Archiwa kategorii: Polska piłka

Pożegnanie z Islandią

Jest wiele powodów do frajdy z awansu Islandczyków, ale założę się, że nie zgadniecie, który cieszy mnie najbardziej. Że zobaczymy na Euro Gylfiego Sigurdssona? Pudło, lubię go wprawdzie bardzo, ale jest to sympatia podszyta melancholią, że powiększył tę gigantyczną grupę zawodników, którym nie poszło w Tottenhamie. Że mówimy o Kopciuszku, co to ma wszystkiego 21 508 zarejestrowanych piłkarzy, czyli trzy razy mniej niż np. Małopolski Związek Piłki Nożnej, a to 21 tys. daje ponad 7 proc. ludności wyspy? Niby fakt: drugiego tak gruntownie spiłkarszczonego kraju ze świecą szukać, zważywszy jeszcze, że warunki atmosferyczne na Islandii nie należą (delikatnie mówiąc) do najlepszych, ale we mnie budzi to raczej przerażenie, bo wyobrażam sobie natychmiast, że to tak, jakby na Euro jechała łączona reprezentacja Podgórza i Nowej Huty. Kiedy czytam w „Guardianie”, że do Holandii (zarejestrowanych piłkarzy: 1 138 860), na kluczowy mecz, wygrany w piątek przez Islandczyków 1:0, pojechały 3 tysiące kibiców, to uświadamiam sobie, że mówimy o jednym procencie populacji. Kiedy dociera do mnie, że awans świętowało 10 tysięcy ludzi, to myślę o trzech procentach i wyobrażam sobie grubo ponad milion Polaków bawiących się na Błoniach z powodu sukcesu naszej reprezentacji. Czytaj dalej

Gdzie może grać Rybus?

Nie, nie chodzi o poszukiwanie dla byłego zawodnika Legii optymalnej pozycji na boisku. Chodzi o to, że gdy już rozwiały się mgły znad Dublina, okazało się, że najciekawsza podczas tego wieczoru nadziei, rozczarowań i, co tu kryć, straszliwej kopaniny, była jedna z opinii wyrażonych na Twitterze przez Igora Janke. „Uważam, że haniebnym jest grać w Groznym za pieniądze morderców. Wolałbym, żeby Maciej Rybus nie reprezentował Polski” – napisał współwłaściciel Salonu 24, który najwyraźniej dopiero wtedy dowiedział się, że jeden z polskich piłkarzy walczących w niedzielę z Irlandczykami występuje na co dzień w Tereku Grozny. „Czy nie uważacie, że to wielki wstyd grać w klubie, sponsorowanym przez ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo [honorowym prezesem i faktycznym właścicielem Tereka jest dyktator Czeczenii Ramzan Kadyrow – MO]? To nie ma już znaczenia?” – pytał dalej Igor, wystawiając się na typowy dla sieciowej rzeczywistości bluzg, kpiny (zwłaszcza że najpierw pomylił imię piłkarza), ale też polemiki „realistów”, podnoszących np., że skoro Terek jest normalnie uznawany przez europejską federację, to dla wszystkich zawodowych piłkarzy pozostaje pracodawcą jak każdy inny: ocenianym przez pryzmat sportowych ambicji, możliwości rozwoju i finansowego bezpieczeństwa.

To tylko pierwszy akapit tekstu, który napisałem na stronę „Tygodnika Powszechnego”. Mam świadomość, że ktoś, kto zajmuje się futbolem na co dzień, słysząc podobne pytania niemal odruchowo wzrusza ramionami. Nie jestem pewien, czy wzruszenie ramion jest najlepszą odpowiedzią. Przeczytajcie, może odnajdziecie się w dylematach człowieka, który nie potrafi przestać kibicować, a przecież chce mieć pogląd na sprawy pozafutbolowe.

Rozmowa z idolem

Będzie już z rok, jak dostałem wiadomość od idola. Napisał, że ktoś podarował mu moją książkę, że przeczytał ją po koncercie jednym tchem i że odnalazł w niej opis swoich kibicowskich przeżyć. No a teraz, wiecie, idol przyjeżdża do mojego miasta. Mam wielką ochotę pójść na koncert i równie wielką umówić się na kawę. Wydaje mi się to zupełnie możliwe, bo ze wszystkiego, co o nim wiem, wyprowadzam wniosek, że jest kompletnie nienadęty i że nie robiłby żadnych problemów. W sprawie kawy sam mówi zresztą, że wolałby ją wypić z Guardiolą, a nie z Mourinho, bo wydaje mu się, że Mourinho jest bucowaty – mam to samo podejrzenie.

