Archiwa tagu: Liverpool

Futbolowy eskapizm

Pisałem już kiedyś chyba o teściu przyjaciela, który przeżywał mecze tak bardzo, że nie był w stanie ich oglądać: kiedy zaczynała się transmisja, włączał, owszem, telewizor, ale następnie wychodził przed dom, odkręcał zawór kranu w garażu, podłączał szlaucha i przez kolejne dziewięćdziesiąt minut z kwadransem przerwy podlewał metodycznie ogródek, nie spocząwszy dopóty, dopóki wszystkie starannie pielęgnowane przez żonę rabatki zaczną przypominać błotniste bajoro. Wciąż się nie dorobiłem ogródka, więc kiedy już znajdowałem się w podobnej sytuacji, wyjeżdżałem po prostu w góry, ale wczoraj podniosłem poziom futbolowego eskapizmu szczebel wyżej: w trakcie meczu Liverpool-Tottenham udałem się po prostu na Festiwal Conrada, by poprowadzić tam spotkanie z Moniką Sznajderman o „Pustym lesie”.

Spotkanie zaczynało się o osiemnastej, wiedziałem więc przed jego rozpoczęciem – także z nadsyłanych z domu esemesów – że już w czterdziestej siódmej sekundzie Harry Kane strzelił bramkę dającą prowadzenie Tottenhamowi, a zanim ostatecznie wyłączyłem transfer danych w telefonie, zdążyłem się zorientować, że Liverpool rozpoczął swój szturm na bramkę dobrze skądinąd broniącego Gazzanigi. Nie robiłem sobie wielkich złudzeń: wiedziałem, że kiedy moja drużyna zdobywa w takich sytuacjach gola jako pierwsza, to tylko po to, by jej kibice cierpieli bardziej, kiedy już prowadzenie roztrwoni. Widziałem też skład, wydelegowany do gry przez Mauricio Pochettino jakby rodem z poprzedniego sezonu, i tym bardziej nie sądziłem, że na Anfield może zdarzyć się cud. Kiedy natychmiast po zakończeniu spotkania z Moniką podszedł do mnie jeden ze słuchaczy i powiedział, że nie ma, niestety, dla mnie dobrych wiadomości, byłem mu właściwie wdzięczny za informację, że skończyło się tylko 2:1.

Co nie znaczy, że teraz, kiedy już mecz obejrzałem, nie jest mi żal – zwłaszcza dwóch okazji, po których mogło być 0:2, ze szczególnym uwzględnieniem tej z początku drugiej połowy, kiedy po dalekim wykopie Gazzanigi (patrz, Hugo, i ucz się, jak można grać nogami…) Son znalazł się sam na sam z Allisonem, objechał go i trafił w poprzeczkę. Z drugiej strony, kiedy oglądałem ten mecz znając już wynik, nie mogłem nie zauważyć, że wyrównanie wisiało w powietrzu jeszcze w pierwszej połowie; że dominacja Liverpoolu była zbyt wielka i że Tottenham (Pochettino narzekał potem, że to skutek zbyt szybko zdobytego prowadzenia, czyli nie ja jeden westchnąłem po golu Kane’a „Za wcześnie”…) broniąc korzystnego wyniku cofnął się zbyt głęboko. Owszem: na początku drugiej połowy ustawienie udało się poprawić i odepchnąć nieco gospodarzy od bramki Gazzanigi, ale po pierwsze, nie oznaczało to zmniejszenia dominacji i zwiększenia choćby o kilka procent statystyki posiadania piłki, a po drugie na prawej stronie Liverpoolu zaczął znajdować sobie niepokojąco dużo miejsca Henderson, który w końcu zgubił średnio radzącego sobie z nim Rose’a i strzelił bramkę.

Dwa są tematy związane z tym meczem. Pierwszy: pressing kontra kontrpressing, czyli powrót Tottenhamu do naciskania rywala podczas walki o piłkę, zaangażowanie w nią nie tylko Sissoko i Winksa, ale także Allego czy Sona (w tym sensie był to mecz zdecydowanie mniej depresyjny niż te z ostatnich tygodni, kiedy zwłaszcza do walki z Brightonem wyraźnie brakowało graczom Tottenhamu energii), oraz napór zawodników gospodarzy, rozpoczynający się natychmiast po stracie piłki. Karny, którego sprokurował Aurier, był efektem takiej właśnie akcji Mane: wydawało się, że obrońca Tottenhamu opanował już sytuację, że odebrał futbolówkę rywalowi, że zastawił się przed nim i że za chwilę wybije ją daleko poza pole karne, ale w ułamku sekundy atakujący Liverpoolu wysforował się do przodu, znalazł się między Aurierem i piłką i to on, a nie ona, zebrał od Iworyjczyka potężnego kopa.

Temat drugi wiąże się trochę z tym pierwszym. Owszem: kontrpressing Liverpoolu był imponujący, owszem, piłkarze Kloppa nie tylko szybko i z rozmachem szarżowali, ale też zażarcie walczyli o piłkę w środku pola, gdzie nutę kontroli do nieokiełznanego momentami chaosu wprowadzał znakomity Fabinho. Z drugiej strony jednak: Serge Aurier po raz czwarty od czasu, gdy zaczął grać w Tottenhamie, dał rywalom karnego. Czy powinien był wystąpić w tym meczu? Czy powinien był grać bodaj najsłabszy na boisku Eriksen? A Rose? Czy Mauricio Pochettino nie jest aby zbyt lojalny wobec zawodników, z którymi pracuje od pięciu i pół roku, choć wielu z nich ewidentnie szuka sobie innego miejsca na kolejny etap kariery? Czy pojedynek z Liverpoolem nie wydawał się idealną okazją, by w pierwszym składzie pojawili się ci, którzy za parę miesięcy powinni stanowić o obliczu drużyny: bardzo dobry zarówno we wtorek z Crveną Zvezdą, jak i wczoraj, kiedy w końcu pojawił się na boisku, Ndombele, albo zdrowy w końcu Lo Celso? Dlaczego na prawej obronie nie spróbować, skoro już nie Walkera-Petersa, to Juana Foytha, właśnie na tej pozycji ustawianego w wakacje i podczas ostatniej przerwy na kadrę w meczach reprezentacji Argentyny? Po co, do cholery, Pochettino namawiał młodego rodaka, żeby skrócił urlop po rozgrywanym latem turnieju, a nawet odsunął na przyszły rok swój miesiąc miodowy, po co w efekcie naraził go na kontuzję w trakcie presezonu, skoro teraz wystawia w kółko Auriera? Jak się ma kolejny z rzędu występ Iworyjczyka w pierwszym składzie do deklarowanej i faktycznie stosowanej na innych pozycjach przez Pochettino rotacji?

