Archiwa autora: michalokonski

Kane i kwestia szacunku, czyli dlaczego będę płakał po Pochettino

W 20118 roku Harry Kane rozegrał 62 spotkania. W roku 2019 zaczął występy już 1 stycznia, od meczu z Cardiff, 8 stycznia powinien pojawić się na boisku w półfinałowym spotkaniu Pucharu Ligi z Chelsea, a w niedzielę, 13 stycznia, w arcyważnym ligowym starciu z wygrywającym mecz za meczem dzięki zmianie trenera Manchesterem United. Doprawdy, wydawało się, że nie ma żadnego powodu nie tylko do tego, żeby Kane grał w piątkowy wieczór w Pucharze Anglii przeciwko Tranmere Rovers, ale w ogóle, żeby ruszał się z domu w kilkusetkilometrową podróż na północ. W okresie świątecznym terminarz spotkań ułożył się tak, że Tottenham grał najczęściej ze wszystkich zespołów czołówki Premier League, a ze względu na kontuzje rotacja w składzie była mniejsza niż można się było spodziewać. Sportowcy też są ludźmi, potrzebują odpoczynku, a kiedy dać im odpocząć, jeśli nie w spotkaniu z drużyną występującą na co dzień trzy ligi niżej? Czytaj dalej

Mourinho w czasie przeszłym

Łatwo byłoby sprowadzić wszystko do charakteru. Pokazać, że metoda szukania winnych wszędzie poza sobą, stawiania na aurę własnej nieomylności, budowania wokół drużyny oblężonej twierdzy, powoływania się na zasługi z przeszłości itd, zwyczajnie już nie działa. Powiedzieć, że dla piłkarzy obecnego pokolenia nie możesz być dyktatorem, że szatnią nie możesz rządzić wzniecając atmosferę wszechobecnego spisku, że publiczne krytykowanie podwładnych nie jest żadną formą motywacji. Że za dużo presji, za dużo krytyki, za dużo fochów i generalnie złych emocji, by to mogło działać. Że rzucanie bidonami o ziemię jest dowodem raczej niepanowania nad sobą niż tak zwanej sportowej złości i że piłkarz, po którego nieudanym strzale pozwoliłeś sobie na taki gest nie będzie już chciał się dla ciebie poświęcać. Podobnie jak ten, którego skrytykowałeś za niewykorzystanie karnego. Charakterystyczne, że Mauricio Pochettino, bodaj najczęściej wymieniany wśród tych, których zarząd Manchesteru United chciałby zatrudnić do sprzątania pobojowiska, po niedawnych błędach Juana Foytha i Kyle’a Walkera-Petersa, prowadzących do utraty bramek w ważnych meczach, bronił swoich podopiecznych jak lew. Że trener Tottenhamu nie obwiniał zarządu o niedotrzymane ponoć obietnice transferowe – pracuje z tymi zawodnikami, których dano mu do dyspozycji, zwyczajnie czyniąc z nich lepszych piłkarzy, zamiast domagać się nieustannie, by jeden nieudany zakup zastąpić kolejnym.

W tym momencie jednak ważniejsza wydaje mi się inna intuicja. W świecie dzisiejszego futbolu w odwrocie są trenerzy, którzy stawiają na reaktywność. Szkoleniowcy, dla których istotą taktyki jest dostosowywanie się do przeciwnika, próba włożenia mu kija w szprychy, czyhanie na błąd. W wydaniu Manchesteru United Jose Mourinho widzieliśmy to wiele razy, przykładem najbardziej może uderzającym – zważywszy, że chodziło o mecz z odwiecznym rywalem – było niedzielne spotkanie z Liverpoolem. To podopieczni Jurgena Kloppa grali na Anfield w piłkę, to oni dyktowali warunki, to oni (tak jest) ryzykowali i nie bali się popełniać błędów w przekonaniu, że i tak zdołają je naprawić. To ich zdawało się nieść myślenie, do którego w klubie z Old Trafford przyzwyczaił nas sir Alex Ferguson i którego wyrazem było tyle razy niosące się z trybun „Attack! Attack! Attack!”. W dzisiejszym futbolu, przynajmniej tym na szczytach klubowej piłki, to Klopp i Guardiola wyznaczają trendy, a Jose Mourinho stał się cieniem przeszłości.

Historia oczywiście lubi się powtarzać. Portugalczyk wylatuje z pracy w trzecim sezonie. Podobnie jak w Chelsea, dzieje się to po skróconym okresie przygotowawczym i wśród dyskusji o niedotrzymanych przez zarząd obietnicach transferowych (choć trzeba przecież pamiętać, że w Manchesterze wydał na piłkarzy 400 milionów funtów, z czego 60 na stoperów – Bailly’ego i Lindelofa; kupiony za ponad 50 milionów Fred w meczu z Liverpoolem nie zmieścił się nawet na ławce). Podobnie jak w Madrycie i Londynie, zostawia podzieloną szatnię i gwiazdy, które poczuły się przez trenera wyalienowane (nie tylko tego najdroższego, Pogbę, bo sposób, w jaki trener traktował Luke’a Shawa, ocierał się wręcz o mobbing). Zaiste, zostawia spaloną ziemię i gdyby kolejny raz znalazł pracę w czołowym europejskim klubie, byłby to dowód postępującego odrywania włodarzy tego świata od rzeczywistości. Powiedziałbym nawet, że szukając następcy,  Jose Mourinho zarząd Manchesteru United nie jego kompetencje i doświadczenie przy taktycznej tablicy powinien brać pod uwagę w pierwszym rzędzie, tylko to, jakim jest człowiekiem. Michael Carrick nie byłby tu najgorszym rozwiązaniem, co mówię w pełni świadomy, że najlepszym jest Mauricio Pochettino.

Camp Nou, lekcja wychowawcza

Awansu do fazy pucharowej nie dały Tottenhamowi jakieś efektowne akcje i sztuczki. Zamiast nich pokazali charakter, a pierwsze niepowodzenia ich nie zniechęciły.

