Archiwa tagu: Liverpool

Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Czytaj dalej

Tottenham, sprawdzono

Widziałem już mnóstwo takich meczów. Gdybym miał więcej czasu na szperanie w archiwach, wynalazłbym jakiś link do wpisu na tym blogu z czasów, gdy trenerem Tottenhamu był Juande Ramos, albo Harry Redknapp, albo Andre Villas-Boas, albo Tim Sherwood (Martinowi Jolowi, ze względu na okoliczności zwolnienia, daruję bycie wymienionym w tym zestawie); wpisu, w którym biadam na okoliczności kapitulacji ukochanej mej drużyny w starciu z którymś z zespołów tradycyjnej angielskiej czołówki. Jakieś przespane początki, jakieś nieprzytomne zagrania, jakieś chwile gapiostwa i prezenty dla rywali, jakaś wysoka, zbyt wysoka linia obrony (ech, te czasy AVB…), za którą mogli rozpędzać się na przykład zawodnicy Manchesteru City, jakieś koronkowe akcje w polu karnym, cyzelowane przez piłkarzy Arsenalu powiedzmy, a później jakieś gorzkie żale, związane z tym, że oto na naszych oczach oddalają się szanse na awans do Ligi Mistrzów (bo przecież o mistrzostwie kraju serio się raczej nie mówiło). Chwile weryfikacji i przekłuwania balona, pompowanego z kibicowskich projekcji, bo przecież nie z realnego oglądu rzeczywistości. Czytaj dalej

Philippe Coutinho i teologia dogmatyczna

„Gdybym na boisku mógł sterować robotami, wygrywałbym zawsze” – to zdanie Marcelo Bielsy przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem mecz Crystal Palace z Liverpoolem. Przyszło mi do głowy po to, żeby gwałtownie z nim zapolemizować.

Patrząc na ten mecz zrozumiałem bowiem pewne fundamentalne ograniczenie własnego warsztatu, ekhem, pisarskiego; ograniczenie sprowadzające się do wyznania wiary w dwa dogmaty. Z dogmatami w końcu, jak uczył pewien wielki teolog, jest jak z drzwiami: lepiej przez nie przejść, niż kurczowo trzymać się futryny. Czytaj dalej

Czerwony poniedziałek

Najprościej byłoby napisać, że było to okropne, ja jednak oglądałem z wielkim zajęciem – właściwie im dłużej udawało się piłkarzom MU wkładać kij w szprychy liverpoolskiego roweru, z tym większym. Mecz reklamowano wszak jako starcie, tak tak, przedstawiciela odchodzącego pokolenia trenerskiego (że niby mówimy o Mourinho) z młodszym zdolniejszym, co to nie tylko teraz w Liverpoolu, ale i wcześniej w Dortmundzie wyznaczał nowe taktyczne trendy. Wydawało mi się to bałamutne nie tylko dlatego, że różnica wieku między Mourinho a Kloppem wynosi zaledwie cztery lata – przede wszystkim nadal niewiele wskazuje na to, by menedżer MU zaczął odstawać o trenerskiej czołówki.

Dzisiejszy mecz był tego kolejnym dowodem. Tak, wiem, nie podobało Wam się, jak grał Manchester United, a i sir Alex Ferguson otrząsał się pewnie ze wstrętem na trybunach, ale czy znowu aż tak bardzo różniło się to od historycznego już pojedynku Liverpoolu z Chelsea, tym, co to potknął się Steven Gerrard i mistrzostwo kraju odjechało z Anfield? Właściwie podstawowa różnica polegała na tym, że podopieczni Mourinho tym razem nie grali aż tak ostentacyjnie na czas. Poza tym był to reaktywny futbol przeciwstawiony proaktywnemu; czyhanie na błąd, wybijanie z uderzenia, ograniczanie wolnej przestrzeni, itp., itd. Momentami, w pierwszej połowie zwłaszcza, goście wyglądali na ustawionych w 6-3-1, z bocznymi pomocnikami – Ashleyem Youngiem zwłaszcza – dodatkowo pozbawiającymi atakujących ze skrzydeł rywali miejsca na rozegranie akcji, a także z Herrerą i Fellainim zgarniającymi właściwie wszystkie drugie piłki. Czytaj dalej