To jest oczywiście perspektywa kibicowska i dalekie echo burzy, która przetoczyła się wśród fanów Tottenhamu na portalach społecznościowych po ogłoszeniu wyjściowej jedenastki. Zostawiwszy ją na boku, wypada jednak powiedzieć o czymś, co w portalu The Athletic najlepiej zdefiniował Jack Pitt-Brooke: ten rodzaj ulgi, odczuwanej w gruncie rzeczy przeze mnie po jednobramkowej porażce na Anfield, jest rodzajem ulgi kibica drużyny ze środka tabeli, który mógł dostać pięciobramkowy łomot (tak skończyły się rządy Andre Villas-Boasa w Tottenhamie: szybkimi bęckami od Liverpoolu), ale przez prawie cały mecz dobrze się bronił i przegrał tylko jednym golem. Jak na to, że od finału w Madrycie nie minęło jeszcze pół roku, wypada powiedzieć, że szybko to poszło. Z drugiej strony: czy dla kibica Tottenhamu jest bardziej naturalny stan od tego?

Noc nad Madrytem

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata.

Nagle urodzona miłość

nie zestarzała się dotąd, nie zwiędła,

i miasto jest mi dzisiaj jak stara legenda,

 w której się śniło, lecz nic nie ziściło

 Józef Łobodowski, Noc nad Madrytem


W telewizji zapewne widać lepiej: twarze zawodników i trenerów, malujące się na nich emocje, radość i rozpacz, powtórki najbardziej efektownych zagrań i tak zwanych kontrowersyjnych momentów. Kiedy oglądasz w telewizji, po paru zaledwie sekundach wiesz, że sędzia miał rację, już w pierwszej minucie finału Ligi Mistrzów dyktując karnego dla Liverpoolu za – owszem, przypadkowe, ale jednak – zagranie ręką francuskiego pomocnika Tottenhamu Moussy Sissoko. Czego w telewizji nie zobaczysz, to zwykłych fanów piłki, którzy na długo po zakończeniu transmisji opuszczają jeszcze stadion i idą długim szpalerem w stronę miasta, zmęczeni i upojeni tym, co właśnie przeżyli, równie mocno jak piłkarze, a pewnie jeszcze mocniej, bo kiedy wdajesz się z nimi w rozmowę, słyszysz, ile dni i godzin spędzili w podróży i ile mają jeszcze przed sobą. Kiedy rozmawiasz z przegranymi, możesz nawet odnieść wrażenie, że przeżywają klęskę bardziej niż ci, których wspierali, a którzy może myślą już teraz o zasłużonych wakacjach albo nawet, kto wie, o zmianie klubu na taki, w którym po sukces idzie się prostszą drogą. Wrażenie to nie zostaje z tobą jednak zbyt długo: po pierwsze, interesujesz się piłką na tyle długo, by wiedzieć, że nawet jeśli są świetnie opłacani i żyją w wieżach z kości słoniowej, to piłkarze naprawdę wychodzą na boisko, by dać z siebie wszystko i wierząc w to, co robią (widziałeś zresztą po meczu kapitana Liverpoolu, Jordana Hendersona, podchodzącego do sektora i kibiców, by płakać tam długo w objęciach mężczyzny w różowej koszuli, w którym domyśliłeś się ojca piłkarza, czytałeś też słowa dwudziestoletniego prawego obrońcy Trenta Alexandra-Arnolda, który jeszcze parę lat podglądał najlepszych graczy swojej  drużyny przez płot, a który pisał dziś na portalu społecznościowym, że jest normalnym chłopakiem z Liverpoolu, któremu właśnie spełniły się marzenia). Po drugie zaś, kiedy idziesz ulicą wśród przegranych, tak naprawdę prawie w ogóle nie rozmawiasz: niewiele jest dźwięków ciszy równie intensywnych, jak te, które unoszą się nad setkami fanów piłki nożnej, wychodzących z meczu, który skończył się porażką.

Smak wielkiego dramatu

Nie będziemy tu jednak mówili o przegranych, a w każdym razie nie od razu: kończąca się właśnie noc nad Madrytem była przecież nocą wielkiego triumfu: oto Liverpool FC, prowadzony przez charyzmatycznego niemieckiego trenera Jurgena Kloppa, po raz szóste już wygrywał najważniejsze rozgrywki pucharowe Europy, pieczętując tym samym fantastyczny sezon, w którym także w angielskiej Premier League do ostatniej kolejki  walczył jak równy z równym z drużyną Manchesteru City. Niewiele jest w historii futbolu klubów owianych taką legendą i rozgrywających mecze, które na stałe wpisały się do kronik tej dyscypliny.