To nie była tak naprawdę kwestia umiejętności, choć akcja, która przyniosła Tottenhamowi wyrównanie była naprawdę przedniej jakości. Rozpoczęło ją rozbicie ataku Barcelony na prawym skrzydle i odbiór Rose’a, później było wycofanie piłki do Llorisa i wymiana dwóch podań przez obrońców, a potem uniknięcie pressingu gospodarzy dzięki zagraniu do Eriksena – precyzyjnemu i szybkiemu, równie jak późniejszy przerzut Duńczyka do Lameli. Te dwa podania przez środek, wykorzystujące luki między graczami Blaugrany, były tak naprawdę kluczem do tego, co stało się potem – to dzięki nim Lamela mógł podać do pokazującego się po lewej stronie Kane’a, ten zaś wyłożyć piłkę do Lucasa – ale tutaj każdy kolejny ruch był niezbędny, każdy odbywał się w idealnym tempie i synchronizacji, a całość mogła stanowić ilustrację filozofii, którą od czterech i pół roku wprowadza w Tottenhamie Mauricio Pochettino: walczymy o piłkę, rozgrywamy od obrony, szukamy wolnych miejsc na boisku, stawiamy na płynność i nie boimy się ryzyka. Ważniejszy od umiejętności i od stylu (były w ciągu tych czterech i pół roku momenty, w których Tottenham grał piękniej i lepiej, były i takie, w których zostawił na boisku jeszcze więcej wysiłku – przypominają mi się choćby zwycięstwa nad Realem w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów albo nad Manchesterem City w Premier League w pierwszym sezonie Guardioli na Wyspach) był jednakowoż charakter. Czytaj dalej

Lubię, kiedy Tottenham

Oto przyczynek do portretu psychologicznego kibica tej drużyny: jego ulubieńcy rozgrywają właśnie najlepszy mecz w sezonie, a on przez pierwsze cztery akapity marudzi, jak mają ciężko.

Wciąż jeszcze jest tak, że po meczu takim, jak wczorajszy pojedynek derbowy z Chelsea żałuję, że nie włączyłem nagrywarki, a potem zaczynam rozglądać się po sieci, czy ktoś może nie nagrał i nie udostępnia. Niby ostatnie pięć lat obfitowało w wiele równie przyjemnych doświadczeń, a i wcześniej zdarzało się, że Tottenham w pięknym stylu zwyciężał w derbach albo szerzej: w spotkaniach z drużynami uznawanymi za faworytów (jednym z najbardziej niezwykłych nagrań w mojej kolekcji jest to z meczu z Arsenalem z kwietnia 2010 r., kiedy debiutujący Danny Rose wrzucił Almunii piłkę za kołnierz – niezwykłość potęguje fakt, że w ramach żałoby po katastrofie smoleńskiej Canal Plus transmitował tamten mecz bez żadnego komentarza – słychać tylko odgłosy stadionu, a w prawym górnym rogu widać specjalną żałobną sztrajfę), a przecież nie przywykłem, ba: szybko o takich przyjemnościach zapominam. Jeśli więc szydzono czasem z Tottenhamu, że po byle wygranej w meczu ligowym z Chelsea czy Arsenalem potrafi wypuścić pamiątkowe DVD, to rzec można: rozpoznał rynek. Tu wciąż się nie wygrywa ligi ani pucharów, tu wciąż się nie zwycięża rutynowo, tu wciąż żyje się w obawie przed najgorszym, a aktualnie najgorsze jest podkupienie trenera przez któregoś z europejskich gigantów.

Inna sprawa, że gdy w przerwie wczorajszych derbów próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem ukochaną mą drużynę grającą tak dobrze, miałem niejaki problem. W tym sezonie na pewno nie: owszem, mają najlepszy start w dziejach występów w Premier League, ale dzięki zwycięstwom szczęśliwym, wymęczonym i najczęściej jednobramkowym – takim, podczas których o wynik trzeba drżeć do końca i o zdominowaniu rywala nie ma mowy. W sezonie poprzednim? Wygrana z Chelsea na Stamford Bridge była przyjemna (i też godna nagrania, bo na wyjazdowe zwycięstwo w lidze fani Tottenhamu czekali prawie 30 lat), ale był to już czas schyłkowego Antonio Conte, jeśli już to raczej zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów przychodziłoby tu na myśl, generalnie jednak wypadałoby się cofnąć o jeszcze jeden rok, do sezonu 2016/17, kiedy nawet Manchester City Guardioli nie był w stanie dać tu rady.

Ciekawe zresztą: był to ostatni sezon na White Hart Lane, sezon bez porażki w lidze na własnym stadionie – sezon, o którym przed wczorajszym meczem mówił także Mauricio Pochettino, żałując, że podczas późniejszych wypraw na Wembley Tottenham stracił aurę „niezwyciężonych”. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach wrażenie, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa, było dojmujące: przyjeżdżali tu piłkarze Liverpoolu i Manchesteru City, z którymi jeszcze niedawno drużyna walczyła jak równy z równym, o ile nie lepszy, a wrażenie, że teraz są już o dwie-trzy długości do przodu było dojmujące. To dlatego właśnie spór między Garym Nevillem i Jamiem Carragherem w studio Sky Sports po meczu z MC wybrzmiewał tak donośnie: wszyscy, którzy oglądamy tę ligę od dłuższego czasu mamy (jak Neville) wrażenie, że nigdy za naszego życia Tottenham nie grał tak dobrze, nigdy nie miał w sobie tyle waleczności i charakteru, a zarazem (jak Carragher) zdajemy sobie sprawę, że przy tych ograniczeniach budżetowych, kosztach budowy stadionu, kredytach w związku z tym zaciągniętych itd., nie zdoła przebić sufitu: tutaj wydanie tylu pieniędzy, co w pozostałych pięciu klubach angielskiej czołówki, zwyczajnie nie wchodzi w grę.

