszety zdarzały się najlepszym obrońcom świata.

To nie przez błąd Cionka („Cionek do Brazylii”, czytałem nawet w komentarzach czynionych na bieżąco na Twitterze, i to wychodzących spod palców cenionych dziennikarzy sportowych) Polacy przegrali mecz. Nawet na tym mundialu przekonywaliśmy się, że błędy defensywy można naprawić – zrobił to wczoraj Harry Kane, dzięki temu, że Anglicy mieli dobrze opracowane rzuty rożne, robili to także – na zmianę, szczerze mówiąc – Hiszpanie i Portugalczycy. Problemem było to, że nie było komu się za naprawianie zabrać. Przez całą pierwszą połowę nie było płynności, za to były proste straty. Nie było skrzydeł, zwłaszcza – co było jednak dość nieoczekiwane – prawego. Wspomniany już Zieliński próbował wziąć odpowiedzialność za rozgrywanie akcji, ale zbyt często podawał niecelnie. Milik tracił piłkę za piłką. Lewandowski schodził do środka, szukał rozegrania z kolegami, ale był za daleko od bramki. W drugiej połowie, kiedy reprezentacja wróciła do bardziej naturalnego dla siebie w ostatnich czasach ustawienia z trójką obrońców, wyglądało to lepiej – szarpnął Lewandowski, Piszczek doszedł do dobrego podania Rybusa – aż do drugiego błędu, który na kilkanaście kolejnych minut podciął im skrzydła. Z mojej perspektywy najgorsze było chyba właśnie to: tych kilkanaście minut opuszczonych głów i mocno niepewnej miny trenera Nawałki przy stanie 2:0. Widywałem w swoim życiu drużyny, które odrabiały taką stratę.

Zestawiając drużynę ofensywnie (skądinąd w tym składzie personalnym grającą wspólnie po raz pierwszy) Adam Nawałka podjął ryzyko – być może wbrew swoim naturalnym instynktom. Gorzej, że w pierwszej fazie meczu jego piłkarze nie wyglądali na takich, którzy również są gotowi ryzyko podejmować. Jakby chcieli przeczekać i zobaczyć, co się stanie. Tylko że mundial (a szerzej: cała piłkarska kariera) trwa zbyt krótko, żeby się dało go przeczekać.

Dzieciakom z podwórka chciałem powiedzieć po meczu właśnie to, że warto ryzykować, że błędy się zdarzają i że można się dzięki nim czegoś nauczyć. Ale one to chyba wiedzą. Wczoraj się między sobą śmiertelnie pokłócili i już nigdy się mieli do siebie nie odzywać, dzisiaj wspólnie oglądali mecz. Życie toczy się dalej. W niedzielę trzeba – i doprawdy można, zobaczyliśmy to dziś po południu – wygrać z Kolumbią.

Opowieść o prawdziwym piłkarzu

To nie jest tylko tak, że Anglia od dawna desperacko potrzebowała takiej historii – od dawna potrzebowała jej piłka nożna. Bo historia Harry’ego Kane’a to jest dobra historia.

Mecz Anglików z Tunezyjczykami był tak typowy dla najnowszej historii reprezentacji Anglii, że w 90. minucie miało się właściwie ochotę zajrzeć do własnego archiwum tekstów i wyciągnąć dowolny, opisujący losy tej drużyny podczas wielkich turniejów. Obiecujący początek (nie było dotąd na mundialu w Rosji drugiej drużyny, która potrafiłaby stworzyć sobie tyle sytuacji bramkowych w pierwszej połowie…), fantazja, rozmach i płynność, gol dający prowadzenie, a później idiotyczny błąd, po którym rywale wykonują rzut karny, i długie minuty nerwowości, bicia głową w mur, unikania odpowiedzialności, zmęczenia i coraz intensywniejszego wrażenia deja vu. Co okaże się przyczyną niepowodzenia tym razem? Może wołgogradzkie muszki, włażące piłkarzom do ust i uszu przez całe niemal spotkanie? Jakie gorzkie dowcipy na temat obiecujących jak nigdy i niespełniających obietnic jak zawsze Anglików przeczytamy jutro w londyńskich gazetach?

O tym, że nie przeczytamy żadnego, zdecydował 24-letni kapitan reprezentacji Anglii, napastnik Tottenhamu Harry Kane, strzelający już w doliczonym czasie gry swoją drugą bramkę w tym meczu. Bramkę dającą zwycięstwo.

Rób swoje

Ja się zazwyczaj słabo nabieram na opowieści o piłkarzach będących po jasnej stronie mocy, a już szczególnie się jeżę w przypadku, gdy serwują nam je rekiny rynku reklamowego. W przypadku Harry’ego Kane’a kampania koncentrująca się na słowach „Loan, Loan, Loan, Loan, Lane, Lion, Leader” wydaje się jednak oddawać istotę rzeczy. Ponieważ tak się składa, że mamy do czynienia z piłkarzem wychowanym przez klub, któremu od blisko trzech dekad kibicuję, piłkarzem, który – mimo iż z pewnością oglądają go największe kluby świata, z Realem Madryt na czele – po raz kolejny przedłużył właśnie kontrakt, nową umowę z Tottenhamem zawierając do 2024 roku; ponieważ chodzi o piłkarza, który nie ukrywa, że inspiruje go przypadek Francesco Tottiego, przez całą swoją karierę grającego w jednym klubie, czuję się osobą właściwą do mówienia o kapitanie Anglików.

Kiedy zdobył setnego gola w Premier League, on sam zresztą zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Zaczynała się tak: miał osiem lat, szedł przez park z ojcem, który ni stąd, ni zowąd oznajmił, że ma mu coś ważnego do powiedzenia. Była to wiadomość, że szkółka Arsenalu, w której wówczas trenował, nie jest nim zainteresowana. Dobrze pamięta reakcję taty: to, że go nie skrytykował, tak samo zresztą, jak nie skrytykował tych, którzy podjęli decyzję w sprawie jego przyszłości. Pan Patrick Kane nie dawał synowi do zrozumienia, że się nie nadaje, nie okazywał wściekłości i rozczarowania, nie nakładał dodatkowej i zupełnie zbędnej presji. Po prostu otoczył chłopca ramieniem i powiedział, że najważniejsze, żeby dalej robił swoje i że znajdą mu inny klub. Dwa lata później Harry Kane trafił do akademii Tottenhamu, któremu zresztą kibicowała cała jego rodzina i w którym grał jego idol, Teddy Sheringham.