Tegoroczny finał Champions League z pewnością do takich nie będzie się zaliczał – tak zwany widz neutralny przyzna zapewne bez oporów, że rozczarował (Liverpool po szybko strzelonej bramce nie grał z taką intensywnością, do jakiej przyzwyczaił miłośników piłki, ba: próbował wybijać rywali z uderzenia, pragmatycznie opóźniając każdy moment wznowienia gry przez bramkarza czy z autu) – ale po pierwsze, finały Ligi Mistrzów, gdzie sukces jest już na wyciągnięcie ręki, często przebiegają właśnie w ten sposób. Po drugie zaś: zanim Liverpool w ogóle znalazł się w finale, musiał przecież odrobić trzybramkową stratę z pierwszego meczu z Barceloną i dokonał tego, wygrywając w rewanżu 4:0. Emocjami, jakie wówczas zafundował tak zwanym widzom neutralnym, można by obdzielić paręnaście finałów wielkich piłkarskich imprez.

To z Liverpoolem wiąże się też opowieść o innym klasyku Ligi Mistrzów, rozgrywanym przed czternastoma laty finale w Stambule, gdzie przegrywający do przerwy 3:0 z Milanem klub prowadzony wówczas przez Hiszpana Rafę Beniteza odrobił straty w ciągu drugich 45 minut, doprowadził do dogrywki, a następnie zwyciężył po serii rzutów karnych, zresztą dzięki heroicznej postawie w bramce Polaka, Jerzego Dudka. Wśród europejskich nocy jest także i ta z 1977, kiedy po wygranej 3:1 z Borussią Moenchenglabach Liverpool po raz pierwszy triumfuje w Pucharze Europy, i ta zakończona w sposób jakże odmienny, podczas której w 1985 roku na brukselskim Heysel Anglicy przegrywają 1:0 z Juventusem, a przed rozpoczęciem meczu dochodzi do bójek między kibicami, zawalenia się jednej z trybun i śmierci 39 osób. Innym, choć z pewnością niezestawialnym z tamtym rodzajem dramatu, był ubiegłoroczny finał Ligi Mistrzów, w którym Liverpool przegrał z Realem Madryt dzięki cynicznemu faulowi Sergio Ramosa na Mohamedzie Salahu, wspaniałej przewrotce Garetha Bale’a i dwóm nieprawdopodobnym błędom bramkarza The Reds, Niemca Lorisa Kariusa.

Narada w pomieszczeniu na buty

Wspominam o klęskach nie bez przyczyny. I nie tylko dlatego, że w dziejach Liverpoolu (czy tylko jego?) było ich sporo: w 1989 roku Anglicy dali sobie na przykład wyrwać mistrzostwo Anglii przegrywając u siebie z Arsenalem i tracąc decydującego gola już w doliczonym czasie gry, w 2014 r. stracili szansę na tytuł po błędzie swojego wychowanka, kapitana i legendy, Stevena Gerrarda, który potknął się nieoczekiwanie i zgubił piłkę, dzięki czemu to Chelsea zdobyła zwycięskiego gola). Rzecz w tym, że nie ma chyba drugiej takiej drużyny, która potrafiłaby się z równą determinacją i wytrwałością po klęskach podnosić. Po ubiegłorocznej porażce na przykład, Kariusa w bramce zastąpił znakomity Brazylijczyk Alisson Becker, w drugiej połowie meczu z Tottenhamem broniący wszystko to, co bramkarz obronić powinien; już po meczu trener pokonanych, Mauricio Pochettino komplementował strategię władz Liverpoolu, konsekwentnie realizujących zaplanowany wspólnie z trenerem Kloppem strategiczny plan, mający zapewnić tej drużynie stałe miejsce w europejskiej elicie. W świecie chaotycznego szastania pieniędzmi i niecierpliwości kapryśnych właścicieli, kierujących się niemającą na ogół zastosowania w świecie piłki zasadą „płacę-wymagam” (weźcie dla przykładu arabskich szejków, którzy wpompowali setki milionów euro w Paris Saint-Germain, a których pracownicy w tym i poprzednich sezonach Champions League niczego wielkiego nie osiągnęli), klub z miasta Beatlesów jest przykładem zarządzania odpowiedzialnego.

Ach oczywiście: realizacja wspomnianego tu planu warunkowana jest finansami, w których przewaga we wczorajszym meczu była zdecydowanie po stronie liverpoolczyków: najlepszy na boisku nie tylko w tym finale, ale i w całym sezonie Premier League holenderski obrońca Virgil van Dijk kosztował 75 milionów funtów; kwotę będącą poza zasięgiem Tottenhamu, który zaciskając pasa na budowę nowego stadionu nie wydał na nowych piłkarzy ani funta. Choć z drugiej strony skupianie się na finansach byłoby niesprawiedliwością; Jurgen Klopp imponuje przede wszystkim sposobem, w jaki potrafi wytrenować zawodników, których odziedziczył – jak potrafi nie tylko pozwolić im uwierzyć w siebie po wcześniejszych niepowodzeniach, ale wynaleźć nową pozycję na boisku, a przede wszystkim: nauczyć walki i biegania do upadłego.

Lepszym przykładem wyciągania wniosków z klęski byłyby więc wydarzenia po pucharowej porażce z Crveną Zvezdą Belgrad, w 1973 r. To wówczas, w ciasnym klubowym pomieszczeniu na piłkarskie buty, na niewygodnych krzesełkach z plastiku, nad skrzynkami piwa i pod rozwieszonymi na ścianach wycinkami z prasy, wśród których były również, co tu kryć, rozkładówki „Playboya” (tego w dzisiejszych szatniach piłkarskich szczęśliwie się już nie uświadczy, a maczyzm powoli, ale nieubłaganie, zmierza w stronę przegranej pozycji), spotkało się sześciu mężczyzn, wśród nich zaś trenerzy Bill Shankly, Bob Paisley, Joe Fagan i mroczny Reuben Bennett, o którym opowiadano, że radził kontuzjowanym zawodnikom, by rozcierali bolące miejsca drucianą szczotką. Podczas szczerej wymiany zdań doszli wówczas do wniosku, że ich podopieczni nie radzą sobie na kontynencie (choć bez problemu zwycięża w Anglii), bo styl ich gry jest przestarzały, a potem dokonali taktycznej rewolucji, dzięki której prowadzony przez Paisleya Liverpool w latach 1977–1984 sięgnął po cztery europejskie puchary.