Czy można się więc dziwić, że przed meczem z niepokonaną dotąd Chelsea optymizmu wokół klubu było jak na lekarstwo? Podsumujmy: stadion nieukończony i nie wiadomo, kiedy będzie ukończony, brak wakacyjnych wzmocnień, pomundialowa plaga kontuzji (aż dziewięciu graczy Tottenhamu zostało na mistrzostwach świata do samego końca) i perspektywa wypalenia, zwłaszcza u Harry’ego Kane’a, który jako kapitan reprezentacji dźwiga na sobie podwójną odpowiedzialność. Gapiostwo w meczach Ligi Mistrzów. Pijaństwo Llorisa. Problemy w końcówkach spotkań, a w tle jeszcze wspomniane już pytanie, co właściwie pozwala wierzyć, że trener tej klasy wytrzyma z tym całym bałaganem kolejny rok? Nie tylko w Madrycie trawa dla Pochettino byłaby bardziej zielona, a możliwości budowania drużyny większe.

Macie tu portret psychologiczny kibica Tottenhamu w pigułce. Jego drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz sezonu, i to nie tylko pod względem wyniku czy prestiżu, jaki się z nim wiąże, ale przede wszystkim stylu, a on marudzi już przez cztery akapity, jak ciężki jest jego los. Zupełnie, jakby nie widział tego, co wydarzyło się wczoraj na Wembley, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dwudziestu paru minut, podczas których wydawało się, że Chelsea zostanie zadeptana i zmieciona z powierzchni ziemi. Czytaj dalej

Na wyjeździe (dzieje pewnej piosenki)

Historia, która kryje się za tym utworem, jest w gruncie rzeczy prosta. Ojciec artysty po ciężkim zawale trafia do jednego ze szpitali w Newcastle. Nie jest – jak łatwo sobie wyobrazić – w najlepszej formie, nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. Z jak wieloma rzeczami trzeba się będzie pożegnać na zawsze? Czy emerytura to śmierć rozłożona na raty? Ileż można, i czy w ogóle warto żyć, będąc skazanym na ciągłe wsłuchiwanie się ze strachem w bicie własnego serca?

Szpital, tak się złożyło, jest położony blisko St. James’ Park. Na stadionie Newcastle tego wieczora gospodarze grają z Liverpoolem. Teraz jest już późna noc, ale mężczyzna po zawale nie śpi, pełen niewesołych myśli. I nagle, wśród nocnej ciszy, zza okna słyszy kroki zbłąkanego przechodnia, a potem jego głos. To kibic Liverpoolu, dla dodania sobie otuchy w obcym mieście śpiewający „You’ll Never Walk Alone”. Czytaj dalej

Mili, fajni, przegrani

Okoliczności łagodzące znamy na pamięć, a po raz kolejny wyłożył je przed meczem Jamie Carragher w Monday Night Football. W ciągu tych kilku lat drużyna trenowana przez Mauricio Pochettino zdobyła najwięcej punktów w lidze po Manchesterze City i Chelsea, mimo iż wydała 500 milionów mniej niż aktualny mistrz Anglii, 400 milionów mniej niż Chelsea i Manchester United, a jeśli idzie o stosunek inwestycji do dochodów – przeznaczała na nowych zawodników od 150 do prawie 500 milionów funtów mniej niż pozostała czołowa piątka. O budżecie płacowym Carragher nie wspominał, ale powszechnie wiadomo, że Daniel Levy płaci gorzej niż prezesi zarówno wielkiej piątki, jak i niejednej drużyny ze środka tabeli Premier League. Nie wspomniał też, że w ciągu tych kilku lat pracy Pochettino nauczył grać w piłkę i wypromował całkiem sporą grupę zawodników, z czego w pierwszym rzędzie skorzystała reprezentacja Anglii. Że tego lata musiał przygotowywać zespół do sezonu pozbawiony aż dziewięciu podstawowych zawodników – tylu grało w półfinałach mundialu, a przecież do tego można doliczyć jeszcze kilku występujących na rosyjskich boiskach w fazie pucharowej i Sona, który pojechał na Puchar Azji. W dodatku okienko transferowe zakończyło się klapą – klub nie zdołał sprzedać tych, którzy mieli zrobić miejsce na nowe nabytki. Tego, jak demobilizujące jest przedłużające się granie na nieswoim stadionie i niepewność, kiedy zostanie otwarty nowy obiekt, możemy się jedynie domyślać. Jeśli nie postawię w tym miejscu kropki, gotów jestem dojść do wniosku, że rekordowy dorobek punktowy po dziewięciu kolejkach był właściwie cudem, który powinniśmy fetować, a nie frustrować się porażką z ligowym potentatem.

Za okoliczność łagodzącą mógłbym właściwie też uznać to, jak grali. Jak walczyli, zwłaszcza w drugiej połowie. Jak ograniczali płynność akcji Manchesteru City, który owszem – stworzył kilka świetnych sytuacji, ale dużo mniej niż zwykł czynić w ostatnich miesiącach. Jak po długim okresie bicia głową w mur sami zaczęli stwarzać okazje. W gruncie rzeczy mógłbym dwa ostatnie mecze, z PSV i z MC, skwitować zdaniem o rosnącej formie Tottenhamu, mógłbym, gdyby nie ta drobna okoliczność, że oba skończyły się kiepskimi wynikami.

„Są mili i fajni, ale i tak im wlejemy” – zechciał skomentować swego czasu Roy Keane i choć od tamtej pory Mauricio Pochettino włożył mnóstwo pracy w to, żeby jego podopieczni nie byli już tacy mili, druga część zdania byłego kapitana Manchesteru United pozostaje boleśnie aktualna. Jeszcze boleśniejsze są okoliczności, w jakich dochodzi do tego „wlania” (tak, wiem, że ugrzeczniłem i ocenzurowałem frazę Keane’a) – dochodzi do niego mianowicie na własne życzenie. Nie dzięki jakiemuś fenomenalnemu zrywowi rywala – raczej na skutek prezentu, jaki otrzymał.

