Archiwa tagu: Klopp

Liverpool, czyli sztuka niebronienia

Gdyby Jurgen Klopp pracował w polskiej ekstraklasie (a jak tak dalej pójdzie, kto wie, czy kiedyś do niej nie trafi…), powiedziałby pewnie, że „mecz ewidentnie nam się nie ułożył”. Stracić gola w czwartej minucie, po pierwszym strzale na bramkę, nigdy nie jest przyjemnie, a przegrywać 2:0 w minucie dwunastej, po strzale numer dwa, musi być jeszcze gorzej. Co gorsza, sposób, w jaki Liverpool dał sobie wbijać gole, był doprawdy zawstydzający nie tylko dla zdjętego z boiska już w trzydziestej minucie Lovrena. Skoordynowana obrona przy rzucie z autu (wszyscy szydzą z Chorwata, ale to przecież Gomez zagapił się przy zastawianiu pułapki ofsajdowej), wyprzedzenie obrońcy przez napastnika na połowie boiska po dalekim wyrzucie, brak koncentracji także u bramkarza – dodajmy jeszcze krycie przy stałych fragmentach gry, które pozwoliło Tottenhamowi zdobyć trzecią i czwartą bramkę, dodajmy te wszystkie momenty gapiostwa, podczas których gospodarze przy stanie 2:0 powinni zdobyć trzeciego gola… Jak na dwa lata pracy na Anfield i jak na budżet, jakim dysponował podczas transferów, naprawdę trudno dziś Kloppa bronić. Zwłaszcza, że dał się ograć drużynie występującej bez dwóch podstawowych lewych obrońców/cofniętych skrzydłowych, bez dwóch podstawowych defensywnych pomocników, i jeszcze bez podstawowego pomocnika biegającego między dwoma polami karnymi (mam na myśli Dembele). Po pierwszej analizie składów wydawało się, że zwłaszcza w środku pola zadanie Liverpoolu będzie łatwe, a Coutinho odnajdzie hektary wolnego pola między liniami. Nic z tych rzeczy. Czytaj dalej

Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa. Czytaj dalej

City, Liverpool i trzecia droga

Nic nie przydaje większego sensu naszemu pisaniu o piłce. Żyjemy, oddychamy, oglądamy, czytamy, rozmawiamy, próbujemy cokolwiek rozumieć po to, żeby następnie obejrzeć taki mecz, jak sobotnie spotkanie Manchesteru City z Liverpoolem, albo raczej: sobotnie spotkanie Pepa Guardioli z Jurgenem Kloppem.

Nie pierwsze spotkanie, rzecz jasna. Było ich już tyle, w Niemczech, w Europie i w Anglii, że zdążyli na swój temat wygłosić niejeden komplement, a i w języku dziennikarzy sportowych przyjęło się opisywanie trendów we współczesnym futbolu dzięki jeszcze jednej opozycji obok tej Mourinho-Guardiola (w skrócie: pragmatyk kontra idealista); Klopp i Guardiola to przecież zderzenie natury z kulturą, instynktu z intelektem albo – jak o tym czytaliście w ostatnich dniach aż nazbyt wiele razy – zespołu heavy-metalowego z orkiestrą symfoniczną.

Różnice między Niemcem i Katalończykiem dobrze streścił na łamach „Independenta” Miguel Delaney, zwracając uwagę na czas, w jakim rozgrywają się akcje ich drużyn: trzy-czterosekundowe szturmy Liverpoolu i cierpliwe, przygotowywane nawet w trakcie piętnastu sekund akcje Manchesteru City. Co wolicie? Co ostatecznie okazuje się skuteczniejsze? Czytaj dalej