Czy futbol może być zbawiony

Zostawmy na razie na boku rozważanie, czy podobne spotkania w świecie dzisiejszej piłki są jeszcze możliwe – i czy na przykład argentyński szkoleniowiec Tottenhamu Mauricio Pochettino będzie chciał i umiał dokonywać swojej rewolucji bez potężnego zastrzyku finansowego. Przez ostatnich kilka miesięcy trener Tottenhamu nie krył frustracji, wywołanej faktem, że ocenia się go wedle takich samych kryteriów, jak szkoleniowców najbogatszych klubów świata, on zaś nie ma do dyspozycji dostępnych im narzędzi – z drugiej strony jednak sam przed tym meczem przedstawiał się jako rewolucjonista-romantyk, dając dziennikarzom za punkt odniesienia ryzykowny z perspektywy kogoś wychowanego w komunistycznym kraju przykład swojego rodaka, Ernesto „Che” Guevary.

Wspomnijmy raczej o tym, że legendę Liverpoolu współtworzą nie ekonomiczne „narzędzia” i rodzące się w głowach ideologów abstrakcyjne pomysły na zbawianie świata, ale ludzie. Największy z nich (a przynajmniej największy przed Jurgenem Kloppem…) był wspomniany już Bill Shankly, choć owszem: także on próbował ponad pół wieku temu zbudować wokół stadionu Anfield jakiś rodzaj utopijnej socjalistycznej wspólnoty jednoczącej robotników ze zwykłymi mieszkańcami miasta. Urodzony w maleńkim szkockim Glenbuck, w rodzinie górników, szkoleniowiec ten naprawdę wierzył, że dzięki futbolowi świat stanie się bardziej sprawiedliwy, a ludzie bardziej sobie równi (raz jeszcze przypominają mi się w tym miejscu, cytowane już wczoraj, zdania z wydanych dopiero co „Lekcji futbolu” Pawła Mościckiego, których autor upiera się, że piłka nożna buduje fałszywe poczucie spotkania tam, gdzie wcale do niego nie dochodzi, pozoruje wzajemny szacunek tam, gdzie wokół panuje wyzysk, a własną rolę zafałszowuje podwójnie, bo przedstawia się jako narzędzie pokoju i solidarności, choć rządzące nim reguły opierają się na maksymalizacji zysku i ilustrują najbardziej szokujące wymiary współczesnej gospodarki kapitalistycznej). Opowieści o tym, jak Shankly zapraszał do domu nieznajomych kibiców na filiżankę herbaty, odpisywał na ich listy, a najuboższym stawiał też bilety na mecze – to kolejny ważny rozdział legendy Liverpoolu.

Tyleż człowiek lewicy, co chrześcijanin, Shankly nie rozumował, rzecz jasna w kategoriach abstrakcyjnych ideologii: to z rodzinnej miejscowości wyniósł wiarę, że droga do sukcesu wiedzie tylko przez wspólny wysiłek, w którym bliźni sobie pomagają, by na końcu móc podzielić się zyskami. „Tak właśnie widzę futbol i tak widzę ludzki los” – mówił, wskazując jasno, że to nie zbieranie trofeów (w czym wyspecjalizował się jego wieloletni asystent, a później następca Paisley), a zdolność do zbudowania wokół klubu wspólnoty jest czymś, co sprawia, że futbol może być zbawiony.

Oto, dlaczego Jurgena Kloppa wielu fanów tej drużyny chętnie zestawia z Billem Shanklym. Nie chodzi o skracanie dystansu z kibicami, jowialne poczucie humoru i szeroki uśmiech („Let’s talk about six”, śpiewał wczoraj przed kamerami, czyniąc aluzję do szóstego Pucharu Europy, a zarazem przerabiając wylansowany przed prawie trzydziestu laty hit tria Salt’n’Pepa na temat rozmawiania o seksie; nad gustem muzycznym Niemca wypada przejść do porządku dziennego, jak nad słabością Argentyńczyka do „Che”. Nie chodzi o poglądy na świat, choćby deklarowaną jednoznacznie niechęć wobec Brexitu, o czym zresztą prasa brytyjska rozpisywała się szeroko poza kolumnami sportowymi. Nie chodzi o nieomylne wyczucie prostych gestów (kiedy po meczu ściskał dwójkę bocznych obrońców, Trenta Alexandra-Arnolda i Andrew Robertsona, nie tylko zdawał się wskazywać te sektory boiska, w których jego zespół od miesięcy wypada najbardziej imponująco, nawet jeśli większość mediów woli zachwycać się ofensywnym tercetem Salah-Firmino-Mane – pokazywał także, że nie na wielkich gwiazdach sukces Liverpoolu zbudowano). Nie chodzi wreszcie o firmowy styl gry, którego akurat w meczu finałowym raczej nie pokazali – zamiast tradycyjnych furiackich ataków i nieustannego biegania między rywalami podczas prób odebrania im piłki, więcej oglądaliśmy kunktatorskiego wyczekiwania na błąd przeciwnika, którego się zresztą doczekali, kiedy dążący do wyrównania Tottenham w końcówce meczu musiał się odsłonić. Chodzi o poczucie, że – jak zauważył szukający podobieństw między Szkotem i Niemcem jeden z historyków Liverpoolu Simon Hughes – futbol wedle Kloppa jest głównie światem wspólnych opowieści, wspólnych historii i wspólnych tożsamości.