Czym bowiem, jeśli nie prezentem, było zagranie Toby’ego Alderweirelda pod nogi szarżującego przeciwnika przy pierwszej bramce PSV? Czym, jeśli nie prezentem, było niecelne podanie do tyłu najlepszego skądinąd wówczas na boisku Christiana Eriksena, po którym Hugo Lloris wybiegł z bramki, sfaulował rywala i wyleciał z boiska z czerwoną kartką? Czym, jeśli nie prezentem, było zachowanie Trippiera przy dzisiejszej akcji bramkowej Manchesteru City (prawy obrońca Tottenhamu źle ocenił tor lotu piłki zagranej przez Edersona do Sterlinga)? Ile takich prezentów jeszcze obejrzeliśmy, nawet jeśli nie przyniosły rywalom kolejnych bramek – np. w 38. minucie, gdy zagrywający do tyłu Sissoko podarował rywalom rzut rożny, albo w 46. minucie, kiedy przed własnym polem karnym piłkę tracił Dembele, albo trzy minuty później, gdy Lloris zagrywał pod nogi Aguero i Dier musiał faulować napastnika MC? To, jak Hugo Lloris w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zamienił się w tykającą bombę, jest skądinąd osobnym tematem: Francuz dziś także świetnie zbił na słupek uderzenie Mahreza, ale przy każdym jego wykopie serca kibiców Tottenhamu podchodziły im do gardeł.

Dzień dzisiejszy zapamiętamy nie dlatego, że w 23. minucie Sissoko wyprowadzał kontrę czterech piłkarzy Tottenhamu na dwójkę obrońców City i zamiast podać do Lameli, Lucasa bądź Kane’a pozwolił obrońcy rywalowi wybić piłkę, i nie tylko dlatego, że w 80. minucie po dograniu Allego Lamela strzelił ponad bramką, choć większość z nas zdołała już krzyknąć „gol” (być może i tu okolicznością łagodzącą mógł być stan zrytej przez zawodników NFL murawy). Nie zapamiętamy go dzięki waleczności Sancheza, ambicji Sissoko czy klasy podań rezerwowego Winksa. Zapamiętamy go, bo właśnie tego dnia Real Madryt zwolnił Julena Lopeteguiego i Mauricio Pochettino stał się jednym z najpoważniejszych kandydatów na jego następcę. Tottenham jest miły i fajny, ale nie ma zbyt wielu argumentów, pozwalających zatrzymać Argentyńczyka, który jeszcze przed nadejściem informacji z Madrytu wyznał, że nigdy w czasie swojego pobytu w Londynie nie czuł się równie kiepsko. W sumie trudno mu się dziwić: wykonał mnóstwo roboty, ale nie miał tych kilkuset wolnych milionów, które spoczywały na kontach MC czy Liverpoolu, i drużyny, które jeszcze rok czy dwa lata temu ogrywał, dziś znalazły się już poza jego zasięgiem. Kto stoi w miejscu, ten się cofa, powiadają. Co było do udowodnienia.

Zobaczyć Messiego i przegrać

O tym, że się widziało Argentyńczyka, faktycznie można opowiadać wnukom. Ale dla Tottenhamu to marne pocieszenie.

Im jestem starszy, tym częściej myślę, że pewne okazje się już nie powtórzą. Zwłaszcza w piłce nożnej nie ma zdania bardziej mylącego niż „zawsze jest następny mecz”. Następnego meczu nie będzie, a jeśli nawet się wydarzy, to już dla innej drużyny, w innym składzie i z innym trenerem (tylko kibice, nieszczęśni, zostaną ci sami). Ta miała swoją szansę właśnie dzisiaj.

I nie, nie kupuję prostych usprawiedliwień: pomundialowym zakłóceniem przygotowań, brakiem transferów czy kontuzjami kluczowych zawodników. Owszem, z Eriksenem, Allim, Vertonghenem czy nawet Dembelem w środku pola Tottenham z pewnością wyglądałby na bardziej poukładany. Ale nawet nieobecni nie powstrzymaliby Llorisa przed pochopnym wyjściem już w drugiej minucie meczu – wyjściem, które spowodowało, że misternie tkany na ten mecz plan taktyczny rozsypał się jak domek z kart.

Oczywiście: Tottenham nie miał w składzie Leo Messiego. Argentyńczyk wydawał się być w tym spotkaniu zawodnikiem z innej planety. Pal licho dwa gole i pal licho dwa słupki z początku drugiej połowy – wystarczy wspomnieć o wszystkich jego kluczowych podaniach, tnących linię północnolondyńskiej obrony z precyzją chirurgicznego skalpela. Minimalizm Messiego jest czymś niebywałym: biega mało, w zasadzie nie przyspiesza, ale i tak wypatrzy fragment wolnej przestrzeni nawet między piątką próbujących go powstrzymać przeciwników, po czym wykona jeden absolutnie niezbędny ruch. Mauricio Pochettino miał rację po raz kolejny, mówiąc na przedmeczowej konferencji, że tego piłkarza nie da się tak po prostu zatrzymać: że jedyne, co można zrobić, to starać się być jak najbliżej niego i pomagać sobie nawzajem, tak by, broń Boże, nie zostawał w pojedynku jeden na jednego – a kiedy to wszystko się już zrobi, to potem opowiadać wnukom, że miało się przywilej grania przeciwko Messiemu. Zaprawdę, będzie o czym opowiadać, nawet bez wspominania woleja Rakiticia, który zapamiętam jako jedną z najpiękniejszych bramek strzelonych za mojej pamięci Tottenhamowi.