Tottenham, sprawdzono

Widziałem już mnóstwo takich meczów. Gdybym miał więcej czasu na szperanie w archiwach, wynalazłbym jakiś link do wpisu na tym blogu z czasów, gdy trenerem Tottenhamu był Juande Ramos, albo Harry Redknapp, albo Andre Villas-Boas, albo Tim Sherwood (Martinowi Jolowi, ze względu na okoliczności zwolnienia, daruję bycie wymienionym w tym zestawie); wpisu, w którym biadam na okoliczności kapitulacji ukochanej mej drużyny w starciu z którymś z zespołów tradycyjnej angielskiej czołówki. Jakieś przespane początki, jakieś nieprzytomne zagrania, jakieś chwile gapiostwa i prezenty dla rywali, jakaś wysoka, zbyt wysoka linia obrony (ech, te czasy AVB…), za którą mogli rozpędzać się na przykład zawodnicy Manchesteru City, jakieś koronkowe akcje w polu karnym, cyzelowane przez piłkarzy Arsenalu powiedzmy, a później jakieś gorzkie żale, związane z tym, że oto na naszych oczach oddalają się szanse na awans do Ligi Mistrzów (bo przecież o mistrzostwie kraju serio się raczej nie mówiło). Chwile weryfikacji i przekłuwania balona, pompowanego z kibicowskich projekcji, bo przecież nie z realnego oglądu rzeczywistości. Czytaj dalej

Philippe Coutinho i teologia dogmatyczna

„Gdybym na boisku mógł sterować robotami, wygrywałbym zawsze” – to zdanie Marcelo Bielsy przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem mecz Crystal Palace z Liverpoolem. Przyszło mi do głowy po to, żeby gwałtownie z nim zapolemizować.

Patrząc na ten mecz zrozumiałem bowiem pewne fundamentalne ograniczenie własnego warsztatu, ekhem, pisarskiego; ograniczenie sprowadzające się do wyznania wiary w dwa dogmaty. Z dogmatami w końcu, jak uczył pewien wielki teolog, jest jak z drzwiami: lepiej przez nie przejść, niż kurczowo trzymać się futryny. Czytaj dalej

Czerwony poniedziałek

Najprościej byłoby napisać, że było to okropne, ja jednak oglądałem z wielkim zajęciem – właściwie im dłużej udawało się piłkarzom MU wkładać kij w szprychy liverpoolskiego roweru, z tym większym. Mecz reklamowano wszak jako starcie, tak tak, przedstawiciela odchodzącego pokolenia trenerskiego (że niby mówimy o Mourinho) z młodszym zdolniejszym, co to nie tylko teraz w Liverpoolu, ale i wcześniej w Dortmundzie wyznaczał nowe taktyczne trendy. Wydawało mi się to bałamutne nie tylko dlatego, że różnica wieku między Mourinho a Kloppem wynosi zaledwie cztery lata – przede wszystkim nadal niewiele wskazuje na to, by menedżer MU zaczął odstawać o trenerskiej czołówki.

Dzisiejszy mecz był tego kolejnym dowodem. Tak, wiem, nie podobało Wam się, jak grał Manchester United, a i sir Alex Ferguson otrząsał się pewnie ze wstrętem na trybunach, ale czy znowu aż tak bardzo różniło się to od historycznego już pojedynku Liverpoolu z Chelsea, tym, co to potknął się Steven Gerrard i mistrzostwo kraju odjechało z Anfield? Właściwie podstawowa różnica polegała na tym, że podopieczni Mourinho tym razem nie grali aż tak ostentacyjnie na czas. Poza tym był to reaktywny futbol przeciwstawiony proaktywnemu; czyhanie na błąd, wybijanie z uderzenia, ograniczanie wolnej przestrzeni, itp., itd. Momentami, w pierwszej połowie zwłaszcza, goście wyglądali na ustawionych w 6-3-1, z bocznymi pomocnikami – Ashleyem Youngiem zwłaszcza – dodatkowo pozbawiającymi atakujących ze skrzydeł rywali miejsca na rozegranie akcji, a także z Herrerą i Fellainim zgarniającymi właściwie wszystkie drugie piłki. Czytaj dalej