Srebrna pieśń skowronka

Co prowadzi nas znów w miejsca, których w telewizji nie pokażą. Na przykład do jednej z tych tańszych knajpek niedaleko metra Chueca, gdzie grupa fanów Liverpoolu niemających już szans na kupienie biletu (znajomi kibice Tottenhamu, którzy podobnie jak ja przyjechali z Polski, opowiadali, że pod stadionem chodziły za trzy tysiące euro), zajmowała się, oprócz emablowania kelnerki i próbami przekonania jej, żeby przyniosła tu na wieczór choć maleńki telewizorek, formułowaniem łagodnych docinków pod adresem ubranego w koszulkę Tottenhamu sąsiada, do czasu gdy powiedział im, że kibicuje tej drużynie od ponad trzydziestu lat. „No to się sporo nacierpiałeś, chłopie”, skomentował któryś z uznaniem, a potem już życzyli sobie nawzajem miłego wieczoru.

Albo do wagonu metra jadącego w kierunku Canillejes, skąd na stadion jest już tylko pół godziny spaceru, gdzie wpadłem na grupkę hałaśliwych – nie ukrywajmy – fanów Tottenhamu, z którymi, gdy już razem pośpiewaliśmy, zaczęliśmy opowiadać sobie o dzieciach, a kiedy wymienialiśmy strzelców bramek, padających jako pierwsze po ich urodzeniu (w moim przypadku byli to Bułgar Berbatow, a potem Anglicy Bent i Kane, z czego zorientowany fan futbolu zorientuje się, że między dwójką starszych, a najmłodszym, jest dość spora różnica wieku), mogliśmy zgadywać także, z którego są rocznika. Chłopak spod Londynu, który siedział najbliżej (pierwszy strzelec bramki: Lucas Moura), jak już mi opowiedział, że od piętnastu lat jest posiadaczem karnetu na mecze i że na stadion Tottenhamu ma kwadrans pociągiem, pokazał mi nawet zdjęcie córeczki, śpiącej w beciku i z różowym smoczkiem opatrzonym, a jakże, klubowym logo – dziś kończy osiem tygodni, to pierwszy raz, kiedy wyjechał z domu od czasu, gdy się urodziła. Chwila nie była odpowiednia, by zastanawiać się, czy jego klub – występujący w finale Champions League dopiero pierwszy raz – może powtórzyć tę przygodę przed osiągnięciem przez dziewczynkę dojrzałości.

Tak, to jest historia uniwersalna, choć właśnie na przykładzie Liverpoolu najlepiej można pokazać, że legendy jakiegoś klubu nie tworzą słynne mecze i wielkie gwiazdy (pal już licho, czy piłkarskie, czy trenerskie), tylko ludzie, którzy wiążą z nim swoje serce na dobre i złe. Ludzie, których poczucie wspólnoty trwa przez pokolenia (widziałem w drodze na stadion podpierającego się laską, sędziwego fana, prowadzonego pod rękę przez mężczyznę w sile wieku, najpewniej syna; widziałem dziewczynkę z rodzicami, widziałem kobietę w zaawansowanej dość ciąży, przytuloną do starszej siostry) i które pozwala przetrwać nawet doświadczenia tak straszliwe, jak tragedia na stadionie Hillsborough, gdzie w 1989 r., na skutek potwornych zaniedbań brytyjskiej policji, doszło do wybuchu paniki i tumultu, w którym zginęło 96 osób. Żaden triumf w finale Ligi Mistrzów nie zmieni faktu, źe to tamta katastrofa jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach Liverpoolu – a następujące po niej dekady walki o dobrą pamięć ofiar – walki z załganymi politykami i manipulowanymi przez nich mediami, zakończone przeprosinami premiera i sądowymi wyrokami zaledwie parę lat temu – zajmują miejsce w tej opowieści przed jakąkolwiek kroniką boiskowych czy ekonomicznych sukcesów. Lekcja futbolu widzianego przez pryzmat Hillsborough nie jest, nie może być zafałszowana.

Wszystko to, o czym próbuję tu opowiadać, zawiera się skądinąd w pieśni rozbrzmiewającej nad madryckim stadionem przed i po meczu: ukochanego jeszcze przez Billa Shankly’ego sentymentalnego kawałka ze starego musicalu „Carousel” Ricarda Rodgersa i Oscara Hammersteina, a mającego w nim służyć pocieszeniu strapionej wdowy. Mniejsza o cukierkową interpretację zespołu Gerry and the Peacemakers (ach, te gusta piłkarskich trenerów…), tysiące gardeł i tak ją zawsze zagłuszają. Ważniejsze są słowa o tym, że idąc przez burzę, trzeba mieć wysoko uniesioną głowę, bo na końcu jest złote niebo i srebrna pieśń skowronka; że trzeba iść przez wiatr i deszcz, nawet gdy marzenia się rozwieją, i że nie można tracić nadziei, bo nigdy nie idzie się samemu.

Jest taka siła

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata. Jest taka siła, która pozwala podnosić się po porażce i zaczynać po raz kolejny (fani Tottenhamu zrobili to od razu po końcowym gwizdku, z dumą śpiewając załamanym i płaczącym piłkarzom z Londynu „Oh, When the Spurs Go Marching in”). Jest taka siła, która pozwala wierzyć, że cuda są możliwe (o ile, jak trzeźwo zauważa Mauricio Pochettino, wcześniej włożysz w nie wystarczająco wiele pracy…). Jest taka siła, która pozwala nie narzekać, że w pierwszej połowie twoich ulubieńców ewidentnie zjadała trema (liczba niedokładnych podań, zresztą w wykonaniu obu drużyn, była bodaj rekordowa w dziejach finałów Champions League), a w drugiej poderwali się do walki zbyt późno. Siła, która pozwala odpędzić mogące być źródłem frustracji poczucie, że rywale byli ewidentnie w zasięgu, a w zamian po prostu dziękować za wspaniałe przeżycia, które stały się twoim udziałem w ciągu tych kilkudziesięciu godzin w Madrycie – należało do nich również opisywane tu wczoraj nieoczekiwane spotkanie na Paseo de Recoletas trenera Tottenhamu przy porannej kawie – albo wcześniej, podczas ćwierfinału w Manchesterze i półfinału w Amsterdamie, kiedy drużyna ani myślała kapitulować, walcząc o sukces do ostatnich sekund, podobnie zresztą jak dzisiaj, tyle że wówczas szczęśliwie. 