Ale z drugiej strony, jakkolwiek naiwnie to zabrzmi: Tottenham miał ochotę do gry. Nie tylko przez dziewięćdziesiąt sekund pressingu, jakie upłynęło do gola Coutinho, i nie tylko po bramce Kane’a. Zwłaszcza przez kwadrans po golu Lameli można było odnieść wrażenie, że wyrównanie wisi w powietrzu. To gospodarze grali wówczas szybciej i stwarzali sytuacje bramkowe. Były rzuty rożne, był zablokowany strzał Lucasa. Było jedno czy dwa podania Winksa (był też, dodajmy, jego kapitalny odbiór piłki szarżującemu Messiemu; w ogóle młody Anglik niemal nie tracił piłek w tym meczu i po nerwowym początku radził sobie coraz lepiej). Później jednak Sissoko dał Barcelonie kolejny prezent i dlatego trudno mi teraz szukać pozytywów, chwalić waleczność, cieszyć się, że Kane w końcu zaczął trafiać, i tak dalej. Sissoko, skądinąd, próbował także strzału na bramkę Ter Stegena, wkrótce po wejściu na boisko – trafił hen, daleko, w trybuny, a kamera pokazywała fanów Tottenhamu, którzy nie wyglądali na wściekłych czy sfrustrowanych: śmiali się po prostu, bo niczego innego się po Francuzie nie spodziewali.

Najbardziej przykre jest chyba to, że nawet gdyby ten mecz skończył się wynikiem 2:3, i tak miałbym wrażenie, że obie drużyny dzieliła różnica klasy. I że analizując występ gospodarzy nie muszę wchodzić w jakieś taktyczne niuanse – wystarczy, że ograniczę się do naprawdę najprostszych odruchów piłkarskich. Nie tracić piłki na własnej połowie. Nie podawać pod nogi rywali. Nie zostawiać im miejsca. Wracać za swoim zawodnikiem. Geniusz Messiego jest niekwestionowany, ale równie niekwestionowane jest to, że Katalończycy wygrali dziś dzięki prezentom.

Kolejnej szansy nie będzie.

Stary, niedobry Tottenham

No więc moje życie składa się dokładnie z takich meczów, a wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilku lat, było jedynie – przyjemnym, nie przeczę – odstępstwem od normy.

Drużyna, której kibicuję, rozgrywa nieostrożnie piłkę na własnej połowie tylko po to, by w końcu zagrać pod nogi przeciwnika – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Liverpoolem. Drużyna, której kibicuję, nawet jeśli fortunnie wychodzi na prowadzenie, nie potrafi później kontrolować wydarzeń na boisku i ostatecznie przegrywa – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Watfordem. Drużyna, której kibicuję, ma trenera, który popełnia błędy: o ile zostawienie w domu dużo grających podczas mundialu, w pierwszej fazie sezonu i podczas przerwy na reprezentację Trippiera i Alderweirelda można zrozumieć, trudno nie pytać, dlaczego nie dołączył do nich Kane, skoro gołym okiem widać, w jakiej jest formie (w pierwszej połowie spotkania z Interem, po dobrym podaniu Eriksena, był sam na sam z Handanoviciem, wyminął go, ale następnie potknął się o własną nogę), a kiedy już został zmieniony, to czemu przez niewysokiego Danny’ego Rose’a, skoro w końcówce można było się spodziewać wrzutek Interu w pole karne. To drugi rezerwowy, Harry Winks, dał się przeskoczyć Matiasowi Vecino, a po jego wejściu na boisko Tottenham przestał stwarzać kolejne sytuacje i otworzył skrzydłowym Interu drogę w stronę bramki Vorma. Uwierzcie: mógłbym tak ciągnąć te narzekania i ciągnąć.

Mógłbym też oczywiście szukać usprawiedliwień. Tłumaczyć, że przygotowania do sezonu były w związku z mundialem wyjątkowo ciężkie – że taki Kane zagrał w minionym roku sześćdziesiąt siedem meczów, a odpoczywał zaledwie trzy tygodnie (owszem, dwa lata temu sezon też był ciężki, ale z Euro Anglia odpadła jednak wcześniej, a i jego organizm nie był wówczas tak intensywnie eksploatowany). Że, oprócz Trippiera i Alderweirelda, w Mediolanie brakowało kontuzjowanych Allego i Llorisa. Że fakt, iż wciąż nie wiadomo, kiedy nowy stadion zostanie otwarty, musi działać destabilizująco na cały klubowy organizm. Że w wakacje nie było transferów – co nie oznacza tylko braku wzmocnień, ale po prostu fakt, że szatnia nie została przewietrzona. Ci piłkarze naprawdę grają ze sobą już bardzo długo, mają prawo być zmęczeni sobą i trenerem.

Tylko czy brak transferów albo nieotwarty stadion mogą tłumaczyć fakt, że jeden w drugiego obrońcy Tottenhamu ociągali się dzisiaj, podobnie jak w sobotę z Liverpoolem, z rozgrywaniem piłki i w końcu podawali ją pod nogi rywali? Że w sumie podczas tych dwóch spotkań tracili piłkę przez odbiory przeciwnika albo własne niecelne zagrania aż dwieście osiem razy? Że znów stracili bramkę po stałym fragmencie gry? Że znów dali sobie strzelić gola głową? Że Mauricio Pochettino zaklina rzeczywistość, mówiąc o okrucieństwie futbolu i o tym, że jego drużyna zasłużyła na więcej? Jeśli to naprawdę był, jak upierał się trener na konferencji, najlepszy mecz sezonu, to cóż my właściwie za sezon oglądamy? Owszem, po przypadkowym golu Eriksena Tottenham (zwłaszcza wprowadzony z ławki Lucas) stworzył jeszcze kilka sytuacji, ale nie powiedziałbym, że kontrolował grę – a poza tym do tej pięćdziesiątej trzeciej minuty grał naprawdę fatalnie.