Siedem punktów na zamknięcie okienka

1. Tego, że padnie kolejny rekord i że w Anglii na piłkarzy znów wyda się ponad miliard funtów, można się było spodziewać nie tylko w związku z nieopuszczającą kluby radością z nowego kontraktu telewizyjnego. Do Manchesteru przeprowadzili się – i rozpoczęli przebudowę drużyn pod swoje potrzeby – Jose Mourinho i Pep Guardiola, podobnie było z Antonio Conte w Chelsea. Zatrudnienie trenerskich gwiazd tej rangi musiało się wiązać z przyznaniem im stosownego budżetu, imponujących inwestycji można było się spodziewać również po Jurgenie Kloppie, dla którego kończy się właśnie pierwsze pełne lato w klubie, i Arsenie Wengerze, znajdującym się pod presją na starcie ostatniego roku dotychczasowej umowy z Arsenalem. Leicester z kolei i Tottenham, pracujące z nieporównanie skromniejszymi budżetami, grają w Lidze Mistrzów – pewność zysków związanych z rozegraniem co najmniej sześciu meczów w tych elitarnych rozgrywkach pozwoliła klubowym księgowym na powiększenie budżetu transferowego o kilka milionów i sprowadzenie np. Slimianiego czy Sissoko. W kilku klubach pojawili się nowi inwestorzy/udziałowcy, West Ham zaś gra od tego roku na większym stadionie – zyski z kilkunastu tysięcy biletów ekstra również piechotą nie chodzą. 

Siłę ekonomiczną Premier League najlepiej pokazują jednak wzmocnienia Crystal Palace. Klub ze środka tabeli, o maleńkim stadionie, rekompensuje sobie odejście Bolasiego zakupem Benteke i Townsenda, a wysokością kontraktu kusi także, było nie było, reprezentanta Francji Mandandę. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Yohan Cabaye nie gra np. dla Milanu? Ja przestałem. Aż trzynaście klubów angielskiej ekstraklasy kupiło piłkarzy za największe sumy w dziejach. Ciąg dalszy nastąpi. Czytaj dalej

Kiedy zaczynać sezon

Czy jeśli napiszę, że nie był to klasyk, przestaniecie czytać i pójdziecie sobie gdzie indziej? A jeśli w następnym zdaniu dodam jeszcze, że oba ubiegłoroczne mecze między tymi zespołami stały na zdecydowanie wyższym poziomie, stracicie cierpliwość do reszty? Po co pisać i czytać o czymś, co z perspektywy kibica neutralnego przez długie minuty musiało wydawać się nużące?

Otóż tym bardziej jest o czym pisać, zadając choćby to jedno proste pytanie: dlaczego Liverpool i Tottenham, pierwszy zespół wyraźnie wzmocniony obecnością kilku nowych piłkarzy, drugi zaś niemal w niezmienionym składzie, co teoretycznie mogłoby działać na jego korzyść (zrozumienie i chemia między zawodnikami itd.), wypadły słabiej. Wskazówek do możliwej odpowiedzi Mauricio Pochettino udziela w rozmowach z dziennikarzami od kilkunastu dni, narzekając na tempo, z jakim wznowiono rozgrywki ligowe po mistrzostwach Europy. Tradycyjny termin rozpoczęcia okresu przygotowawczego – początek lipca – wypadał wszak w tygodniu, podczas którego piłkarze z Walii, Portugalii, Francji i Niemiec uczestniczyli jeszcze w turnieju, a Belgowie, Włosi, Islandczycy i Polacy wyjechali dopiero co. Przed meczem z Liverpoolem menedżer Tottenhamu wyznał wręcz, że tego lata w zasadzie w ogóle nie zaczął pracować nad taktyką, większość treningów poświęcając sprawom kondycyjno-wytrzymałościowym i przygotowaniu piłkarzy nie tyle do najbliższego meczu, co do najbliższych dziewięciu miesięcy uganiania się za futbolówką. O zsynchronizowaniu przygotowań dla ludzi, z których jedni wrócili z wakacji niemal miesiąc po drugich i z których jedni odpoczywali normalne dwa miesiące, inni zaś – zaledwie kilkanaście dni, mówić już nie musiał; wiemy dobrze, w czym rzecz. Czytaj dalej