To jest dobra historia, bo kiedy opowiadał ją jako zdobywca setki goli w Premier League (dziś ma ich już 108 w 153 występach – świetna statystyka; w reprezentacji ma 15 goli w 25 meczach), wspominał też chwile, w których myślał, że nie zdobędzie ani jednego. Miał dziewiętnaście lat – niejeden jego rówieśnik był już gwiazdą Premier League – i od dwóch lat tułał się po wypożyczeniach do niższych lig. Nawet tam nie zawsze mieścił się w wyjściowej jedenastce: czy mógł marzyć o tym, że stanie się podporą nie tylko klubu z ekstraklasy, ale też reprezentacji kraju? Przy okazji poznawał, jak wspomina, prawdziwe życie, przyglądając się ludziom, dla których wizja spadku z drugiej do trzeciej ligi oznaczała groźbę radykalnego ograniczenia i tak niewielkich na tym poziomie zarobków czy wręcz bezrobocia. Przestawał być dzieciakiem.

Nie przejmuj się tym, co o tobie mówią

„Robić swoje” musiał wyjątkowo długo. Pierwszy raz na ławce rezerwowych Tottenhamu znalazł się w październiku 2009, debiutował – w meczu Ligi Europy – w sierpniu 2011. Na to, by Tim Sherwood, nadzorujący jego rozwój w młodzieżówce, zaczął na niego stawiać już będąc tymczasowym trenerem, musiał czekać jeszcze dwa i pół roku. U obecnego trenera, Mauricio Pochettino, również zaczynał jako rezerwowy: Argentyńczyk ostatecznie przekonał się do niego po wygranej z Aston Villą w listopadzie 2014 r., kiedy to również strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie (był to zresztą gol bardzo szczęśliwy, bo Anglik wykonywał rzut wolny i trafił w mur, a piłka po rykoszecie zmyliła bramkarza i wpadła do siatki).

Przez wszystkie te lata, tak jak wtedy w parku z ojcem, nie myślał, że coś jest nie tak. Nie zniechęcał się. I ciężko pracował. Pracujący wówczas z napastnikami Tottenhamu świetny przed laty snajper Les Ferdinand opowiadał, że nigdy w życiu nie spotkał juniora, który tyle pracy wkładałby w swój rozwój, a bramkarz Brad Friedel dorzucał wspomnienie Kane’a, wypraszającego u niego dodatkowe pół godziny po treningu, by mógł poćwiczyć rzuty wolne. Dobrze pamiętam, jak podczas pierwszych występów w Tottenhamie miał kłopoty z przyjęciem piłki, jak nie potrafił ustać na nogach w starciu z obrońcami: kiedy patrzę na miejsce, w którym jest dzisiaj, czuję, że wręcz powinienem o tym przypominać. Wątpili przecież w niego w zasadzie wszyscy. Po świetnym sezonie 2015/16 pytali, czy będzie umiał powtórzyć to w sezonie kolejnym. Otóż powtórzył. Rok później wątpili, czy będzie potrafił pokazać się w Lidze Mistrzów. Otóż potrafił. Dwa lata później chcieli wiedzieć, czy da radę zagrać dobry mecz na mundialu. Otóż dał.

Trzymaj nogi na ziemi

Napisałem kiedyś, że aby w pełni oddać fenomen Harry’ego Kane’a, trzeba by w zasadzie pióra socrealisty – i z perspektywy Wołgogradu wypada to zdanie powtórzyć. Kapitan Anglików nie ma w sobie nic z celebryty, nie imprezuje, nie sfotografowano go z żadną modelką ani nie złapano na paleniu pod prysznicem. Z wyglądu i uczesania przypomina bardziej bohatera filmu epoki kina niemego niż współczesnego piłkarza; lekko parafrazując Jonathana Wilsona można by powiedzieć, że Harry Edward Kane mógłby zagrać w nim rolę jednego z tych dzielnych pilotów dwupłatowca, którzy nigdy nie wrócili z wyprawy przeciwko Czerwonemu Baronowi. Mamy tu prostego chłopaka, który liczbą strzelonych goli w jednym roku przebił Lewandowskiego, Ronaldo czy Messiego. Mamy opowieść o skromności (za każdym razem mówi, ile z jego goli jest zasługą drużyny – dzisiaj też zresztą mnóstwo roboty przy jego bramkach odwalili koledzy, a on „tylko” dostawiał nogę i głowę; z drugiej strony zaczynał przecież pressing Anglików i robił, co mógł, by stwarzać także sytuacje kolegom), normalności (twardo chodząca po ziemi żona, koleżanka jeszcze z dzieciństwa, żadna tam WAG, jedno dziecko na świecie, drugie w drodze…), wierze we własne siły (nigdy nie martwi go to, że spudłował – zaraz wykorzysta następną okazję…).

Jasne, to była tylko Tunezja. Jeszcze nic się nie stało, jeszcze nie wyszli z grupy. Z drugiej strony: nie potknęli się na pierwszej przeszkodzie, w następnych meczach powinno więc być łatwiej. No i mają Harry’ego Kane’a. Jeśli ktoś na tym turnieju rozegrał typowo angielski mecz, byli to przegrywający z Meksykiem Niemcy.

Harry Potter nie był sam

Dlaczego Leo Messi nie wygrał meczu dla Argentyny? Bo mecze wygrywają drużyny, nie najgenialniejsi nawet piłkarze. Bo Messi gra najlepiej wtedy, kiedy ma z kim grać.

Po tym, co wczoraj zrobił Cristiano Ronaldo, pytanie było tylko jedno: jak odpowie Leo Messi. Nie czy Argentyna pokona Islandię (bo że wygra, każdy niedzielny kibic dałby sobie rękę uciąć), ale jaki będzie kolejny rozdział trwającej już dekadę rywalizacji między dwoma największymi piłkarzami naszych czasów. Skoro Portugalczyk zdołał strzelić trzy bramki faworyzowanym (nawet jeśli na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju opuścił ich trener) Hiszpanom, ile goli zdobędzie Argentyńczyk w meczu z debiutującym na mistrzostwach świata Kopciuszkiem z wulkanicznej wyspy, której liczba mieszkańców pozwalała się zastanawiać, co by było, gdyby na mundial wysłały swoją reprezentację dwie dzielnice Krakowa?

Otóż Argentyna nie wygrała z Islandią, a Messi nie strzelił ani jednej bramki, ba: nie wykorzystał nawet rzutu karnego. I, szczerze mówiąc, trudno tu mówić o zaskoczeniu. Dlaczego?

