Archiwa tagu: Francja

Euroniecodziennik: 4’33”

James Dart z „Guardiana” ma zupełną rację: mówienie, że Hiszpania jest nudna, jest nudne. Z drugiej strony bronienie Hiszpanii przed zarzutami, że jest nudna, również wydaje się nudne. Mnie ona nie nudzi, przeciwnie: intensywnie zachwyca, problem w tym, że pisząc o jej zwycięstwie nad Francją skazany jestem na powtórzenia, a jeśli nie chcę się powtarzać, powinienem milczeć. Otóż tak właśnie: zamiast analizy ćwierćfinału w Doniecku proponuję Wam raczej zapoznanie się z najsłynniejszą kompozycją Johna Cage’a.

Nie, nie będę milczał. Nie chciałbym, żebyście poczuli się wykpieni łatwym grepsem. Powiem więc najpierw o Hiszpanach: że wbrew wszelkim spodziewaniom potrafili jednak zaskoczyć, już w pierwszej fazie meczu przeprowadzając akcję bramkową skrzydłem i kończąc ją dośrodkowaniem, zamiast przedzierać się środkiem boiska i przy użyciu prostopadłego podania. Zwykle takie zagrania były dopiero udziałem rezerwowych, w ostatnim kwadransie, zwykle także boczni obrońcy nie zapędzali się przed bramkę przeciwnika, nie mówiąc już o tym, że zwykle Xabi Alonso nie podłączał się do akcji ofensywnych, a już absolutnie nie wchodził w pole karne. W dodatku atak Hiszpanów sunął lewym skrzydłem – czyli tą stroną, którą Blanc zabezpieczał podwójnie przed niszczącym wpływem Iniesty… A przecież del Bosque nie zmienił w tym meczu wiele, ot, drobniutkie detale, jak ten że David Silva grał nieco bliżej linii bocznej, Xabi Alonso wyżej podchodził, podobnie zresztą jak (wreszcie!) Jordi Alba i Alvaro Arbeloa. Pewnie nie doczekamy się już w tym turnieju Fernando Llorente; szkoda, bo na niewysokich stoperów francuskich wydawał się napastnikiem idealnym.

Francuzi? Nie wiem, czy nie przegrali tego meczu jeszcze przed wyjściem na boisko, rezygnując z Nasriego w pierwszym składzie (inna sprawa, że pomeczowy atak piłkarza MC na dziennikarzy świadczy o tym, że jego deklaracje o tym, że po zdobyciu mistrzostwa Anglii dojrzał i potrafi wytrzymać presję, okazały się mocno na wyrost). Nie wiem, co tak naprawdę działo się w ich szatni po porażce ze Szwecją i nie wiem, czy nieobecność Diarry również nie była spowodowana konfliktami z selekcjonerem. Może zresztą gdyby nie stracili bramki tak szybko, gdyby błąd goniącego Albę Debuchy’ego nie był tak zawstydzający, inaczej dziś ocenialibyśmy pomysł Blanca na „parkowanie autobusu”. Jeśli założył, że przez pierwsze dwadzieścia minut zagra maksymalnie ostrożnie, badając dyspozycję przeciwnika, nie mógł otrzymać większego ciosu. Zwykle należę do tych, którzy nie domagają się od trenerów dokonywania zmian już w przerwie, mając poczucie, że mogą działać deprymująco na zespół, ale tutaj chciałem widzieć Nasriego za kogoś z duetu Debuchy-Reveillere już od 46. minuty. Inna sprawa, że o ostatecznym wyniku przesądziły zmiany del Bosque: obaj rezerwowi uczestniczyli w akcji, która przyniosła mistrzom świata rzut karny.

Były w tym meczu momenty zachwycające: podanie Xaviego do Fabregasa, który minimalnie źle przyjął piłkę i podobnej klasy podanie M’Vili do Ribery’ego, którego dośrodkowanie wyłapał Casillas. Był w tym meczu bohater: występujący po raz setny w reprezentacji, pozostający zwykle w cieniu Xaviego i Iniesty Xabi Alonso. Nie było emocji, bo nie było francuskiego pomysłu na poradzenie sobie z hiszpańską maszyną do wygrywania. Mirosław Trzeciak powiedział dziś „Gazecie Wyborczej”, że każde zwycięstwo przybliża Hiszpanów do porażki – ta głęboka prawda o charakterze ogólnoludzkim wciąż pozostaje aktualna.

