Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Mistrzostwo w Manchesterze, przyjmijmy jednak, że po jego błękitnej stronie. Po pierwszych kolejkach poprzedniego sezonu zapowiadało się wprawdzie, że Pep Guardiola spełni oczekiwania pokładane w nim przez pracodawców i Manchester City sięgnie po tytuł już w pierwszym roku pracy. Skończyło się rozczarowaniem z kilku powodów: raz, że liga przyzwyczaiła się do stylu proponowanego przez Katalończyka, a dwa, że nie znalazł on wśród nowych podopiecznych personelu gwarantującego tę jakość, jaką czasami pokazywały Bayern, a zwłaszcza Barcelona. Żeby rzecz ująć symbolicznie: Kolarov czy Zabaleta, których zresztą nie ma już w klubie, podobnie jak Clichy’ego i Sagni, nie są jednak graczami klasy, a zwłaszcza inteligencji Lahma czy Alaby.

Guardiola pomylił się też, zastępując w bramce Joe Harta Claudio Bravo. Z Chilijczyka darto łacha przez wiele miesięcy, przypominając tę przydługą listę meczów, w których każdy celny strzał na jego bramkę kończył się golem, ale – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – umiejętność bronienia strzałów nie była jedynym powodem, dla których Pep zdecydował się po niego sięgnąć: w filozofii Guardioli kluczem jest rozpoczynanie akcji od bramkarza, czyli potrzebny był ktoś, kto potrafi grać nogami.

No ale, jako się rzekło, ściągnięcie Bravo okazało się pomyłką; nie do końca sprawdził się też ustawiany przed nim, rekordowo drogi stoper John Stones. Manchester City tego lata naprawił więc pomyłkę, bijąc kolejne rekordy: sprowadzając najdroższego w historii bramkarza, Edersona z Benfiki, i wydając 130 milionów funtów na bocznych obrońców: Mendy’ego z Monaco i Walkera z Tottenhamu (konkurencję dla tego ostatniego stanowić ma Danilo, kupiony z Realu; w sumie tego lata MC wydał 200 milionów, a od początku pracy na Etihad – 363 miliony). Klub zapowiada także,  że znajdzie na rynku jeszcze jednego środkowego obrońcę, by mieć alternatywę dla popełniającego błędy Otamendiego i borykającego się wciąż z kontuzjami Kompany’ego. Kto bogatemu zabroni?

Jak widać z tego wyliczenia, problemem MC była w ostatnich miesiącach defensywa: tracąca o wiele więcej bramek niż rywale w wyścigu do mistrzostwa. Nic dziwnego, że przed sezonem Guardiola wymienił ją niemal w całości, wynajdując przede wszystkim zawodników, którzy dla stylu gry jego Manchesteru mają być kluczem: biegających przy linii, nie tylko dynamicznych i szybkich, ale także potrafiących dostarczyć amunicję kolegom z ofensywy. Trudno z meczów przedsezonowych wyciągać oczywiście zbyt daleko idące wnioski, zwłaszcza że w czasie rozgrywania tego sparingu rywale pracowali jeszcze nad wytrzymałością i ewidentnie brakowało im świeżości – ale podczas zorganizowanego w USA meczu z Tottenhamem widać było, że to się może udać.

Rzecz jasna o ofensywę Manchester City martwić się nie musiał także w pierwszym sezonie Guardioli: Sergio Aguero udanie wspierał tu Gabriel Jesus, który gdyby nie kontuzja z pewnością dałby drużynie jeszcze więcej i który chyba częściej niż Argentyńczyk będzie głównym napastnikiem MC w tym roku, Sterling i Sane dawali oszałamiającą szybkość (pamiętacie, ile bramek drużyna Guardioli, tego mistrza utrzymywania się przy piłce, zdobywała po prostu dzięki kontratakom?), a de Bruyne, w którym widzę najważniejszego kandydata na piłkarza roku, i Silva kreowali kolejne sytuacje bramkowe. Wszyscy oni są wciąż na Etihad Stadium, podobnie jak Yaya Toure, którego burzliwe relacje z klubem udało się wyciszyć z korzyścią dla obu stron, a przecież pojawił się jeszcze Bernard Silva.

Dziś widać, że rewolucja Guardioli w Manchesterze City idzie tak głęboko, że po prostu nie mogła się udać już w pierwszym roku. Czy Pep popełnił błąd, dając klubowej starej gwardii szansę wykazania się w trakcie pełnego sezonu – o tym można by pewnie dyskutować, w każdym razie ów błąd dziś wydaje się naprawiony. Inwestycje w defensywę – jeśli idzie o boki obrony nie o defensywie przecież tylko mówimy – dokonane. Kadra odmłodzona. Rywalizacja o miejsca w składzie zapewniona (nawet David Silva nie może być pewny stałego miejsca w wyjściowej jedenastce). Głód sukcesu po dwóch chudych latach zapewniony także, a dla Guardioli to teraz albo nigdy. Jeśli znajdzie tego środkowego obrońcę, będzie mistrzem. Zważywszy skalę wydatków, trenerską markę, ambicje właścicieli i skalę ich „projektu”: musi być mistrzem.

Jose Mourinho, jego wielki rywal z czasów hiszpańskich, na pewno znalazł sposób, by wspominać poprzedni sezon w nieco lepszym nastroju. Choć w tabeli Manchester United finiszował aż 24 punkty za Chelsea (klubem, nigdy dość przypominać, który wcześniej zwolnił go z pracy), i na szóstym dopiero miejscu (rok wcześniej Louis van Gaal kończył na piątym, z piętnastopunktową stratą do Leicester), to jednak umieścił w klubowym muzeum dwa trofea: Puchar Ligi i puchar za wygraną Ligę Europy, co zapewniło mu realizację jednego z celów strategicznych – powrót do Ligi Mistrzów, ale też dało niemierzalne może w statystykach, choć odczuwalne w nastrojach w szatni poczucie, że Manchester United wrócił do wielkiej gry. Oczywiście i tu wszyscy spodziewali się więcej, a po transferach Pogby i Ibrahimovicia nawet dużo, dużo więcej, ale (jak widać choćby po sukcesach Tottenhamu) transfery nie są wszystkim.

Przez najbliższe miesiące przypominać będziemy niezliczoną ilość razy, że w drugich sezonach pracy w swoich kolejnych klubach Mourinho radził sobie świetnie, a zakupy, jakich dokonał tym razem – ligowych wyjadaczy i znanych mu dobrze Maticia i Lukaku – wydają się skazane na sukces, w Premier League przynajmniej. Trudno nie wspomnieć, ile meczów w poprzednim sezonie Czerwone Diabły remisowały – czy ze strzelającym jak na zawołanie w Evertonie Lukaku nie zamieniliby wielu z tych remisów na wygrane? Trudno też nie myśleć o tym, jak bardzo ustawiony przed linią obrony Matić wyzwoli z defensywnych obowiązków Pogbę. Lukaku gwarantuje bramki, jak przed rokiem Ibrahimović (kwestia odejścia Szweda nie została jeszcze przesądzona). Ściągnięty do obrony Victor Lindelof w sparingach popełniał błędy, ale pokazywał też, że z nowymi kolegami rozumie się coraz lepiej. Poza tym rewolucji w składzie nie było, co akurat zapisuję na plus – odszedł starzejący się i wygrzewający już ławę, kłopotliwy w tym sensie symbol klubu Rooney, ale został jeden z najlepszych bramkarzy w lidze de Gea, został tyleż uniwersalny, co niedoceniany Herrera, zostali Mata i Mchitarjan, a na skrzydłach wielce utalentowani oraz szybcy, zwłaszcza w kontratakach, które w tym roku staną się najskuteczniejszą bronią MU, Martial, Lingard i (czy nie lepszy byłby jednak w środku?) Rashford. Zostali uniwersalni Carrick, Blind i świetny w roli prawego obrońcy Valencia. Został wreszcie Fellaini, na którego czasem przykro patrzeć, ale który stanowi jedną z najbardziej efektywnych broni Mourinho, zwłaszcza wprowadzany z ławki. Możliwości żonglowania składem są więc ogromne, a pamiętających jeszcze dobre czasy sir Aleksa rutyniarzy uzupełnia coraz więcej sprawdzonych także w europejskich bojach młodych zawodników.

Jose Mourinho wydał w MU już prawie 300 milionów funtów, ambicji i pragnienia udowodnienia całemu światu, że jest najlepszy, nie sposób przeliczyć na pieniądze, choć z pewnością w niejednym meczu pozwoli dodać drużynie skrzydeł (byle tylko nie przesadzał z krytyką zawodników, zwłaszcza biednego Shawa – już lepiej niech toczy pojedynki z dziennikarzami i trenerami rywali). Siła spotyka się z techniką, pragmatyzm z wizjonerstwem… Do mistrzostwa brakuje może trochę szybkości i zwiększenia rywalizacji po lewej stronie obrony, no ale może Portugalczyk także nie skończył zakupów. Zobaczymy.

