Archiwa tagu: Ukraina

Jak rozumiem grę

Serhijowi Żadanowi

Reszka śmieje się przez telefon, że Żadan jest kibolem, tak samo jak ja, i że musi nas koniecznie przedstawić. Tylko kiedy to nastąpi… Ja siedzę w redakcji w Krakowie, Reszkę wysłaliśmy na Krym, zajmowany właśnie przez rosyjskie wojska, a pobity Żadan leży w szpitalu w Charkowie. Głowa rozbita w dwóch miejscach, pęknięty łuk brwiowy, wstrząśnienie mózgu i podejrzenie złamania nosa. Za co? Nie za futbol bynajmniej, choć jak wiadomo takie przypadki również się zdarzają – za politykę.

1.
Serhij Żadan, rocznik 1974, ukraiński pisarz, którego umieszczam wśród autorów najlepszych znanych mi tekstów o piłce nożnej (jak sam zauważył, „pisanie o życiu wypełnionym futbolem czy nim niewypełnionym to prerogatywa pisarzy, a nie komentatorów sportowych”), jest jednym z przywódców Majdanu w Charkowie. W Charkowie, czyli na wschodniej Ukrainie. Tej bliższej Rosji – dopowiem, ryzykując pewnie jego niezadowolenie, bo jeszcze przed masakrą na Majdanie kijowskim mówił „Newsweekowi”, że stereotypowy podział na wschód i zachód Ukrainy utracił ważność: „Mityczna linia Dniepru nie jest już rubieżą wolnej i zniewolonej Ukrainy. Zniewolony jest cały kraj. I zbuntowany również”.

W ostatni piątek jednak przed budynkiem miejskiej administracji w Charkowie odbył się miting przeciwników nowych władz Ukrainy. Niektórzy mieli wstążki św. Jerzego – symbol rosyjskich sił zbrojnych. Do zebranych przemówił mer miasta, znany z sympatii do obalonego prezydenta Janukowycza. Później prorosyjskie bojówki wtargnęły do ratusza, gdzie zabarykadowali się uczestnicy miejscowego Majdanu. Wśród tych ostatnich był właśnie Serhij Żadan. Jak wielu innych, został ciężko pobity.

2.
Pamiętam, że za pierwszym razem czytałem „Czarne złoto nadziei”, esej Żadana o Szachtarze Donieck opublikowany we współredagowanej przez niego książce „Dryblując przez granicę”, jako jeszcze jedno, jakże mi bliskie świadectwo kibicowskiej obsesji. Dziś wyławiam z tego tekstu wszystkie zdania o Ukrainie. Opis uniesień, kiedy jej reprezentacja debiutuje na Mundialu w Niemczech, w 2006 r., a cały kraj zgodnie wychodzi na ulicę, cieszyć się futbolem, a dzięki niemu także, po raz pierwszy od Pomarańczowej Rewolucji – jednością i porozumieniem. „Okazało się, że podobne wybuchy patriotyzmu i wzajemnego zrozumienia może zapewnić nam tylko piłka nożna” – zauważa Żadan.

„Dryblując przez granicę” powstawało dla wydawnictwa Czarne na kilka miesięcy przed Euro 2012. „Ukraińców łączą wyłącznie stadiony – pisał wówczas autor „Czarnego złota nadziei”. – Na stadionach wygwizdują prezydentów i śpiewają hymn narodowy, na stadionach nie zważają na język komunikacji i regionalne interesy, na stadionach wszyscy znów starają się być z reprezentacją swego kraju, razem ją krytykując po nieudanych meczach i też razem ją wspierając. A co najważniejsze – kraj znów żyje futbolem, niezależnie od polityków i oligarchów, niezależnie od tego, z czyjej kieszeni płyną środki na »euroobiekty« (stadiony, hotele i lotniska) w ukraińskich miastach, nie zważając na związek, dyrekcje klubów czy oświadczenia unijnych decydentów. Futbol w jakiś sposób znalazł się ponad tym wszystkim, futbol wciąż zastępuje ideę narodową, futbol czyni z ukraińskich nastolatków obywateli i podkreśla marazm ojczystych biurokratów”.