Nie mam pojęcia, co się dzieje za kulisami. Metaforę z przedmeczowej konferencji Pochettino (w iście argentyńskim iście stylu mówił, że trudno powiedzieć, czy samo doświadczenie gry w Lidze Mistrzów pozwala coraz lepiej radzić sobie w tych rozgrywkach, czyniąc porównanie z krową, która od dziesięciu lat patrzy z pastwiska na przejeżdżający pociąg, ale nie potrafi powiedzieć, o której godzinie ów pociąg przejeżdża) rozumiem w ten sposób, że o sukcesie decyduje mnóstwo czynników, a samo doświadczenie nie wystarczy. Nie mogę jednak nie zauważyć, że kiedy piłkarze Interu strzelali bramki, jego podopieczni patrzyli na nich jak cielę na malowane wrota. Wiem, bo znam ten obraz aż za dobrze.

Special Once

Im częściej Jose Mourinho powołuje się na własne zasługi z przeszłości, tym bardziej jego przyszłość wydaje się ponura. Aniśmy się obejrzeli, jak do określenia Special One dopisano jedną literkę.

Argumenty z historii zawsze są słabe, coś o tym wiemy w naszej umiłowanej ojczyźnie, której znakomici przedstawiciele tyle razy przysłaniali wstydliwą teraźniejszość Mrożkowym „Za wolność wybili”. Także gwałtowne domaganie się szacunku, którym Jose Mourinho kończył wczorajszą konferencję prasową, miało w sobie rys niezamierzonego komizmu przez skojarzenie z naszą niesławną kampanią #RespectUs. Miejsce w historii piłki nożnej obecny trener Manchesteru United ma zapewnione nie od dziś (sporo mówił o tym zresztą menedżer Tottenhamu Mauricio Pochettino, jeden z ostatnich, którzy deklarują przyjaźń do Portugalczyka i przyznają, jak bardzo inspirowali się jego przykładem w przeszłości). Mocno się obawiam natomiast, jak historia oceni jego pobyt na Old Trafford.

Jeśliby zresztą mówić o historii, wczoraj przemawiała raczej przeciwko Tottenhamowi. Na tym stadionie Pochettino przegrywał zawsze, a jego podopieczni nie strzelili jeszcze gola. Nawet jeśli poprzednikom tego szkoleniowca, Andre Villas-Boasowi i Timowi Sherwoodowi udało się tutaj zwyciężać, były to raczej wypadki przy pracy, albo – w tym drugim przypadku – efekt pofergusonowskiej smuty. Wcześniej podróże na północ dla piłkarzy i kibiców z północnego Londynu wiązały się niemal zawsze z perspektywą łomotu. Nawet ubiegłotygodniowa porażka MU z Brighton nic dobrego nie wróżyła: jeśli w przeszłości Tottenham bywał rywalem drużyny, która zdawała się właśnie przechodzić kryzys, okazywał się idealnym „rywalem na przełamanie” – nadzieje na jego sukces przemijały po pierwszym golu, a punkty zostawały tam, gdzie miały zostać.

Zaryzykuję jeszcze zdanie, że także pierwsza połowa wczorajszego spotkania przemawiała przeciwko gościom. Tu Mourinho ma rację: pressing jego zespołu uniemożliwił Tottenhamowi rozgrywanie składnych akcji i zmuszał poszczególnych piłkarzy (Rose’a zwłaszcza, ale także Alderweirelda i Dembelego) do błędów podczas wyprowadzania piłki. Zawodnicy MU nie faulowali na własnej połowie i nie dopuszczali rywala do rzutów rożnych (pierwszy Tottenham wykonywał w 50. minucie – i od razu strzelił bramkę). Ich ataki skrzydłami – zwłaszcza rajdy tyle razy krytykowanego przez Mourinho Shawa – były bardzo niebezpieczne. Po prezencie od Rose’a Lukaku był o włos od gola, a oprócz niego groźnie strzelał z dystansu Pogba. Oczywiście chaos i niecelne podania nie były tylko domeną gości – jeden z dziennikarzy Sky Sports naliczył ich w pierwszej połowie 123, z czego Tottenhamu tylko o 7 więcej niż MU. Błędy, bałagan w grze, typowe dla pierwszej fazy sezonu i zrozumiałe w przypadku zawodników, którzy treningi wznowili zaledwie trzy tygodnie temu (u Pochettino było ich aż dziewięciu), nie zmieniały jednak faktu, że ta pierwsza połowa powinna się była zakończyć prowadzeniem gospodarzy.

W drugich czterdziestu pięciu minutach jednak Tottenham zdołał się poprawić. Goście przyspieszyli i na połowę rywala zaczęli w końcu przedostawać się skrzydłami, gdzie Trippier i Rose zdołali podejść nieco wyżej. Z takiej akcji Eriksena po prawej stronie wziął się rzut rożny i pierwsza bramka, z takiego rozegrania z wykorzystaniem biegnącego wzdłuż linii bocznej Trippiera i ponownie schodzącego do prawej Eriksena wzięło się drugie trafienie, a potem można już było kontrolować przebieg wydarzeń. Ze wszystkich komplementów, jakie zebrał za udział w wygranej Lucas Moura wypada wydestylować nie tylko jego skuteczność i szybkość, ale także zaangażowanie w pressing; kolejny raz wyszło, że Pochettino ma rację, bo żeby w jego drużynie był pożytek z nowego zawodnika, powinien z nią przepracować okres przygotowawczy, a nie przychodzić z zaległościami treningowymi w zimie.

