Archiwa tagu: Chelsea

Cudowny chłopak

Najlepsze, że oni wcale nie grali dobrego meczu, a raczej, że wielu z nich zagrało poniżej poziomu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Dembele był wolniejszy niż zwykle – zamiast przenosić akcje sprzed własnego pola karnego pod bramkę rywali, w pierwszej połowie gubił się i wikłał w bezproduktywnych raczej zwarciach. Osamotniony po lewej stronie Davies zostawiał Mosesowi hektary wolnego miejsca (Alonso w pierwszej fazie meczu również zaskakująco łatwo przedzierał się prawą). Sona w zasadzie nie było – ani wtedy, gdy grał na środku, ani po zmianie pozycji z Lamelą i zejściu na prawą. O postawie Llorisa przy golu dla Chelsea nie ma co nawet mówić (to był jego czwarty błąd w tym sezonie, skutkujący utratą gola, tylko Begović i, ekhem, Cech, zrobili więcej), a Sanchez, jak zwykle, interwencje kapitalne i ofiarne przeplatał chwilami gapiostwa; po tym, jak Alderweireld grał już nie tylko w Pucharze Anglii, ale i meczach reprezentacji Belgii, w meczu o taką stawkę doprawdy wolałbym widzieć raczej jego.

Widać z tego, że problemy Chelsea są dużo poważniejsze – zarówno te natury ogólnej, kryzysu formy ostatnich miesięcy i spekulacji wokół przyszłości trenera, jak bieżące, związane choćby z nieobecnością w wyjściowym składzie Courtois i Pedro czy brakiem wartościowych zmienników na ławce. O podaniach Fabregasa można powiedzieć mnóstwo dobrego, ale nikt się chyba nie spodziewał, że Hiszpan będzie w stanie nawiązać walkę z niezmordowaną drugą linią Tottenhamu. Również Hazard, często podwajany przez rywali, odbijał się od nich jak piłeczka. O akcji, która przyniosła gościom wyrównanie warto byłoby mówić nawet bez arcydzielnego uderzenia Eriksena: o tym, jak Davies z Allim przycisnęli Mosesa przed polem karnym Chelsea, jak odwojowali piłkę i jak z sytuacji beznadziejnej zrobiła się znakomita. Podobnie komplementować można tytanicznie pracującego Lamelę: żaden inny zawodnik nie miał tylu wślizgów, żaden inny nie biegał tak między rywalami, żaden inny, dodajmy, nie używał tak często łokci w sytuacjach nieoczywistych. To dziś jedna z kluczowych różnic między tymi dwiema drużynami – ta północnolondyńska kolejny już sezon świetnie wie, co robi, i o co gra. Od tamtej „bitwy na Stamford Bridge”, kiedy goście stracili panowanie nad sobą i resztki szans na odebranie Leicester mistrzostwa kraju, minęła epoka; szczerze mówiąc ów mecz wydaje się równie odległy jak tamten sprzed 28 lat, ostatni wygrany tutaj przez Tottenham w lidze. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że w składzie Chelsea nie ma już tych wszystkich speców od ogrywania Tottenhamu; speców, których symbolem mógłby być chociażby John Terry. Coś pękło, coś się skończyło.

Zostawmy jednak Chelsea z jej kłopotami, niechże na ratunek przychodzą Guus Hiddink albo Carlo Ancelotti. Skupmy się na tym, o którym głośno było przez cały miniony tydzień, z racji tego, że w reprezentacji Anglii pierwsze skrzypce grali inni zawodnicy, i że jej selekcjoner uznał za stosowne przestrzec go w kwestii miejsca w wyjściowej jedenastce podczas zbliżających się mistrzostw świata. Zauważmy: jeśli zsumować gole i asysty z tego sezonu, Dele Alli ma ich 24, o 6 więcej od tego, który wypchnął go ze składu Anglików, Jessego Lingarda. Czy naprawdę można mówić o słabszej formie piłkarza, który zdobywa bramki w momentach i meczach absolutnie kluczowych, wszystko jedno – z Realem, czy z Chelsea? Który wykazuje się takim opanowaniem, taką koordynacją i taką techniką, zarówno obiegając Azplicuetę i dochodząc do długiego, przypominającego nieco podania Alderweirelda, zagrania Erica Diera, jak potem przyjmując piłkę i następnie przerzucając ją nad Caballero? Który odnajduje się później w polu karnym, jako pierwszy dopadając do piłki, przekładając ją – mimo gęstniejącego tłoku – z prawej na lewą nogę i strzelając trzeciego gola dla Tottenhamu? Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś Mauricio Pochettino mówił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii. O tym, jak Argentyńczyk prowadzi swoją młodą gwiazdkę, jak konsekwentnie ją wspiera na konferencjach prasowych po kolejnych żółtych kartkach za symulowanie, jak mobilizuje go mówiąc choćby, że uważa go za najlepszego 21-latka na świecie, można by napisać niejedno. Dziś Alli zagrał setny mecz w Premier League – spotkałem gdzieś statystykę, mówiącą, że w trakcie tych stu spotkań przyłożył się do sześćdziesięciu bramek dla Tottenhamu. Ciąg dalszy nastąpi.