Powodów, by nie wierzyć w obronę mistrzostwa przez Chelsea, jest niemało. Po pierwsze, wystarczy sięgnąć do statystyki: ostatnim, któremu się to udało w Premier League, był sir Alex Ferguson w 2009 roku. Po drugie, plotki o napięciach na linii menedżer-klub, którego symbolem byłby odwieczny czarny charakter i nemesis niejednego szkoleniowca tej drużyny, totumfacki Abramowicza Michael Emenalo; napięciach narastających zarówno wokół kwestii podwyżki pensji człowieka, który w pierwszym roku pracy dał klubowi tytuł, jak wokół polityki transferowej. Po trzecie, ta właśnie polityka: można zrozumieć powody, dla których Włoch chciał się pozbyć Diego Costy (choć może ich spór nie musiał stać się aż tak publiczny), ale ze wspomnianych przy okazji Manchesteru United racji można też sądzić, że lepszym dla Chelsea zastępcą byłby sprawdzony w lidze Lukaku – mówiąc o Moracie można przywołać przecież niejednego kosztownego napastnika, który choć błyszczał na kontynencie, na Wyspach sobie jednak nie poradził; tu zawsze jest ryzyko, którego symbolem mógłby być choćby Andrij Szewczenko.

Owszem: Conte zna Moratę z czasów turyńskich, a poza tym ma jeszcze Batshuaiego, który strzelał bramki podczas okresu przygotowawczego. Z klubu odeszli jednak Costa, Matić (ponoć także bez błogosławieństwa trenera) i Terry, a także Chalobah, Ake i – wypożyczeni – Zouma i Loftus-Cheek), a przecież nie wiadomo, co z Hazardem: jeśli już wróci do zdrowia, czy nie zabierze go wysoka fala, wywołana przez paryski transferowy rekord świata. Szczupła kadra, jak na wymogi tej ligi.

Po czwarte bowiem, Chelsea zdobyła mistrzostwo grając jako jedyny oprócz Liverpoolu klub z czołówki poniżej pięćdziesięciu spotkań (dokładnie 47; dla porównania MU musiało wystąpić w aż 63 meczach) i używając stosunkowo niewielkiej liczby zawodników – na razie nie potrafię uznać, że kadrę udało się poszerzyć, skoro Timoue Bakayoko (skądinąd również na razie kontuzjowany) przyszedł w miejsce Maticia, a Antonio Rudiger – Terry’ego; w meczu o Tarczę Wspólnoty z Arsenalem na ławce siedziało czterech piłkarzy z klubowej Akademii. Po piąte, w ubiegłym roku fenomenalna seria Chelsea rozpoczęła się przejściem na grę trójką obrońców: bardzo długo rywale nie znajdowali na to odpowiedzi, ale w końcu (styczniowy mecz z Tottenhamem najlepszym przykładem) przyzwyczaili się; zresztą nawet Arsenal sięgnął po Tarczę Wspólnoty kopiując ustawienie Chelsea. Efekt nowości minął, czas byłby wielki wymyślić coś nowego, a zwłaszcza powiększyć ławkę do rozmiarów manchesterskich (choć nie sposób nie podziwiać żelaznej efektywności, z jaką – nawet bez czarów Hazarda – piłkarze Contego niszczyli kolejnych rywali).

Liverpool pod Jurgenem Kloppem przebił się do Ligi Mistrzów i powinien miejsce w elicie utrzymać – o walce o mistrzostwo tym razem nie ma nawet co marzyć. Podobnie jak w przypadku Chelsea, i tutaj dojdzie konieczność rywalizacji w meczach Champions League, gdzie nie bardzo można marzyć o rotowaniu drużyny. Podobnie jak w przypadku Chelsea i tutaj Jurgen Klopp notuje transferowe niepowodzenia: owszem, sprowadził Mohameda Salaha, zwiększając możliwości w ofensywie (pamiętamy, jak odczuwało się brak Sadio Mane, gdy wyjechał na Puchar Narodów Afryki), i poprawił sytuację na lewej obronie, sięgając po Andrew Robinsona, co jednak z zapowiadanymi – i naprawdę koniecznymi – wzmocnieniami na środku obrony i w środku pomocy? Southampton wciąż nie chce sprzedać Virgila van Dijka, skarżył zresztą rywali do władz Premier League o nielegalne kaptowanie Holendra, nie wypalił też transfer Naby’ego Keity z Lipska (mimo iż Liverpool był skłonny zapłacić ponoć ponad 60 milionów funtów). Na Anfield drżą jednak przede wszystkim z niepokoju, bo pierwszym kandydatem na następcę Neymara w Barcelonie okazał się jego rodak (i, dodajmy, dobry znajomy Luisa Suareza), dostarczający Liverpoolowi w ostatnich latach niemało bramek i asyst Philippe Coutinho. Klub nie chce sprzedać, zawodnik chce odejść – na razie nie wiadomo, czyje będzie na wierzchu za dwa tygodnie.

Pamiętajmy jednak: Jurgen Klopp z niejednego ze swoich podopiecznych, nie tylko w LIverpoolu zresztą (zapytajcie Polaków z Dortmundu) zrobił lepszego piłkarza na boisku treningowym, bez inwestowania wielkich pieniędzy. Najlepszym przykładem jest oczywiście Lallana, ale podczas okresu przygotowawczego zwracali uwagę także nastoletni wciąż Woodburn i Alexander-Arnold.

Problemem – oprócz, co można powtarzać jak mantrę, obsady bramki – było i jest zdrowie piłkarzy, testowanych przez furiacki styl gry niemieckiego trenera do i poza granice wytrzymałości. Liczba kontuzji, odnoszonych przez jego podopiecznych w trakcie sezonu, jeśli nie każe myśleć o wzmocnieniu sztabu medycznego, to na pewno o zwiększeniu liczby graczy zdolnych zastąpić tych, którzy akurat wypadli. Co znowu prowadzi do pytania o transfery – lub do korzystania z wychowanków klubowej akademii, co zresztą Niemiec już z powodzeniem czynił.

O siłą ognia nie ma się co martwić: nawet jeśli odejdzie Coutinho, tercet Mane-Firmino-Salah, zdolny będzie terroryzować niejedną defensywę, a przecież oprócz nich w klubie pozostali Sturridge, Origi czy Ings, a z Chelsea, świeżo po sukcesach w angielskiej drużynie U-20, przyszedł także Solanke.

Ustabilizowany, powiększany stopniowo o młodych zdolnych skład jest zaletą. Charyzmatyczny trener, dla którego ten skład (no, może poza Sturridgem…) gotów jest skoczyć w ogień – również. Presja, jaką odczuwa Klopp w trzecim sezonie pracy i po niemałych wydatkach, jest jednak spora: czas byłoby odwdzięczyć się za zaufanie właściciela, uwielbienie kibiców i sympatię mediów jakimś pucharem. No i pozostaje pytanie o organizację gry obronnej, zwłaszcza o nieprzystające drużynie walczącej o mistrzostwo kraju gapiostwo przy stałych fragmentach gry. I o kontuzje.

O ukochanej mej drużynie mam dwie opowieści, z wrodzonej ostrożności wybiorę jednak tę pesymistyczną. Tottenham, o którym mój znakomity kolega Michał Zachodny wysyła mi co roku w maju esemesa, że oto w przyszłym sezonie sięgnie po mistrzostwo kraju, zatrzyma się w rozwoju, a za rok – nie potrafiąc obronić miejsca w pierwszej czwórce i, rzecz jasna, bez żadnego pucharu na otarcie łez – zostanie rozkupiony. Powód podstawowy to szczupłość kadry, która znów musi walczyć na czterech frontach, a przecież – podobnie jak w przypadku Jurgena Kloppa i Liverpoolu – Mauricio Pochettino ze swoją filozofią wysokiego pressingu wyciśnie z niej ostatnie poty. Pierwsza jedenastka jest znakomita, może nawet najlepsza, a na pewno najrówniejsza w lidze, wyobraźcie sobie jednak, że zabraknie w niej Kane’a, Eriksena czy Alliego, albo, Boże uchowaj, kogoś z duetu Vertonghen-Alderweireld.

Fani Tottenhamu pogodzili się już jakoś z odejściem Walkera, o którym na trybunach panowała opinia, że choć jest szybki i w ogóle da się lubić, to przecież dośrodkowuje fatalnie – główna różnica między nim a Trippierem miałaby polegać na tym, że ten drugi zagrywa piłkę w pole karne dużo wcześniej, nie musząc dobiegać w jego najbliższą okolicę; problem w tym, że niedawny zastępca Walkera, a dziś jego rywal do miejsca w wyjściowej jedenastce reprezentacji, kontuzjował się właśnie podczas ostatniego przedsezonowego sparingu z Juventusem – z najlepszej nie tylko na papierze obrony Premier League ubiegłego sezonu zostaje tylko para względnie tercet stoperów, bo z bocznych obrońców rehabiitację po operacji przechodzi wciąż jeszcze Danny Rose.