Oczywiście, Pochettino mówił niejeden raz, że finału Ligi Mistrzów się nie rozgrywa, tylko wygrywa – a tego jego pikarze wczoraj zrobić nie potrafili, nawet jeśli Argentyńczyk szykował ich do meczu wraz z motywacyjnym guru Xesco Esparem, proponując nawet dla dodania odwagi chodzenie po rozżarzonych węglach. Cytowanie korzystniejszych dla Tottenhamu statystyk posiadania piłki, celnych strzałów itd., mija się z celem – podobnie jak spekulowanie, którzy z zawodników odejdą teraz z klubu i czy również trener będzie nadal chciał tu pracować, skoro z pewnością nie dostanie tych „narzędzi”, pozwalających rywalizować z najlepszymi finansowo. Lepiej przypomnieć ideę, do której jeszcze przed meczem trener londyńczyków zdołał przekonać działaczy UEFA: żeby na pamiątkowym zdjęciu, wykonywanym tradycyjnie przed rozpoczęciem spotkania, nie było tylko zawodników wyjściowej jedenastki, ale cała drużyna, z rezerwowymi włącznie, którzy przecież także przyczynili się do tego, że ta wspaniała podróż trwała tak długo.

Przy wszystkich wyrzekaniach na ukryte w tej grze patologie (dawałem im zresztą wyraz w poprzedniej korespondencji), wspomnienie o tym finale Ligi Mistrzów będzie wspomnieniem doświadczanego i na stadionie – choćby wtedy, gdy zawodnicy Liverpoolu utworzyli szpaler, by oklaskiwać idących po odbiór srebrnych medali piłkarzy Tottenhamu – i na ulicach miasta, pomiędzy zwykłymi kibicami, ducha fair play. Futbol, proszę państwa, nie jest okrutny, nawet jeśli w jednym z pomeczowych komentarzy jeden z najbardziej zasłużonych trenerów w historii tej dyscypliny, Francuz Arsene Wenger upierał się, że owszem, jest. Futbol jest piękny, a siła, o której tu piszę, to miłość.

Liverpool, czyli co jest najpiękniejsze w piłce nożnej

Przeczytacie o tym w najbliższych godzinach mnóstwo tekstów i obejrzycie niejedną powtórkę, potem zaś ani się zorientujecie, jak godziny zamienią się w dni i lata, a z tekstów i powtórek zrobią się książki i filmy. Będziecie czytać o duchu tej drużyny i tego miasta. O etosie Billa Shankly’ego, lewicowego chrześcijanina i zakochanego w gangsterskich filmach szkoleniowca, który kilkadziesiąt lat temu mówił to samo, co dziś Jurgen Klopp: że siłą Liverpoolu jest to, że gra dla kibiców. O tym, że ów etos ma też zapewne coś wspólnego z tragiczną śmiercią 96 z tychże kibiców na stadionie Hillsborough, a później z wieloletnią walką o przywrócenie im dobrej pamięci. O musicalowej piosence śpiewanej dziś na Anfield przez piłkarzy razem z kibicami – tej, w której mowa o tym, że idąc przez burzę, trzeba mieć głowę wysoko uniesioną, bo na końcu jest złote niebo i srebrna pieśń skowronka; że trzeba iść przez wiatr i deszcz, nawet gdy marzenia się rozwiewają, i że nie można tracić nadziei, bo nigdy nie idzie się samemu. O powtórce ze Stambułu, ale też ze świeższych jeszcze wiktorii, np. o ubiegłorocznych thrillerach z Romą. Mam nadzieję, że przeczytacie także o tym, że to wieczne odwoływanie się do przeszłości nie ma sensu, bo ta drużyna pisze swoją własną historię.

Przeczytacie, prosta rzecz, o samym meczu. O tym, że przystępowali do niego z marszu, w trakcie wyniszczającej – i, jak wiele na to wskazuje, przegranej – walki o mistrzostwo Anglii, w której zebrali aż 94 punkty, a przecież chyba będą musieli uznać wyższość Manchesteru City. O poprzedzającym go dramatycznym, jakże by inaczej, pojedynku z Newcastle, prowadzonym zresztą przez jednego z bohaterów ze Stambułu, Rafę Beniteza; pojedynku rozstrzygniętym dopiero, jakże by inaczej, w samej końcówce. O kontuzjach, które uniemożliwiły grę przeciwko Barcelonie dwóm trzecim z podstawowego tercetu ofensywnego – Firmino i Salahowi. O tym, że w drużynie przeciwnej grał najlepszy piłkarz naszych czasów, tak boleśnie przekonujący zawodników Liverpoolu o swojej jakości w pierwszym spotkaniu.

Czy potrzeba skądinąd lepszego dowodu na to, że piłka nożna jest w pierwszym rzędzie grą zespołową, jak fakt, że mimo wciąż wielkiej formy Leo Messiego Barcelona nie zagra w finale? Zresztą dowodów znalazłoby się w tym spotkaniu więcej, choćby w fakcie, że jednym z bohaterów meczu był niemal niegrający w podstawowym składzie Origi, innym – wchodzący z ławki Winjaldum (wszystko jedno, czy grzejesz ławę, czy nie grasz tygodniami – zawsze musisz być gotowy, a Jurgen Klopp wie, jak to sprawić), który dotąd strzelił w Liverpoolu bodaj jednego gola, a w takim meczu jak dzisiejszy zdobył aż dwa. Albo w wieńczącym sukces genialnie zaimprowizowanym przez liverpoolskich młodzieńców rzucie rożnym.