Tylko o czym tu rozmawiać z idolem na kawie? Człowiek z nadmierną ekscytacją wyzna, że uwielbia, że się wychował, że ma wszystkie płyty, że do mowy codziennej wprowadził fragmenty tekstów, że tańczył z żoną przy „Dancingowej piosence miłosnej” i że śpiewał w drodze z dziećmi do przedszkola „Balsam” albo „Bless”… zgoda, ale co dalej? Zostaliśmy z idolem znajomymi na Facebooku, obserwujemy się na Twitterze, właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żebym do niego zadzwonił i umówił się, ale nie mam śmiałości. Nie mam śmiałości i od dziś wiem, dlaczego. Czytaj dalej

Piłkarski stolik Konwickiego

Wśród rzeczy, które powinniście wiedzieć o Tadeuszu Konwickim (tak, był autorem jednej z najpiękniejszych scen miłosnych w historii literatury polskiej, w dodatku z udziałem dyktatora Powstania Styczniowego) jest i ta: był kibicem. Stoliki w „Czytelniku” i w „Bliklem”, przy których siadywał między innymi z Gustawem Holoubkiem (tak, wielki aktor mówił o tym, że chce, by jego prochy rozsypano na stadionie Cracovii), były także miejscami debat o piłce nożnej. Jak przebiegały, pewne pojęcie może dawać publikowany na łamach tygodnika „Literatura” cykl rozmów Holoubka, Konwickiego i Stanisława Dygata (tak, wśród pożałowania godnych zainteresowań autora „Pożegnań” były, oprócz piłki nożnej, także tenis i boks) na temat mundialu w Niemczech w 1974 roku.

Oczywiście zdanie, że Konwicki był kibicem, nie zdziwi żadnego znawcy jego twórczości – finał „Wniebowstąpienia” zawiera wątek meczu rozgrywanego w Moskwie, a znawca twórczości pisarza Przemysław Kaniecki przypomina, że już w połowie lat 50. prowadził on w „Nowej Kulturze” rubrykę „Z miejsc stojących”, gdzie „wypowiadanie się w roli kibica w końcu okazało się pretekstem do publikowania komentarzy społecznych”; obaj z Dygatem byli również na olimpiadzie w Monachium. Oczywiście ich rozmowy zawierały także inteligentne aluzje do ówczesnego życia kulturalnego (szpile wbijane Wajdzie, Łomnickiemu czy Hanuszkiewiczowi; uwaga, że „Zanussi był w sposób niesłychanie brutalny faulowany”). Trudno, żeby było inaczej: sam im dłużej piszę o piłce, tym bardziej ciekaw jestem tego, jak można używać jej jako „pretekstu do publikowania komentarzy społecznych”. Z drugiej strony nie mogę nie widzieć uderzających różnic w podejściu. Czytaj dalej

Miałeś, chamie, Ligę Mistrzów

Z podobnym wydarzeniem w polskim futbolu dawno nie mieliśmy do czynienia: w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, najbardziej prestiżowych i najlepiej honorowanych przez sponsorów rozgrywek klubowych na świecie, Legia rozgromiła Celtic. Grając z niespotykanym od dawna polotem, Polacy pokonali Szkotów u siebie 4:1, a na wyjeździe dołożyli kolejne bramki, zwyciężając 2:0. Problem w tym, że na ostatnie 4 minuty rozstrzygniętego już spotkania rewanżowego z ławki rezerwowych wszedł piłkarz, który nie miał prawa pojawić się na boisku: Bartosz Bereszyński. W poprzednim sezonie dostał czerwoną kartkę, za co zdyskwalifikowano go na trzy mecze, i nie zakończył jeszcze odbywać kary (Legia zagrała wprawdzie od tamtej pory więcej spotkań, ale na część z nich Bereszyński nie został zgłoszony, a tylko w takim przypadku władze europejskiej piłki liczą upływ zawieszenia).