Po pierwsze, opowieści o Kopciuszku z Islandii, jakkolwiek miło się je powtarza, wyczerpały już swój narracyjny potencjał. Ileż to razy zachwycaliśmy się fenomenalnymi kibicami, których gromkie i wzmacniane oklaskami „Huh!” zachwycało nas już podczas Euro 2016? Ileż to razy powtarzaliśmy, że Heimir Hallgrímsson jest dentystą, Birkir Mar Saevarsson pracuje w fabryce soli, a najlepszy dziś na boisku Hannes Thor Halldórsson próbował swoich sił z kamerą wideo? Że na mecze we Francji pojechał co dziesiąty Islandczyk? Mówiąc o wyspie piłkarskiego cudu trzeba przecież zauważyć, że za tym cudem stoi całkiem racjonalne zachowanie władz kraju i piłkarskiej federacji: program budowy boisk pod dachem, umożliwiający granie cały rok, i doinwestowanie szkolenia młodzieży (nadreprezentacja piłkarzy w populacji, aż 7 proc. zarejestrowanych w związku, o czym również często się mówi, to jedno, ale drugie, i może nawet ważniejsze, to nadreprezentacja świetnie wyszkolonych trenerów). Drużyna, którą dziś obejrzeliśmy, to efekt tamtej reformy sprzed lat; drużyna, dodajmy, grająca ze sobą bardzo długo i świetnie się rozumiejąca (siedmiu z tych, którzy zagrali z Argentyną od pierwszej minuty, grało też dwa lata temu na Euro, gdzie zaszło aż do ćwierćfinału); już nie pamiętam, gdzie przeczytałem, że niewielka liczba ludności też może działać jako islandzki atut, bo młodsi najzdolniejsi szybko zaczynają się ze sobą zgrywać, a żaden talent nie przejdzie niezauważony.

Innymi słowy: Islandia to drużyna doświadczona i przetarta w bojach, ćwierćfinalista Euro i pogromca Holandii czy Anglii, z przećwiczoną od dawna taktyką, z żelazną ambicją, a zarazem swobodą, zrodzoną z poczucia, że nic nie musi, ale może wszystko, z groźnymi stałymi fragmentami gry (dalekie wyrzuty z autu!), broniącą się nisko, rezygnującą z prób utrzymywania się przy piłce (Albicelestes mieli ją bodaj przez 80 proc. czasu gry), ewentualnie czekającą na okazję do kontry. Argentyna nie będzie na tym turnieju ostatnią drużyną, która przez dziewięćdziesiąt minut walić będzie głową w islandzki mur. I trudno będzie Islandczykom trafić na rywala, który biegać będzie więcej, walczyć bardziej zażarcie, wślizgi wykonywać z większym poświęceniem.

Po drugie, Argentyna. Pogrążona w chaosie od miesięcy, fatalna w eliminacjach, które skończyły się szczęśliwie tak naprawdę tylko dzięki błyskowi geniuszu Messiego w październikowym meczu z Ekwadorem. Z trenerem Jorge Sampaolim, uczniem Marcelo Bielsy, a więc arcykapłana intensywności i wysokiego pressingu, ale niemającego tak naprawdę personelu do realizowania tych swoich naturalnych instynktów. Ile eksperymentów w ustawieniu nie przeprowadziłby Sampaoli, dwóch rzeczy nie zmieni: jego środkowi obrońcy są wolni jak pociąg na linii Katowice-Kraków i sami gubią się pod pressingiem, a obecność Messiego w drużynie jest tyleż błogosławieństwem, co problemem.

Po trzecie więc, Messi. Kiedy czyni się te wszystkie porównania z Ronaldo, a także z przyglądającym się mu dziś z trybun moskiewskiego stadionu Maradoną, zapomina się o jednym. Portugalczyka bycie w centrum uwagi nakręca, on uwielbia sytuacje, w których wszystko od niego zależy. Z Maradoną było trochę podobnie, z tą może różnicą, że Argentyńczyk najlepiej grał napędzany przez bronca (w slangu Buenos Aires słowo to, utworzone z odwrócenia sylab w cabrón, bękart, określa rodzaj gorzkiej energii rodzącej się z wściekłości lub rozczarowania). Messi funkcjonuje najlepiej jako część dobrze naoliwionej maszyny, w której odpowiedzialność za grę jest rozłożona na wiele osób. Oto, dlaczego przez lata idealnie pasował do Barcelony, gdzie rozkwitał u boku innych „małych wielkich ludzi” – Xaviego, Iniesty, później zaś doskonale uzupełniał się z Suarezem i Neymarem. O Argentynie, i na boisku, i poza nią, wiele można powiedzieć, ale nie to, że jest świetnie naoliwioną maszyną.

Cytowałem już w innych miejscach obserwację Kena Early’ego, że kiedy Messi dostaje piłkę w Barcelonie, podaje do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać ją po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje piłkę, pozostali stają i czekają, aż zrobi coś wyjątkowego. Było w meczu z Islandią niemało sytuacji, w których lepiej ustawiony zawodnik Albicelestes rezygnował z próby oddania strzału i szukał wzrokiem dobrze pilnowanego Messiego. On zaś zdawał sobie sprawę, jaka na jego barkach spoczywa odpowiedzialność – nawet otoczony przez trzech, czterech rywali, próbował znaleźć sobie pozycję do oddania strzału. Ściślej biorąc: strzelał aż jedenaście razy, w tym z rzutu karnego. To, że nie trafił, zdominuje opowieści o tym meczu, w którym przecież tak naprawdę robił, co mógł: dryblował, próbował stwarzać sytuacje kolegom, nie bał się piłki, szukał jej wręcz, cofając się do środka boiska…

Wypada chyba w tym momencie zapowiedzieć tekst, który o Messim napisałem do najbliższego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Piszę w nim sporo o jego osamotnieniu, cytując zdanie Jonathana Wilsona z „Aniołów o brudnych twarzach”: „Być może po prostu taki ma charakter, choć kusząca byłaby interpretacja, że to jego geniusz izoluje go od otoczenia: że uświadomił sobie, iż potrafi robić coś, czego nikt inny nie potrafi, że to odróżnia go od innych, a może nawet nakłada jakiś rodzaj odpowiedzialności”. W innym miejscu, również zestawiając go z Ronaldo, mówię o Portugalczyku jako kimś w rodzaju Supermana, o boskim ciele i nadnaturalnych zdolnościach, Argentyńczyka zaś porównuję do Harry’ego Pottera, z jednej strony bardziej zwyczajnego, z drugiej, jak Piotruś Pan, na zawsze pozostającego w świecie dzieciństwa. Dziś bym dodał, że nie byłoby żadnego z cudów Pottera bez pomocy Hermiony Granger i Rona Weasleya.