Po ostatnim okienku transferowym, po inwestycjach Liverpoolu i Chelsea, a także ze świadomością różnicy klas, jaka dzieliła w poprzednim sezonie Manchester City od reszty stawki, nikt nie wymieniał Tottenhamu w gronie kandydatów do mistrzostwa kraju. Ja będę, rzecz jasna, ostatnim, który próbowałby zmieniać tę narrację, zwłaszcza po zaledwie trzech kolejkach sezonu. Nie mogę jednak nie zauważyć, że w drugiej połowie po boisku biegały dwie drużyny, z których jedna, owszem, wiedziała, co robi i której piłkarze imponowali świadomością taktyczną przy korektach ustawienia, podobnie jak – w szerszej perspektywie – indywidualnym rozwojem w tym klubie i u tego trenera w ostatnich latach. Kane, Alli, Trippier to przykłady najbardziej spektakularnego postępu, ale także o pozostałych można powiedzieć, że czas spędzony w Tottenhamie nie jest dla nich stracony: Eriksena całe lato przymierzano do najlepszych klubów świata, a w tym sezonie może błysnąć jeszcze powrócony do zdrowia Harry Winks. Co ważne: wszyscy dostali tego lata czystą kartę, także zawodnicy, którzy – jak Alderweireld – nie przedłużyli dotąd kontraktu, a wiosną przesiadywali na ławce, sprawiając w dodatku – jak Rose – trenerowi problem nieuczesanymi wypowiedziami. Dziewięciu grających wczoraj piłkarzy należało do podstawowych zawodników Pochettino już w sezonie 2015/16; podobnej stabilności we współczesnej piłce ze świecą szukać.

Otóż ta druga drużyna od podobnego poukładania jest bardzo daleka, choć obecny szkoleniowiec pracuje z nią już trzeci rok, a na transfery wydał niewiarygodnie dużo. Pozycja Pogby wciąż pozostaje przecież przedmiotem dyskusji, podobnie jak optymalny skład defensywy (wiele się mówiło o konieczności kupienia jeszcze jednego stopera, ale przecież Lindelof czy Bailly to transfery Mourinho). Pomysłem na odmianę niekorzystnego wyniku jest wstawienie w środek pola karnego rywali Fellainiego, kiedy na ławce pozostaje jeszcze Marcus Rashford. Alexis Sanchez? Lepiej mu chyba było w Arsenalu. Mata? Martial? Z Brighton zawiedli, wczoraj nie było ich nawet na ławce.

Łatwo oczywiście charakter tych dwóch trenerów przeciwstawiać. Mourinho przez całe lato marudził, Pochettino o większych niż w przypadku rywala kłopotach (zero wzmocnień, wciąż niegotowy nowy stadion) opowiadał raczej jak o czekającym go wyzwaniu. Ten pozytywny, pełen wiary i zapału, ten z wiecznym grymasem niezadowolenia na rozkapryszonej twarzy. Kogo wybieracie? Najsmutniejsze było wczoraj to, że trybuny z których w sytuacjach równie niekorzystnych tyle razy dobiegało ogłuszające „Attack! Attack! Attack!”, w ciągu ostatniego kwadransa meczu pustoszały. Na jednym z najwspanialszych obiektów świata nikt nie miał złudzeń, że Jose Mourinho zainspiruje drużynę do comebacka w stylu Aleksa Fergusona.

Kiedyś był naprawdę wyjątkowym trenerem, synu. Kiedyś.

Więcej się można nauczyć podróżując, czyli historia pewnego tłumaczenia

O tym, że przełożyłem „Aniołów o brudnych twarzach”, już wiecie. To teraz trochę o tym, dlaczego świat tej książki tak mnie wciągnął.

„Ma dramatycznie starą twarz. Zrozumiałe, że pyta z nutą smutku:
– Co wiesz o Buenos Aires?
Nie pesymistyczny, ale i nie optymistyczny głos Carvalha odpowiada:
– Tango, zaginieni, Maradona”
Manuel Vasquez Montalban, „Kwintet z Buenos Aires”.

 

Patrzę na leżącą przede mną książkę, liczącą dobrze ponad sześćset dość gęsto złożonych stron, i przed oczy przychodzi mi kalejdoskop pejzaży. Zimowa, to znaczy słoneczna Kalabria, gdzie zaczynałem; czwartkowe targowisko przed oknami pokoju, w którym zamykałem się na kilka godzin dziennie, by tłumaczyć, pokrzykiwanie dzieciaków (z moimi własnymi włącznie), uganiających się za piłką po pobliskim boisku salezjańskiej parafii, wyprawy na Corso do salonu telefonii komórkowej, by dokupić jeszcze trochę gigabajtów, zużywanych z niemiłosierną szybkością do sprawdzania kolejnych, mnożonych przez Jonathana Wilsona szczegółów (jeśli uważnie przeczytacie przypisy tłumacza, będziecie mieli, mam nadzieję, dodatkową uciechę). Redakcja „Tygodnika Powszechnego” w Krakowie, gdzie profesor Marian Stala przyniósł mi w pewnym momencie Borgesa w przekładzie Stachury, żebym mógł podać zaczerpnięte z poematu o „Mitycznym założeniu Buenos Aires” motto do książki w przekładzie, który zaczął już funkcjonować w polszczyźnie. Nasz niepołomicki dom z widokiem na puszczę, a za oknami wszystkie pory roku. Pejzaż zza szyb pociągu ze Staniątek, w którego wagonie kilka razy w tygodniu przez trzydzieści kilka minut uparcie posuwałem się w tłumaczeniu. Małe mieszkanie w toskańskim Castelmuzio, gdzie sczytywałem całość po raz ostatni, przynaglany do pośpiechu biciem dzwonów z wieży pobliskiego kościoła. W Kalabrii na pewno uporałem się z kilkoma pierwszymi rozdziałami tej angielsko-argentyńskiej jeszcze wtedy historii. Siedząc na podłodze pociągu, gdzieś między Podłężem a Węgrzcami, kończyłem jeden z rozdziałów o Maradonie. Zdjęć hotelu w Santa Fe, gdzie Marcelo Bielsa przeżywał chwile zwątpienia we własną metodę, szukałem bodaj podczas krótkiego wypadu do Szczawnicy. Kawał życia, mówię wam, bo w tym czasie mój najmłodszy syn nie tylko nauczył się przewracać z boku na bok, ale także siadać, wstawać, chodzić samodzielnie, a nawet wymawiać pierwsze nazwiska piłkarzy, wśród których – nie ukrywajmy i tego – tym pojawiającym się najczęściej było „Mesi”.