Ten formalny drobiazg, niedopatrzenie, niczyja zła wola ani próba oszustwa, poskutkowały nałożeniem na warszawski klub walkowera: w związku z występem nieuprawnionego piłkarza wynik drugiego meczu został zweryfikowany na korzyść Szkotów, którzy w związku z tym awansowali do ostatniej rundy eliminacji. Mają się w nim zmierzyć z klubem ze Słowenii, będącym – jak pozostałe losowane w tej rundzie – w zasięgu warszawiaków. Pomyśleć tylko: gdyby w Legii robotę papierkową prowadzono z należytą starannością, grałaby dalej. A grając dalej, mogłaby liczyć zyski w dziesiątkach milionów złotych: za sam udział w meczach IV rundy otrzymałaby 2 mln euro, za awans do kolejnej fazy rozgrywek do klubowej kasy wpłynęłoby zaś co najmniej kolejne 8,6 mln euro. Występy w Lidze Mistrzów (od 19 lat niedostępne polskim drużynom) są Świętym Graalem futbolu, obiektem westchnień nie tylko kibiców, trenerów i piłkarzy, ale także klubowych prezesów i księgowych.

Kibiców, trenerów i piłkarzy oczywiście żal, choć trudno dzielić z nimi sposób, w jaki wyrażają emocje – w trywialnej regulaminowej decyzji organizatorów rozgrywek („Twarde prawo, ale prawo”…) doszukując się antypolskiego czy antylegijnego spisku albo represji za chuligańskie wybryki na trybunach w poprzednich sezonach. Trudno akceptować rasistowskie czy seksistowskie (kierownikiem drużyny, z całą pewnością nie jedynym odpowiedzialnym za zamieszanie, jest kobieta) obelgi, jakie się przy okazji pojawiają. Ale najtrudniej pogodzić się ze świadomością, że błąd – popełniony w Polsce, w Warszawie, nie w centrali UEFA i nie w Glasgow – jest jednym z tak wielu w państwie, którego minister mówi, że istnieje tylko teoretycznie.

Oto, dlaczego będziemy pisać o karze dla jakiegoś klubu nie tylko na piłkarskim blogu, ale i w kolejnym numerze „Tygodnika Powszechnego”, nawet świadomi niechęci, z jaką wielu czytelników darzy tę dyscyplinę sportu i zajmujących się nią ludzi. Nie o sport tu idzie. Po pierwsze, Legia jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek – przedsiębiorstwem obracającym pokaźnym budżetem (114 mln zł przychodów w 2013 r., według Ernsta & Younga) i zatrudniającym zapewne grubo ponad setkę pracowników. Po drugie, wystarczy podczas urlopu otworzyć byle gazetę lokalną (jeśli akurat nie ma się dostępu do strony internetowej z raportami Najwyższej Izby Kontroli), by znaleźć dziesiątki przykładów beztroski, z jaką nad Wisłą traktujemy obowiązujące procedury. Skutki nie zawsze są tak tragiczne, jak w Smoleńsku czy np. pod Szczekocinami, gdzie w marcu 2012 r. zderzyły się pociągi, albo w Katowicach, gdzie w 2006 r. zawaliła się hala, albo pod Nowym Miastem, gdzie w nieprzystosowanym do przewozu ludzi busie jechało 18 osób – ale zawsze bolą, niechby nawet kibiców.

Z ekonomią już sobie nieźle radzimy. Kiedy pora na kolejny stopień wtajemniczenia: procedury? A jeśli nie procedury, to choćby elementarne dbanie o własne poczucie bezpieczeństwa? Mieczysław Grydzewski zwykł mówić, że świetnie wie, iż „Pana Tadeusza” napisał Słowacki, ale zawsze woli sprawdzić. Ech…

Nic się nie stało

Psychoanalizę polskiego piłkarza i kibica robię na portalu Sport.pl, ale nie mogę się oprzeć, by wpaść także tutaj. Po pierwsze dlatego, żeby otworzyć ewentualną dyskusję na jej temat, po drugie zaś – podzielić się z Wami komentarzem zaprzyjaźnionego geniusza, którego obrazki co tydzień mamy zaszczyt publikować na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Kraj, w którym nic się nie dzieje – tak to widzi Marcin Wicha, i wypada przyznać mu rację także dlatego, że ptaszki z bloga Przemka Iwańczyka ćwierkają, że decyzje w sprawie zatrudnienia następcy Waldemara Fornalika zostały już podjęte. Kraj, w którym „niemądry Polak po szkodzie” i w którym tyle warta nasza pisanina, co ich kopanina. Jeśli prawdą jest, że Leo Beenhakker pracował na gorszym materiale, jeśli – jak napisał jeden z angielskich dziennikarzy – ta reprezentacja Polski jest najlepsza, jaką mamy od 1982 roku, tym bardziej szkoda, by miała zamienić się w jeszcze jedno stracone pokolenie.