Niecodziennik Euro: za podwójną gardą

Nie, nie zacznę od Anglików. Nie w dniu, w którym 36-letni Andrij Szewczenko narodził się na nowo. Człowiek, który od dobrych paru lat nie strzelał goli w reprezentacji, którego kariera nieuchronnie zmierzała do końca, który przed rozpoczęciem turnieju mówił, że zdrowie nie pozwala mu już na rozegranie trzech meczów w tygodniu, który miał zacząć spotkanie na ławce rezerwowych – znów został bohaterem, i to przecież nie tylko swojego kraju.

Ileż to razy patrzyliśmy z zażenowaniem na wielkich piłkarzy, którzy rozstawali się z futbolem na mistrzostwach świata czy Europy, bezskutecznie próbując dogonić własną legendę. Żeby nie szukać daleko: przypomnijmy choćby wczorajszy fatalny występ Robbiego Keane’a i zestawmy go z wyczynami Irlandczyka w Korei i Japonii. A Andrija Szewczenkę pamiętamy przecież z czasów jeszcze dawniejszych, kiedy podbijał Europę w duecie z Sierhijem Rebrowem jako podopieczny Walerego Łobanowskiego (tego samego szkoleniowca, który w sztafecie pokoleń kilkanaście lat wcześniej prowadził obecnego trenera Ukrainy – Ołeha Błochina). Kończył się wiek XX, młody Ukrainiec strzelał trzy bramki Barcelonie, później zaś jego Dynamo Kijów toczyło heroiczny bój z Bayernem w półfinale Ligi Mistrzów, zapewniając Szewczence transfer do Milanu. W odróżnieniu od swojego partnera z ataku, który zagubił się na lata w Tottenhamie, Szewczenko był u progu światowej kariery. Kariery, dodajmy, załamanej po przejściu do Chelsea, które nastąpiło – tak, tak – aż sześć lat temu. Wystarczająco dawno, żebyśmy widząc dziś jego odrodzenie (nawet jeśli momentalne, nawet jeśli bolące plecy nie pozwolą Szewczence na udział w kolejnym spotkaniu…) po raz pierwszy zdołali odczuć, że mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie mogą się stać legendarne.

Co do Anglików zaś: zważywszy skalę nieszczęść, z jakimi się borykali do ostatnich sekund przed rozpoczęciem meczu z Francją (podczas rozgrzewki bolesnej kontuzji doznał… trener bramkarzy Ray Clemence), rozumiem to zbiorowe westchnienie ulgi, które wydali z siebie dziennikarze z Wysp po zakończeniu spotkania, rozumiem też ich skłonność do przesadnego komplementowania swoich piłkarzy i trenera. Owszem, Roy Hodgson poukładał drużynę (w arcynudne 4-4-1-1 lub w 4-4-2; tak czy tak kluczem do tego meczu była podwójna garda, czyli dwie zapory, utworzone przez ustawionych w bardzo niewielkim odstępie i niemal idealnie równe linie obrońców i pomocników). Poukładał, czy raczej przypomniał jej system, w którym Anglicy wzrastali od lat i który dopiero od niedawna zaczęli zapominać w swoich klubach. Może zważywszy na wspomnianą skalę nieszczęść – zawieszenie Rooneya, konflikt wokół Ferdinanda, kontuzje Wilshere’a, Cahilla, Smallinga, Dawsona, Walkera, Lamparda, Barry’ego, Benta i rezerwowego bramkarza Ruddy’ego – nie ma co wybrzydzać? Może podświadomie angielskie media obawiały się kompromitacji i teraz nadmiernie nasycają duszne donieckie powietrze komplementami? W końcu piłkarze Hodgsona zdołali zremisować mecz z odwiecznym rywalem, skrycie albo i nie uważanym za faworyta grupy, mającym przed turniejem świetne statystyki i napakowanym zawodnikami, których nazwiska mówią coś nawet ekspertom BBC. W końcu przez moment prowadzili, w końcu dali z siebie wszystko (schodzący z boiska Parker był na granicy omdlenia). W końcu jeśli idzie o dobór personelu – bo już nie o styl, o czym za chwilę – wybrali wariant możliwie najbardziej propiłkarski: Welbeck nie Carroll w ataku, Oxlade-Chamberlin nie Downing na lewym skrzydle (ech, gdyby jeszcze nie Milner po prawej, pomyślałem sobie, gdy nieumiejący grać lewą nogą pomocnik MC marnował wyborną sytuację w ósmej minucie, i powtarzałem później, kiedy parę razy lekkomyślnie tracił piłkę)…