Siedem punktów na zamknięcie okienka

1. Tego, że padnie kolejny rekord i że w Anglii na piłkarzy znów wyda się ponad miliard funtów, można się było spodziewać nie tylko w związku z nieopuszczającą kluby radością z nowego kontraktu telewizyjnego. Do Manchesteru przeprowadzili się – i rozpoczęli przebudowę drużyn pod swoje potrzeby – Jose Mourinho i Pep Guardiola, podobnie było z Antonio Conte w Chelsea. Zatrudnienie trenerskich gwiazd tej rangi musiało się wiązać z przyznaniem im stosownego budżetu, imponujących inwestycji można było się spodziewać również po Jurgenie Kloppie, dla którego kończy się właśnie pierwsze pełne lato w klubie, i Arsenie Wengerze, znajdującym się pod presją na starcie ostatniego roku dotychczasowej umowy z Arsenalem. Leicester z kolei i Tottenham, pracujące z nieporównanie skromniejszymi budżetami, grają w Lidze Mistrzów – pewność zysków związanych z rozegraniem co najmniej sześciu meczów w tych elitarnych rozgrywkach pozwoliła klubowym księgowym na powiększenie budżetu transferowego o kilka milionów i sprowadzenie np. Slimianiego czy Sissoko. W kilku klubach pojawili się nowi inwestorzy/udziałowcy, West Ham zaś gra od tego roku na większym stadionie – zyski z kilkunastu tysięcy biletów ekstra również piechotą nie chodzą. 

Siłę ekonomiczną Premier League najlepiej pokazują jednak wzmocnienia Crystal Palace. Klub ze środka tabeli, o maleńkim stadionie, rekompensuje sobie odejście Bolasiego zakupem Benteke i Townsenda, a wysokością kontraktu kusi także, było nie było, reprezentanta Francji Mandandę. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Yohan Cabaye nie gra np. dla Milanu? Ja przestałem. Aż trzynaście klubów angielskiej ekstraklasy kupiło piłkarzy za największe sumy w dziejach. Ciąg dalszy nastąpi. Czytaj dalej

Kiedy zaczynać sezon

Czy jeśli napiszę, że nie był to klasyk, przestaniecie czytać i pójdziecie sobie gdzie indziej? A jeśli w następnym zdaniu dodam jeszcze, że oba ubiegłoroczne mecze między tymi zespołami stały na zdecydowanie wyższym poziomie, stracicie cierpliwość do reszty? Po co pisać i czytać o czymś, co z perspektywy kibica neutralnego przez długie minuty musiało wydawać się nużące?

Otóż tym bardziej jest o czym pisać, zadając choćby to jedno proste pytanie: dlaczego Liverpool i Tottenham, pierwszy zespół wyraźnie wzmocniony obecnością kilku nowych piłkarzy, drugi zaś niemal w niezmienionym składzie, co teoretycznie mogłoby działać na jego korzyść (zrozumienie i chemia między zawodnikami itd.), wypadły słabiej. Wskazówek do możliwej odpowiedzi Mauricio Pochettino udziela w rozmowach z dziennikarzami od kilkunastu dni, narzekając na tempo, z jakim wznowiono rozgrywki ligowe po mistrzostwach Europy. Tradycyjny termin rozpoczęcia okresu przygotowawczego – początek lipca – wypadał wszak w tygodniu, podczas którego piłkarze z Walii, Portugalii, Francji i Niemiec uczestniczyli jeszcze w turnieju, a Belgowie, Włosi, Islandczycy i Polacy wyjechali dopiero co. Przed meczem z Liverpoolem menedżer Tottenhamu wyznał wręcz, że tego lata w zasadzie w ogóle nie zaczął pracować nad taktyką, większość treningów poświęcając sprawom kondycyjno-wytrzymałościowym i przygotowaniu piłkarzy nie tyle do najbliższego meczu, co do najbliższych dziewięciu miesięcy uganiania się za futbolówką. O zsynchronizowaniu przygotowań dla ludzi, z których jedni wrócili z wakacji niemal miesiąc po drugich i z których jedni odpoczywali normalne dwa miesiące, inni zaś – zaledwie kilkanaście dni, mówić już nie musiał; wiemy dobrze, w czym rzecz. Czytaj dalej

Arsenal-Liverpool, czyli heavy metal world

Zaczęło się, naprawdę? A może raczej nie chce się skończyć? Z perspektywy kibica Arsenalu na przykład, nie chce się skończyć pobyt w klubie Arsene’a Wengera, naznaczony coraz częstszymi (trzecia w ciągu czterech lat) porażkami na rozpoczęcie sezonu u siebie, buczeniem kibiców, plagą kontuzji i pytaniami o bierność na rynku transferowym. Z perspektywy kibica Liverpoolu z kolei – nie chce się skończyć jazda bez trzymanki, w której szalona jak jej trener drużyna traci kontrolę nad wygranym już, wydawałoby się meczem, i do końca drży o rezultat.

Nie, to jednak zbyt proste. Może raczej należałoby napisać, że nie chce się skończyć okres przygotowawczy – to na jego plagę można złożyć częściowo liczbę kontuzji, nie tylko w Arsenalu przecież, choć tu wyjątkowo dotkliwą, bo obejmującą trzech podstawowych środkowych obrońców (Mertesacker, Koscielny, Gabriel), dwóch podstawowych napastników (Giroud, Welbeck) i jeszcze kluczowego rozgrywającego (Ozil).