Najważniejsze pejzaże pochodzą jednak spod pióra samego autora „Aniołów o brudnych twarzach”. Pejzaże miejsc dawnej świetności, wspominanej nostalgicznie w licznych knajpach argentyńskiej stolicy. Jak to pisał Manuel Vasquez Montalban w „Kwintecie z Buenos Aires”, powieści, do której wróciłem i której jakość byłem w stanie docenić w pełni właśnie po przetłumaczeniu książki Wilsona, zapewne nie tylko dlatego, że śledztwa jej bohatera, prywatnego detektywa, żarłoka i palacza książek Pepe Carvalho, skojarzyły mi się z dochodzeniami, jakich nieraz musi się podejmować autor przekładu? „Ktoś niedbale zapalił blade latarnie w dzielnicy Boca, przez co oświetlają tylko pstrokaty wystrój restauracji, która mogłaby wyglądać kolorowo, gdyby nie otaczała jej wieczna wilgoć starej rzeczułki. W pozostałej części Boca dominują rudery z żelaznego złomu, pełno tam zardzewiałych odpadów, a jedyną motywacją do życia są zwycięstwa drużyny Boca Juniors na miejscowym stadionie, pamiętającym lepsze czasy swego otoczenia”.

Mam w „Aniołach…” absolutnie ulubione kawałki. Wszystko, co zawiera cytaty z niestniejącego już niestety – ale chyba zgodnie z logiką tej opowieści o rozwianych marzeniach Argentyny – „El Grafico”, zwłaszcza wywody Borocoto o naturze argentinidad. Uwagi na temat Bochiniego, Riquelme i natury la pausa. Opowieść o „El Trinche” Carlovichu. Spotkanie z tyleż genialnym, co irytującym Sanfilippo. Wstrząsający rozdział o mistrzostwie świata w czasach terroru i dwuznacznej roli, jaką ostatecznie odegrał w tamtym sukcesie Cesar Luis Menotti. Arcyśmieszny kawałek o bramce, jaką szczupakiem zdobył w derbach Rosario Aldo Pedro Poy i o grupach rekonstrukcyjnych, które co roku zbierają się w rocznicę tamtego zwycięstwa. Można chyba czytać tę książkę od anegdoty do anegdoty, z akcentem na anielskość jednych, i na brudne twarze innych jej bohaterów. Ale z mojej perspektywy najważniejsze jest mistrzostwo, z jakim Wilson dowodzi, że można przy pomocy piłki nożnej snuć opowieść o kraju – o jego historii i polityce. O jego kulturze.

Nie wiedziałem o Argentynie zbyt wiele, kiedy zaczynałem tłumaczyć. „Tango, zaginieni, Maradona”, i może jeszcze krach finansowy sprzed kilkunastu lat, ślady Gombrowicza i wojna o Falklandy. Dowiedziałem się masy rzeczy, a najlepsze jest chyba to, że minęło parę miesięcy i, jak Pepe Carvalho niemogący opuścić Buenos Aires, wciąż nie mam ochoty kończyć tej przygody. Stąd pewnie także właśnie powrót do Montalbana. „Widział pan, jak cackają się z piłką – mówi na kartach „Kwintetu z Buenos Aires” jeden ze sportretowanych tam urzędników, a rozmowy tej z pewnością Wilson mógłby być świadkiem. – Dużo głaskania, ale efekt żaden. Bilardo chyba zapomniał, że w futbol gra się jajami. Może zaraził się gadaniem tej Modotti [jedna z bohaterek powieści, uniwersytecka wykładowczyni, kiedyś ofiara Brudnej Wojny, której przedstawiciele junty dwie dekady temu porwali córeczkę – przyp. MO]. Futbol to sztuka! Czytał pan wczorajszy wywiad z Valdanem? Futbol lewicy! Ci z lewej tylko dryblują, dryblują i dryblują. Ale to prawica gra jajami. Bilardowi zrobili pranie mózgu. Flaco [chodzi o Menottiego, El Flaco czyli Chudy – przyp. MO] zostawił go już na pół ogłupiałego”.

Maradona i Messi, Gardel i Perón, Borges i Freud, papież i gwiazdy kina – mało kto potrafi połączyć wszystkie te postaci w jednym dziele. Jonathan Wilson pisze, że żaden inny kraj nie nadaje piłce tak wielkiego znaczenia intelektualnego, żaden inny nie kocha tak jej teorii i mitów. Że filozofowie – Valdano się kłania – potrafią umniejszać znaczenie pucharów i tytułów zdobywanych przez kolejne drużyny, bo sięgano po nie w „nieodpowiedni sposób”. „Aniołowie o brudnych twarzach” to zatem książka piękna i smutna jak tango, krwista jak bife de lomo i wytrawna jak malbec, ale to jeszcze nie wszystko. Jak pisał mój ukochany Ota Pavel, „Sport nie sport, czy to nie wszystko jedno? Najważniejsze: wysłowić coś nowego, pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie”.

Czas samemu podjąć rękawicę.

PS A propos podejmowania rękawicy – konkurs. Wśród tych, którzy poprawnie odpowiedzą na pytanie, jak się nazywa jedna z najpopularniejszych słodkości w Ameryce Łacińskiej, przygotowywana z długo podgrzewanego mleka zmieszanego z cukrem, a wynaleziona ponoć w Cańuelas w 1829 roku, kiedy generał Lavalle przybył do obozu generała Manuela de Rosasa, negocjować warunki traktatu kończącego wojnę domową w prowincji Buenos Aires, wylosujemy z wydawcą trzy egzemplarze „Aniołów o brudnych twarzach”. Odpowiedzi przyjmuję do rozpoczęcia pierwszego meczu w zbliżającym się sezonie Premier League pod adresem futboljestokrutny@gmail.com.