Dziś to pokolenie nastolatków wyszło na ulice ukraińskich miast z przyczyn pozafutbolowych. Czy wyszło także dlatego, że przeżyło wówczas tamte uniesienia? Że zatęskniło za Europą, która przez chwilę tu gościła? Szykując się na mistrzostwa w 2012 r. Żadan pisał o rzeczywistości „sympatyczniejszej niż rzeczywistość »oficjalna«, czyli codzienne życie kraju”. Chciałbym wierzyć, że teraz – po tym, co się stało w Kijowie i w obliczu obcego zagrożenia – porozumienie na Ukrainie będzie można znaleźć także poza stadionami.

„Kibic niekoniecznie powinien być aktywistą społecznym czy analitykiem politycznym”, czytamy w „Dryblując przez granicę”. Problem w tym, że „o polityce i tak przychodzi jednak mówić, nawet kiedy chodzi o piłkę nożną”. Sportowe sukcesy opisywanego w książce Szachtara zbiegają się przecież z dojściem do władzy Wiktora Janukowycza, a wraz z nim – donieckiej elity politycznej, finansowanej przez oligarchę Rinata Achmetowa. „W tym samym czasie, gdy Szachtar wdzierał się na piłkarski Olimp, na Olimp polityczny wdzierała się Partia Regionów, która w świadomości większości Ukraińców kojarzy się właśnie z Donbasem. Działania Achmetowa związane z Szachtarem są tak ściśle splecione z polityką, że nie mogło się to nie odbić na stosunku wielu kibiców do samego klubu”.

Kłopot nie jest oczywiście w świecie piłki nowy: czym w końcu różni się budowa potęgi Szachtara przez Achmetowa od budowy potęgi Chelsea przez Romana Abramowicza? Dlaczego mielibyśmy oba przypadki traktować inaczej? Czy fakt, że jeden ma miejsce w postkomunistycznym kraju, drugi zaś na Zachodzie, za którym tak przez lata tęskniliśmy, jest wystarczającym wytłumaczeniem podwójnych standardów, jakie zdajemy się do nich przykładać?

3.
Przy tej okazji myślę o dwóch kwestiach. Pierwsza: klub piłkarski nie ma oblicza właściciela, który przyszedł i może sobie pójść, trenera, który pójdzie sobie jeszcze szybciej, albo piłkarzy, którzy zmieniają się częściej niż trenerzy. To my, kibice, tworzymy nasze kluby. To ja jestem moim klubem. To Żadan nim jest.

Oczywiście nie tylko on. Początki piłki w Zagłębiu Donieckim przypadają na pierwsze lata XX wieku, kiedy do miejscowych hut, tworzonych przez przedsiębiorcę Johna Hughesa, sprowadzano pracowników z Walii. Oni też są klubem. Piękne wyliczenie, które stanowi kluczowy fragment eseju Żadana, wypada przytoczyć w całości: „Siedzę i wymieniam w myśli wszystkich tych walijskich robotników, którzy kopali na pustkowiu przedpotopową piłkę, wszystkich tych wygnańców i przesiedleńców, którzy utknęli w tutejszych przedsiębiorstwach, działaczy sportowych i komsomolców, aktywistów i stachanowców, wędrownych trenerów i zaciętych amatorów, którzy rozwijali, jak mogli, futbol w tym spalonym słońcem regionie. Liczę wszystkich górników na hałdach i kobiety na trybunach, wszystkie gwiazdy i niezdary na boisku, wszystkich bojowników i dublerów, wszystkich Brazylijczyków i Tatarów, wszystkich »krzywych« i »żuli«, wszystkich chłopaków, którzy zaczarowani patrzą na zielone murawy, marząc, że dorosną i zastąpią tych cieniasów. Wyliczam wszystkich deputowanych i pracowników biur, wszystkich bezrobotnych i pijaków, wszystkich niepewnych i przekonanych, wszystkich, którzy znajdują czas, by przyjść na trybuny i kibicować swoim. Wszyscy tutaj jesteśmy inni i każdy rozumie grę po swojemu, rozumie życie po swojemu i ma własne przekonania o śmierci. I nie można o nikim zapomnieć i nikogo przeoczyć”.

Kwestia druga: mojego i nie tylko mojego, jak podejrzewam, stosunku do tego, co na Wschodzie i ze Wschodu. Dopiero dzięki zimnemu blaskowi szpitalnej lampy, która gdzieś tam pewnie oświetla łóżko Serhija Żadana, uświadomiłem sobie, że maniakalnie interesując się futbolem, oglądając mecze i czytając książki o piłce nożnej, nigdy nie zdarzyło mi się zwrócić baczniejszej uwagi na drużyny z byłego ZSRR. Od dziejów tamtego futbolu odwracałem się tak samo, jak od ideologii, która została stamtąd przyniesiona. Mimo iż – co Żadan świetnie pokazuje, ale co można przeanalizować także dzięki „Futbolowi w cieniu Holokaustu” Simona Kupera na przykładzie niemieckich nazistów – futbol zawsze potrafił oderwać się od ideologii.

Wygląda na to, że jeszcze w Peerelu wybierając sobie zachodnią drużynę do kibicowania (czy nie z powodu niezgody na komunistyczny syf właśnie?), amputowałem sobie otwartość na świat w gruncie rzeczy bliźniaczo podobny do mojego. Jakbym się bał banalnego w gruncie rzeczy pytania, czym mianowicie różniła się „komunistyczna” piłka z Polski od tej z Ukrainy? W czym nasze Górniki miałyby być lepsze od ich Szachtarów?

4.
Jakaż była moja konfuzja, gdy czytając „Odwróconą piramidę” – napisaną przez Jonathana Wilsona historię taktyki piłkarskiej – co i rusz natrafiałem na nazwiska Wiktora Masłowa i Walerego Łobanowskiego. „W piłce nożnej najważniejsze jest to, czym zawodnik zajmuje się, gdy NIE JEST przy piłce” – zdanie Łobanowskiego pozostaje od tamtej pory jednym z moich ulubionych. Czy to dlatego miałem taki kłopot z przyznaniem jego autorstwa szkoleniowcowi z Ukrainy, że jako świeżo upieczony Europejczyk z Zachodu nie chciałem być kojarzony ze wszystkim, co wschodnioeuropejskie? Czy ma to jakiś związek z faktem, że nigdy dotąd nie chciałem jeździć na Wschód?

„Futbol jest fatamorganą. Idziesz i idziesz do postawionego celu, a kiedy go osiągasz, to następnego dnia okazuje się, że tylko ci się zdawało, że go osiągnąłeś. Bo znów wszystko straciłeś. W piłce nożnej nieuniknione jest nadejście jutra, kiedy wszystko tracisz” – słowa Jurija Andruchowycza, które przytoczyłem w książce „Futbol jest okrutny” i które stanowią dla mnie jeden z kluczy do rozumienia piłki nożnej (patrzcie, co dzieje się dziś z Manchesterem United, co chwilę temu wydarzyło się z Barceloną Guardioli/Vilanovy, albo jeszcze wcześniej z „niezwyciężonym” Arsenalem…), zostały napisane właśnie o Walerym Łobanowskim. „Żadnej drużyny nie doprowadził nawet do ćwierćfinału mistrzostw świata. Jeśli w sposób wielce naciągany przyrównywać do ćwierćfinału drugi etap grupowy w Hiszpanii w 1982, to do półfinału też stuprocentowo żadnej reprezentacji nie doprowadził. Do tego w Hiszpanii był tylko jednym z trenerów, a nie głównym. Dynamo nigdy nie awansowało do finału Pucharu (a potem Ligi) Mistrzów. Poza tym nigdy nie wygrało ekstraklasy ZSRR więcej niż dwa razy z rzędu”.

I dalej jeszcze, jakby odpowiadając na moje niewypowiedziane głośno wątpliwości: „Z jednej strony, był elementarną ludzką cząstką tego Imperium. W nim realizował się zawodowo – z całą mocą, z jaką patriota może realizować się dla kraju. Żył w zgodzie z tym krajem i służył mu całym sobą. Z drugiej jednak strony, dla Imperium, jego stolicy, niejeden raz wspominanej tu Moskwy, nigdy nie był całkiem swój. Wybierała go i popierała tylko w momentach niezaprzeczalnego, nadzwyczajnego powodzenia. Kiedy tylko doznawał porażki – rzucała się na niego w absolutnie bezlitosny i wyraźnie złośliwy sposób”.

5.
Walery Łobanowski jako jeszcze jeden tragiczny przypadek wschodnioeuropejskiego losu? „Czasami na myśl o nim robi się smutno aż do bólu” – pisze Andruchowycz, a ja przypominam sobie mnóstwo takich przypadków z własnego podwórka. Po czym nieoczekiwanie wraca do mnie również historia Wiktora Masłowa, w haniebnych okolicznościach zwalnianego z posady trenera Dynama Kijów przez jakiegoś komunistycznego kacyka (Wilson pisze o drużynie prowadzonej przez Masłowa jako prototypie futbolu totalnego: „Ludziom się wydaje, że został wymyślony w Holandii tylko dlatego, że nie mieli okazji obejrzeć Dynama” – wiedzieliście o tym?).

Wszyscy przecież jesteśmy ofiarami tego samego. Próbujemy uciec z komunizmu. Próbujemy doprowadzić nasze kraje do stanu używalności. Próbujemy pogodzić się z tym, jak grają nasze drużyny i kompletnie nie umiemy przestać im kibicować, mimo klęsk, w obliczu których nas stawiają. Podnosimy się po porażkach, by z typową dla kibiców dzielnością rozpocząć jeszcze raz – z wysłanego do przyjaciół ze szpitala listu Żadana wynika, że on już rozpoczął. „Serhij jest niewysoki, szczupły i wygląda bardzo młodo, by nie powiedzieć: dziecięco – opisuje go Andrzej Stasiuk w „Tygodniku Powszechnym”. – Ale bez trudu sobie wyobrażam, jak staje naprzeciw bezimiennego, zamaskowanego wojska, by bronić swojego Charkowa i reszty swojego kraju”.

„Nie wiem, czy przyjedziecie w przyszłym roku na mecze do Doniecka – pisał przed Euro 2012. – A jeśli przyjedziecie – czy zdążycie zobaczyć i poczuć coś poza futbolem. Zresztą, wątpliwe, byście zatrzymali się tu na dłużej, i wątpliwe, byście przejmowali się problemami tego dziwnego miejsca. Najważniejsze, by przejmowali się nimi ci, którzy tu zostaną, którzy tu mieszkają i regularnie chodzą na te stadiony. Bo tak czy inaczej to ich kopalnie i kombinaty, ich historia i przyszłość, ich węgiel – »czarne złoto«, jak go tu nazywają – leżący pod miastami i piłkarskimi murawami, będący ostatnią nadzieją, dla której poświęcają życie i tracą zdrowie. Dlatego kim ja jestem, żeby kogoś czegoś uczyć? To nam wszystkim zdarzyło się żyć w tym czasie i w tym kraju, wszyscy razem uczyniliśmy ten kraj takim, jaki jest dziś, wszyscy razem musimy za niego odpowiadać. Wy przecież i tak nic do tego nie macie, to nasze wewnętrzne sprawy, cieszcie się grą”.

No więc jakoś trudno mi było cieszyć się grą w tych dniach. Nie obejrzałem przez weekend żadnego meczu. Z całą pewnością inaczej też rozumiem samą grę – i jeśli w końcu Reszka nas sobie przedstawi, zamierzam porządnie się z Żadanem pokłócić. Jak mógł napisać, że należy do pokolenia, które uczyło się mądrości życiowej od Maradony, skoro dla mnie, starszego zaledwie o trzy lata, Maradona pozostaje symbolem oszustwa, zestawialnym jedynie z niektórymi politykami?

Na razie jednak chętnie posłuchałbym jeszcze o tym, że w piłkę nożną gra się z głębokiego i niewyczerpalnego poczucia miłości, a także o tym, że miłość do piłki nożnej często polega na miłości do niemożliwego. Czy to jest tak, jak z miłością do swojego kraju? No powiedz, jak to jest z tą miłością, Serhij?

Euroniecodziennik: żal Ukrainy

Cała Anglia, proszę państwa. W drugiej dekadzie XXI wieku grająca futbol dwudziestowieczny. Głęboko cofnięta, z dwoma liniami zasieków, na piętnastym i dwudziestym piątym metrze przed własną bramką. Nieznająca pojęcia „posiadanie piłki”, a jeśli nawet znająca, to z pewnością przekonana, że jest ono przereklamowane. Jeżeli atakująca, to skrzydłami. Jeżeli strzelająca, to głową. Nudna jak pudding.

Żal Ukrainy, bo na tę angielską dwudziestowieczność miała pomysł. Zmiany, których dokonał w składzie Błochin w porównaniu z poprzednimi meczami, były częściowo wymuszone (kontuzja Szewczenki), ale częściowo podyktowane taktyką; szczególnie podobał mi się schodzący do środka Konoplanka, szukający strzału i prostopadłego podania, zamiast dotychczasowych dośrodkowań, i sprawiający przekazującym krycie Milnerowi i Parkerowi potężne kłopoty. Gospodarze turnieju od początku odbierali piłkę Anglikom przy bardzo wysokim pressingu, a zarazem nie dopuszczali do kontrataków: byli skoncentrowani, byli świetnie przygotowani kondycyjnie, grali szybko i wierzyli w siebie. Nie tylko Konoplanka grał dobrze, także Jarmolenko, grający między liniami Harmasz, oraz Husiew i Dewicz. Jeśli ostatni raz w ciągu najbliższych kilkunastu dni miałbym na tym blogu wspomnieć Polaków, powiedziałbym pewnie, że takiego zaangażowania w ostatnim meczu grupowym oczekiwaliśmy.

Żal Ukrainy, bo gola straciła po podwójnym rykoszecie, który zmylił bramkarza, próbującego przeciąć dośrodkowanie Gerrarda. I żal, bo sama zdołała strzelić gola: po uderzeniu Dewicza Hart zdołał piłkę odbić, ale przełamała mu ręce i wpadła do bramki, skąd – już po przekroczeniu linii – wygarnął ją Terry. Jasne: Milewski był wcześniej na spalonym i jasne: Anglicy mają swoją traumę z RPA, gdzie nie uznano im gola Lamparda, ale jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że stojący o dwa metry od bramki piąty arbiter nie był w stanie zareagować w sytuacji tak ewidentnej. Od czego jest, do cholery? I czy możemy liczyć na to, że kiedy 5 lipca zbierze się IFAB, to incydent z meczu Ukraina-Anglia przechyli szalę na rzecz wprowadzenia do futbolu technologii pozwalającej na stwierdzenie, czy piłka przeszła całym obwodem linię bramkową?

Siła paradoksu: Anglia, której niejeden wróżył odpadnięcie z turnieju już na etapie rozgrywek grupowych, jest w ćwierćfinale, niepokonana i awansująca z pierwszego miejsca, co nie zdarzało jej się na imprezach tej rangi zbyt często. A przecież Anglia, która przyjechała na Euro po wielomiesięcznym cyrku z szukaniem szkoleniowca i zdziesiątkowana kontuzjami. Anglia, której bałaganiarstwo w defensywie wciąż czeka na surowszego recenzenta niż dotychczasowi. Anglia, w której Wayne Rooney musi jeszcze trochę pograć, zanim przestanie odczuwać skutki spowodowanego dyskwalifikacją rozbratu z futbolem (napastnik MU miał, poza golem, swoje szanse: raz spudłował po dośrodkowaniu Younga, a raz – będąc sam na sam po jeszcze jednym wybornym podaniu Gerrarda – dał się dogonić obrońcom). Anglia niezdolna do pogrania piłką i głupio ją tracąca. Siła paradoksu dlatego, że z historii mistrzostw Europy czy świata pamiętamy kilka drużyn absolutnie wybitnych, które nieoczekiwanie potykały się na względnie łatwej przeszkodzie, i równie wiele drużyn, które irytując kibiców formą i stylem gry były w stanie doczłapać się nawet do finału. Arise, sir Roy?

PS Dzisiaj, czyli 20 czerwca, o 18.00 w klubie Chłodna 25 mamy rozmawiać o „Dżihadzie na stadionach”, czyli o tym, co zrobić z antysemityzmem wśród kibiców. Jeśli mieszkacie w Warszawie i nie wiecie, co zrobić z dniem bez piłki, wpadnijcie na Chłodną, gdzie oprócz Waszego ulubionego blogera dyskutować mają Michał Listkiewicz, gen. Adam Rapacki i Rafał Pankowski. Zapraszam.

Euroniecodziennik: jajko Hodgsona

Pewnych rzeczy nie warto nadmiernie komplikować. I Roy Hodgson świetnie to wie, bo nieraz już potrafił wykrzesać maksimum z mocno przeciętnych drużyn. Pamiętacie, jak grała jego Szwajcaria albo jego Fulham? Nie macie w drużynie Pirlo, Modricia, Iniesty czy Ozila, no to zbierzcie do kupy rzemieślników i przypomnijcie im, na czym polega solidne rzemiosło. Ustawcie dwie czteroosobowe grupy w dwie linie, z przodu postawcie drągala, którego z poziomu jednej z tych linii próbujcie trafić w głowę (wiecie przecież, że z ostatnich ośmiu goli, straconych przez Szwedów, siedem zdobyto właśnie głową), i dodajcie mu jeszcze do pomocy takiego drugiego, w miarę ruchliwego. Popracujcie trochę nad stałymi fragmentami gry. I miejcie na ławce szybkiego rezerwowego, w sam raz do wpuszczenia, kiedy drużynie nie idzie (tylko nie wystawiajcie go, broń Boże, od pierwszej minuty, bo się nie będzie łobuz wracał: był w drugiej połowie, już po wejściu Walcotta, taki moment, że lewy obrońca Szwedów prowadził na bramkę Harta atak za atakiem, a piłkarz Arsenalu ani myślał mu w tym przeszkadzać). Poza tym zachowujcie się jak wcielenie przeciętności, tak aby nikt – z własnymi piłkarzami włącznie – nie pomyślał, że wiążecie z tym turniejem jakiekolwiek ambicje.

Tylko pamiętajcie jeszcze, żeby im powiedzieć o niefaulowaniu zbyt blisko własnego pola karnego, bo jeszcze ich nie nauczyliście, jak się bronić przy stałych fragmentach. To, co zrobili Anglicy w pierwszych minutach drugiej połowy, było czymś niewiarygodnym: owszem, czasem nie ma wyjścia i trzeba przerwać akcję rywala faulem, ale przewinienia, po których Szwedzi dostawali rzuty wolne, były z tej perspektywy kompletnie bez sensu. Podobnie jak późniejsze ustawienie w polu karnym: złamanie spalonego przy pierwszej bramce i komiczna próba krycia indywidualnego przy drugiej. Przecież skuteczność rzutów wolnych Larssona i wejść w szesnastkę Melberga jest znana każdemu członkowi angielskiej ekipy z boisk Premier League. Ech, zachowywali się przy rzutach wolnych jak nie przymierzając Szwedzi… Ech, jajko Kolumba a la Hodgson, choć tak nieskompliowane, momentami okazywało się nieświeże. Komiczni Anglicy.

Kosmiczni Anglicy. Marudzenie po takim meczu byłoby przecież grzechem. Przestajemy więc analizować, przestajemy się zastanawiać, co by było, gdyby Walcott jednak nie trafił (zwykle nie trafia…), a zaczynamy się oddawać rozważaniom metafizycznym. Jakoś tak się zdarza, że prawie na wszystkich wielkich imprezach Anglicy uczestniczą w meczach najlepszych i najbardziej dramatycznych. Tak było na Euro ’96, kiedy rozbijali Holandię, tak było na mundialu ’98, kiedy potykali się z Argentyną, i na Euro 2000, kiedy przegrali z Portugalią, i na mundialu 2002, kiedy polegli z Brazylią, i na mistrzostwach w 2004, kiedy Ricardo bronił ich karne bez rękawic, i w RPA, gdzie nie uznano im gola w meczu z Niemcami… Dziś uczestniczyli w kolejnym thrillerze, warto dodać: wyrównanym do granic błędu statystycznego (posiadanie piłki 50:50, podania 466:558 na korzyść Szwedów, w tym celne 81:83 proc., strzały 13:13, w tym celne 7:6). I do złudzenia przypominającym spotkania Premier League, z ich tempem, z ich dośrodkowaniami, z ich rosłymi napastnikami, grającymi plecami do bramki i usiłującymi rozprowadzać kolegów z drugiej linii, ale także – powiem to głośno – z ich prostymi błędami, które takiego Xaviego czy Pirlo przyprawiłyby o depresję.

Różnicę zrobiło pojawienie się na boisku Theo Walcotta, o którym przed laty inny wybitny prawoskrzydłowy Chris Waddle powiedział, że nie ma piłkarskiego mózgu. „Walcott Welbeck Wonderful”, będzie krzyczała okładka jutrzejszego „Daily Telegraph”, dając kolejny dowód na to, że pewnych rzeczy nie warto nadmiernie komplikować. Miałbym wprawdzie ochotę powiedzieć, że ze 180 minut  rozegranych dotąd na tym turnieju, Anglicy mogli się podobać przez jakiś kwadrans, ale powstrzymam się, bo myślę sobie, że na takich piętnastu minutach można wiele zbudować. Najważniejsze, żeby Roy Hodgson (by odwołać się do nieśmiertelnej już frazy Giovanniego Trappatoniego), nie mając kota w worku, nie udawał, że ma kota w worku.

Co jeszcze? „I pusto – smutno – tęskno w bujnej Ukrainie”, której wszystkie słabości zostały obnażone przez niewysilających się przecież zbytnio Francuzów. Rozmaite znaki na niebie wskazywały, że to się nie może skończyć dobrze, myślałem sobie, patrząc jak wychodzący na boisko Andrij Szewczenko „Szybkim głowy pomiotem strząsnął złote włosy / Jak by się pozbyć starał zimnej na nich rosy”, a potem „W natłoku wrogów, co go od swoich rozdziela / Sam – bez wsparcia – nadziei – świadka – przyjaciela” próbował się przedrzeć przez francuską obronę. Symbolem ukraińskiej nieporadności była akcja zakończona strzałem w słupek Cabaye’a, przed którym piłkarze Blanca wymienili bodaj trzydzieści podań na połowie rywala – było ich tam pewnie nie więcej niż czterech czy pięciu, a i tak nawet dziesięciu Ukraińców nie potrafiło odebrać im piłki.

Dzisiaj jest, jak mi się zdaje, półmetek fantastycznego turnieju. Turnieju główek i prostopadłych podań, cudownych bramek Błaszczykowskiego, Pirlo czy Welbecka, śpiewu irlandzkich kibiców i burzy nad Donieckiem. Spieszcie się kochać Euro, tak szybko odchodzi. Zwłaszcza że następne nie będzie już takie dobre, skoro UEFA chce powiększyć liczbę uczestników do dwudziestu czterech.

Niecodziennik Euro: za podwójną gardą

Nie, nie zacznę od Anglików. Nie w dniu, w którym 36-letni Andrij Szewczenko narodził się na nowo. Człowiek, który od dobrych paru lat nie strzelał goli w reprezentacji, którego kariera nieuchronnie zmierzała do końca, który przed rozpoczęciem turnieju mówił, że zdrowie nie pozwala mu już na rozegranie trzech meczów w tygodniu, który miał zacząć spotkanie na ławce rezerwowych – znów został bohaterem, i to przecież nie tylko swojego kraju.

Ileż to razy patrzyliśmy z zażenowaniem na wielkich piłkarzy, którzy rozstawali się z futbolem na mistrzostwach świata czy Europy, bezskutecznie próbując dogonić własną legendę. Żeby nie szukać daleko: przypomnijmy choćby wczorajszy fatalny występ Robbiego Keane’a i zestawmy go z wyczynami Irlandczyka w Korei i Japonii. A Andrija Szewczenkę pamiętamy przecież z czasów jeszcze dawniejszych, kiedy podbijał Europę w duecie z Sierhijem Rebrowem jako podopieczny Walerego Łobanowskiego (tego samego szkoleniowca, który w sztafecie pokoleń kilkanaście lat wcześniej prowadził obecnego trenera Ukrainy – Ołeha Błochina). Kończył się wiek XX, młody Ukrainiec strzelał trzy bramki Barcelonie, później zaś jego Dynamo Kijów toczyło heroiczny bój z Bayernem w półfinale Ligi Mistrzów, zapewniając Szewczence transfer do Milanu. W odróżnieniu od swojego partnera z ataku, który zagubił się na lata w Tottenhamie, Szewczenko był u progu światowej kariery. Kariery, dodajmy, załamanej po przejściu do Chelsea, które nastąpiło – tak, tak – aż sześć lat temu. Wystarczająco dawno, żebyśmy widząc dziś jego odrodzenie (nawet jeśli momentalne, nawet jeśli bolące plecy nie pozwolą Szewczence na udział w kolejnym spotkaniu…) po raz pierwszy zdołali odczuć, że mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie mogą się stać legendarne.

Co do Anglików zaś: zważywszy skalę nieszczęść, z jakimi się borykali do ostatnich sekund przed rozpoczęciem meczu z Francją (podczas rozgrzewki bolesnej kontuzji doznał… trener bramkarzy Ray Clemence), rozumiem to zbiorowe westchnienie ulgi, które wydali z siebie dziennikarze z Wysp po zakończeniu spotkania, rozumiem też ich skłonność do przesadnego komplementowania swoich piłkarzy i trenera. Owszem, Roy Hodgson poukładał drużynę (w arcynudne 4-4-1-1 lub w 4-4-2; tak czy tak kluczem do tego meczu była podwójna garda, czyli dwie zapory, utworzone przez ustawionych w bardzo niewielkim odstępie i niemal idealnie równe linie obrońców i pomocników). Poukładał, czy raczej przypomniał jej system, w którym Anglicy wzrastali od lat i który dopiero od niedawna zaczęli zapominać w swoich klubach. Może zważywszy na wspomnianą skalę nieszczęść – zawieszenie Rooneya, konflikt wokół Ferdinanda, kontuzje Wilshere’a, Cahilla, Smallinga, Dawsona, Walkera, Lamparda, Barry’ego, Benta i rezerwowego bramkarza Ruddy’ego – nie ma co wybrzydzać? Może podświadomie angielskie media obawiały się kompromitacji i teraz nadmiernie nasycają duszne donieckie powietrze komplementami? W końcu piłkarze Hodgsona zdołali zremisować mecz z odwiecznym rywalem, skrycie albo i nie uważanym za faworyta grupy, mającym przed turniejem świetne statystyki i napakowanym zawodnikami, których nazwiska mówią coś nawet ekspertom BBC. W końcu przez moment prowadzili, w końcu dali z siebie wszystko (schodzący z boiska Parker był na granicy omdlenia). W końcu jeśli idzie o dobór personelu – bo już nie o styl, o czym za chwilę – wybrali wariant możliwie najbardziej propiłkarski: Welbeck nie Carroll w ataku, Oxlade-Chamberlin nie Downing na lewym skrzydle (ech, gdyby jeszcze nie Milner po prawej, pomyślałem sobie, gdy nieumiejący grać lewą nogą pomocnik MC marnował wyborną sytuację w ósmej minucie, i powtarzałem później, kiedy parę razy lekkomyślnie tracił piłkę)…

Styl Anglików? Powiedzmy sobie szczerze: tych kilka kontaktów z piłką Oxlade-Chamberlina to za mało, by naprawdę móc go pochwalić, podobnie jak tych kilka inteligentnych zejść Welbecka do bocznych sektorów boiska. Hart wpuścił strzał przy krótkim słupku i minął się z niebezpiecznym dośrodkowaniem. Young otrzymywał piłkę za rzadko, a w zasadzie w ogóle jej nie otrzymywał, Gerrard ani myślał o rozgrywaniu, skupiony na asekurowaniu… nie, nie obrońców, raczej nie w pełni zdrowego Parkera. Cole nie przekraczał linii środkowej, skupiony na pilnowaniu najlepszego w tym meczu piłkarza, prawego obrońcy Francuzów Debuchy’ego. Johnson dopiero w drugiej połowie zaczął się włączać do akcji ofensywnych, które zresztą prowadzone były na pół gwizdka, garstką piłkarzy, z myślą o zabezpieczaniu tyłów… Anglicy oddali tylko jeden celny strzał, w dodatku po stałym fragmencie gry, mieli o ponad połowę mniej podań i cztery razy mniej sytuacji bramkowych od Francuzów, bronili się głęboko, rzadko kontrowali, często tracili piłkę… Prawda jest taka, że Fabio Capello po podobnym spotkaniu zostałby zlinczowany, a komplementy, jakie spotykają dziś Roya Hodgsona świadczą jedynie o tym, jak bardzo synowie Albionu spuścili z tonu.

Co przecież nie znaczy, że grając w podobnym stylu nie mogą zajść daleko. Jestem wystarczająco dojrzały, żeby pamiętać, jak pod Bobbym Robsonem doczołgiwali się do epickiego półfinału mundialu we Włoszech i w jak fatalnej atmosferze musiał pracować wtedy szkoleniowiec Anglików. Hodgson nie był, jak wiadomo, ulubionym kandydatem Fleet Street, co również stanowi pewien rodzaj analogii…

Może dodajmy jeszcze, że Francuzi, poza kilkoma przypadkami indywidualnymi (oprócz Debuchy’ego Ribery i Nasri, obaj świetnie podający i świetnie prowadzący piłkę, ale także Cabaye), wcale nie grali dobrze. Ich ataki toczyły się w tempie dość jednostajnym (ktoś w telewizji mówił o arytmii gry – gdzie ją zobaczył?); ostrożność była także imieniem Laurenta Blanca, choć widać było, że tych piłkarzy stać na bardzo wiele. Fantastycznie zapowiadają się więc kolejne mecze w tej grupie: uskrzydleni przez rewelacyjnych Konopliankę i Jarmolenkę Ukraińcy, mający nóż na gardle Szwedzi ze skutecznym dziś Zlatanem, wycieńczeni Anglicy, niespełnieni Francuzi… Tfu na psa urok; czy mający nóż na gardle Polacy ze skutecznym Lewandowskim, będą jutro wycieńczeni czy niespełnieni, a może uskrzydlą ich rewelacyjni Obraniak i Błaszczykowski?

PS Na razie zachwycili: Sneijder, Pirlo, Szewczenko, Debouchy. Ktoś jeszcze?