Przeczytacie zapewne o tych, którzy odeszli z tego klubu dla większych sukcesów i pieniędzy: Coutinho i Suarezie. Przeczytacie z pewnością o pracy, jaką wykonał Klopp z tymi, co zostali: o tym, że w finale Ligi Mistrzów zagrają Jordan Henderson i James Milner (pół meczu na lewej obronie!) albo najlepsi boczni obrońcy Premier League (kto by pomyślał dwa lata temu?) Trent Alexander-Arnold i kontuzjowany dziś w trakcie meczu Andy Robertson. Przeczytacie o wierze, nadziei, miłości może nawet, człowieka, który potrafił zainspirować swoich piłkarzy do czegoś takiego, jak odrobienie trzybramkowej straty w starciu z wielką Barceloną. Albo przeczytacie o jego technikach perswazyjnych, ukrytych choćby w zdaniu, że osobiście uważa to za niemożliwe, ale że wie, iż dla nich niemożliwe nie istnieje. Przeczytacie z pewnością o tym, jak to w ogóle okazało się możliwe – te schłodzone już analizy ruchu poszczególnych formacji, posiadania piłki, celności podań, spodziewanych i całkiem realnych goli. Przeczytacie opowieści o dzikim pressingu (kontrpressingu, zwłaszcza przed drugą bramką), furiackim tempie, zwierzęcej sile – no nie potrafię bez przymiotników, niestety – Liverpoolu, ale też o jego skuteczności, kontrastującej z dziwną jak na katalońskie standardy nieskutecznością Barcelony. Przeczytacie, ile razy w tym starciu decydowały centymetry. Przeczytacie komplementy pod adresem Virgila van Dijka, na Wyspach niewątpliwego piłkarza roku, którego spokój okazał się tak potrzebny w ciągu kwadransa, w jakim trzeba było bronić wyniku dającego awans.

Tak, był to historyczny mecz. Tak, powstaną o nim filmy i książki. Tak, mam silne poczucie, że nie będę umiał przyłożyć ręki do ich powstania. Najważniejsze w tym, co wydarzyło się dzisiaj na Anfield, było dla mnie to, że niosąc bagaż czterdziestu ośmiu przeżytych lat, w trakcie których obejrzałem tysiące meczów, przeczytałem tysiące tekstów i setki książek o meczach, sam napisałem dziesiątki tekstów o meczach, znów zamieniłem się w zachwyconego dzieciaka, który niczym się nie zasłaniając i niczym się nie asekurując, tak zwyczajnie i po prostu wierzy, że wszystko, ale to absolutnie wszystko jest możliwe, i to nie tylko w jakiejś tam piłce nożnej.

Na wyjeździe (dzieje pewnej piosenki)

Historia, która kryje się za tym utworem, jest w gruncie rzeczy prosta. Ojciec artysty po ciężkim zawale trafia do jednego ze szpitali w Newcastle. Nie jest – jak łatwo sobie wyobrazić – w najlepszej formie, nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. Z jak wieloma rzeczami trzeba się będzie pożegnać na zawsze? Czy emerytura to śmierć rozłożona na raty? Ileż można, i czy w ogóle warto żyć, będąc skazanym na ciągłe wsłuchiwanie się ze strachem w bicie własnego serca?

Szpital, tak się złożyło, jest położony blisko St. James’ Park. Na stadionie Newcastle tego wieczora gospodarze grają z Liverpoolem. Teraz jest już późna noc, ale mężczyzna po zawale nie śpi, pełen niewesołych myśli. I nagle, wśród nocnej ciszy, zza okna słyszy kroki zbłąkanego przechodnia, a potem jego głos. To kibic Liverpoolu, dla dodania sobie otuchy w obcym mieście śpiewający „You’ll Never Walk Alone”. Czytaj dalej

Dlaczego złe rzeczy dzieją się bramkarzom

Najpierw miał to być tekst o antyfutbolu. O cynizmie, wyrachowaniu i sprycie, z jakim niektórzy zawodnicy potrafią poruszać się nieustannie na granicy przepisów, a jeśli tylko nadarzy się okazja, podczas której nie sposób rozstrzygnąć, czy robią coś z premedytacją, czy zupełnym przypadkiem, wykorzystują ją na korzyść własnej drużyny. Tak, nauczony wieloletnim oglądaniem tego piłkarza nie mam wątpliwości, że Sergio Ramos uwięził rękę Mohammeda Salaha nieprzypadkowo. Nie wiedział oczywiście, że wybije mu w ten sposób bark, ale wiedział, że doprowadzi do przerwania groźnej akcji. Wszystko, co najlepsze w grze Liverpoolu, obejrzeliśmy przed kontuzją Egipcjanina. Egipcjanin był w sercu wszystkiego, co najlepsze w grze Liverpoolu. Przez pierwszych kilkanaście minut on i jego koledzy z łatwością odbierali piłkę na połowie przeciwnika i rozpoczynali kolejne akcje, a Salah ruszał do przodu jeszcze zanim jeden z grających za jego plecami zawodników zdążył przerwać atak Realu. W sumie to trudno się dziwić, że piłkarze z Madrytu chcieli wyłączyć go z gry. W przerwie zobaczyliśmy statystykę kontaktów z piłką graczy obu drużyn przed i w okolicy obu pól karnych – do czasu kontuzji Salaha było to 56 do 21 na korzyść Liverpoolu, po jego zejściu, uwaga, 65 do 1 na korzyść Realu. Modrić i Kroos do końca meczu kontrolowali już wydarzenia na boisku, a Liverpool musiał się cofnąć, bo za plecy jego obrońców zagrywano coraz groźniejsze piłki.