Styl Anglików? Powiedzmy sobie szczerze: tych kilka kontaktów z piłką Oxlade-Chamberlina to za mało, by naprawdę móc go pochwalić, podobnie jak tych kilka inteligentnych zejść Welbecka do bocznych sektorów boiska. Hart wpuścił strzał przy krótkim słupku i minął się z niebezpiecznym dośrodkowaniem. Young otrzymywał piłkę za rzadko, a w zasadzie w ogóle jej nie otrzymywał, Gerrard ani myślał o rozgrywaniu, skupiony na asekurowaniu… nie, nie obrońców, raczej nie w pełni zdrowego Parkera. Cole nie przekraczał linii środkowej, skupiony na pilnowaniu najlepszego w tym meczu piłkarza, prawego obrońcy Francuzów Debuchy’ego. Johnson dopiero w drugiej połowie zaczął się włączać do akcji ofensywnych, które zresztą prowadzone były na pół gwizdka, garstką piłkarzy, z myślą o zabezpieczaniu tyłów… Anglicy oddali tylko jeden celny strzał, w dodatku po stałym fragmencie gry, mieli o ponad połowę mniej podań i cztery razy mniej sytuacji bramkowych od Francuzów, bronili się głęboko, rzadko kontrowali, często tracili piłkę… Prawda jest taka, że Fabio Capello po podobnym spotkaniu zostałby zlinczowany, a komplementy, jakie spotykają dziś Roya Hodgsona świadczą jedynie o tym, jak bardzo synowie Albionu spuścili z tonu.

Co przecież nie znaczy, że grając w podobnym stylu nie mogą zajść daleko. Jestem wystarczająco dojrzały, żeby pamiętać, jak pod Bobbym Robsonem doczołgiwali się do epickiego półfinału mundialu we Włoszech i w jak fatalnej atmosferze musiał pracować wtedy szkoleniowiec Anglików. Hodgson nie był, jak wiadomo, ulubionym kandydatem Fleet Street, co również stanowi pewien rodzaj analogii…

Może dodajmy jeszcze, że Francuzi, poza kilkoma przypadkami indywidualnymi (oprócz Debuchy’ego Ribery i Nasri, obaj świetnie podający i świetnie prowadzący piłkę, ale także Cabaye), wcale nie grali dobrze. Ich ataki toczyły się w tempie dość jednostajnym (ktoś w telewizji mówił o arytmii gry – gdzie ją zobaczył?); ostrożność była także imieniem Laurenta Blanca, choć widać było, że tych piłkarzy stać na bardzo wiele. Fantastycznie zapowiadają się więc kolejne mecze w tej grupie: uskrzydleni przez rewelacyjnych Konopliankę i Jarmolenkę Ukraińcy, mający nóż na gardle Szwedzi ze skutecznym dziś Zlatanem, wycieńczeni Anglicy, niespełnieni Francuzi… Tfu na psa urok; czy mający nóż na gardle Polacy ze skutecznym Lewandowskim, będą jutro wycieńczeni czy niespełnieni, a może uskrzydlą ich rewelacyjni Obraniak i Błaszczykowski?

PS Na razie zachwycili: Sneijder, Pirlo, Szewczenko, Debouchy. Ktoś jeszcze?