Archiwa tagu: Lloris

Gareth i inne chłopaki

Zasypiającym podczas meczu sezonu

Analogia z Robinem van Persiem, niemal samodzielnie wciągającym ubiegłoroczny Arsenal na trzecie miejsce w angielskiej ekstraklasie, narzuca się sama. „Nie chodzi o mnie, chodzi o drużynę” – mówił jednak przed kamerami Sky Sports Gareth Bale chwilę po wczorajszym meczu z West Hamem, w którym o zwycięstwie Tottenhamu zdecydowało jego fenomenalne uderzenie zza pola karnego. Godzinę później pisał na Twitterze, że to był „świetny występ chłopaków”, o sobie skromnie dodając: „zawsze miło strzelić zwycięskiego gola w derbach”. A zaraz po tym golu – co, nie ukrywam, ucieszyło mnie najbardziej – popędził w stronę ławki rezerwowych i wpadł w ramiona Andre Villas-Boasa. Pytanie o przyszłość Bale’a w świetle tego, czego dokonał w ciągu ostatnich tygodni, staje się pytaniem numer jeden wśród dziennikarzy piszących o angielskim futbolu. Dokąd odejdzie? Za ile? Zabawne: nikt się nie zastanawia, czy może zostać na jeszcze jeden sezon, jeżeli Tottenhamowi uda się awansować do Ligi Mistrzów.

Walijczyk jest oczywiście w życiowej formie, osiem goli w sześciu ostatnich meczach (piętnaście od początku sezonu) mówi samo za siebie, zwłaszcza że co bramka, to piękniejsza. Warto się jednak chwilę zatrzymać przy jego geście wykonanym w stronę menedżera. To Andre Villas-Boas w przerwie meczu z Norwich znalazł Bale’owi nową pozycję na boisku (nie na lewym skrzydle, tylko w środku), obdarzając w dodatku niezbędną swobodą taktyczną. Wczoraj Bale zaczynał jako drugi napastnik i do przerwy, mimo gola dającego prowadzenie, często bywał odcięty od piłki, później jednak cofnął się bliżej linii środkowej i stamtąd inicjował akcje, na które piłkarze West Hamu nie mieli pomysłu (zobaczcie, gdzie dostawał podania). Przy wysoko ustawionej linii obrony, grze toczącej się na niewielkiej przestrzeni i ruchliwości samego Bale’a, koledzy – mówiąc bardzo po prostu – mają do niego bliżej: może dostawać podania nie tylko od lewego obrońcy czy defensywnego pomocnika. W kontekście wybuchających z nową siłą spekulacji o możliwym odejściu walijskiej megagwiazdy znakomicie rzecz całą klaruje dziś Jonathan Wilson: jeśli mówimy o ustawieniu na boisku, Bale nie znajdzie klubu bardziej mu odpowiadającego niż dzisiejszy Tottenham.

Inna sprawa, że Bale’a można zatrzymać także na nowej pozycji. We czwartek w Lyonie Walijczyk próbował atakować zarówno z lewej, jak i grając w środku, Francuzi jednak „zamknęli okiennice i zaryglowali drzwi wejściowe” – nie tyle pilnowali jego samego, co ograniczyli teren, na którym mógł się rozpędzić.

W tym miejscu, jak widzicie, zaczyna się uruchamiać tradycyjny pesymizm kibica Tottenhamu. Owszem, gol Bale’a w ostatniej minucie meczu z West Hamem – gol fenomenalny, jeden z kandydatów do bramki sezonu – wprawił mnie w ekstazę, owszem groźnie strzelał jeszcze parę razy, a szans wykreował (także dzięki dobrze wykonywanym rzutom rożnym, zobaczcie) aż sześć, ale niemal natychmiast znów zacząłem się martwić. Po pierwsze, kalendarzem: bezpośredni rywale, Chelsea i Arsenal, mają zdecydowanie łatwiejszych rywali do końca sezonu. Po drugie, słabymi punktami drużyny.