Pal licho jednak kontuzje – te będą się zdarzać każdej drużynie. Oczekiwania, że klub powalczy na rynku transferowym (a przy okazji: że będzie lepiej płacił), wspomniany Rose wyłożył w tyleż szczerym, co skandalicznym ze względu na termin publikacji – na dwa dni przed rozpoczęciem sezonu – wywiadzie dla jednego z brukowców. Po takim akcie nielojalności trudno mu będzie zostać w klubie, choć reprezentująca piłkarza agencja (skądinąd: ta sama, która reprezentuje interesy Kyle’a Walkera) wystosowała już przeprosiny za okoliczności, w jakich doszło do publikacji, a Mauricio Pochettino zadeklarował, że sprawa jest zamknięta. Argentyński menedżer w rozmowach z dziennikarzami szczerze wykłada racje, dla których trudno mu chodzić na zakupy – w tak zgranym zespole, jak ten, który zbudował, łatwo rozwalić atmosferę za pomocą sfrustrowanego siedzeniem na ławce gwiazdora albo wypchnięcia ze składu kogoś, z kim pozostali czują się mocno zżyci; owszem, chętnie kupiłby takiego Moratę, ale Morata wie, że musiałby być zmiennikiem Kane’a itd (wie te, że w Tottenhamie nie zarobi, o czym mówił również Rose: nigdy dość przypominać, że tygodniówki u wicemistrza Anglii są dużo, dużo niższe od każdego rywala z czołowej piątki).

Pojawiają się oczywiście głosy, że to Pochettino jest największym wygranym letniego okienka transferowego – bo pierwszą jedenastkę ma znakomitą, bo nikogo nie kupił, a sprzedał tylko tego, kogo chciał – ale trudno je traktować serio patrząc na szczupłość tej kadry. Patrząc zaś w kalendarz i słysząc deklarację, że Tottenham jest aktywny na rynku transferowym, trudno się nie martwić o skutki ewentualnych zakupów: czy sprowadzani w ostatniej chwili gracze nie będą wkomponowywać się w drużynę tak długo, że wszyscy uznają ich za transferowe niewypały (patrz pod najdroższego w historii klubu Sissoko, którego każdy fan Tottenhamu wypożyczyłby dziś do Turcji, dokładając mu jeszcze do biletu).

Największy problem widzę jednak w tym, że Mauricio Pochettino mówi przed sezonem coś jeszcze ważniejszego: o tym, jakim wyzwaniem jest motywowanie gwiazd z jego ustabilizowanego składu do dalszego rozwoju. Czy w trzecim sezonie ciężkiej wspólnej pracy będzie potrafił to zrobić, czy najlepszy czas tej drużyny już minął? Patrząc na wakacyjne doniesienia o Dele Allim, liczbę poświęconych mu okładek, zdjęć modowych, reklam z jego udziałem i plotek o balangach w nocnych klubach trudno nie być zaniepokojonym, nawet jeśli nazywający młodego Anglika „dzikim koniem” Pochettino sprawia wrażenie kontrolującego sytuację. Wiosną udowodnił, że on sam wciąż się rozwija: drużyna nie zgasła, jak w poprzednich sezonach, w ostatnich kolejkach sezonu, przeciwnie: w końcówce rozpędzony Tottenham regularnie strzelał po cztery, czy nawet sześć i siedem goli, tylko przy okazji pożegnania z White Hart Lane ogrywając Manchester United skromniejszym nieco stosunkiem, choć i tak wyższość gospodarzy nad Czerwonymi Diabłami (podobnie zresztą jak wyższość w derbach północnego Londynu) była oczywista. Nie trzeba być kibicem tej drużyny, żeby przyznać: w ciągu ostatnich dwóch lat oglądało się ją fantastycznie, a grało przeciwko niej – koszmarnie.

Może więc, skoro od ostatnich jej popisów minęło zaledwie kilkanaście tygodni, nie ma się czego obawiać? Może Argentyńczyk znajdzie sposób na poderwanie swoich piłkarzy jeden jeszcze raz, zaprzeczając prawidłowości, że trzeci sezon w pracy menedżera z klubem bywa najtrudniejszy? Zważywszy na niezadowolenie, jakiemu dał wyraz Rose i zważywszy na dotychczasowe doświadczenia jego podopiecznych z Wembley, z ubiegłorocznej Ligi Mistrzów albo z przegranej w półfinale FA Cup z Chelsea (White Hart Lane już wyburzone, nowy obiekt ma być gotowy dopiero za rok, a Wembley ma największą murawę ze wszystkich stadionów Premier League), gdzie mają grać przez najbliższe 10 miesięcy i gdzie łatwiej kontratakować, niż rozgrywać atak pozycyjny przeciwko głęboko cofniętym rywalom, łatwo nie będzie.

Na Wembley akurat dobrze wypada Arsenal, ale czas na zmiany w tej drużynie minął, co najlepiej wyczuli bodaj Mesut Ozil i Alexis Sanchez, opierający się propozycjom przedłużenia kontraktu z klubem. Można w zatrzymaniu zwłaszcza ambitnego Chilijczyka widzieć sukces Arsene’a Wengera, ale można też uznać, że były piłkarz Barcelony uznał, że zdąży w swoim życiu jeszcze powygrywać i pozarabiać, więc przez najbliższe miesiące wystarczy po prostu być cierpliwym. Cierpliwość to dla Arsenalu przecież słowo-klucz.

Cierpliwość, której w ostatnich miesiącach było zwyczajnie za dużo. Cierpliwość żyjącego w kokonie finansowych sukcesów zarządu, który przyjmował do wiadomości powolne, zgoda, ale przecież zauważalne osuwanie się klubu w dół ligowej hierarchii. Może to zresztą nie było osuwanie się, tylko trwanie – trwanie, które w tym świecie i tak oznacza regres. Pamiętając o wszystkich zasługach, pamiętając o pięknych chwilach i oszałamiającym nieraz stylu gry jego podopiecznych, nie sposób nie uznać, że czas Wengera – nagrodzonego za zasługi tego lata jeszcze jednym kontraktem, zresztą po miesiącach wyniszczających atmosferę w zespole i na trybunach spekulacji – minął.

Arsenal przystępujący do nowego sezonu to przecież Arsenal nierozwiązanych problemów. Transfery są, ale na pozycjach, które choć, owszem, wymagały doinwestowania (Lacazette okaże się z pewnością lepszy od Giroud, a Kolasinac od Monreala), nie wydają się aż tak palące jak obsada środka pomocy. Cazorla wciąż kontuzjowany, Ramsey z ograniczeniami w grze obronnej – wiele, czy nie zbyt wiele zależy tu od wkomponowania się w zespół na stałe, nierównego w ubiegłym roku (po sprawiedliwości: dobrego w meczu o Tarczę Wspólnoty) Granita Xhaki? Dlaczego zamiast kupić jakiegoś niszczyciela do drugiej linii, niepoprawny Wenger przygląda się kolejnym ofensywnym pomocnikom? O wkomponowywaniu w drużynę zdolnej młodzieży nie mówię – Wenger nie jest już, jak dajmy na to Klopp czy Pochettino, człowiekiem, pod którego skrzydłami zawodnicy osiągają wyraźny postęp; gra w Arsenalu od jakiegoś czasu oznacza stagnację – nawet Łukasz Fabiański czy Krystian Bielik mówili o tym, ile dały im przeprowadzki nie tylko w kwestii większych szans na grę, ale zwyczajnie: bardziej inspirującego rodzaju treningu.

W tym sezonie, po raz pierwszy od 22 lat, Kanonierów zabraknie w Lidze Mistrzów. Jak Wenger potraktuje udział w Lidze Europy? Czy, jak niegdyś Harry Redknapp, ostentacyjnie ją zlekceważy, skupiając się na walce o pierwszą czwórkę w Premier League, będzie dawał szansę dublerom i zawodnikom z akademii, czy, jak przed rokiem Mourinho, uzna, że jest to jeszcze jedna droga powrotu do elity? W tym drugim przypadku jednak będzie się musiał liczyć z wyjątkowo męczącym kalendarzem gier i podróżami zwykle dalszymi niż te do miast europejskiej czołówki. Przejście w końcówce sezonu na grę trójką obrońców miało na wyniki dobry wpływ, ale… podobnie jak w przypadku Chelsea, rywale nauczyli się już, jak przeciwko temu ustawieniu grać.

Nade wszystko jednak: choć w wengerowskim wokabularzu tyle jest słów z dziedziny psychologii raczej, niż sztuki trenerskiej, ta drużyna naprawdę wielce utalentowanych graczy zbyt często rozsypuje się psychicznie. Jakby nie było w niej wystarczająco mocnych charakterów, liderów, przywódców szatni, wojowników, jakby zbyt często dopadała ich (albo udzielała się od szkoleniowca) niewiara w to, że jednak można. Spekulacje wokół ostatniego roku kontraktów Ozila, Sancheza czy Oxlade-Chamberlaina mogą być dla niej równie destrukcyjne jak ubiegłoroczne spekulacje wokół przedłużenia kontraktu menedżera.