Innymi słowy w tym, co mówi nam dzisiejsza (rzekoma?) niedoskonałość Messiego, i w tym, co mówi nam dzisiejszy (niekwestionowany) sukces Islandii, widzę najpiękniejsze oblicze piłki nożnej: jej zespołowość.

Oddech Ronaldo, cień Lopeteguiego

Nawet jeśli lepszego meczu już przez najbliższy miesiąc nie obejrzymy, będę zachwycony tym mundialem.

Kiedy na pisanie będzie więcej czasu, niż tych kilkanaście minut po ostatnim meczu tego dnia, trzeba będzie zająć się Cristiano Ronaldo nieco bardziej gruntownie. Teraz więc tylko w telegraficznym skrócie wypada przypomnieć te fale hejtu, spływające na Portugalczyka przez lata kariery, te niezliczone żarty na temat niemęskich rzekomo łez i niemęskiego rzekomo dbania o własny wygląd, te – w specyficznie polskim wydaniu – przeróbki imienia na żeńskie. Ileż to razy pisano, że jest narcyzem albo że płaczliwym zachowaniem próbuje wymusić na sędziach korzystne decyzje. Ileż to razy sprowadzano go do marketingowego produktu. Ileż razy mówiono, że się skończył albo że zaraz się skończy. Ciekawe, co usłyszymy teraz, gdy od początku do końca brał odpowiedzialność za losy drużyny, nie tylko strzelając bramki w kluczowych momentach, nie tylko wytrzymując presję wykonywania karnego na samym początku spotkania i strzelając bajecznego wolnego w jego końcówce, kiedy drużyna przegrywała, ale także fantastycznie rozprowadzając kolegów w serii kontrataków Portugalii w pierwszej połowie. Ile dojrzałości, ile pewności siebie, ile opanowania i determinacji trzeba mieć, by udźwignąć to wszystko – nie tylko sprostać oczekiwaniom, ale wielokrotnie je przewyższyć? Cóż to była za scena, tuż przed rzutem wolnym, który przyniósł Portugalczykom remis w tym meczu, kiedy z każdą kolejną sekundą Cristiano Ronaldo uspokajał oddech, by za chwilę uderzyć w to jedyne miejsce, którego hiszpański mur i bramkarz ochronić nie mogli? Cóż to za paradoks, że w trzech poprzednich mundialach wykonywał już 44 rzuty wolne i nie trafił ani razu?

Inna sprawa, że ten mecz, a wraz z nim ten mundial przeszedł do legendy jeszcze zanim się rozpoczął – i jeszcze zanim się rozpoczął, zrodził fundamentalne pytania o moralną kondycję współczesnego futbolu. I nie, nie mam w tym przypadku na myśli tych wszystkich niepokojących kwestii, jakie wiążą się z obrazem uśmiechniętego szeroko Putina, dzień wcześniej witającego „drogich przyjaciół” przed inauguracyjnym pojedynkiem między Rosją a Arabią Saudyjską (starszym kibicom musiał przypomnieć się w tym momencie wąs generała Videli i mistrzostwa świata pracujące dla junty w Argentynie w 1978 r., młodsi wspomnieli głodującego w łagrze Ołeha Sencowa); tym razem chodzi mi o hierarchię, którą wyznaczył prezes Realu Madryt Florentino Perez. Zaskoczony nagłą rezygnacją z funkcji trenera tego klubu przez Zinedine’a Zidane’a (kilka dni po tym, jak Francuz wywalczył ze swoimi podopiecznymi trzeci z rzędu triumf w Lidze Mistrzów), wobec niedostępności kilku narzucających się kandydatów, m.in. Mauricio Pochettino z Tottenhamu, a mając poczucie, że prestiż największego klubu świata wymaga szybkiego działania, zadzwonił do selekcjonera reprezentacji Hiszpanii Julena Lopetegui. Nic to, że Lopetegui wyjechał już z drużyną narodową do Rosji, nic to, że ogłoszenie jego nominacji musiało mieć wpływ na atmosferę w kadrze, gdzie nie brakuje i graczy Realu, i rywalizującej z nimi Barcelony, o Atletico nie wspominając – Perez ani myślał czekać, do tego stopnia, że o ich rozmowie, i decyzji selekcjonera prezes hiszpańskiej federacji piłkarskiej dowiedział się na pięć minut przed ogłoszeniem jej na stronie Realu Madryt. Nie miejcie złudzeń: w tym świecie klub jest ważniejszy niż kraj, a decyzje o letnich zakupach prezesa Pereza nie mogą czekać do lipca.

Owszem, chcę przez to powiedzieć, że decyzję o zwolnieniu Lopeteguiego uważam za słuszną – nawet jeśli nie uważam, że po ogłoszeniu decyzji o objęciu posady trenera Realu starałby się mniej jako selekcjoner, nawet jeśli piłkarze ponoć chcieli, by został, i nawet jeśli autorytet świeżo wybranego prezesa federacji nie może się równać z autorytetem byłego już selekcjonera czy z poczuciem własnej mocy kapitana Sergio Ramosa, który na konferencji prasowej z nowym trenerem reprezentacji, Fernando Hierro (Hierro, zauważmy, mimo iż na boisku był legendą, na ławce trenerskiej nie odniósł sukcesu w Realu Oviedo, a jeszcze niedawno mówił, że ani myśli o posadzie selekcjonera) nie starał się nawet ukryć, kto w tym przypadku dzierży pierwsze skrzypce. Reprezentacja i tak została przygotowana do turnieju przez Lopeteguiego, a jej zalety i wady nie zmieniają się mniej więcej od dekady: wielkiego przewrotu po odejściu Vicente del Bosque nie było. Fakt, że poprzednik Hierro trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z federacją, świadczy o jego wiarygodności jak najgorzej.

Prezentacja Lopeteguiego w Madrycie, choć często przerywały ją oklaski, nie wypadła dobrze, zaś zdanie, że choć wczoraj był najsmutniejszy dzień w jego życiu, to dziś jest najweselszy, nie zabrzmiało wiarygodnie. A jego cień unosił się nad pierwszym meczem Hiszpanów na mundialu nie tylko z powodu medialnej otoczki (kiedy już w trzeciej minucie Nacho podciął Ronaldo, nabierając się na kroczki znane z boisk całego świata od dobrych 15 lat, kamera natychmiast pokazała prezesa hiszpańskiej federacji, a wkrótce potem zdenerwowanego Hierro), ale także z powodów czysto sportowych. Lopetegui, zanim rozpoczął karierę trenerską, był przecież bramkarzem – a bramkarz Hiszpanów, David de Gea, popełnił błąd przy drugim golu Portugalii, wypuszczając piłkę z rąk po silnym, ale przecież dającym się obronić strzale Ronaldo.