I że nie chce się skończyć okienko transferowe, w którym Arsene Wenger wciąż jeszcze mógłby kupić klasowego napastnika lub środkowego obrońcę o doświadczeniu większym niż grający wczoraj ze sobą po raz pierwszy (telepatyczne porozumienie pary stoperów to jeden z kluczy do dobrej gry defensywnej…) dwudziesto- i dwudziestojednoletni Holding i Chambers. Tak, wiem: Wenger jest lojalny wobec swoich piłkarzy, jest też cierpliwy i wierzy, że ci młodzi się rozwiną, a nade wszystko nie znosi panicznych zakupów, ale przecież równie niedoświadczonej pary stoperów nie znajdziecie w żadnej czołowej drużynie Europy.

I że w ogóle po mistrzostwach świata czy Europy sezon ligowy mógłby w zasadzie zaczynać się tydzień czy dwa później, tak by gwiazdy Euro zdołały porządnie wypocząć, a potem popracować nie tylko nad siłą i wytrzymałością, ale także nad taktyką i zgraniem z nowymi kolegami. To uwaga szersza, nie dotyczy wyłącznie thrillera Arsenal-Liverpool – po meczu Tottenhamu z Evertonem np. Harry Kane szczerze mówił, że nie czuje się jeszcze na sto procent przygotowany do sezonu. Zaległości było widać także po Dele Allim, a najbardziej może po Janie Vertonghenie, który podczas okresu przygotowawczego nie zagrał ani minuty w żadnym ze sparingów, lecząc kontuzję odniesioną podczas Euro. Może i uraz Llorisa spowodowany był po części późnym powrotem do treningów? A co z kontuzjami – wróćmy do boju na Emirates, bo to o nim głównie chcemy tu pisać – Ramseya (wypadł na miesiąc!) i Iwobiego? A z ewidentnie przedwczesnym zejściem Coutinho? Czytaj dalej

Sułtani pressingu

Klasyk obejrzeliśmy dopiero wieczorem, kiedy Real ogrywał na Camp Nou Barcelonę – ogrywał faworyta, ogrywał w dziesiątkę, ogrywał psując niezapomniany wieczór pamięci Johana Cruyffa i ogrywał po strzelonym w końcówce golu niewidocznego wcześniej swojego największego gwiazdora. Thriller widzieliśmy z kolei po południu, kiedy Norwich biło się z Newcastle – sytuacja zmieniała się jak w przysłowiowym kalejdoskopie, były emocje, gole, niespodziewane zwroty, odrabiane straty, dramat drużyny walczącej o utrzymanie i euforia drużyny broniącej się przed spadkiem. Pomiędzy nimi, na Anfield Road, nie było ani thrillera, ani klasyku, choć momenty, w których kibice mogli zjeść kanapkę, zerknąć na Twittera albo strzelić sobie selfie z wyrzucającym aut piłkarzem, należały do rzadkości. Nie było tu mowy o cierpliwym tkaniu kolejnych akcji, budowaniu od obrony, dłuższej wymianie podań w środku pola. Podobnie jak w październiku, kiedy Klopp debiutował w Premier League podczas meczu na White Hart Lane, tylko jeszcze intensywniej, Dier i Dembele, Henderson i Can, Eriksen i Alli, Lallana i Sturridge rzucali się do pressingu. Wiele strat na własnej połowie – Walkera i Sakho przede wszystkim – było efektem uporczywej walki o odbiór. Po jednej z takich strat – i świetnym podaniu Coutinho – najlepszą w pierwszej połowie okazję do strzelenia bramki miał Sturridge. Czytaj dalej

Liverpool z Manchesterem, czyli szanujmy wspomnienia

Szanujmy wspomnienia? Przecież życie przeszłością nie ma sensu, szczególnie – ale nie tylko – w piłce nożnej. Nie ma sensu powtarzanie, że za moich czasów, panie, to były dopiero mecze Liverpoolu z Manchesterem United. Wspominanie, jak Czerwone Diabły Fergusona zrzucały swoich największych rywali z „pieprzonej grzędy”. Opisywanie, jak Liverpool epoki Stevena Gerrarda próbował opierać się dominacji. Przywoływanie kolejnych klasyków z Old Trafford i Anfield, których nawet za mojej pamięci nie brakowało. Do jasnej cholery, opis meczu rozegranego w Manchesterze 1 października 1995 roku zajął Robowi Smythowi 40 stron ostatniego „Blizzarda”… i może trudno się dziwić, skoro zagrali w nim Schmeichel, Pallister i Bruce, obok nich zaś bracia Neville’owie, Butt i Giggs z „rocznika ’92”, a także Keane i przede wszystkim Cantona, powracający właśnie po wielomiesięcznej dyskwalifikacji, a po drugiej stronie Fowler z Rushem, McManaman, Redknapp i trójka środkowych obrońców, organizowana przez przerażającego Neilla Ruddocka. Życie przeszłością nie ma sensu, ale owszem: rzuciłem właśnie okiem na ten tekst po raz kolejny i zwróciłem uwagę, że w trakcie spotkania sprzed 21 lat Ferguson również przestawił MU na grę trójką obrońców (Gary Neville powędrował do środka), a na boisku pojawił się również David Beckham.