Wielu zastanawia się pewnie, czy czarnym koniem tegorocznych rozgrywek nie okaże się Everton, kupujący tego lata dużo i szybko (także dzięki pieniądzom, które miał uzyskać za Lukaku) i mimo dotychczasowych zakupów próbujący jeszcze wyciągnąć ze Swansea jednego z najlepszych pomocników ligi, Gylfiego Sigurdssona – być może na miejsce Rossa Barkleya, którym zainteresowany ponoć jest Tottenham, ale którego równie dobrze może zastąpić przecież kupiony już z Alaksu Davy Klaasen. Klub, mający nowego, ambitnego, a przede wszystkim zamożnego właściciela, Farhada Moshiriego, pod kompetentnym trenerem z wielkim piłkarskim CV Ronaldem Koemanem, z pewnością zmniejszy dystans dzielący go w ostatnich latach do czołówki (komputer losujący terminarz rozgrywek sprawił, że z piątką największych rywali zmierzy się w pierwszych pięciu meczach), z pewnością powalczy w rozgrywkach pucharowych, mnie się jednak wydaje, że ten dystans jest jeszcze zbyt wielki, by walczyć o pierwszą czwórkę, a i podróże w Lidze Europy okażą się męczące.

Koeman kupował znakomicie: zawodników młodych i ogranych już w mniejszych klubach angielskiej ekstraklasy. Michael Keane w Burnley przebił się nawet do reprezentacji Anglii, Jordan Pickford, który gra jeszcze w młodzieżówce, robił, co mógł między słupkami, by uratować Sunderland przed spadkiem, a dla siebie wywalczył nominację do tytułu młodego piłkarza roku – i do bramkarza, i do defensywy Evertonu można było mieć w ubiegłym roku wiele zastrzeżeń, więc te akurat zakupy wydają się strzałem w dziesiątkę. Ale holenderski menedżer Evertonu kupował też za granicą, np. niewiarygodnie wręcz taniego jak na panujące dziś na rynku szaleństwo Sandro Ramireza z Malagi. Tu zawsze jednak jest pytanie o szybkość, z jaką ktoś taki zaaklimatyzuje się w drużynie (o Klaasena się nie martwię – Holendrzy, o czym pewnie najwięcej potrafiłby powiedzieć autor „Brilliant Orange” David Winner, jakoś nie mają z tym problemu). Nade wszystko jednak: Koeman kupował wcześnie, dając nowym piłkarzom czas na wkomponowanie się w drużynę i przejście z nią całych przygotowań do sezonu. Zmiany w składzie są duże, bo oprócz Lukaku odeszli też Deulofeu i Cleverley, ale warto pamiętać, że Everton rozpoczął je już w trakcie ubiegłego sezonu: zimą przyszli Schneiderlin i Lookman, Holender też dawał coraz więcej szans młodym, choćby Tomowi Daviesowi i Masonowi Holgate’owi, podczas przedsezonowych sparingów przewinęło się przez drużynę, zostawiając dobre wrażenie, dużo więcej nazwisk z młodzieżówki, która wygrała ostatnie rozgrywki swojej ekstraklasy.

Najciekawsze, nie tylko historycznie, jest oczywiście pytanie o powrót do klubu Wayne’a Rooneya. Premier League zna wiele przypadków, w których pojawienie się w jakiejś drużynie zawodnika doświadczonego i utytułowanego jest dla niej wielkim zastrzykiem energii – wystarczy wspomnieć ubiegłoroczny transfer Ibrahimovicia do MU, ale mnie przypominają się także losy Teddy’ego Sheringhama, zarówno w Manchesterze, jak później, po powrocie do Tottenhamu. Pod warunkiem oczywiście, że komuś takiemu wciąż się chce – ale o to w przypadku Rooneya nie można mieć wątpliwości. Ubiegły rok nie był dla niego udany, siedzenie na ławce go męczyło, w Evertonie znów ma szansę być liderem, wokół którego koncentruje się wszystko, co najlepsze (choć przecież liderów w tej drużynie nie brakuje: są Jagielka, Barry, Schneiderlin, Baines, a i Klaasen zdążył już być kapitanem Ajaksu). Powiedzmy więc tak: Anglik w Manchesterze dojrzał, uspokoił się i pobił wszystkie rekordy – w Evertonie będzie mógł po prostu cieszyć się grą, bez wielkiej presji, i to w klubie, w którym przecież wszystko się zaczęło. Tylko jakie miejsce znajdzie dla niego Koeman?

Ciekaw jestem bardzo kolejnego sezonu Bournemouth w Premier League. Sezonu, w którym – co do tego nie może być wątpliwości – drużyna osadzi się jeszcze mocniej w środku ligowej tabeli, a jej trener (jest tylko kwestią czasu, kiedy zgłoszą się po niego zamożniejsi i bardziej prestiżowi pracodawcy) pozwoli rozwinąć skrzydła kolejnym zawodnikom. To w końcu jedna z najfajniejszych historii o Premier League: będącego wciąż jeszcze przed czterdziestką szkoleniowca, który wprowadza drużynę z małego miasta do elity, by robić z nią kolejne postępy – cierpliwie i krok po kroku, najpierw utrzymując się w ekstraklasie wbrew wszelkim spodziewaniom, a potem stawiając sobie ambitniejsze cele i sięgając w swoich planach transferowych po coraz głośniejsze nazwiska. O tym, jakie są możliwości trenerskie Howe’a wiele mówi fakt, że trzon drużyny do dziś stanowią zawodnicy, z którymi pracował jeszcze w League One, np. Arter czy Daniels. O tym, jaką wagę przywiązuje do detali, mówi anegdota o specjalnych pomarańczowych okularach, zakładanych przez jego podopiecznych wieczorami, co ma zagwarantować lepszy relaks i ograniczyć negatywne efekty światła smartfonowych ekranów. O tym, jaki standard gry narzucił, mówią statystyki przebiegniętych kilometrów czy utrzymywania się przy piłce – gdzie Bournemouth jest w czołówce. O tym, że klub ma się dobrze także na zapleczu, najwięcej mówią plany przeprowadzki na nowy stadion w sezonie 2020/21.

Najgłośniejsze tegoroczne transfery Bournemouth mają na celu przede wszystkim uszczelnienie tracącej zbyt dużo bramek defensywy: żeby ściągnąć Ake pobito klubowy rekord, na Begovicia też wydano porządne dziesięć milionów (trochę szkoda Boruca, który między słupkami wiele razy padał ofiarą błędów kolegów). Ale na stare śmieci wraca też (grał tutaj, uwaga, szesnaście lat temu) wiecznie młody Jermain Defoe – skreślony po wyjeździe do Kanady snajper zdołał odnaleźć się w Sunderlandzie (dwa razy po piętnaście goli w dwóch ostatnich sezonach) i wrócić nawet do reprezentacji Anglii, z północnolondyńskich wspomnień wiem, że to postać w szatni na wskroś pozytywna. W Bournemouth będzie rywalizował o miejsce w składzie – lub, co bardziej prawdopodobne, stworzy duet, z równie bramkostrzelnym Joshuą Kingiem. Jest wielkim szczęściem Eddiego Howe’a, że tego snajpera nie podkupił mu żaden z większych i zamożniejszych klubów, podobnie jak aspirującego do miejsca po Wilsherze na środku pomocy świeżo upieczonego mistrza świata U-20, Lewisa Cooka. Kilku kluczowych zawodników przedłużyło zresztą dopiero co kontrakty z klubem.

W przypadku tej drużyny przerzucanie się kolejnymi nazwiskami nie ma jednak wielkiego sensu. W jakimś sensie jej największą gwiazdą jest trener, a jej rozwój jest powiązany z jego ewolucją. Tkwiące w nich rezerwy pokazuje choćby jeden z najbardziej fascynujących meczów ubiegłego sezonu: ten grudniowy z Liverpoolem, który choć grał znakomicie i prowadził do przerwy 0:2, a potem 1:3, ostatecznie przegrał 4:3, a zwycięski gol dla Bournemouth (zdobyty zresztą przez wypożyczonego wówczas z Chelsea Ake) padł już w doliczonym czasie gry. Tamta determinacja całego zespołu, postawa „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, nie zniknęła nawet w czasie kryzysu formy, który przyszedł w pierwszych miesiącach 2017 roku.

Jakie Leicester zobaczymy w sezonie 2017/18? To, które cudem ratowało się przed spadkiem dwa lata temu? To, które cudem wygrywało mistrzostwo kraju przed rokiem? To, które w ostatnich miesiącach najpierw leciało na łeb na szyję w dół tabeli, by po zwolnieniu uwielbianego w mieście Claudio Ranieriego odbić się znów i pod wodzą Craiga Shakespeare’a nie tylko finiszować bezpiecznie w Premier League, ale i powalczyć w Lidze Mistrzów z samym Atletico Madryt? Z prostego uśrednienia wynika, że będzie trochę tego i trochę tego – w sam raz, by skończyć w środku tabeli, czasami psując krew najlepszym, czasami kapitulując przed słabeuszami.