Niezależnie od tego cienia jednak, fantastyczne to było widowisko. Automatyzmy Hiszpanów w posiadaniu piłki: minimalizm Iniesty i Silvy, świetny ruch Isco z piłką i bez niej, rajdy Alby pod pole karne rywala, stałe fragmenty, łącznie z tym, który przyniósł im drugą bramkę. Z drugiej strony: wspomniane już, błyskawicznie wyprowadzane kontrataki Portugalii (o tym, że takiej taktyki możemy się spodziewać niezależnie od scenariusza boiskowych wydarzeń, pisano wiele, i z pewnością w dossier pozostawionym przez Lopeteguiego współpracownikom, było o nich niemało). Również wspomniany, imponujący sprintem, widzący kolegów, ale przede wszystkim zabójczo skuteczny Ronaldo. Przydatny w pressingu, choć niewykorzystujący podań swojego kapitana Guedes. Gol, który pozwolił Hiszpanom wrócić do gry po raz pierwszy? Upieram się jednak, że VAR powinien był go anulować, za ewidentne wejście łokciem Costy w Pepe, nawet jeśli późniejsze zachowanie Hiszpana w polu karnym – walka z obrońcami, strzał – było arcydzielnym przykładem tego, jak może i powinien grać środkowy napastnik w starym stylu.

Czy wielkim tematem tego mundialu będą błędy bramkarzy? Dziś zawalił David de Gea, w ostatnim sparringu Francuzów, ze Stanami Zjednoczonymi, pomylił się Hugo Lloris. Błąd de Gei, jednego z najlepszych w świecie, po strzale Nacho przestał już jednak mieć znaczenie. Piękniejszej bramki obrońca Realu w życiu już nie zdobędzie (inna sprawa, że trzeba też oddać sprawiedliwość walczącym do końca w trakcie tej akcji kolegom, zwłaszcza Silvie), ale też lepszej sceny na strzał życia wyobrazić sobie nie mógł. Zważmy: mowa o człowieku, po którego faulu Ronaldo po raz pierwszy wyprowadził Portugalię na prowadzenie i który o tej chwili bodaj ani razu nie wsparł drużyny w ofensywie.

W świetle dzisiejszego spektaklu opowieść o zwolnieniu Lopeteguiego jest więc w tym sensie opowieścią z happy endem. Drużyna Hiszpanii przeszła przecież podwójny test charakteru – przed meczem i, co ważniejsze, w jego trakcie. Być może Lopetegui obroniłby strzał Ronaldo, ale za to gol Nacho był w stylu dawnych uderzeń Hierro. Być może Loptegeui inaczej dokonywałby zmian i jego drużyna do końca utrzymywałaby się przy piłce, kontrolując przebieg wydarzeń na boisku i przyprawiając Portugalczyków o zawroty głowy nieustanną wymianą podań. Na trzeciego gola jego nowego podopiecznego z Madrytu nie poradziłby nikt.

Król abdykował, ale Hiszpanie mogą mieć nowego. Książę Portugalii nie zamierza zrezygnować nigdy. Jestem zbyt zachwycony meczem, by myśleć o tym, że najwięcej w ostatnich dniach, łącznie z dzisiejszym, wygrał Florentino Perez.

 

Kompletna i nie tak znowu krótka metafizyka piłki nożnej

Był sobie sześciolatek, któremu rodzice nie pozwalali oglądać mundialu po nocy i który codziennie zastawał przy łóżku karteczkę z wypisanymi przez ojca wynikami wieczornych meczów. Podejrzewam, że ważniejsze od wiedzy, kto wygrał, było poczucie, że ten małomówny i nieprzystępny mężczyzna naprawdę go kocha.

Masz oczywiście rację: to się nie powinno odbywać w Rosji, o Katarze nie wspominając. To się nie powinno odbywać tam, gdzie się łamie prawa człowieka i gdzie przy budowie stadionów giną pracujący w nieludzkich warunkach robotnicy przymusowi, albo w kraju, który przy obojętności robiącego z nim interesy świata najeżdża sąsiadów i odbiera im spory kawał terytorium. Masz również rację, kiedy mówisz o towarzyszących temu pieniądzach. O tym, że główny organizator, a w związku z tym największy wygrany imprezy jest ogólnoświatowym symbolem korupcji. O całym tym wielkim i nieznośnym festiwalu komercji. O reklamach, z których wiele odwołuje się do mniej lub bardziej seksistowskich stereotypów. O kulturze maczo. O niepokoju, związanym z narodowym wzmożeniem. O dystansie, jaki budzą politycy, próbujący – przez chwilę, do pierwszej porażki czy niestrzelonego karnego – ogrzać się przy Lewandowskim czy Nawałce. O niechęci wywołanej faktem, że wszystkie te nazwiska atakują Cię już z każdej strony.

Nie wiem, czy potrafię Ci wytłumaczyć, dlaczego mimo to chciałbym najbliższy miesiąc spędzić na oglądaniu mistrzostw świata. Mam mówić o pięknie widowiska? Pokazywać Ci bramki, zdobywane w ostatnich sekundach meczów, podczas których wszystko wydawało się już dawno rozstrzygnięte? Przekonywać, jakie te bramki potrafią być niezwykłe – zdobyte po indywidualnej akcji któregoś z futbolowych artystów, mijającego jak slalomowe tyczki usiłujących go sfaulować przeciwników, albo przeciwnie: kunsztownie utkane przez całą drużynę, cierpliwie wymieniającą podanie za podaniem i szukającą sobie najlepszych pozycji między rywalami jak w balecie synchronicznym? Opowiadać o trafieniach z przewrotki, woleja, bezpośrednio z rzutu rożnego, piętą, głową, z bardzo daleka i z zupełnie bliska? O bramkarskich paradach i wślizgach obrońców? O tym niezwykłym momencie zatrzymania (jak w muzyce albo jak w miłości, chciałoby się powiedzieć), w którym cofnięty rozgrywający na ułamek sekundy opóźnia zagranie, żeby mający przyjąć piłkę napastnik znalazł się w miejscu idealnym? Mówić o łzach radości i smutku (przyznasz: w tak zwanym życiu publicznym nie mamy zbyt wielu okazji do oglądania mężczyzn okazujących prawdziwe emocje…) albo przypominać tę chwilę z 1994 roku, kiedy reprezentanci Brazylii po strzeleniu bramki przez Bebeto, który dopiero co został ojcem, celebrowali tę bramkę naśladując dłońmi gest kołysania niemowlęcia?

A może opowiedzieć o tym, jak spędzający gdzieś wakacje piłkarz Błaszczykowski słyszy, jak przy sąsiednim stoliku syn pyta po cichu ojca, czy to jest ten facet, który dwa lata temu zawalił karnego z Portugalią, potem zaś dosiada się do stolika i mówi chłopcu, że owszem, to on jest tym facetem? O ciężarze, jaki niesie ktoś, kto ma poczucie, że zawiódł? O odwadze, z jaką potrafi się z tym poczuciem mierzyć? O woli zmiany? O tym, że zaprzyjaźniony dziennikarz robił niedawno z Błaszczykowskim rozmowę i że jeszcze zanim zdążył zadać pierwsze pytanie usłyszał od niego, że owszem, zamierza i tym razem podejść do strzału z jedenastu metrów? O tygodniach nieprawdopodobnej harówki, dzięki której Błaszczykowski mógł wrócić do formy po kontuzji i pojechać na upragniony mundial? A skoro wciąż jeszcze mnie słuchasz, to dołożyć inny polski akcent: opowiedzieć o obrońcy nazwiskiem Glik, podporze drużyny i człowieku, który w gazecie przeglądanej przez nas niedawno na stacji benzynowej tłumaczył właśnie to, że w futbolu nie ma nic ważniejszego niż mistrzostwa świata, bo tak naprawdę tylko tam przechodzi się do historii, a który na ostatniej prostej, podczas jednego z ostatnich treningów przed wyjazdem do Rosji, w trakcie niewinnej zabawy z piłką doznał kontuzji tak poważnej, że szansa jego gry w tym turnieju stoi pod znakiem zapytania? Próbować Ci uświadomić, że w trakcie krótkiej jak życie motyla kariery piłkarz ten w tak dobrej formie jak w tym roku może nie będzie już nigdy – że za cztery lata na spełnienie marzenia może już być za późno?

A może przeciwnie: zaapelować nie do emocji, tylko do intelektu raczej, opowiadając o planach taktycznych poszczególnych trenerów, o meczach jako partiach szachów, w których rolę hetmana wciela się niejaki Zieliński, a gońcem jest niejaki Grosicki? Przekonywać Cię wywodami profesora Kosińskiego, wyrafinowanego teatrologa przecież, który w „Tygodniku” na mundial pisze, że nawet osoby obojętne, jeśli dadzą futbolowi szansę, mogą doświadczyć przyjemności wcale nie tak bardzo różnych od tych oferowanych przez inne przedstawienia, od teatralnych po seriale? Zacytować jakiś fragment jego tekstu, choćby ten, w którym twierdzi, że piękno piłki nożnej (które w tym momencie zbliża się do porażającego piękna greckiej tragedii), polega na tym, że trwające długo wysiłki mogą zostać w każdej chwili zniweczone, a los (nazwa używana tu w pełni świadomie) zawsze może się odwrócić? Że paradoks tego sportu polega na tym, że w ustanowionych sztucznie ramach, zgodnie z ustanowionymi sztucznie zasadami i bez zrywania widowiska, możliwa, zakładana i pożądana jest interwencja przypadku, a rzeczywistość nie jest usunięta poza ramy fikcji, ale wprowadzona w nią jako jej największa siła?

Widzę, że tracisz uwagę, spróbuję więc inaczej. Kiedy myślałem o tym, dlaczego pytani o najpiękniejsze wspomnienia z mistrzostw świata najczęściej opowiadamy o pierwszych mundialach, jakie widzieliśmy, przypomniałem sobie historię opowiadaną niedawno przez znajomego angielskiego dziennikarza. Dziś już dobrze po czterdziestce, swoje pierwsze mistrzostwa, w 1982 roku w Hiszpanii, przeżywał jako sześciolatek. Był wtedy zbyt mały, by teraz pamiętać wszystkie szczegóły (choć utkwiły mu w głowie na przykład trzy bramki jakiegoś polskiego rudzielca w meczu z Belgią) i może dlatego wspomina to, co najważniejsze. Rodzice nie pozwalali mu oglądać telewizji po nocy, ale codziennie rano zastawał przy swoim łóżku karteczkę, na której ojciec wypisywał mu wyniki wieczornych spotkań. Podejrzewam, że ważniejsze od wiedzy o tym, jak poszło Kameruńczykom z Peru, było poczucie, że jego małomówny i nieprzystępny tata naprawdę go kocha.

Próbuję chyba powiedzieć, że to nie jest doświadczenie przeżywane przeciwko komuś (zwłaszcza przeciwko „ruskim”, u których dzisiejszy mundial się odbywa i których naprawdę nie musimy utożsamiać z Putinem), i że to nie jest doświadczenie stadne. Nie wyobrażaj mnie sobie, proszę, skandującego w tłumie na trybunach, choć nie wykluczam, że założę reprezentacyjną koszulkę i pomaluję twarz, i choć z całą pewnością będę oglądał mundial z synami. W gruncie rzeczy będzie to doświadczenie najgłębiej indywidualne. Doświadczenie, w którym znów zostanę częścią sztafety pokoleń: w którym spróbuję przypomnieć sobie pachnącą tytoniem i szorstką dłoń starszego mężczyzny, ojca czy dziadka, z którymi wiele lat temu oglądałem pierwszy mecz, i w którym samemu zaoferuję swoją coraz bardziej szorstką dłoń synowi. Jeśli w którymś momencie zobaczy moje łzy, nie stanie się przecież nic strasznego.

Dlaczego złe rzeczy dzieją się bramkarzom

Najpierw miał to być tekst o antyfutbolu. O cynizmie, wyrachowaniu i sprycie, z jakim niektórzy zawodnicy potrafią poruszać się nieustannie na granicy przepisów, a jeśli tylko nadarzy się okazja, podczas której nie sposób rozstrzygnąć, czy robią coś z premedytacją, czy zupełnym przypadkiem, wykorzystują ją na korzyść własnej drużyny. Tak, nauczony wieloletnim oglądaniem tego piłkarza nie mam wątpliwości, że Sergio Ramos uwięził rękę Mohammeda Salaha nieprzypadkowo. Nie wiedział oczywiście, że wybije mu w ten sposób bark, ale wiedział, że doprowadzi do przerwania groźnej akcji. Wszystko, co najlepsze w grze Liverpoolu, obejrzeliśmy przed kontuzją Egipcjanina. Egipcjanin był w sercu wszystkiego, co najlepsze w grze Liverpoolu. Przez pierwszych kilkanaście minut on i jego koledzy z łatwością odbierali piłkę na połowie przeciwnika i rozpoczynali kolejne akcje, a Salah ruszał do przodu jeszcze zanim jeden z grających za jego plecami zawodników zdążył przerwać atak Realu. W sumie to trudno się dziwić, że piłkarze z Madrytu chcieli wyłączyć go z gry. W przerwie zobaczyliśmy statystykę kontaktów z piłką graczy obu drużyn przed i w okolicy obu pól karnych – do czasu kontuzji Salaha było to 56 do 21 na korzyść Liverpoolu, po jego zejściu, uwaga, 65 do 1 na korzyść Realu. Modrić i Kroos do końca meczu kontrolowali już wydarzenia na boisku, a Liverpool musiał się cofnąć, bo za plecy jego obrońców zagrywano coraz groźniejsze piłki.