Rzecz w tym, że o dzisiejszym meczu nikt nie napisze czterdziestu stron. Że w jego trakcie – jak podejrzewam – redaktorzy działów sportowych angielskich gazet dzwonili do swoich korespondentów z informacją o zmniejszeniu powierzchni przyznanej im na kolumnie, bo lepiej już napisać, dajmy na to, o kolejnym remisie Valencii Gary’ego Neville’a: tam przynajmniej byłby do opowiedzenia piękny lob Negredo, a i jeszcze jedno wyrównanie w końcówce zasługiwałoby na jakiś zgrabny akapit. Czytaj dalej

Pochettinizm i Kloppologia

A może mamy właśnie do czynienia z najciekawszym sezonem w dziejach Premier League? Tak, wiem, odpowiecie zapewne, że stawiam podobne pytanie średnio raz do roku, ale skoro tak, to dlaczego nie miałbym tego zrobić po raz kolejny? Zważcie zresztą, że powody mamy coraz to nowe i że nawet kandydatów do mistrzostwa kraju namnożyło się w tym sezonie ponad miarę, a wyścig o miejsca w Lidze Mistrzów też zapowiada się na wyjątkowo zacięty. Nawet jeśli po Bożym Narodzeniu odpadnie z niego Leicester, i tak wspominać będziemy z rozmarzeniem rozgrywki, podczas których klub prowadzony przez Claudio Ranieriego (kto traktował go serio po tym, jak trenowana przezeń Grecja przegrała u siebie z Wyspami Owczymi?) nie tylko nie spadł z ligi, ale zdołał namieszać w czołówce, kreując nowe wielkie gwiazdy ligi – Vardy’ego (dziesiąty gol w dziesiątym meczu z rzędu – wyrównał właśnie rekord van Nistelrooya…) czy Mahreza. Nawet jeśli Chelsea zdoła ostatecznie odrobić straty do czołówki, i tak wspominać będziemy z rozmarzeniem rozgrywki, podczas których oglądaliśmy upokorzonego Jose Mourinho. A Manchester City, na zmianę gromiący i gromiony? A Manchester United, na trwałe powrócony już do ligowej czołówki, ale nadal zwyczajnie nudny? Arsenal, nie schodzący poniżej pewnego poziomu, co oznacza arcypiękną w większości przypadków grę (w tym roku dyrygowaną przez znakomitego Ozila), ale i zdumiewające wpadki, których symbolem może być karny Cazorli w sobotnim meczu z WBA? Tottenham, od sierpnia aż do dziś niepokonany w lidze, ze składem wyczyszczonym z przepłacanych gwiazdek (te, które zostały, Dembele i Lamela, w końcu mogą stanowić wzór do naśladowania), pełnym wychowanków i młodzieńców nareszcie nauczonych biegania za piłką i walki o jej odbiór? O Kogutach, po znakomitym zwycięstwie nad West Hamem, można by się właściwie w tym momencie potężnie rozpisać, wspominając na dobre odzyskaną skuteczność Kane’a (ale też jego znakomitą grę bez piłki – porównania z Teddym Sheringhamem dawno już przestały być na wyrost…), odrodzenie Dembele (ta zdolność utrzymania się przy piłce i rozpoczęcia akcji mimo asysty dwóch czy trzech przeciwników…), asysty Eriksena (po odbiorze, a jakże, na połowie rywala) i Sona, kolejną bramkę Alderweirelda po stałym fragmencie gry, świetną grę pod obiema bramkami Rose’a i Walkera, stuprocentową skuteczność wślizgów Diera… Można by się rozpisać o tym, że byli nie tylko szybsi, ale i silniejsi fizycznie (sic!) niż West Ham i w ogóle zastanawiać się nad piękną przyszłością, gdyby nie znana aż za dobrze każdemu kibicowi Tottenhamu obawa, że można w ten sposób zapeszyć. I gdyby nie Liverpool z Jurgenem Kloppem, jednym z najbardziej charyzmatycznych trenerów Europy, który – jeśli wolno sądzić po wczorajszym występie na Etihad Stadium – w błyskawicznym tempie odcisnął swoje piętno na drużynie z Anfield Road. Czytaj dalej