Argumentów, by o los Leicester tym razem się nie martwić, jest całkiem sporo – najważniejszy nazywa się Jamie Vardy, którego w ofensywie wspierać będzie sprowadzony z MC Kelechi Iheanacho. Ryiad Mahrez odejdzie prawie na pewno (do Romy?), choć podczas okresu przygotowawczego grał i strzelał bramki, ale na jego miejsce czyha już Demarai Gray, a poza tym są przecież Albrighton, Musa, Slimani (ci dwaj mają wiele do udowodnienia po wyjątkowo nieudanym poprzednim sezonie), młody i bardzo dobry Ndidi, a także sprowadzony tego lata z Sevilli Iborra. Jest także – od niego pod wieloma względami wypadałoby zacząć – reprezentant Anglii Danny Drinkwater. Starzejącą się parę stoperów wzmacnia i odświeża Harry Maguire z Hull, wielki potencjał na lewej obronie ma Ben Chilwell (pamiętacie, jak jego wejście odmieniło obraz pojedynku z Atletico?), drużynie nie grozi rozproszenie wywołane grą w europejskich pucharach.

Craig Shakespeare, w odróżnieniu do wielu innych menedżerów, nie ograniczył przedsezonowych przygotowań do meczów de facto pokazowych, tylko podczas sparingów z zespołami z niższych lig wypróbowywał kolejne ustawienia: nie zdziwcie się, jeśli po wyleczeniu Hutha także tu zobaczymy grę trójką obrońców. I menedżer, i przedstawiciele klubowej hierarchii mówili sporo o tym, że po czasie fiesty trzeba wrócić do rzeczy i spraw elementarnych; stąpać twardo po równej drodze, takiej, w której nie ma już wyrw, ale zarazem takiej, przy której nie rosną kwiaty. Craig Shakespeare – człowiek, którego droga na trenerskie szczyty była zresztą kręta i wyboista; po zakończeniu kariery piłkarskiej bezrobotny i prowadzący szkółkę dla dzieciaków, potem stopniowo pnący się po szczeblach hierarchii w kilku kolejnych klubach – wie, że wspomnienia z jedynego takiego sezonu w historii Leicester nie mają już żadnego znaczenia, zasługi wówczas odniesione – również. Może nie będzie przepięknie, ale będzie normalnie.

Nie jest łatwo prowadzić taki klub jak Southampton (albo szerzej: nie jest łatwo prowadzić drużynę środka tabeli): ledwo wychowa jakiegoś młodego zdolnego, albo ledwie ściągnie z zagranicy jakiegoś zawodnika, który wypromuje się dopiero tutaj (Danny Rose mówi o takich, że trzeba ich poznawać przez Google’a…), musi godzić się z jego odejściem do któregoś z potentatów. Lallana, Lambert, Shaw, Lovren, Clyne, Wanyama, Mane, Schneiderlin, kiedyś Bale – wyliczać można by długo, a następny w kolejce ma być – żądający już wpisania na listę transferową, a mający z klubem wieloletni kontrakt Virgil van Dijk. Inna sprawa, że trenerzy zmieniają się równie szybko: nowy, Mauricio Pellegrino, będzie czwartym w ciągu pięciu lat, i odbywa się to bez jakichś wielkich konsekwencji dla miejsca w ligowej tabeli. W Alaves Pellegrino radził sobie znakomicie, zwłaszcza uszczelniając defensywę (jego podopieczni nie strzelali zbyt wielu bramek, ale podobnie było przecież w Southamptonie), może więc przeprowadzka na Wyspy będzie dla niego tym, czym kiedyś dla Mauricio Pochettino?

Z kryzysem van Dijkowym Argentyńczyk radzi sobie nieźle – po prostu odsunął go od składu, szykując na jego miejsce raczej Jacka Stephensa niż sprowadzonego z Lecha Jana Bednarka. Przygląda się też zawodnikom z klubowej akademii: jest dobrą tradycją Southamptonu, że daje się tu szanse młodym, trudno więc nie spodziewać się, że w składzie pojawiać się będą następni wychowankowie, obok już znakomitego Warda-Prowsego. McQueen, Hesketh, Targett, Sims, Flannigan, Jones, Wood, Valery – wszyscy oni mogą mieć nadzieję na grę. Tylko czy ktoś, oprócz Manolo Gabbiadiniego i może Dusana Tadicia, będzie strzelał bramki? Jak sprawdzi się w roli rozgrywającego, pewnie nie od razu zresztą wpuszczony do wyjściowej jedenastki, choć najdroższy w historii klubu, Gabończyk Mario Lemina z Juventusu?

Jeśli van Dijk w końcu odejdzie, spodziewajcie się, że Southampton znów ruszy na zakupy. Cel strategiczny: grać trochę mniej nudno i bardziej ofensywnie niż w ostatnich miesiącach pracy Claude’a Puela. Nadzieje na dobry początek: ułatwiający wejście w sezon kalendarz rozgrywek, rozpoczynany od meczów ze Swansea, West Hamem, Huddersfield i Watford.

Premier League jest terenem nieznanym dla nowego szkoleniowca innej z drużyn, którym wróżę środek tabeli: Franka de Boera z Crystal Palace. Niewykluczone także, że jak wszystko pójdzie dobrze, praca w tym klubie będzie dla świetnego przez laty piłkarza odskocznią do dalszej kariery, albo raczej – zważywszy na fatalny epizod w Interze – okazją do obudowania nadszarpniętej nieco po dobrych czasach w Ajaksie reputacji… kto wie, jak długo Arsene Wenger zostanie w Arsenalu?

Z oglądania drużyny w sparingach wynika jednak, że de Boer nie będzie kopiował firmowego dla swojej holenderskiej drużyny ustawienia 4-3-3 i przejdzie raczej na grę trójką obrońców; skądinąd sprowadził już z Holandii znanego mu obrońcę Jairo Riedewalda. Tak naprawdę skład ma bardzo mocny – z Benteke w ataku, szybkimi Puncheonem, Zahą czy Townsendem za jego plecami, z van Aanholtem, Schluppem lub wypożyczonym z MU Fosu-Mensahem przy linii bocznej, z Yohanem Cabaye, który jeszcze niedawano zaliczał się przecież do najlepszych rozgrywających kontynentu, w środku pola, gdzie grać będzie także sprowadzony z Chelsea Loftus-Cheek (a jest też uniwersalny Luka Milivojevic), z doświadczonymi Dannem czy Delaneyem w obronie. Z takim potencjałem można osiągnąć niejedno, pytanie tylko, na ile de Boer ustabilizuje ich formę i na ile są głodni nauki nowych rzeczy po czasach Sama Allardyce’a czy Alana Pardew? Na ile otrząsnęli się z dewastujących doświadczeń, bolesnych porażek na własnym stadionie, niezadowolenia fanów i walki o utrzymanie, która implikuje przecież określony, nazwijmy go właśnie Allardyce’owskim, styl gry? De Boer z pewnością spróbuje londyńczyków oszlifować po swojemu (czy znajdzie swojego bramkarza, czy da Henessy’emu jeszcze jedną szansę?), z pewnością będzie chciał widzieć w drużynie więcej piłkarskiej jakości, ale potrzebuje czasu.

Newcastle, choć formalnie jest beniaminkiem, trudno za beniaminka uznawać: z jego stadionem, rozpoznawalnością klubowej marki (pamiętacie film „Gol”?), z bazą kibicowską, z nazwiskiem menedżera i z grupą piłkarzy, niewątpliwie przynależy do elity; wraca zresztą do niej po rocznej zaledwie przerwie. Pytanie tylko, czy i na ile kontrowersyjny właściciel klubu Mike Ashley będzie się zachowywał stabilnie i na ile wesprze Rafę Beniteza podczas koniecznych wzmocnień (jeszcze jeden napastnik to podstawa!), i na ile sam Benitez wytrzyma użeranie się z Ashleyem i jego zbyt skromnym budżetem? W klubie pojawili się już wprawdzie Christian Atsu, a także Lejeune, Jacob Murphy, Manquillo i Merino, ale żaden nie należy do zakupów z najwyższej półki (tylko Murphy kosztował powyżej 10 milionów), a w przypadku zawodników z zagranicy pytanie jest zawsze to samo: na ile klimat znad rzeki Tyne okaże się do przyjęcia, a na ile tęsknić będą za okolicami bardziej przyjaznymi. Historia zna wiele przypadków gwiazd, które mimo świetnych referencji z poprzednich klubów, akurat w Newcastle zawodziły na całego. Oprócz nowo sprowadzonych są jednak, mający niemałe doświadczenie w Premier League, Gayle, Perez, Mitrović czy Shelvey, a Benitez wie, jak osiągać wyniki nawet w sytuacjach skrajnie niesprzyjających – lekcja Championship musiała być zresztą dla dumnego Hiszpana wyjątkowo cenna.

Zabawne, ale akurat Rafa sprawia wrażenie człowieka, który zapuścił w Newcastle korzenie; bodaj w żadnym innym klubie nie spotykało go zresztą tyle uwielbienia ze strony fanów. Z drugiej strony: lekcja Claudio Ranieriego w Leicester pokazuje, jak szybko taka sytuacja może się zmienić. Prasa alarmowała, że Benitez miał dość, gdy Tammy Abraham z Chelsea, zamiast do Newcastle przeniósł się do Swansea. Ze swoim trenerskim życiorysem z pewnością może mieć poczucie, że z łatwością znalazłby lepszą pracę – a jeśli miałby zostać w Newcastle, to lepiej niż do tej pory uzbrojony przez właściciela. Zróbmy więc zastrzeżenie: bezpieczeństwo Srok w tabeli łączymy z obecnością w klubie Rafy Beniteza.