Bo rzeczywiście wypada się z Balem zgodzić: nie chodzi o niego, chodzi o drużynę.
Jej najsłabsze ogniwo to dziś środek pomocy. Nie atak, z kontuzjowanym Defoem i wciąż niemogącym wejść w sezon Adebayorem (kiepski sezon przygotowawczy, kontuzje, czerwona kartka z Arsenalem, Puchar Narodów Afryki…), a druga linia po kontuzji Sandro. Brazylijczyk, jak pamiętamy, nie tylko rozbijał akcje rywali jak żaden z jego kolegów, ale umiał szybko pozbyć się piłki. Teraz koło zamachowe rozkręca się powoli. Podania Parkera pozostawiają wiele do życzenia zarówno jeśli idzie o precyzję, jak niebanalność, a i z wślizgami jest jakby gorzej (patrz wczorajszy rzut karny dla WHU). Dembele z kolei próbuje dryblingu, robi kółeczko i czasem nawet uwalnia się spod opieki rywala, ale wtedy pozostali są już na pozycjach, strefa obronna jest zamknięta i Tottenhamowi pozostaje wymiana piłki po obwodzie. W meczu z Lyonem było parę momentów, w których daremnie czekający na podanie Bale wściekał się zbyt wolnych kolegów.

Odpowiedzią na ten problem może być Lewis Holtby. Niemiec jako jedyny z pomocników próbuje grać z pierwszej piłki, umie też znaleźć miejsce między liniami. Byle tylko przełamał się Adebayor, wciąż niepotrafiący przekonać do siebie kibiców i dziennikarzy. Ci ostatni domagają się do niego goli, powtarzają klisze o piłkarzu grającym rzekomo tylko do czasu wywalczenia intratnego kontraktu, ja jednak miałbym ochotę go bronić, bo i bez goli bywa z niego pożytek. W meczu z Lyonem to od niego wyszły dwa kluczowe podania, po których znakomite okazje marnowali Bale i Dempsey. Wczoraj oczywiście sam spudłował w wymarzonej okazji, dobijając uderzenie Sigurdssona, ale jego współpraca z kolegami, wyciąganie obrońców, schodzenie do skrzydeł, wyglądały coraz lepiej.

Są oczywiście również niekwestionowane jasne punkty. Po pierwsze (inaczej niż w Chelsea, gdzie AVB poległ między innymi na tym problemie), obrońcy okazali się chętni do nauki. Wysoko ustawiona linia funkcjonuje niemal bez zarzutu (z Lyonem nawet w ostatniej minucie udawało się łapać na spalonym desperacko próbujących strzelić drugą bramkę Francuzów, wczoraj przy golu Joe Cole’a zagapił się wprawdzie Vertonghen, ale można usprawiedliwić go faktem, że nie grał na swojej pozycji). A jak nie funkcjonuje, ma za plecami błyskawicznie ruszającego na spotkanie rywali Llorisa, ubiegającego ich nawet kilkanaście metrów przed polem karnym. Podczas meczu z West Hamem wybiegając naprzeciw Taylora Francuz uratował drużynę przed utratą trzeciej bramki – a chwilę później było już 2:2; bez problemu wyłapywał też dośrodkowania i dobrze współpracował z kryjącymi strefą kolegami przy rzutach rożnych. O tym, że obrońcy są chętni do nauki, świadczy także przypadek Dawsona: w sierpniu o włos od sprzedania do QPR, dziś lider defensywy i pierwszy na liście do przedłużenia kontraktu.

Po drugie, chłopaki nie pękają. Od straszliwego meczu w grudniu, kiedy w kilku ostatnich minutach stracili dwa gole na Goodison Park i zamiast zwyciężyć, zeszli z boiska jako pokonani, podobne przypadki się nie powtarzają, ba: teraz to Tottenham zdobywa bramki i punkty w końcówce meczu. Po porażce z Evertonem Villas-Boas mówił, że kompletnie zmienił strukturę treningów – teraz ćwiczenia wymagające największej koncentracji serwuje drużynie pod sam koniec zajęć. Najwyraźniej działa, bo i w Lyonie, i w Londynie podczas derbów, i wcześniej z MU, gole dla Tottenhamu padały na kilkadziesiąt sekund przed końcem.

Po trzecie, chłopaki są elastyczne. 4-2-3-1, 4-4-2, 4-4-1-1, przez dobrych kilka minut w Lidze Europejskiej także gra trójką środkowych obrońców (z Assou-Ekotto przesuniętym na skrzydło) – drużyna bez większych problemów przystosowuje się do oczekiwań trenera. Zmieniający pozycję Bale, Dempsey i Sigurdsson jako fałszywi skrzydłowi, przemieszczający się między liniami Holtby, Lennon biegający także po prawej, napastnik wracający do linii środkowej i schodzący na skrzydła, by zrobić miejsce dla wbiegających z głębi pola kolegów – wszystko to już widzieliśmy i zapewne zobaczymy jeszcze więcej.

Oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, żebyśmy zobaczyli więcej bramek Garetha Bale’a. Ale nie tylko jego miałem ochotę wczoraj uściskać.