O ileż przyjemniej niż o jednostkach mówić jednak o drużynie. Pochettino opowiadał po meczu, że w przerwie skupił się na znalezieniu piłkarzom lepszych pozycji – tak, żeby ściślej współpracowali, szybciej operowali piłką, byli nieco bardziej agresywni i lepiej przechodzili z fazy obrony do ataku (w tym punkcie w trakcie pierwszej połowy Chelsea niewątpliwie biła ich na głowę). Dobre to było: przejście Eriksena z lewej do środka, Lameli z prawej na szpicę, Allego z „dziesiątki” na lewą stronę i Sona ze szpicy na prawą; żeby wygrać, nie trzeba było wcale Harry’ego Kane’a. Mit, że mamy do czynienia z zespołem jednego piłkarza, runął już jakiś czas temu, ale dziś padły kolejne: o niezdobytym Stamford Bridge, o tym, że Tottenham ma kiepskie wyniki w meczach z bezpośrednimi rywalami, i że Alli jest w kiepskiej formie. Niby wiem, że z tą drużyną wszystko wydaje się możliwe, niemniej zaryzykuję to zdanie: wygląda na to, że trzeci rok z rzędu zagra w Lidze Mistrzów – w Anglii tylko Manchester City w tym czasie prezentuje podobną formę, a inwestycji obu drużyn nie sposób przecież porównać. On jest magikiem, ty wiesz, śpiewają kibice o Mauricio Pochettino i mają cholerną rację.

Chelsea-Arsenal, czyli mistrzostwo jest gdzie indziej

Momenty były. Akcja Iwobi-Bellerin, efektowna wymiana z pierwszej piłki, zakończona niecelnym strzełem Welbecka. Akcja Ramsey-Bellerin i uderzenie Lacazette’a, obronione przez Courtois. Uderzenia Ramseya w słupek i nieudana dobitka Lacazette’a. Doskonałe podanie Fabregasa do Pedro i dobra interwencja Czecha. Jeszcze lepsza interwencja Czecha już w drugiej połowie, po solowej akcji wprowadzonego kilka minut wcześniej Hazarda. Parę podań Fabregasa, przecinających linie obronne Arsenalu. KIlka pojedynków Moraty z – naprawdę dobrym dziś – Mustafim. Jak zwykle pracowity w środku pola Kante.

Że hit rozczarował? No, zależy kogo. Po pierwsze, wiadomo: gole są przeceniane. Po drugie, gdybym był kibicem Arsenalu, zachwycałbym się tym, jak ciężko potrafią pracować dla drużyny Iwobi, Welbeck i Lacazette, i jak skoncentrowani mogą być (szkoda, że tak rzadko…) podczas walki o środek pola Ramsey i Xhaka. Zważcie: ten remis nie został przez Chelsea podarowany, został przez Arsenal wywalczony, i to wywalczony bez kontuzjowanego Ozila i z pozostawionym na ponad godzinę na ławce Sanchezem. Może nawet można zaryzykować zdanie, że nieobecność Niemca tak naprawdę przysłużyła się Kanonierom, że etos pracy defensywnej u Ozila od bardzo dawna pozostaje w zaniku. Taki Arsenal – wciąż potrafiący zagrać efektowną akcję z pierwszej piłki (patrz szarże Bellerina), solidny w defensywie i agresywny w walce o piłkę, o czym przekonywali się mocno poturbowani Pedro czy Moses, mógłby daleko zajść, gdyby… no, gdyby nie był Arsenalem właśnie. Czytaj dalej