West Ham przywykł już chyba do wątpliwego komfortu dawnego Stadionu Olimpijskiego. Slaven Bilić przetrwał trudny sezon, naznaczony przeprowadzką, szybkim odpadnięciem z Ligi Europy, odejściem Dimitri Payeta, katastrofalnym epizodem z wypożyczeniem Simone Zazy, kontuzją Andre Ayewa itd. Ze względu na świetny poprzedni sezon, no i ze względu na swój zawodniczy epizod w klubie, Chorwat pozycje miał mocną, ale w tym roku po prostu musi zacząć lepiej, zwłaszcza że na rynku transferowym dostał pożądane wsparcie. Łatwo nie będzie, bo z racji na zorganizowane właśnie na London Stadium mistrzostwa świata w lekkiej atletyce pierwsze trzy mecze Młoty grać będą na wyjeździe. Z drugiej strony: zawodnicy, którzy pojawili się w West Hamie, znają Premier League na wylot – nawet jeśli Hart i Hernandez przez jakiś czas grali również za granicą. „Chicharito”, który wraca z Niemiec jako gwiazda pełną gębą, będzie współpracował nie tylko z Lanzinim, ale też kupionym ze Stoke, równie kreatywnym Marco Arnautoviciem

Hart spotyka równie doświadczonego Zabaletę, a warto pamiętać, że wcześniej przyszedł Jose Fonte. Bilić przetrwał sztorm i przetrwa kolejny raz – tym razem zresztą będzie wiało łagodniej.

Przetrwa również Mark Hughes. Jego Stoke jest wzorowym przykładem drużyny ze środka tabeli, takiej, co to nie musi przesadnie oglądać się za siebie, ale i nie ma zbyt wielu okazji do spoglądania w górę. Wielkim sukcesem transferowym może być wypożyczony z Chelsea Kurt Zouma, który niewiele miał dotąd okazji do wykazywania się talentem na Stamford Bridge, a Darren Fletcher ze swoim doświadczeniem także znalazłby miejsce na niejednej ławce. Rutyniarzy jest zresztą więcej: Ryan Shawcross, Peter Crouch (najlepszy strzelec drużyny z wynikiem… siedmiu goli; najwyższy czas, by o swoich umiejętnościach przypomniał Saidi Berahino…), Glen Johnson czy Charlie Adam to nazwiska pierwsze z brzegu, choć między słupkami ładnie rozwija się też talent młodszego Jacka Butlanda. Ale nie będę pewnie jedynym, który napisze, że Britannia Stadium straciła już sporo ze swego straszliwego uroku i że o punkty tu łatwiej niż za czasów niezapomnianego Tony’ego Pulisa, kiedy to Arsene Wenger zechciał określić jego podopiecznych mianem „rugby team”. Ba: i Tottenham, i MC, i Arsenal nawet, strzelały tu po cztery gole. Mark Hughes próbował wprawdzie w ostatnich sezonach zmieniać trochę styl gry, mówił więcej o posiadaniu piłki, sięgał po gwiazdy z kontynentu, z których najjaśniej świeciła ta obecnego wciąż w klubie Bojana Krkicia, ale impet do zmian wyraźnie osłabł. W tym sezonie może i nie grozi drużynie walka o utrzymanie, ale za rok?

Równie fantazyjne opowieści, jak o Stoke, snuć można o West Bromwich Albion – nie ma zresztą przypadku w tym, że na obu zespołach odcisnął swe piętno Tony Pulis. O długich piłkach, o stałych fragmentach gry, o łokciach wbijanych pod żebra rywali, o niewygodzie, z jaką mierzyć się trzeba próbując sforsować ustawione tuż przed polem karnym zasieki… W West Bromwich zmienia się na tyle mało (bo też i zmieniać więcej nie ma chyba potrzeby, skoro chiński właściciel nie kwapi się do rozwiązywania worka z pieniędzmi), że w czasie wakacji najwięcej mówiło się o powrocie do klubu, do pomocy Pulisowi, jednego z poprzednich menedżerów Gary’ego Megsona. Oczywiście przyszedł także Jay Rodriguez – zawodnik, którego rozwój ograniczyły w ostatnich latach kontuzje, a który wraz z Nacerem Chadlim (odżył po latach na ławce w Tottenhamie, ale tego lata pokłócił się ponoć z menedżerem) wspierać będzie osamotnionego w napadzie (tylko osiem bramek przez cały sezon) Salomona Rondona. Solidność w środku pola zapewniają Claudio Yacob i Jake Livermore, który niespodziewanie zapracował równą grą w WBA na powołanie do reprezentacji Anglii; o szczelność defensywy zadbają po staremu Jonny Evans, Craig Dawson czy Gareth McAuley. Zobaczycie: drużyna w pewnym momencie osiągnie te gwarantujące zwykle utrzymanie czterdzieści punktów, a potem straci zainteresowanie dalszym rozwojem sytuacji.

Inaczej niż wielu ekspertów z Anglii, spodziewam się utrzymania Burnley. Sean Dyche, nazywany nieco ironicznie „Rudym Mourinho”, jest cudotwórcą, którego nazwisko powinniśmy wymieniać zaraz po nazwisku Pulisa. Pracując z niewielkim budżetem, na stadionie coraz bardziej odstającym od standardów plastikowej i korporacyjnej Premier League, za to będącym świadkiem sensacyjnego zwycięstwa gospodarzy nad Liverpoolem (goście oddali wówczas 26 strzałów i byli przy piłce rekordowe 81 procent czasu gry, a przecież przegrali 2:0; od początku sezonu 2003/04, gdy firma Opta zaczęła analizować statystyki ze spotkań Premier League, żadna inna drużyna występująca w angielskiej ekstraklasie nie zdołała wygrać meczu, w którym byłaby tak mało przy piłce), utrzymał swój zespół w ekstraklasie i zrobi wszystko, by pozostać w elicie na dłużej. Że nikt na niego nie stawia? Tym lepiej: można grać bez presji i robić swoje z dala od medialnego szumu. Kto z was, zapytany o najlepszych w lidze wykonawców stałych fragmentów gry, przypomniałby sobie nazwisko Robbiego Brady’ego? Oczywiście wielką stratą jest odejście z Turf Moor obrońcy Michaela Keane’a, ale dzięki pieniądzom z jego sprzedaży przyszło kilku ogranych już w Premier League zawodników, choćby Phil Bardsley, Jon Walters i Jack Cork. Szkoda też odejścia Andre Graya – chłopaka, który skądinąd jeszcze cztery lata temu grał w półamatorskim Hinckley United. W przypadku Burnley jednak, podobnie jak gdy mowa była o Bournemouth, nie ma co rozwodzić się nad nazwiskami; rozważać, jak wielu z grających tu zawodników najlepsze lata kariery ma za sobą (z pewnością wielu…). Siłą tego zespołu jest drużyna jako taka. Zgrana, waleczna, pracowita i niezmanierowana, rzucająca na Turf Moor wyzwanie każdemu rywalowi (piłkarze Dyche’a wygrali tu aż dziesięć spotkań). Jeszcze raz czterdzieści punktów? Widzę to.

Tak naprawdę spadkiem zagrożone są cztery drużyny. Watford umieściłbym może nawet na dwudziestym miejscu, gdyby nie pamięć naprawdę dobrej roboty, którą jego nowy trener, Marco Silva, wykonał w ostatnich miesiącach sezonu z innym rozpaczliwie walczącym o utrzymanie zespołem – Hull. Menedżerów zmienia się tu zresztą jak rękawiczki – doprawdy trudno pojąć, czemu przed rokiem musiał odejść Quique Sanchez Flores; łatwiej już pogodzić się ze zwolnieniem Waltera Mazzariego, wyniosłego i niemówiącego po angielsku, choć i on przecież, mimo fatalnej końcówki sezonu, zdołał utrzymać zespół w Premier League. Zakupy, jakich dokonał Silva (wydał skądinąd ponad 50 milionów, więcej niż Arsenal czy Liverpool), wyglądają sensowniej niż te sprzed roku czy dwóch, kiedy piłkarzy sprowadzono na kopy i bez większego pomyślunku: Tom Cleverley i Andre Gray nie są produktami eksportowymi i znają już ligę (a ten ostatni odciąży w ataku leczącego jeszcze kontuzję Troya Deeneya wraz ze sprowadzonym z Fluminense Richarlisonem), Will Hughes i Nathaniel Chalobah to wielkie talenty, które mają przed sobą jeszcze kawał kariery i pozwalają znacznie odmłodzić jedną z najstarszych drużyn w lidze. Po kontuzji wrócił Robert Pereyra, miejsce na środku obrony stracił w końcu popełniający mnóstwo błędów Younes Kaboul. W sumie jednak: dużo zmian w ostatnich dwóch latach, za dużo, by się nie martwić.