Potem miał to więc być tekst o tym, jak to spotykają się dwie drużyny, z których jedna miała szansę na wygranie Ligi Mistrzów trzeci raz z rzędu (czwarty w ciągu pięciu lat), i która ubiegłoroczny finał rozpoczynała w tym samym składzie, co tegoroczny – której zawodnicy i trener mają wygrywanie w DNA i którzy, prawdę powiedziawszy, nawet niespecjalnie cieszyli się po ostatnim gwizdku: przyjechali po swoje, dostali swoje i kiedy to piszę, są już pewnie w drodze na lotnisko. Druga zaś była najmłodsza w historii finałów tych rozgrywek, a jej trener, Jurgen Klopp, przegrał już pięć najróżniejszych finałów; Cristiano Ronaldo tylko w Lidze Mistrzów zdołał w życiu zwyciężać pięciokrotnie. Tak naprawdę wiedzieliśmy to wszyscy: zwycięzca może być tylko jeden. Wiedzieli to także zawodnicy Liverpoolu po kontuzji Salaha. Czytaj dalej

Smutny toast na koniec sezonu

Mogło być gorzej. Przed rozpoczęciem sezonu dałbym sobie przecież rękę uciąć, że po raz kolejny do Ligi Mistrzów awansować się nie da: że oba kluby z Manchesteru, broniąca mistrzostwa kraju Chelsea i Liverpool będą poza zasięgiem (jedynie utrzymania dominacji nad Arsenalem pozwoliłem sobie być pewnym), że konieczność godzenia występów ligowych z grą w Champions League okaże się dla zespołu zbyt wielkim wyzwaniem, podobnie jak granie przez okrągły rok na nieoswojonym przecież zarówno przez piłkarzy, jak kibiców Wembley. Martwiłem się tym, że wytrzymanie kolejny sezon z rzędu presji nakładanej przez zawodników przez jednego i tego samego, skrajnie wymagającego trenera, to będzie już za wiele, martwiłem się efektami publikacji pełnej niedyskrecji na temat jego podopiecznych książki Mauricio Pochettino z Guillemem Balaguem. Oczywiście, oczywiście: jestem kibicem Tottenhamu, więc zawsze znalazłbym jakieś powody do zmartwienia, przyznacie jednak, że wszystkie dotąd wymienione brzmią racjonalnie. Nie bałem się np., że drużyna zostanie na pniu rozkupiona jeszcze w trakcie minionego roku i nawet wyznam, że i tego lata, a więc przed inauguracją nowego stadionu, kadrowego trzęsienia ziemi się nie spodziewam, bo nawet jeśli za lepszymi pieniędzmi odejdą, powiedzmy, Rose, Alderweireld czy Dembele, to przecież w ostatnich miesiącach się okazało, że żaden nie jest niezastępowalny. W sumie więc: naprawdę mogło być gorzej, jeśli dodać jeszcze fatalny początek rozgrywek i punkty tracone na Wembley ze średniakami oraz dziwaczną sierpniową posuchę strzelecką Harry’ego Kane’a, a także to, że mimo załamania po niedawnych porażkach z oboma klubami z Manchesteru udało się jednak drużynę pozbierać i zakończyć sezon zwycięsko. Czytaj dalej

Ze mną lub z kimś innym

Bitwa na Stamford Bridge: roztrwonione prowadzenie 2:0 i utrata szans na mistrzostwo Anglii w 2016 r. Wcześniej finał Pucharu Ligi z Chelsea w 2015 r., również przegrany 2:0. Półfinał Pucharu Anglii z Chelsea przed rokiem, przegrany 4:2. Rewanżowy mecz Ligi Mistrzów z Juventusem, zakończony zwycięstwem i awansem drużyny z Turynu. Wczorajszy półfinał FA Cup z Manchesterem United. Ten sam scenariusz – taki, w którym zespół nie wykłada się już w pierwszych sekundach, nie popełnia kompromitujących błędów na starcie, nie kapituluje, ba: podejmuje walkę, zaczyna znakomicie, spycha rywala do narożnika, może nawet obejmuje prowadzenie, później jednak otrzymuje niespodziewany cios, po którym nie potrafi się już podnieść. Wczoraj, podobnie jak podczas meczu z Juventusem, od pewnego momentu można było mieć pewność: oni już nie wierzą, że się uda. Albo inaczej: oni wiedzą, że się nie uda. Że strzał Erica Diera w 45. minucie po prostu musi trafić w słupek. Czytaj dalej

Cudowny chłopak

Najlepsze, że oni wcale nie grali dobrego meczu, a raczej, że wielu z nich zagrało poniżej poziomu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Dembele był wolniejszy niż zwykle – zamiast przenosić akcje sprzed własnego pola karnego pod bramkę rywali, w pierwszej połowie gubił się i wikłał w bezproduktywnych raczej zwarciach. Osamotniony po lewej stronie Davies zostawiał Mosesowi hektary wolnego miejsca (Alonso w pierwszej fazie meczu również zaskakująco łatwo przedzierał się prawą). Sona w zasadzie nie było – ani wtedy, gdy grał na środku, ani po zmianie pozycji z Lamelą i zejściu na prawą. O postawie Llorisa przy golu dla Chelsea nie ma co nawet mówić (to był jego czwarty błąd w tym sezonie, skutkujący utratą gola, tylko Begović i, ekhem, Cech, zrobili więcej), a Sanchez, jak zwykle, interwencje kapitalne i ofiarne przeplatał chwilami gapiostwa; po tym, jak Alderweireld grał już nie tylko w Pucharze Anglii, ale i meczach reprezentacji Belgii, w meczu o taką stawkę doprawdy wolałbym widzieć raczej jego.