Miasto pełne Messich

Była Barcelona. Wpadła na chwilę. Pokazała się światu, nader chętnie transmitującemu w 130 ponoć stacjach telewizyjnych debiut Neymara, zrobiła to na tle polskiego stadionu i polskiej drużyny, a ci z nas, którzy pamiętają jeszcze peerelowską siermiężność, mieli swój moment uniesienia, tak samo jak parę tygodni temu, gdy zobaczyli nad Wisłą, na innym imponującym obiekcie, inną megagwiazdę – Paula McCartneya.

Ach, nie będzie to oczywiście tekst o patriotycznych uniesieniach, choć Lechia wypadła zaskakująco dobrze, a fani Barcelony nie mieliby pewnie nic przeciwko temu, by jej dzisiejszy polski epizodzik otworzył równie wspaniały okres w historii klubu, co epizodzik poprzedni: rozpoczynające epokę Guardioli starcie z Wisłą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Po prostu: była Barcelona, a my wzięliśmy z tej obecności tyle, ile potrafiliśmy. Czyli niemało. Już koło południa, kiedy podjechałem pod stadion po odbiór akredytacji, mijałem setki mówiących po polsku fanów katalońskiego klubu i przypominałem sobie wszystkie te pytania kierowane w ostatnich miesiącach także pod moim adresem: czy to w porządku, wiązać swoje serce i rozum z klubem grającym na co dzień daleko stąd. Przynajmniej w taki dzień nikomu nie trzeba się tłumaczyć, myślałem sobie, ciesząc się ich radością, że jednak mecz doszedł do skutku. Nawet jeśli ostatecznie na stadionie znalazło się też sporo „pikników”, po pierwsze – spotkałem również dużo takich, którzy w możliwości obejrzenia rezerw Barcelony (do Polski przyjechało kilkunastu zawodników Barcy B i Juvenil A) znajdowali frajdę godną konesera (wiedzieli, że za dwa-trzy lata niejeden z nich stanowić będzie o obliczu drużyny; coś podobnego przeżywałem patrząc na sparing Tottenhamu z Barcą, 4 lata temu podczas Wembley Cup), po drugie – szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko „piknikom”, niech się cieszą futbolem w najlepsze. Dzisiejszy Gdańsk, Gdańsk pełen Messich, robił na przybyszu z południa bardzo przyjemne wrażenie. Także przy minucie ciszy przed meczem i także po golach Lechii, gdy patrzył na szalejących z radości dzieciaków w koszulkach… Blaugrany (okrzyków o ogrywaniu „k…” nie słyszał, a faceta przede nim na trybunie prasowej, zajmującego się oglądaniem w internecie zdjęć samochodów – nie były bardzo bite, o ile zdążyłem zauważyć – zobaczył dopiero podczas przerwy w grze na parę minut przed końcem) .

Barcelona wpadła na chwilę. Inaczej być nie mogło. Ci, którzy czytali „Barcę” Grahama Huntera wiedzą, że Pep Guardiola – jako były piłkarz pamiętający świetnie frustrację niekończących się podróży, oddalenia od rodziny, czasu marnotrawionego w hotelach i na lotniskach – wprowadził w klubie nowe zasady, i kiedy się da Katalończycy ruszają na mecze wyjazdowe o poranku, by na miejscu odbyć sjestę, zagrać i niemal natychmiast odlecieć. W skali sezonu daje to setki godzin oszczędności – setki godzin nieuniknionej i zabijającej wszelką kreatywność nudy. Nawet na miejscu, w Barcelonie, zespół w dniu meczu odbywa zwykle krótką rozgrzewkę, później zaś zawodnicy wracają do domów i na Camp Nou stawiają się dopiero na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem.

Jak się ze sobą nie nudzić – jedna z podstawowych kwestii przy budowaniu maszynki do wygrywania. Jak odzyskać świeżość i wejść w nowy kierat, w którym trzeba będzie chodzić najbliższe 11 miesięcy, aż do mundialu w Brazylii, rozgrywając po drodze – poznaliśmy takie statystyki przy okazji Pucharu Konfederacji, wieńczącego sezon największych gwiazd także tej drużyny – nawet 80 spotkań. Tu akurat zmiana trenera może Katalończykom wyjść na dobre, podobnie jak transfuzja do przedniej formacji brazylijskiej świeżej krwi, bo dziś, nawet zważywszy na towarzyskie okoliczności i półtowarzyski skład, za dużo oglądaliśmy człapania w stylu najsłabszych występów klubu z poprzedniego sezonu, również z Rourą na ławce.

Choć w przypadku transfuzji do Barcelony nigdy nic nie wiadomo – i mecz z Lechią oczywiście odpowiedzi na pytanie, czy Neymar wpasuje się w drużynę, nie przyniósł. Simon Kuper, piszący o Katalończykach w dziewiątym numerze „Blizzarda”, zwraca uwagę, że polityka sprowadzania co jakiś czas przez klub piłkarzy ze światowego topu często kończy się klęską. Henry, Ibrahimović, ba: nawet David Villa mieli trudności z wkomponowaniem się w wypracowywany przez lata nauki w La Masii system. O powodzeniu akcji na tym poziomie decyduje często ułamek sekundy – tłumaczył to dawny dyrektor wykonawczy klubu Joan Oliver – jeśli piłkarz potrzebuje więcej czasu, żeby zrozumieć, co zamierza jego partner, wszystko bierze w łeb. Oto dlaczego nienajwybitniejszy przecież, za to wychowany w La Masii Pedro radzi sobie w tym dziwnym klubie lepiej niż niejeden gwiazdor z importu. Oto dlaczego z zawodników dziś występujących zwrócił moją uwagę Sergi Roberto, żwawo biegający między oboma polami karnymi, nieustannie blisko piłki – pokazujący się kolegom i widzący ich, gotów do sformułowania trójkąta (zakończona strzałem akcja z Songiem i Messim w dziesiątej minucie). Messi zaczął świetnie, trzykrotnie rozprowadzając po prawej Alexisa Sancheza, później jednak piłkarze Lechii odcinali go od podań, a i on wracał się w poszukiwaniu wolnego miejsca rzadziej niż np. zaskakująco dobry z mojej perspektywy Matsui i niewątpliwy bohater meczu, nie tylko z powodu pięknej bramki, Grzelczak. Reszta, jak myślę, odstawała, szczególnie podwójnie odpowiedzialny za bramkę Lechii (bezsensowne wybicie na róg, odpuszczenie Bieniuka…) Bartra. Będzie miał problem Gerardo Martino ze środkiem obrony, bo przecież zanim debiutujący dziś w drugiej połowie, spokojny i nieźle się ustawiający, ale kruchy Bagnack zacznie częściej pojawiać się na boisku, musi upłynąć jeszcze sporo czasu.

Na koniec miałbym więc ochotę napisać, że wiem tyle, ile już wiedziałem: przed Martino iście paisleyowskie wyzwanie (jak pisał o przejmującym Barcę po Guardioli Vilanovie Lluis Regas, porównując to z dziedziczeniem Liverpoolu po Billy Shanklym); nie sądzę, by kiedykolwiek pozwolił na podobną nieruchawość swoich zawodników, zwłaszcza bez piłki, jak dzisiaj zrobił to Jordi Roura.

Byłoby to jednak zakończenie niesprawiedliwe. Wiem tyle, ile już wiedziałem, ale jeszcze coś nowego. Warto czasem przyjść na polski stadion i obejrzeć polską drużynę. Nie śmiałem się z tańczącego przy linii bocznej Michała Probierza.

Nie będziesz legendą, człowieku

Przyznaję: ostrzyłem sobie zęby na film Marcina Koszałki. Świetny operator i dokumentalista, bezlitośnie pokazujący „życie od kuchni”, obnażający domowe traumy – własne i najbliższych, przyglądający się zmaganiom z chorobą i starością wielkiego aktora Jerzego Nowaka, ale także ekstremalnym doświadczeniom wspinaczkowym Piotra Korczaka – towarzyszył z kamerą piłkarskiej reprezentacji Polski podczas przygotowań do Euro 2012 i w trakcie samego turnieju. „Dopuszczono go najbliżej, jak się da” – słyszeliśmy podczas miesięcy oczekiwań na premierę. W wywiadzie dla „Przekroju” Koszałka podgrzewał atmosferę: mówił o „poczuciu obcości, odrzuceniu, wielkiej samotności” Damiena Perquisa i o ściganiu się z czasem, lęku przed starością (która w przypadku piłkarza przychodzi nadspodziewanie szybko) kolejnego z bohaterów filmu – Marcina Wasilewskiego. Opowiadał o atmosferze szatni, afirmacji męskiego ciała i kulturze maczo, o piłkarzach jako „dorosłych dzieciach”, o byciu wyalienowanym wśród kolegów i wśród tłumów na trybunach. Brzmiało to wszystko bardzo dobrze i dotykało kwestii, którymi od lat się tu zajmujemy. „Wszyscy jesteśmy Koszałkami”, chciałoby się strawestować tytuł tamtego wywiadu – w gruncie rzeczy wszyscy chcielibyśmy być na jego miejscu.