Potem miał to więc być tekst o tym, jak to spotykają się dwie drużyny, z których jedna miała szansę na wygranie Ligi Mistrzów trzeci raz z rzędu (czwarty w ciągu pięciu lat), i która ubiegłoroczny finał rozpoczynała w tym samym składzie, co tegoroczny – której zawodnicy i trener mają wygrywanie w DNA i którzy, prawdę powiedziawszy, nawet niespecjalnie cieszyli się po ostatnim gwizdku: przyjechali po swoje, dostali swoje i kiedy to piszę, są już pewnie w drodze na lotnisko. Druga zaś była najmłodsza w historii finałów tych rozgrywek, a jej trener, Jurgen Klopp, przegrał już pięć najróżniejszych finałów; Cristiano Ronaldo tylko w Lidze Mistrzów zdołał w życiu zwyciężać pięciokrotnie. Tak naprawdę wiedzieliśmy to wszyscy: zwycięzca może być tylko jeden. Wiedzieli to także zawodnicy Liverpoolu po kontuzji Salaha. Czytaj dalej

Zupa z Anfield

Jurgen Klopp ma zupełną rację, krytykując ludzi, którzy jedząc zupę zajmują się głównie szukaniem w niej włosa. Są takie mecze, po których nie mają sensu rozważania na temat zaniku gry defensywnej, błędów popełnionych przez bramkarzy albo fatalnej polityki transferowej jednego z największych klubów świata, który choć forsy ma jak lodu, wciąż nie potrafi sobie sprawić porządnego golkipera. Są takie mecze, po których powiedzieć, że gole są przeceniane, byłoby niestosownością. Są takie mecze, które oglądasz po to, by wiedzieć, że zima nie będzie trwać wiecznie, a smog się w końcu rozwieje. I może jeszcze po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że w piłce nożnej (jak w życiu?) musisz być odważnym, żeby coś osiągnąć. Że jeśli chcesz grać o wszystko, musisz podjąć ryzyko – nawet jeśli oznacza ono sprzedanie najlepszego piłkarza przed pojedynkiem tej rangi, albo dokonywanie w takim właśnie momencie zmiany bramkarza. Że nie możesz koncentrować się na przeszkadzaniu, wbijaniu kija w szprychy, czekaniu na błąd rywala. Czytaj dalej

Liverpool, czyli sztuka niebronienia

Gdyby Jurgen Klopp pracował w polskiej ekstraklasie (a jak tak dalej pójdzie, kto wie, czy kiedyś do niej nie trafi…), powiedziałby pewnie, że „mecz ewidentnie nam się nie ułożył”. Stracić gola w czwartej minucie, po pierwszym strzale na bramkę, nigdy nie jest przyjemnie, a przegrywać 2:0 w minucie dwunastej, po strzale numer dwa, musi być jeszcze gorzej. Co gorsza, sposób, w jaki Liverpool dał sobie wbijać gole, był doprawdy zawstydzający nie tylko dla zdjętego z boiska już w trzydziestej minucie Lovrena. Skoordynowana obrona przy rzucie z autu (wszyscy szydzą z Chorwata, ale to przecież Gomez zagapił się przy zastawianiu pułapki ofsajdowej), wyprzedzenie obrońcy przez napastnika na połowie boiska po dalekim wyrzucie, brak koncentracji także u bramkarza – dodajmy jeszcze krycie przy stałych fragmentach gry, które pozwoliło Tottenhamowi zdobyć trzecią i czwartą bramkę, dodajmy te wszystkie momenty gapiostwa, podczas których gospodarze przy stanie 2:0 powinni zdobyć trzeciego gola… Jak na dwa lata pracy na Anfield i jak na budżet, jakim dysponował podczas transferów, naprawdę trudno dziś Kloppa bronić. Zwłaszcza, że dał się ograć drużynie występującej bez dwóch podstawowych lewych obrońców/cofniętych skrzydłowych, bez dwóch podstawowych defensywnych pomocników, i jeszcze bez podstawowego pomocnika biegającego między dwoma polami karnymi (mam na myśli Dembele). Po pierwszej analizie składów wydawało się, że zwłaszcza w środku pola zadanie Liverpoolu będzie łatwe, a Coutinho odnajdzie hektary wolnego pola między liniami. Nic z tych rzeczy. Czytaj dalej

Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa. Czytaj dalej

City, Liverpool i trzecia droga

Nic nie przydaje większego sensu naszemu pisaniu o piłce. Żyjemy, oddychamy, oglądamy, czytamy, rozmawiamy, próbujemy cokolwiek rozumieć po to, żeby następnie obejrzeć taki mecz, jak sobotnie spotkanie Manchesteru City z Liverpoolem, albo raczej: sobotnie spotkanie Pepa Guardioli z Jurgenem Kloppem.

Nie pierwsze spotkanie, rzecz jasna. Było ich już tyle, w Niemczech, w Europie i w Anglii, że zdążyli na swój temat wygłosić niejeden komplement, a i w języku dziennikarzy sportowych przyjęło się opisywanie trendów we współczesnym futbolu dzięki jeszcze jednej opozycji obok tej Mourinho-Guardiola (w skrócie: pragmatyk kontra idealista); Klopp i Guardiola to przecież zderzenie natury z kulturą, instynktu z intelektem albo – jak o tym czytaliście w ostatnich dniach aż nazbyt wiele razy – zespołu heavy-metalowego z orkiestrą symfoniczną.

Różnice między Niemcem i Katalończykiem dobrze streścił na łamach „Independenta” Miguel Delaney, zwracając uwagę na czas, w jakim rozgrywają się akcje ich drużyn: trzy-czterosekundowe szturmy Liverpoolu i cierpliwe, przygotowywane nawet w trakcie piętnastu sekund akcje Manchesteru City. Co wolicie? Co ostatecznie okazuje się skuteczniejsze? Czytaj dalej

Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Czytaj dalej