Sułtani pressingu

Klasyk obejrzeliśmy dopiero wieczorem, kiedy Real ogrywał na Camp Nou Barcelonę – ogrywał faworyta, ogrywał w dziesiątkę, ogrywał psując niezapomniany wieczór pamięci Johana Cruyffa i ogrywał po strzelonym w końcówce golu niewidocznego wcześniej swojego największego gwiazdora. Thriller widzieliśmy z kolei po południu, kiedy Norwich biło się z Newcastle – sytuacja zmieniała się jak w przysłowiowym kalejdoskopie, były emocje, gole, niespodziewane zwroty, odrabiane straty, dramat drużyny walczącej o utrzymanie i euforia drużyny broniącej się przed spadkiem. Pomiędzy nimi, na Anfield Road, nie było ani thrillera, ani klasyku, choć momenty, w których kibice mogli zjeść kanapkę, zerknąć na Twittera albo strzelić sobie selfie z wyrzucającym aut piłkarzem, należały do rzadkości. Nie było tu mowy o cierpliwym tkaniu kolejnych akcji, budowaniu od obrony, dłuższej wymianie podań w środku pola. Podobnie jak w październiku, kiedy Klopp debiutował w Premier League podczas meczu na White Hart Lane, tylko jeszcze intensywniej, Dier i Dembele, Henderson i Can, Eriksen i Alli, Lallana i Sturridge rzucali się do pressingu. Wiele strat na własnej połowie – Walkera i Sakho przede wszystkim – było efektem uporczywej walki o odbiór. Po jednej z takich strat – i świetnym podaniu Coutinho – najlepszą w pierwszej połowie okazję do strzelenia bramki miał Sturridge. Czytaj dalej

Liverpool z Manchesterem, czyli szanujmy wspomnienia

Szanujmy wspomnienia? Przecież życie przeszłością nie ma sensu, szczególnie – ale nie tylko – w piłce nożnej. Nie ma sensu powtarzanie, że za moich czasów, panie, to były dopiero mecze Liverpoolu z Manchesterem United. Wspominanie, jak Czerwone Diabły Fergusona zrzucały swoich największych rywali z „pieprzonej grzędy”. Opisywanie, jak Liverpool epoki Stevena Gerrarda próbował opierać się dominacji. Przywoływanie kolejnych klasyków z Old Trafford i Anfield, których nawet za mojej pamięci nie brakowało. Do jasnej cholery, opis meczu rozegranego w Manchesterze 1 października 1995 roku zajął Robowi Smythowi 40 stron ostatniego „Blizzarda”… i może trudno się dziwić, skoro zagrali w nim Schmeichel, Pallister i Bruce, obok nich zaś bracia Neville’owie, Butt i Giggs z „rocznika ’92”, a także Keane i przede wszystkim Cantona, powracający właśnie po wielomiesięcznej dyskwalifikacji, a po drugiej stronie Fowler z Rushem, McManaman, Redknapp i trójka środkowych obrońców, organizowana przez przerażającego Neilla Ruddocka. Życie przeszłością nie ma sensu, ale owszem: rzuciłem właśnie okiem na ten tekst po raz kolejny i zwróciłem uwagę, że w trakcie spotkania sprzed 21 lat Ferguson również przestawił MU na grę trójką obrońców (Gary Neville powędrował do środka), a na boisku pojawił się również David Beckham.

Rzecz w tym, że o dzisiejszym meczu nikt nie napisze czterdziestu stron. Że w jego trakcie – jak podejrzewam – redaktorzy działów sportowych angielskich gazet dzwonili do swoich korespondentów z informacją o zmniejszeniu powierzchni przyznanej im na kolumnie, bo lepiej już napisać, dajmy na to, o kolejnym remisie Valencii Gary’ego Neville’a: tam przynajmniej byłby do opowiedzenia piękny lob Negredo, a i jeszcze jedno wyrównanie w końcówce zasługiwałoby na jakiś zgrabny akapit. Czytaj dalej