Ani słowa o Wembley, czyli dlaczego Tottenham przegrał z Chelsea

Najgorsza w kibicowaniu Tottenhamowi, to znaczy temu nowemu Tottenhamowi, temu od Pochettino, a nie temu, który pamiętam z poprzedniego ćwierćwiecza, jest konieczność przyglądania się czasem, jak marnuje się tyle ciężkiej pracy. W mecz z Chelsea przecież włożono tyle wysiłku, stworzono tyle sytuacji, tyle się nabiegano i tyle czasu utrzymywano się przy piłce, a przy tym wykorzystano tyle pieczołowicie wypracowywanych na treningach schematów… wszystko nadaremnie.

Ani słowa o Wembley. To nie ze względu na rozmiar boiska przegrali, choć jest o pięć metrów dłuższe i o metr szersze niż White Hart Lane (może prędzej ze względu na atmosferę, którą daremnie usiłował podkręcić puszczany z głośników bęben…), ba: powiedziałbym raczej, że choć istotnie w pressingu trzeba na tym stadionie nabiegać się więcej, to jego rozmiar powinien także sprzyjać rozwinięciu skrzydeł, całkiem dosłownie zresztą, bo akcji oskrzydlających w wydaniu Tottenhamu było jak na lekarstwo, a Trippier dośrodkował w pole karne bodaj tylko raz. Dlaczego zatem przegrali? Czytaj dalej

Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Czytaj dalej

Jamnik, szafa i Marshall Janson

What a difference a day makes, Mauricio. Przecież gdybym miał pisać tekst o Twoim Tottenhamie jeszcze przed wczorajszym półfinałem Pucharu Anglii, krztusiłbym się od komplementów i bombardował czytelników statystykami. Przypominałbym np., że Twoi piłkarze strzelili 97 goli w 46 meczach (rok temu w 53 spotkaniach bramek było 95; po Chelsea, w meczu 47., jest ich już 99). Albo że 71 punktów w 32 meczach to już o punkt więcej niż w całym poprzednim sezonie. Albo że Kane trzeci rok z rzędu przebił sufit dwudziestu bramek, stając w jednym szeregu z Henrym, Shearerem i van Nistelrooyem, a jeśli idzie o liczbę 69 bramek w 110 meczach – zrównał się z Suarezem. Zauważałbym jednak, że ciężar strzelania goli nie spoczywa tylko na nim – dwa razy kontuzjowany, był godnie zastępowany przez kolegów. Licząc wszystkie mecze Anglik ma przecież 26 goli i 5 asyst, Alli – 20 goli i 11 asyst, Son – 13 goli i 8 asyst, Eriksen zaś – 11 goli i 20 asyst (żaden piłkarz z pięciu czołowych lig Europy nie ma w tym sezonie tylu ostatnich podań, co Duńczyk). Pisałbym też, że Twoi podopieczni ośmiokrotnie strzelali po cztery bramki w meczu ligowym. I że na White Hart Lane nie przegrali w Premier League ani razu (prawdziwa twierdza: 19 wygranych, 2 remisy, gole 60-11 i 14 czystych kont). Że mają różnicę bramek 46 na plus. Że siedem meczów ligowych z rzędu ostatni raz wygrali w 1967 roku. Czytaj dalej

Uważajcie na głowy

Tragiczny wypadek z udziałem Ryana Masona (podczas meczu Chelsea-Hull zderzył się głowami z Garym Cahillem, stracił przytomność, a później okazało się, że ma pękniętą czaszkę) w wielu miejscach przedstawia się jako… sukces Premier League: mówi się o wzorowym działaniu służb medycznych, błyskawicznym transporcie do szpitala, udanej operacji, a nawet perspektywach powrotu 25-letniego piłkarza na boisko. W tle pozostaje pytanie o – również poszkodowanego – Gary’ego Cahilla. Trenerowi Chelsea, Antonio Conte, wypsnęło się na pomeczowej konferencji, że jeszcze w przerwie meczu jego kapitan po zderzeniu z piłkarzem Hull nie czuł się dobrze („After the first half, it wasn’t really good with Gary, but we decided to continue with him”).

Dla mnie te słowa przeczą propagandzie, którą uruchomiono po wypadku na Stamford Bridge. Czytaj dalej

Drużyna Tottenhamu w listopadzie

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która – w szczęśliwych zresztą okolicznościach – zdobywa wyrównującą bramkę podczas wtorkowego meczu Ligi Mistrzów z Monaco, po czym… traci kolejnego gola od razu po wznowieniu gry od środka. Pamiętna analiza Gary’ego Neville’a (pokazującego, jak kiedyś po rozpoczęciu drugiej połowy meczu z Newcastle pogrążeni w rozmowach piłkarze Tottenhamu poprawiali jeszcze ochraniacze i getry, gdy na ich bramkę sunął mający zakończyć się golem atak) zyskała właśnie nowy kontekst. Równie przykry.

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która w meczu z liderem tabeli, będącym w dodatku w nadzwyczajnej formie (sześć zwycięstw z rzędu, i to bez utraty bramki) dominuje przez czterdzieści kilka minut, by nagle odpuścić krycie jednego zawodnika, dać sobie strzelić gola do szatni i roztrwonić tym samym cały włożony wcześniej wysiłek.

Może to listopad, może to krakowski, mocniejszy zdecydowanie od londyńskiego, smog, ale czarno widzę. Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, po tym, jak rywale się rozpędzili i jeszcze rozpędzają, Tottenham ma problemy, jakich pod tym trenerem jeszcze nie miał. Czytaj dalej

Mourinho na tarczy

W mającej się za chwilę ukazać po polsku biografii Cristiano Ronaldo pióra Guillema Balague’a (wpadam tu tylko na chwilę, robiąc sobie przerwę w pisaniu tekstu o Portugalczyku, którego za paręnaście dni nie obejrzymy z trybun przy Łazienkowskiej) natrafiłem na zdanie, że nie ma złych piłkarzy, lecz jedynie tacy, którzy nie pasują do zespołu, co zresztą jak nikt inny potrafił rozpoznawać Alex Ferguson. Zastanawiam się, czy zdanie to daje się zastosować także do trenerów – nie ma złych, są jedynie tacy, którzy nie pasują do pewnych klubów, i czy będzie się ono stosowało do Jose Mourinho i Manchesteru United. Jesteśmy bowiem w momencie zaiste fascynującym: wszystkie narracje na temat Portugalczyka, napisane przed i w pierwszych tygodniach sezonu (czy nie miał to aby być sezon bitwy o Anglię, której najważniejsze epizody rozegrają się w Manchesterze?), rozsypują się na naszych oczach, a co będzie dalej, nie wiemy. Wiemy jedynie, że jego metody (chwilowo?) nie działają; że solidność defensywy na przykład, tak dająca się we znaki w poniedziałek graczom Liverpoolu, w meczu z Chelsea zdawała się być jedynie odległym wspomnieniem, podobnie jak niezła gra Pogby we czwartek w meczu z Fenerbahce czy świetna forma strzelecka Ibrahimovicia z pierwszych tygodni sezonu. Okazuje się, że problemów Mourinho ma dużo, dużo więcej niż to, co zrobić z Rooneyem, i chyba nie wszystkie da się wytłumaczyć spiętrzeniem meczów w kalendarzu, tym, że misternie utkany plan na ten mecz spruł się doszczętnie już w 29. sekundzie, albo tym, że sędzia nie wyrzucił z boiska Davida Luiza. Czytaj dalej

Coniedzielne strachy

„W tym sezonie Arsenal zaprzepaścił wszystkie szanse na tytuł mistrzowski przed listopadem, nieco później niż zwykle” – jedno z nieśmiertelnych zdań Nicka Hornby’ego przypomniało mi się, kiedy w sobotni wieczór trafiłem w sieci na zdjęcie mające przedstawiać… nagrobek sezonu Chelsea. Kilka dni wcześniej wyeliminowani z Ligi Mistrzów – choć przecież w pierwszym meczu z PSG zdołali strzelić bramkę i przegrali tylko 2:1, u siebie ulegli dokładnie tak samo, a w związku z tym runęły nadzieje na powrót do tych rozgrywek w przyszłym sezonie dzięki wygraniu rozgrywek bieżących. Teraz odpadli z Pucharu Anglii, ograni przez Everton – a żeby bolało bardziej, pogrążył ich piłkarz, którego temuż Evertonowi oddali, Romelu Lukaku. Wielu napastników przewinęło się od chwili tamtego transferu przez Stamford Bridge – ale żaden, poza Diego Costą rzecz jasna, nie okazał się skuteczniejszy. A Costa przecież, jak widzimy, dramatycznie potrzebuje zmiennika – być może także na czas dyskwalifikacji, jeśli okaże się, iż władze ligi nie dadzą wiary zapewnieniom Garetha Barry’ego, że żadnego gryzienia na boisku nie było. Wspominam w każdym razie Lukaku, bo Belg może być symbolem krótkowzroczności panującej w ostatnich latach w Chelsea. Wylali Mourinho, odchodzi ostatni z liderów – Terry, i przy kryzysie Hazarda drużyna sprzeciętniała – nawet pamiętając, że Fabregas i Costa zaczęli pod Guusem Hiddinkiem grać lepiej.

Jest wielkim pytaniem, czy sezon Arsenalu się nie skończył również, skoro na odrobienie dwubramkowej straty w Barcelonie szans raczej nie ma, a zwycięstwo Watfordu na Emirates pozbawiło Kanonierów (których dzisiaj reprezentowali wszak i Sanchez, i Ozil – Wenger bynajmniej tego meczu nie odpuszczał) nadziei na zdobycie Pucharu Anglii. Ach tak, oczywiście, awans do Ligi Mistrzów wywalczą jak zwykle, tylko co z tą okazją na mistrzostwo kraju, skoro strata do Leicester wynosi osiem punktów i skoro w meczu z Watfordem, w serii siedmiu spotkań w ciągu 23 dni, naprawdę wyglądali na mających dużo mniej energii od rywala? O Manchesterze City, tylko remisującym z Norwich, bezpieczniej będzie w tym kontekście nie wspominać. Czytaj dalej

Mourinho ma przerwę

Jose Mourinho jest wciąż młodym trenerem. W wieku 52 lat może mieć przed sobą nawet dwie dekady sukcesów. Z drugiej strony miejsce na trenerskim topie zaczęli zajmować już ludzie dużo młodsi od niego: Pep Guardiola, Jürgen Klopp, Luis Enrique, Diego Simeone, Unai Emery czy Massimo Allegri. Młodsi, ale też – co może być jednym z kluczy do rozważań o przyczynach obecnej klęski Wyjątkowego – pracujący na piłkarskich szczytach o wiele krócej od niego. Dwaj pierwsi zresztą, jak pamiętacie, musieli już pomyśleć o przerwie w karierze – Guardiola po czterech latach pracy z Barceloną i, jak się dziś okazało, po trzech w Bayernie, Klopp po siedmiu latach pracy z Borussią (i dziesięciu latach w Bundeslidze).

Mourinho swój pierwszy duży europejski sukces – Puchar UEFA z FC Porto – odniósł dwanaście lat temu. Od tamtej pory pracował pod niewiarygodną, zwiększającą się z roku na rok presją. Presją rywali, mediów i właścicieli klubów, w których pracował, ale przede wszystkim presją, którą nakładał sam na siebie. Jak się w to wszystko wmyśleć, jak prześledzić jeszcze raz intensywność peregrynacji z Porto do Londynu, z Londynu do Mediolanu, z Mediolanu do Madrytu, a stamtąd znów do Londynu – można się tylko dziwić, że wytrzymał tak długo. Że pierwszy naprawdę poważny kryzys (z Madrytu odchodził wszak jako wicemistrz kraju, półfinalista Ligi Mistrzów i finalista Pucharu Króla, gdzie przegrał z Atletico dopiero po dogrywce, za to w półfinale wyeliminował Barcelonę – mimo wszystko trudno uznać to za katastrofę) przydarzył mu się aż tak późno. Oto, dlaczego najlepsze, co mogłoby mu się teraz zdarzyć, to dłuższa przerwa na podładowanie akumulatorów i refleksję nad tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, może także – nad zmianą podejścia do zawodu. Tak, wiem, że to skrajnie mało prawdopodobne: że duma Mourinho nakazuje mu natychmiast szukać nowego wyzwania i że jest wysoce prawdopodobne, iż znajdzie je w Manchesterze United. Czytaj dalej