Niestety, po obejrzeniu filmu mam wrażenie lizania cukierka przez szybę. Wysmakowane zdjęcia, mocne efekty dźwiękowe i udane animacje przykrywają smutną prawdę: reżyser nie zebrał tak naprawdę materiału, który wystarczyłby do opowiedzenia o kulisach przygody piłkarskiej reprezentacji Polski z mistrzostwami Europy. W mnóstwo miejsc go nie wpuszczono: inaczej niż np. w dokumencie Canal Plus, którego ekipa towarzyszyła reprezentacji Francji podczas mundialu 1998, nie śledzimy wydarzeń z perspektywy ławki rezerwowych, o szatni nie wspominając. Prawie nie słyszymy Franciszka Smudy, Kuby Błaszczykowskiego i innych liderów kadry; nie dowiadujemy się, jak dyskutują o meczach. Nie dostajemy podstaw do zgadywania, czy czerwona kartka Wojciecha Szczęsnego z Grecją leży u podstaw jego późniejszych słabszych występów w Arsenalu. Owszem, coś widzimy: kadrowiczów bawiących się jak dzieci na PlayStation, Perquisa rozmawiającego z córką na Skypie w hotelowym pokoju, miotającego się od ściany do ściany Wasilewskiego i analizujących przyczyny klęski masażystów (to tu pada wybitne zdanie: „ci, co najwięcej przeżywają, to te »farbowane lisy«…”), albo sypiącego anegdotkami Grzegorza Latę. Ciekawe to, dające do myślenia, ale jak na film o polskiej nadziei i klęsce na Euro – stanowczo za mało.

Za mało również, niestety, jak na osobny film o Perquisie – lub o Wasilewskim. W tej pierwszej historii mamy niemal wszystko, co potrzeba: atak Jana Tomaszewskiego, który nazwał ówczesnego zawodnika Sochaux „francuskim śmieciem”, jego mozolną walkę ze sobą, by wrócić do gry po kontuzji łokcia (świetne zdjęcia, przedstawiające zmaganie z bólem, to jedna z najlepszych stron filmu, pokazująca, ile cierpienia wiąże się z drogą na piłkarskie szczyty; podobne rzeczy udały się Koszałce w „Deklaracji nieśmiertelności”), osobność w reprezentacji – podkreśloną niezłymi scenami z udziałem niemówiących po francusku masażystów, a nade wszystko rodzinne napięcie. Mamy tu ojca, który bił małego Damiena i który przez lata nie potrafił mu powiedzieć, że go kocha, a teraz – przyciskany przez polskiego reżysera – zmaga się z poczuciem winy, i syna, dużego Damiena, który próbuje nie iść w jego ślady. Koszałkowy temat, a zarazem próba pokazania nam-kibicom twarzy idola, odartej z piarowskiego makijażu oficjalnych wypowiedzi nadzorowanych przez klubowego czy reprezentacyjnego rzecznika prasowego; twarzy, na której dostrzec można wtedy życiowe dramaty…

„Niemal wszystko”, napisałem, bo nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Będziesz legendą, człowieku” to zaledwie szkic do portretu, kilka maźnięć pędzlem, do których musimy sobie dopowiadać możliwe sensy. Podobnie jest w przypadku Marcina Wasilewskiego – tu mamy temat na opowieść o starzejącym się, niepewnym przyszłości zawodniku (świetny fragment z podsłuchaną rozmową o nadziejach na transfer i komplikacjach ze startem w nowym klubie; przełamanie patosu, z jakim się zwykle mówi o uczestnictwie w wielkim turnieju); zawodniku rozsadzanym przez emocje, a zarazem toczącym heroiczny bój z językiem: walczącym o wysłowienie tych emocji i raz po raz potykającym się o kołaczące gdzieś w głowie gotowe klisze. Słucha się tego z napięciem, z zajęciem patrzy się na podwodne zdjęcia ubranego w reprezentacyjny strój obrońcy Anderlechtu, ale na samodzielny film nie wystarcza.

Niedosyt więc. Ani opowieść o nadziejach i klęsce polskiej reprezentacji, ani odsłonięcie napięć związanych z występami w niej „farbowanych lisów” (temat wciąż żywy po ostatniej kuriozalnej wypowiedzi Zbigniewa Bońka, dotykający także atmosfery wokół Ludovica Obraniaka), ani pogłębiony portret piłkarza. Jako człowiek życzliwy światu wyobrażam sobie, że Koszałka padł ofiarą umowy z PZPN i sponsorami: oczekiwano filmu o kadrze, więc robiąc, co może, pozostał przy tej koncepcji, choć zabrakło mu „mięsa”. Szkoda, bo filmu o Perquisie albo Wasilewskim zapewne nikt już nie nakręci. Miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.

Który Boniek

Zgłaszam gotowość do posługi przewodnika. Złodziej na złodzieju jedzie i złodziejem pogania. Ulewa drylu i kumoterstwa może nas zmieść z powierzchni Europy. Niekonsekwencja braku rekompensaty w stosunku do niektórych działaczy spowodowała dezintegrację środowiska. Nasze nowe logo to nasza spuścizna. Trzeba otworzyć dach przemian PZPN. Panie Pyżalski, mężu delegatki, dobrze, że pan miał wyrok, ale wrócił na dobrą drogę. Prawo ma być przestrzegane, ale bez przesady. Zgłaszam wniosek formalny o wytłumaczenie delegatom, na czym polega wciśnięcie zielonego guzika. My jesteśmy tutaj władni przyjąć wszystko. Dałem się wypchnąć z sań dla dobra środowiska. Jest tu grupa „pływaków”, która odda głos za obiecane stanowisko, umowę zlecenie w PZPN, komisję czy wydział. Na początek chciałbym kilka słów o sobie powiedzieć, chociaż myślę, że nie jestem anonimowy. Jeżeli bym pitolił, to mi przerwiecie, ale dajcie mi powiedzieć, co mi leży na sercu. Wynik głosowania wskazuje na konieczność powtórzenia głosowania.

To, co przed chwilą przeczytaliście, jest subiektywnym wyborem zebranych przez kolegów z Twittera złotych myśli delegatów na zakończony w piątek wieczór zjazd PZPN – zjazd, który zakończył epokę rządów w tej instytucji Grzegorza Laty i zaczął erę Zbigniewa Bońka. Wybór tego ostatniego przyjęty został przez większość obserwatorów (zwłaszcza, co znamienne, spoza świata futbolu) z uczuciem ulgi. Na tle gburowatego, nieznającego języków Laty jego dawny kolega z boiska jawi się jako przedstawiciel innego świata, brylujący na europejskich salonach i zaprzyjaźniony z szefem europejskiej federacji piłkarskiej Michelem Platinim (grali razem w Juventusie). Pytanie jednak, którego Bońka wybrano. Warto pamiętać, że we władzach PZPN ten wielki przed laty piłkarz raz już zasiadał – był wiceprezesem, i to w czasie, gdy związek przeżywał apogeum afer korupcyjnych. Warto też pamiętać, że zdezerterował z kierowania reprezentacją i że nie poradził sobie z wyprowadzeniem na prostą Widzewa. W związku będzie musiał pracować nie tylko z dwoma niezłymi wiceprezesami, Markiem Koźmińskim i Romanem Koseckim, ale też z ekipą, którą najlepiej przedstawił poprzedni akapit („Okoliczności zmuszą go do układania się z ludźmi, z których większość głosy sprzedaje za synekury, i innego sposobu na pływanie w pezetpeenowskim ekosystemie nie znają” – pisał niedawno w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Stec). Co z tego wynika dla polskiej piłki? Odpowiedzcie sobie sami, ja w każdym razie optymistą nie jestem.

Euroniecodziennik: jeźdźcy apokalipsy

Narzekacie na Smudę i Polaków? Zobaczcie, jaki potencjał zmarnował Bert van Marwijk. Grający w najlepszych klubach świata i pożądani przez takowe, sami najlepsi lub niemal najlepsi na świecie na swoich pozycjach (przynajmniej van Persie i Sneijder), Holendrzy odpadają z Euro po trzech porażkach. U nas jeden dobry napastnik – u nich dwóch wybitnych. U nas jeden skrzydłowy, u nich co najmniej kilku. U nas żadnego rozgrywającego, u nich aż dwóch – i to jakich… Smutno było patrzeć na Sneijdera zepchniętego w pierwszej połowie na lewe skrzydło, ale patrząc na bramkę i statystyki van der Vaarta z tego czasu trudno uznać, że jego wprowadzenie zaszkodziło drużynie.