Widać z tego, że problemy Chelsea są dużo poważniejsze – zarówno te natury ogólnej, kryzysu formy ostatnich miesięcy i spekulacji wokół przyszłości trenera, jak bieżące, związane choćby z nieobecnością w wyjściowym składzie Courtois i Pedro czy brakiem wartościowych zmienników na ławce. O podaniach Fabregasa można powiedzieć mnóstwo dobrego, ale nikt się chyba nie spodziewał, że Hiszpan będzie w stanie nawiązać walkę z niezmordowaną drugą linią Tottenhamu. Również Hazard, często podwajany przez rywali, odbijał się od nich jak piłeczka. O akcji, która przyniosła gościom wyrównanie warto byłoby mówić nawet bez arcydzielnego uderzenia Eriksena: o tym, jak Davies z Allim przycisnęli Mosesa przed polem karnym Chelsea, jak odwojowali piłkę i jak z sytuacji beznadziejnej zrobiła się znakomita. Podobnie komplementować można tytanicznie pracującego Lamelę: żaden inny zawodnik nie miał tylu wślizgów, żaden inny nie biegał tak między rywalami, żaden inny, dodajmy, nie używał tak często łokci w sytuacjach nieoczywistych. To dziś jedna z kluczowych różnic między tymi dwiema drużynami – ta północnolondyńska kolejny już sezon świetnie wie, co robi, i o co gra. Od tamtej „bitwy na Stamford Bridge”, kiedy goście stracili panowanie nad sobą i resztki szans na odebranie Leicester mistrzostwa kraju, minęła epoka; szczerze mówiąc ów mecz wydaje się równie odległy jak tamten sprzed 28 lat, ostatni wygrany tutaj przez Tottenham w lidze. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że w składzie Chelsea nie ma już tych wszystkich speców od ogrywania Tottenhamu; speców, których symbolem mógłby być chociażby John Terry. Coś pękło, coś się skończyło.

Zostawmy jednak Chelsea z jej kłopotami, niechże na ratunek przychodzą Guus Hiddink albo Carlo Ancelotti. Skupmy się na tym, o którym głośno było przez cały miniony tydzień, z racji tego, że w reprezentacji Anglii pierwsze skrzypce grali inni zawodnicy, i że jej selekcjoner uznał za stosowne przestrzec go w kwestii miejsca w wyjściowej jedenastce podczas zbliżających się mistrzostw świata. Zauważmy: jeśli zsumować gole i asysty z tego sezonu, Dele Alli ma ich 24, o 6 więcej od tego, który wypchnął go ze składu Anglików, Jessego Lingarda. Czy naprawdę można mówić o słabszej formie piłkarza, który zdobywa bramki w momentach i meczach absolutnie kluczowych, wszystko jedno – z Realem, czy z Chelsea? Który wykazuje się takim opanowaniem, taką koordynacją i taką techniką, zarówno obiegając Azplicuetę i dochodząc do długiego, przypominającego nieco podania Alderweirelda, zagrania Erica Diera, jak potem przyjmując piłkę i następnie przerzucając ją nad Caballero? Który odnajduje się później w polu karnym, jako pierwszy dopadając do piłki, przekładając ją – mimo gęstniejącego tłoku – z prawej na lewą nogę i strzelając trzeciego gola dla Tottenhamu? Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś Mauricio Pochettino mówił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii. O tym, jak Argentyńczyk prowadzi swoją młodą gwiazdkę, jak konsekwentnie ją wspiera na konferencjach prasowych po kolejnych żółtych kartkach za symulowanie, jak mobilizuje go mówiąc choćby, że uważa go za najlepszego 21-latka na świecie, można by napisać niejedno. Dziś Alli zagrał setny mecz w Premier League – spotkałem gdzieś statystykę, mówiącą, że w trakcie tych stu spotkań przyłożył się do sześćdziesięciu bramek dla Tottenhamu. Ciąg dalszy nastąpi.

O ileż przyjemniej niż o jednostkach mówić jednak o drużynie. Pochettino opowiadał po meczu, że w przerwie skupił się na znalezieniu piłkarzom lepszych pozycji – tak, żeby ściślej współpracowali, szybciej operowali piłką, byli nieco bardziej agresywni i lepiej przechodzili z fazy obrony do ataku (w tym punkcie w trakcie pierwszej połowy Chelsea niewątpliwie biła ich na głowę). Dobre to było: przejście Eriksena z lewej do środka, Lameli z prawej na szpicę, Allego z „dziesiątki” na lewą stronę i Sona ze szpicy na prawą; żeby wygrać, nie trzeba było wcale Harry’ego Kane’a. Mit, że mamy do czynienia z zespołem jednego piłkarza, runął już jakiś czas temu, ale dziś padły kolejne: o niezdobytym Stamford Bridge, o tym, że Tottenham ma kiepskie wyniki w meczach z bezpośrednimi rywalami, i że Alli jest w kiepskiej formie. Niby wiem, że z tą drużyną wszystko wydaje się możliwe, niemniej zaryzykuję to zdanie: wygląda na to, że trzeci rok z rzędu zagra w Lidze Mistrzów – w Anglii tylko Manchester City w tym czasie prezentuje podobną formę, a inwestycji obu drużyn nie sposób przecież porównać. On jest magikiem, ty wiesz, śpiewają kibice o Mauricio Pochettino i mają cholerną rację.

Czy to już jest koniec

Już byli w kurniku, już witali się z gąską. Już się zaczęli – jak Dele Alli, fantastycznie odgrywający w 50. minucie piętą do Daviesa – popisywać. Już się poczuli jak bogowie… Pierwszych kilkadziesiąt sekund po golu Higuaina było w tym sensie zapowiedzią nieuniknionego – które nastąpiło zresztą bardzo, bardzo szybko. Widać było, że nie byli na wyrównującego gola przygotowani. Że poczuli, jak awans, do którego mieli niecałe pół godziny, wymyka im się z rąk. Nie dostali wsparcia z ławki – nie było zmiany, Pochettino, tak jak i jego piłkarze, wydawał się sparaliżowany.

A o reakcję trenera prosiło się już w momencie, gdy wchodzili Asamoah i Lichtsteiner – to nie pierwsza bramka była przełomem (przed nią był już pierwszy atak paniki Sancheza), tylko przejście Juventusu na ustawienie 4-3-3, dokonane zresztą w sposób kosmetyczny, bo zmiana nie była podwójna, tylko rozłożona na dwie, w odstępie dwóch minut; pozornie nielogiczne zachowanie, jak na drużynę, która goni wynik. Jeszcze jedna lekcja dla młodego wciąż, a z pewnością na tym poziomie będącego nadal żółtodziobem Pochettino. Statystyka meczów, w których przegrywający odpada, nie należy do najjaśniejszych punktów w jego życiorysie. O braku doświadczenia graczy Tottenhamu w tej materii nie ma nawet co mówić. Czytaj dalej