Swansea bez Sigurdssona raczej sobie nie poradzi. A Islandczyk, który strzelił w poprzednim sezonie 9 goli i miał 13 asyst (w sumie miał udział w 53 ze 133 goli strzelonych przez Walijczyków w ciągu ostatnich trzech lat) odejdzie niemal na pewno – pod koniec okienka klub spuści pewnie z tonu i przyzna, że oferowane przez Everton kilkadziesiąt milionów za w pełni dojrzałego już zawodnika to świetna cena. Zgoda: nawet z Sigurdssonem w składzie zespół przez kilka fatalnych miesięcy pod Bobem Bradleyem (naprawdę: czy trzeba było zwalniać Gary’ego Monka) wydawał się pewnym kandydatem do spadku i trzeba było przyjścia Paula Clementa, by niemożliwe stało się możliwe, no ale lubiany przez dziennikarzy Clement miał na kim się oprzeć. W ataku Fernando Llorente (złamał rękę na rowerze i w pierwszych meczach sezonu nie zagra) ma odciążyć młodziutki Tammy Abraham (czy walka o utrzymanie nie będzie jednak dla niego skokiem na zbyt głęboką wodę?), a w pomocy są aż nazbyt waleczny Roque Mesa, elegancki Tom Carroll i pamiętający zarówno najgorsze, jak najlepsze czasy symbol drużyny Leon Britton, w obronie pod okiem Clementa dobrze zaczęli grać Fernandez i Mawson, o klasie Łukasza Fabiańskiego w bramce nikogo nie trzeba przekonywać. Czas jednak ucieka niemiłosiernie: sezon trzeba rozpocząć i bez Sigurdssona, i bez jego następcy, któremu wypada przecież dać czas na zgranie się z kolegami i zrozumienie koncepcji trenera. Kłopot w tym, że jakie będą te koncepcje, wiele zależy od rozwiązania kryzysu wokół Islandczyka; może zresztą jednego bezpośredniego następcy nie sposób znaleźć i rozsądniej będzie zainwestować pieniądze z rekordowego niewątpliwie transferu w kupno jakiegoś klasowego obrońcy. Tak czy inaczej, wypada jednak zauważyć, że to nie jest już tamta Swansea, tworzona przez Brendana Rodgersa i Roberto Martineza, których ideom jeszcze Gary Monk pozostawał wierny i których ucieleśnieniem jest wspomniany już Britton. Klub, w którym część udziałów przejęli Amerykanie, zatracił kawał swojej tożsamości. NIewykluczone, że ta nowa wykuwać się będzie musiała w Championship.

Bardzo obawiam się o Brighton, choć powodów do kibicowania tej drużynie jest mnóstwo. Chris Hughton, wierny i wieczny asystent podczas trwającej lata menedżerskiej karuzeli na White Hart Lane, gdy w końcu poszedł na swoje, radził sobie znakomicie – jego zwolnienia z Newcastle i Norwich były raczej wyrazem właścicielskiej niecierpliwości niż rzetelną oceną pracy trenera, który z Newcastle także zdołał zresztą przecież awansować do Premier League. Nie sposób Hughtona nie lubić za jego cichą kompetencję, ciepłe poczucie humoru, dystans do mediów i spokojną godność, z jaką znosi pytania o bycie jedynym czarnoskórym menedżerem w Premier League. Wśród jego najlepszych cech ludzkich (pytanie, na ile przymiotnik ten kłóci się czasem z przymiotnikiem „trenerskich”) jest także lojalność, którą widać choćby po w gruncie rzeczy niewielkich zmianach w składzie, z jakim wywalczył awans. W drużynie nie ma wielkich nazwisk (największą gwiazdą jest szalejący na prawym skrzydle Knockaert), a mimo to transfery nie oszałamiają (choć żeby sprowadzić Davy’ego Proppera z PSV pobito klubowy rekord, a wypożyczenie z Chelsea szybkiego Izzy’ego Browna może okazać się strzałem w dziesiątkę; delikatną operacją jest zmiana bramkarza po odejściu Stockdale’a do Birmingham) i nie ma ich wiele. Zapewne nie chodzi o to, by nie robić sobie wielkich złudzeń w kwestii, ile może potrwać ta przygoda – zresztą Hughton sugerował, że myśli jeszcze o upolowaniu jakichś okazji tuż przed zamknięciem okienka transferowego – raczej chodzi o konsekwencję, z jaką Irlandczyk trzyma się dotychczasowego personelu, grającego w Championship świeży, a nade wszystko ofensywny futbol. Smak Premier League zna niewielu – Sidwell czy Rosenior np., ale czy czegoś podobnego nie pisaliśmy dopiero co o graczach Burnley czy Bournemouth, którzy zdołali się tu zadomowić?

Podobnie mówić można o innym beniaminku, Huddersfield (miałem rok, kiedy ostatni raz występowali w najwyższej lidze): choć jego bój o awans do Premier League był zaiste niewiarygodny, zważywszy także na to, że w ciągu poprzednich lat desperacko walczyli o utrzymanie w Championship; choć pressingu, jakim grali, nie powstydziłby się Tottenham Mauricio Pochettino i Liverpool Jurgena Kloppa (skądinąd mentora i przyjaciela szkoleniowca Huddersfield z czasów wspólnej pracy w Borussii); choć charyzmatyczny menedżer David Wagner kupował chętnie i szybko, a wśród sprowadzonych do klubu, jedenastu, jeśli dobrze liczę zawodników znalazł się Tom Ince z Derby, którego jeszcze niedawno obserwowało wiele klubów z czołówki Premier League; choć udało się zatrzymać w klubie Aarona Mooya z MC, bez którego awansu do ekstraklasy pewnie by nie było; choć w obronie do arcytwardziela Christophera Schindlera dołącza twardziel ponoć jeszcze większy, Duńczyk Jorgensen; choć Mounie w barwach Montpellier strzelał wiele bramek i zaczął strzelać już w okresie przygotowawczym – dystans do elity wydaje się jeszcze zbyt wielki. Hipsterka oglądać będzie wprawdzie Huddersfield z wypiekami, a gole do obu bramek są gwarantowane (pokażcie mi drugą drużynę, która zdolna jest awansować do ekstraklasy z… ujemną różnicą bramek), ale dziennikarze już mnożą porównania z epizodycznie tylko występującymi w Premier League Hull czy Blackpool. Ktoś musi spaść, powiadają.

12 myśli nt. „Przewodnik po Premier League, v. 17/18

  1. ezi

    Jak zwykle zwięźle, a przy tym gruntownie. Już się bałem, że blog nie odżyje. Dzięki! Jedna drobna uwaga: według mnie zdecydowanie łatwiej rozegrać atak pozycyjny na dużej murawie, niż małej.
    1.Man Citi
    2-4. Liverpool, Chelsea, Arsenal (jeśli Alexis przedłuży kontrakt) .
    5-7 MU, Everton, Spurs
    Czarne konie: West Ham i Leicester
    Ucieszyłaby mnie dobra pozycja Brighton. Obejrzałem niedawno film Toma Hoopera The damned United, w którym klub znad morza przewija się epizodycznie, i skąd ucieka Brian Clough, i jakoś mi się żal ich zrobiło.

    Odpowiedz
  2. michal77

    1. Jak zwykle świetny tekst. Tradycyjnie nie mogłem się doczekać.
    Za błędy w typowaniu kolejności tradycyjnie rozliczymy 😉 😉 😉
    2. Nie rozumiem podejścia Danny Rose’a i jego wypowiedzi, że klub potrzebuje transferów gwiazd. Że niby za mało gwiazd mają w drużynie?? Przecież to on powinien być tą gwiazdą, a przede wszystkim powinien starać taką gwiazdą zostać, by zawodnicy z innych lig i klubów chcieli przechodzić do Tottenhamu by grać w towarzystwie najlepszych. Z takich wypowiedzi wynika, że mówiący ma niskie mniemanie o sobie i swoich kolegach.

    Odpowiedz
  3. DawidSz

    Bardzo ciekawa ta analiza i jak zwykle irytujący pesymizm względem Tottenhamu. Młodzi chłopcy dorastają, trener jest coraz lepszy, nie widzę powodu dlaczego mieliby wypaść z pierwszej czwórki. Każdy z piłkarzy na pewno zrobił postępy, a ostatni sezon w ich wykonaniu był na tyle dojrzały, w miarę równy, że nie wiem, co może świadczyć o ich zapaści.

    Tak samo jak nie rozumiem tego optymizmu względem Liverpoolu, który podobnie jak Tottenham w rzeczywistości prawie w ogóle się nie wzmocnił, a być może tylko się osłabi. Dziś dwa gole stracone po rzutach rożnych, walka z zespołem, który będzie walczył o utrzymanie, nic nowego, sami swoi, liverpoolska szopa. Nic nie świadczy, aby The Reds mieli na stałe usadowić się w TOP4 bez załatania problemów obronnych, bo na razie wygląda to tak, że atak jest na miejsce 1-4, pomoc 5-9, obrona 15-20. Sam van Dijk, nawet jeśli przejdzie, nie załatwi wielu problemów. Odejście Coutinho zaś może tylko osłabić i tak niską kreatywność w pomocy. Henderson i Can są bardzo dobrzy, ale nie mają kreatywności, zaś Wijnaldum jest przeciętny, oglądam mecze z jako takim pojęciem od dwudziestu lat i nie mam pojęcia co w nim ludzie widzą. Tutaj potrzebne są zatem minimum dwa transfery: w środek obrony i środek pomocy, inaczej magia Kloppa może zdać się na nic. Nie ukrywajmy, że ostatnie 4 miejsce było w pewnym sensie szczęśliwe. W przeciwieństwie do tego drugiego miejsca Tottenhamu, które było jak najbardziej zasłużone.