To znaczy owszem: w jakimś sensie zaszkodziło. Postawienie na piłkarza Tottenhamu w środku pomocy, rezygnacja z van Bommela jako drugiego defensywnego pomocnika, otworzyła Holendrów niemal zupełnie (zupełnie otworzyli się dopiero po zejściu Willemsa, kiedy grali już bez lewego obrońcy, a Pereira i Nani biegali sobie pod pole karne Sketelenburga przez nikogo nie niepokojeni). Z drugiej strony: czy mieli wyjście? Przy założonym z góry zwycięstwie Niemców nad Duńczykami (nie przyszło łatwo, nawiasem mówiąc…), musieli ryzykować, musieli przeć do przodu nie oglądając się na to, co z hektarami wolnego miejsca za ich plecami zrobi za chwilę Cristiano Ronaldo. Dla gracza Realu Madryt był to skądinąd wymarzony scenariusz; wyobraźcie sobie, co robiłby z Polakami Arszawin, gdyby Smuda nie wystawił przeciwko Rosji trzech defensywnych pomocników…

Jasne: naciągam porównanie. Nie ta grupa, nie ten potencjał przeciwnika, a wreszcie: nieporównywalny pierwszy mecz, jeśli wziąć pod uwagę, ilu kapitalnych sytuacji nie wykorzystali w jego trakcie Holendrzy. Chcę jedynie przestrzec przed popadaniem w apokaliptyczne tony z racji odpadnięcia Polaków z mistrzostw Europy. O apokalipsie to mogą mówić Holendrzy, będący – mimo wszystkich historyczno-psychologicznych wątpliwości, mimo plotek o kolejnych konfliktach w tej drużynie – jednym z faworytów turnieju. Nam po prostu nie udało się spełnić marzeń. To zawsze przykre doświadczenie, ale przecież związane z tym, że marząc oderwaliśmy się od rzeczywistości: na chwilę, na dzień, a choćby i na tydzień zapomnieliśmy, skąd jesteśmy i co umieją nasi piłkarze i/lub szkoleniowcy. Kibic piłkarski zawsze będzie marzycielem, więc nie ma co teraz popadać w poczucie winy, że wierzył, dopingował, może czasem podbijał bębenka odważnie formułowanymi oczekiwaniami… A co innego ma robić kibic, jeśli nie marzyć?

Kibiców usprawiedliwiam, inaczej z dziennikarzami. Przeczytałem w ciągu ostatnich kilkunastu godzin dziesiątki stron na temat polskiej „anatomii klęski”. Ich autorzy biją jak w bęben we Franciszka Smudę i jego współpracowników; piszą o paraliżującym selekcjonera strachu, o zmarnowanych przygotowaniach. „Lać ich i gonić. Pieniędzy nie płacić, bo nie ma za co” – grzmi Dariusz Tuzimek. „Sprzyjało wszystko. I wszystko zostało koncertowo spieprzone” – wtóruje mu Krzysztof Stanowski, również poświęcając obszerne fragmenty swojego tekstu pieniądzom, a ja, będąc kompletnie z boku tego świata, czuję się tak, jakbym oglądał studio Polsatu z poprzedniego Euro. Zgoda, że Brożek jest słabym napastnikiem, który od wyjazdu z Wisły nigdzie nie zagrzał miejsca, pytanie tylko, jaka była alternatywa. Huntelaara trzymał ten okropny Smuda na ławce? Kuytowi kazał się rozgrzewać, a potem znowu posadził? A może Polanskiego miał zastąpić van Bommel, tylko polski trener kierując się podejrzanymi koneksjami wybrał Grosickiego? Jasne: Murawski stracił piłkę i Czesi poszli kontrą, tylko czy tak samo z kontrą nie wychodzili Portugalczycy po stratach van der Vaarta? Możemy się oczywiście spierać o kunktatorstwo Smudy, ale przyznaję, że nawet w drugiej połowie meczu z Czechami byłem skłonny je usprawiedliwiać obawą przed tym, co w istocie się stało (i co brali również Holendrzy) – przed indywidualnym błędem i kontrą rywala. Dopóki w tym meczu utrzymywał się remis, była szansa: na naszą kontrę, na strzał z dystansu, choćby i na stały fragment (w wykonaniu Polaków były groźne, co komplikuje tezę o zawalonych przygotowaniach).

Jasne: po Euro Franciszek Smuda odejdzie, tylko pokażcie mi tego cudotwórcę, który miałby go zastąpić. Maciej Skorża, odpowiedzialny za pucharowe klęski Wisły i Legii, a ostatnio za utratę mistrzostwa kraju tej ostatniej? Piotr Nowak? Już najbardziej mnie przekonuje Monty Pythonowska z ducha propozycja kolegów z „Supergiganta”, żeby powierzyć polską reprezentację Harry’emu Redknappowi. Przynajmniej czytając ją nie muszę się zastanawiać, z kim pije wódkę autor tekstu.