    Powiem tak:
    1. City
    2. Tottenham
    Reszta nie wiem:)

    United pod Mourinho pomimo ogromnych transferów gra po prostu brzydko i nic nie wskazuje, aby to się miało zmienić. Będą wyrachowani, ale to za mało. Chyba, że coś zaskoczy, ale wydaje mi się, że przez Mourinho nie wykorzystują oni swojego potencjału.

    Chelsea chyba drugi sezon nie będzie w stanie ujeżdżać tej samej kobyły z tymi samymi pomysłami. Kto wie jak potoczy się też kariera Hazarda i Moraty.

    Arsenal, przepraszam, to Arsenal.

    Odpowiedz
  4. Król Julian

    W sumie stawiałbym na Mou i United – transfery przemyślane, gracze sprawdzeni, generalnie nie może się nie udać, drugi sezon Mou – będą ciułać te punkty aż oczy nas rozbolą, itd., ale… No właśnie – przecież klątwa tych 7 lat chudych wciąż trwa, więc nie uciułają… City niestety, jak dla mnie, to za bardzo hollywoodzka produkcja, chyba też nie w tym roku. Liverpool – spektakularnych wzmocnień brak, a ze okienko jeszcze otwarte to może się okazać, że jednak bardziej się osłabią niż wzmocnią. Chelsea – została z dwoma środkowymi pomocnikami – jeden potrafi kopać do przodu, drugi bronić, nie ma opcji żeby się udało, w dodatku w obronie totalny chaos, tak ogromny, że Luiz wydaje się najpewniejszym jej punktem… Tottenham – tak, to może być ich rok. Arsenal – nie ma tematu, zarówno mistrzostwa, jak i tej ich parady, akurat prognozowanie wyników tego klubu wychodzi mi całkiem nieźle 🙂
    1. Tott
    2. MU
    3. MC
    4. Chelsea
    5. Liverpool
    6. Arsenal
    Niespodzianka in plus – WHU

    Odpowiedz
    1. hazz2

      Nie nie to się nie uda
      1. City – wystarczy na ławkę z wczorajszego meczu popatrzeć
      2. Chelsea
      3. MU
      4. Tott – jeśli szczęście dopisze w kosmicznych ilościach
      5. Ars
      6. Liver – chyba, ze utrzymają Coutinho i wreszcie Klopp ogarnie tą komiczną obronę

      Odpowiedz
  5. me262schwalbe

    Wczoraj byłem cały dzień w podróży i już miałem gotowy tekst, że pierwszą kolejkę trzeba będzie przełożyć, bo nie może być tak, że zostanie rozegrana przed tradycyjnym już przewodnikiem ….
    Ale jak Autor już wielokrotnie zauważył są sprawy ważne i ważniejsze, więc przewodnik jest na czas więc można było pozwolić rozegrać pierwszą kolejkę :).
    Co to przewidywań to bardzo często zgadzam się z Autorem, teraz też jest podobnie, z jednym małym ale… co do MU wyrocznia mówi co innego, choć całe rozumowanie jest poprawne i wg niego MU powinno być 1-3.
    MC
    L’pool, Tott, Ars,
    Che, MU,

    Lecą Swans i dwóch beniaminków

    Odpowiedz
  6. Łukasz Kupisz

    Myśląc o tym sezonie dochodzę do wniosku, że Chelsea i Tottenham będą się rozkręcać, na starcie nie liczyłbym na fajerwerki z ich strony. Jednakże to bardzo zgrane drużyny i w tym trzeba wypatrywać ich siły, wbrew pozorom mają one jakąś tam ławkę, ale opartą na młodych perspektywicznych zawodnikach, tacy nie potrafią zmieniać oblicza meczu, nie robią fajerwerk, ale dają zaangażowanie. Zaletą takich piłkarzy jest też brak fochów z powodu miejsca na ławce. Do grona faworytów dorzucam Manchester United, dobre transfery, trzon drużyny zachowany, większe zgranie. Myślę, że to te ekipy rozstrzygną między sobą losy mistrzostwa.
    Manchester City jest dla mnie wielką niewiadomą, stawia ich pan jako faworytów ligi, ale jak to ktoś już tutaj napisał to taka „hollywoodzka produkcja”, w lidze, w której zgrana jedenastka to fundament sukcesu nie wróżę im spektakularnych wyników. Pisze pan że sukces jest im pisany „zważywszy skalę wydatków, trenerską markę, ambicje właścicieli i skalę ich „projektu””. Proszę to przeczytać jeszcze raz i zadać sobie pytanie czy to na prawdę są czynniki decydujące?
    Co do Arsenalu i Liverpoolu to w pełni się zgadzam, w tym roku mogą się w czwórce nie zmieścić. Tutaj jednak trzeba dodać kilka czynników, których zmierzyć nie jesteśmy w stanie, pierwszy to kontuzje(dyskwalifikuje to Arsenal), wypada nam gracz, którego nijak nie da się zastąpić w kluczowym momencie sezonu. Może zadecydować też zmęczenie Ligą Mistrzów, ale chyba będzie ona w fazie grupowej lekko odpuszczana. Tottenhamowi, może zaszkodzić inny stadion, ale to Wembley, więc może i pomóc. Kalkulując że na koniec sezonu trzy ekipy będą blisko siebie, trzeba zwrócić uwagę ta na sytuację ich rywali, czy aby oni nie będą bili się o utrzymanie. Pamięta pan pierwszy sezon drugiej kadencji Mourinho? drużyna na finiszu sezonu bijąc się o mistrzostwo przegrywa niespodziewanie z Sunderlandem.
    Póki co patrzmy i podziwiajmy.

    Odpowiedz
  7. Benny

    Tyle lat już czytam tego bloga, to może sam coś skomentuję.
    1-3 dla Man. City, MU i Arsenal (kolejność dowolna).
    4. Everton – dobre transfery, dobry trener i brak obciążeń w Europie.
    Poza Top 4:
    Chelsea – fatalne okno transferowe,
    Liverpool – bardziej od sprawy Coutinho powinni się zająć formacją obronną,
    Tottenham – trzeci rok w tym samym składzie – jakoś nie wierzę.

    Spadek:
    Swansea (niestety), Brighton, Crystal Palace.

    Odpowiedz
  8. erictheking87

    Nowy sezon, a widzę tu same te same twarze w komentarzach, co jest miłym zaskoczeniem.
    Nie ukrywam, że w ostatnich czasu z okazji zmiany pracy moja aktywność mocno spadła, średnio chyba do 1 komentarza na 2 miesiące, natomiast przygnało mnie z powrotem młoto-bicie jakie dzisiaj na OT urządził United WHU. To 4-0 muszę przyznać, że w imponującym stylu wywalczone.

    Sezon może skończyć się bardzo różnie. Ale zgadzam się z Autorem – wygra klub z Manchesteru.
    Myślę, że prawdopodobnym układem tabeli jest taka kolejność:
    1. Utd
    2./3. City/Chelsea
    4. Spurs
    5./6. Lpool/Arsenal
    7. Everton

    Odpowiedz
  9. Pingback: Dlaczego w Premier League pada tyle goli | Futbol jest okrutny

  10. Bogdan

    Jeśli mogę trzy grosze Od lat kibicuje Liverpoolowi z powodów sentymentalnych – mecze pucharowe z Łódzkim Widzewem zrobiły na mnie kolosalne wrażenie
    Od dwóch lat cześć mego piłkarskiego serca zajmuje zespół z Brighton bo z tego miasta pochodzi mój zięć który zabiera moja córkę na prawie wszystkie mecze u siebie i sporo wyjazdowych gier
    Do rzeczy jednak – Seagulls starają się o pozwolenie na prace dla bardzo szybkiego napastnika – José Heriberto Izquierdo Mena – to Kolumbijczyk gracz belgijskiego Club Brugge — to będzie ciekawe uzupełnienie składu W orbicie zainteresowań jest tez Lucas Perez z Arsenalu – również napastnik Także początkowo myślałem ze Brighton nie będzie chciało wydawać pieniążków bo i tak się nie uda… a tu jednak gorący okres i coś tam próbują zawalczyć Byłem w szoku oglądając ich mecz z City – Mewy grają bardzo ciekawy futbol , ale City nie pozwalało praktycznie na nic graczom znad morza Podobnie zreszta wyglądał wczorajszy mecz Newcastle z Totenhamem Za tydzień ciężki mecz z Leicester –będzie super ciekawie – już się cieszę na to spotkanie Go Brighton

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *