Archiwa kategorii: Hiszpania

Konkurs Cruyffa

Gdyby żył, właśnie dziś skończyłby 70 lat. Przed miesiącem minęła pierwsza rocznica jego śmierci. Kilkanaście dni temu nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jego autobiografia (dodajmy: świetnie przełożona, co na rynku literatury sportowej w naszym kraju wciąż zasługuje na wzmiankę). A jutro w nowym numerze „Tygodnika Powszechnego” znajdziecie mój spory tekst o nim, z zawadiacką w gruncie rzeczy tezą, że w historii futbolu był najlepszy. Czytaj dalej

Barcelona, czyli tu i teraz

Są mecze, po których następnego dnia rano nie sposób ot tak, po prostu, zająć się robotą. Z drugiej strony: są mecze, które wszyscy przeżyliśmy tak głęboko, że nie sposób ich zwyczajnie opisywać: że oto w trzeciej minucie Suarez, że w czterdziestej Kurzawa do własnej bramki, że w pięćdziesiątej Messi z karnego, że w sześćdziesiątej drugiej Cavani, i że potem wszystko wydawało się już rozstrzygnięte, aż przyszło te siedem minut i siedemnaście sekund, w trakcie których Barcelona zdobyła trzy bramki. Wszyscy to widzieliśmy, wszyscy wrzeszczeliśmy, wszyscy zrywaliśmy się z krzeseł i foteli, jakbyśmy chcieli wbiec na murawę razem z kibicami z Camp Nou, wszystkim nam brakowało przymiotników, kiedy potem próbowaliśmy wytłumaczyć zaczytanym partnerom, co się właściwie wydarzyło. Że żadna drużyna w historii nie zdołała jeszcze odrobić czterobramkowej straty na tym poziomie Ligi Mistrzów? Że dokonali tego piłkarze, których wciąż młody przecież trener oznajmił dopiero co, że odchodzi po sezonie, wykończony trzyletnią zaledwie pracą? Że stało się to wszystko w ostatniej chwili?
Trzy gole po 88. minucie to przecież czyste szaleństwo, a nie piłka nożna na światowym poziomie – taka, w której wszystko zostało już ponoć przewidziane, policzone, rozpisane i rozrysowane na trenerskich ipadach. Mówić w takim momencie o taktyce, ustawieniu, scenariuszach rozegrania poszczególnych akcji; o tym, że Paris Saint Germain grało zbyt głęboko, a jego pressing okazał się nieoczekiwanie poniżej krytyki; wspominać o tym, że Barcelona tak naprawdę nie zagrała świetnego spotkania, a w każdym razie nie grała tak płynnie, jak potrafi, byłoby dowodem oderwania od rzeczywistości – tej, którą piszą przede wszystkim ludzkie emocje. Kibice Barcelony, albo kibice piłkarscy po prostu, doświadczyli w trakcie tego meczu wszystkich. Czytaj dalej

Atletico według Tony’ego Gatlifa

1. Wszyscy mówią „decima, decima”, ale to musi być tekst o innej madryckiej drużynie. Przy całym uznaniu dla Realu, który po raz dziesiąty wygrał najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie, spełniając marzenia kibiców i zaspokajając ambicje prezesa Florentino Pereza (aby osiągnąć cel, latem 2013 r. po raz kolejny walczył o transferowy rekord, czyniąc sprowadzanego z Tottenhamu Walijczyka Garetha Bale’a prawdopodobnie najdroższym piłkarzem świata); przy nadzwyczajnym szacunku dla Carlo Ancelottiego, który potrafił wylać oliwę na wzburzone przez Jose Mourinho madryckie fale, który znalazł wspólny język z miejscowymi supergwiazdami: Ronaldo, Casillasem czy Ramosem, który wkomponował do drużyny wspomnianego Bale’a, okiełznał Pepe, przyznał należne miejsce Modriciowi i niebywale rozwinął świetnego wczoraj di Marię – dziś trzeba pisać o klubie mniejszym i uboższym, będącym o kilkadziesiąt zaledwie sekund od wygranej w finale Ligi Mistrzów, a wcześniej potrafiącym sprzątnąć sprzed nosa Realu i Barcelony mistrzostwo Hiszpanii.

Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 bukmacherzy przyjmowali zakłady, że Atletico zdobędzie mistrzostwo kraju i wygra Ligę Mistrzów po kursie 6560:1 – a gdyby nie gol Sergio Ramosa już w doliczonym czasie gry finału tejże Ligi Mistrzów, dający podopiecznym Ancelottiego wyrównanie i przedłużający mecz o dogrywkę, w której wycieńczone Atletico nie dało już rady, musieliby wypłacać takie wygrane. Podobne rzeczy nie zdarzały się od lat: akurat w hiszpańskiej piłce hierarchia wydawała się ustalona. Jeśli nie Real, to Barcelona, jeśli nie Barcelona, to Real – ten duopol, symbolizowany tyleż przez piłkarskie wielkości, co biznesowe marki Messiego i Ronaldo, został nieoczekiwanie rozbity, i to przez drużynę, której wartość rynkowa jest wielokrotnie mniejsza: piłkarzy Realu wycenia się na 521,9 milionów euro, Atletico zaś – zaledwie na 79,05 milionów.

Niemiłosiernie nadużywana metafora o kopciuszku podbijającym książęce salony w tym przypadku nie znajduje zastosowania nie tylko ze względu na fakt, iż nie wypada się tu posługiwać zużytymi metaforami. Wszystko bowiem można powiedzieć o drużynie Atletico, ale nie to, że przypomina zahukaną dziewczynę z macoszynej kuchni.

2. Piłka nożna w wykonaniu Atletico Madryt – drużyny kierowanej przez Argentyńczyka Diego Simeone, przed laty boiskowego zabijaki, który w 1998 r. doprowadził prowokacyjnym zachowaniem do wyrzucenia z boiska Davida Beckhama podczas mundialu we Francji – bywała opisywana przy pomocy obrazów zapożyczanych z filmów Quentina Tarantino i Roberto Rodrigueza. „Waleczni, bezwzględni, cyniczni, na mecz wychodzą z nożami w zębach” – pisał o nich Rafał Stec w świetnym szkicu „Pies wojny”. „Ilekroć patrzę na Atletico, w prześladujących mnie kinofilskich skojarzeniach wracają twarze z »Dzikiej bandy« Peckinpaha, »Wściekłych psów« Tarantino czy »Maczety« Rodrigueza, z tytułową rolą Danny’ego Trejo – łudząco podobnego do argentyńskiego trenera i rutynowo już reprezentującego na ekranie buchający, nieokiełznany testosteron” – kontynuował autor „A jednak się kręci”, zastrzegając wszakże, że skojarzenia są niedokładne, bo „w madryckim sposobie gry nie ma miejsca na ślepą, furiacką brutalność (Peckinpah) lub przymrużenie oka (Tarantino, Rodriguez)” – że ten gang zabija na zimno, „odmierzając agresję w jej niezbędnych ilościach”.

Otóż właśnie: brutalności Atletico nie wypada demonizować; ważniejszy od wykalkulowanych fauli jest zawsze pressing, o rzadko spotykanej intensywności, a także błyskawiczne przejście z obrony do ataku. Jeśli już pozostać przy skojarzeniach kinofilskich, bardziej niż Tarantino przypomina mi się Tony Gatlif, z którego obrazów, takich jak „Vengo”, „Transylwania” czy „Exils”, postać Diego Simeone wydaje się wyjęta. „W każdym z tych tytułów czuło się podobną energię: ten sam powiew wolności i anarchii. Wszędzie spotykaliśmy bohaterów, których najbardziej wyrazistą cechą była jakaś nieposkromiona »dzikość w sercu«, pozwalająca im pozostać takimi, jakimi chcą, na przekór zmieniającemu się światu” – pisała kiedyś o Gatlifie Anita Piotrowska w „Tygodniku Powszechnym”. O intensywność więc tu chodzi, jak w tych scenach z filmów romsko-algierskiego reżysera, które dokumentują dzikie, plebejskie flamenco. Intensywność zarówno gry w piłkę, jak przeżywania, a także kontaktu ze zwykłymi ludźmi: wielokrotnie w trakcie wczorajszego meczu z Realem trener Atletico podnosił się z ławki nie po to, by wejść w relację ze swoimi piłkarzami, przekazać im instrukcje, dokonać korekt w taktyce, ale żeby jakimś gestem trafić do tysięcy tych, którzy przyjechali za jego zespołem na finał do Lizbony. To był ludowy bohater, próbujący odnaleźć się na europejskich salonach i ostatecznie z nich wyproszony – odesłany na trybuny przez sędziego po incydencie z Varanem. Tyleż outsider, człowiek wykorzeniony i odrzucany przez bogaty świat, co na dobre i złe zakorzeniony w swojej rodzinnej wspólnocie. Zawsze będę pamiętał, jak po meczu z Barceloną zabrał na konferencję prasową całą swoją ekipę. „Chciałem dzielić tę radość z moimi ludźmi” (miałbym ochotę przetłumaczyć: z moim ludem) – tłumaczył.

Jeśli mówić o aktorach, to równie dobrze jak Danny’ego Trejo, można przypominać pojawiającego się u Gatlifa Birola Ünela, znanego również z „Głową w mur” Fatiha Akina. Wszędzie tu chodzi o trzewia, o namiętność i gorączkę, o niemal paradokumentalną intensywność dziania się, nieuchronnie zmierzającą w klęskę i mrok.

3. Wznoszę swoje cante jondo na temat Atletico, bo żaden inny zespół nie wniósł w zakończony właśnie sezon europejskiej piłki tyle energii i pasji. Grupa kilkunastu zabijaków (kadra nie była tak liczna jak kadry potentatów – zamiast rotować składem w trakcie wyczerpującego sezonu, Simeone stawiał wciąż na tych samych zawodników, doskonale się wprawdzie rozumiejących, ale z czasem coraz bardziej zmęczonych) w drodze do finału Ligi Mistrzów nie przegrała ani jednego spotkania, eliminując Porto, Milan czy Barcelonę. Im dalej w sezon, tym jednak robiła się szczuplejsza. W finale nie mógł zagrać Arda Turan, a Diego Costa wytrwał zaledwie dziewięć minut – nie pomogła tajemnicza kuracja maścią z końskiego łożyska, aplikowaną przez serbską cudotwórczynię. Simeone dokonywał kolejnych zmian i w końcówce kontuzjowany obrońca Juanfran musiał kuśtykać po boisku, byle tylko drużyna nie grała w dziesiątkę. Ostatnich kilkanaście minut, jak zauważył Michał Zachodny, przypominało już jazdę nie tyle „na rezerwie”, co na oparach paliwa.

Ale wznoszę je także dlatego, że wszystko wskazuje na to, iż mamy oto kolejną we współczesnym futbolu opowieść o niespełnieniu. Jak z innym „klubem ludowym”, niemiecką Borussią Dortmund, bijącą się przed rokiem w finale Ligi Mistrzów z Bayernem i przegrywającą z nim w lidze, z roku na rok wykrwawianą na rynku transferowym, pozbawianą a to Kagawy, a to Goetzego, a to Lewandowskiego – Atletico, które zdołało się podnieść po odejściu Radamela Falcao, będzie zapewne musiało znaleźć zastępców dla Courtois i dla Diego Costy, obu wzywanych do Londynu przez Jose Mourinho, a być może także dla znakomitego wczoraj Koke. Porównanie z Borussią jest zresztą niedokładne – zespół Jürgena Kloppa nie może wprawdzie rywalizować na rynku transferowym z potentatami, ale od kilku lat nie pieniędzy mu nie brakuje. Atletico jest zadłużone, osobną kwestią są jego relacje z funduszami inwestycyjnymi. „Nawet wielkie sukcesy – pierwsze od 18 i 40 lat – mogą być zapowiedzią nie lepszych, ale gorszych czasów. Na szczyty dostawało się wiele klubów, lecz utrzymać się na nich jest znacznie ciężej” – przestrzega Łukasz Godlewski i trudno mu nie przyznać racji.

Atletico Madryt, Tony Gatlif i flamenco. Brakuje tylko wina – może być nawet z Andaluzji.

Nie mam ochoty na banana

W 75. minucie niedzielnego meczu Villareal-Barcelona piłkarz gości Dani Alves szykował się do wykonania rzutu rożnego. Z sektora, który podczas całego spotkania rasistowsko znieważał zawodnika gości, poleciał banan. Niezrażony Dani Alves podniósł go, obrał ze skórki, zjadł, a następnie jak gdyby nigdy nic dośrodkował piłkę z narożnika.

Wydawanie małpich odgłosów i rzucanie bananami w czarnoskórych zawodników jest, niestety, zmorą europejskich stadionów, a Dani Alves twierdzi, że sytuacja w Hiszpanii jest pod tym względem gorsza niż gdzie indziej (podczas niedawnego finału Pucharu Króla rasiści wyzywali piłkarzy obu drużyn: Daniego Alvesa z Barcelony tak samo jak Pepe z Realu). „Wszyscy jesteśmy małpami” – ogłosił więc inny zawodnik Barcelony, Neymar, dzień po incydencie na stadionie Villareal fotografując się z bananem. W ślad za Neymarem poszli inni: Luis Suarez, Sergio Aguero, Mario Balotelli, Robert Lewandowski… Sądząc po moim tajmlajnie na Twitterze sympatyczna zabawa rozkręca się w najlepsze – problem w tym, że pozostaje jedynie sympatyczną zabawą. Zrobienie sobie fotografii z bananem nic nie kosztuje; pytanie, ile będą kosztować gadżety, które wykorzystując popularność tej inicjatywy ktoś niechybnie zacznie sprzedawać.

Nie odmawiam oczywiście zawodnikom biorącym udział w akcji „Wszyscy jesteśmy małpami” dobrych intencji – i wierzę, że wobec swoich młodocianych fanów mogą pełnić rolę wychowawczą. Nie chciałbym tylko, żeby w takich przypadkach zwolnione od działania poczuły się instytucje odpowiedzialne za organizację imprez piłkarskich – kluby, władze poszczególnych lig, a wreszcie UEFA i FIFA. Kiedy podczas sparringu z lokalną włoską drużyną w geście protestu przeciwko rasizmowi zszedł z boiska grający wtedy w Milanie Kevin Prince Boateng (a w ślad z nim poszła cała drużyna), dyskutowaliśmy o tym, co by było, gdyby do podobnego incydentu doszło w trakcie meczu o stawkę: czy ktoś nie kazałby piłkarzowi grać dalej albo czy na jego drużynę – w przypadku zejścia z boiska – nie nakładałby walkowera? Samuel Etoo’, który podczas spotkania Barcelony z Saragossą (znów ta Hiszpania…) w 2006 r. skonfrontowany z rasistowskim bluzgiem opuścił boisko, został zmuszony do kontynuowania gry. A kary, nakładane na poszczególne kluby i federacje za rasizm, zawsze były śmiesznie małe: w książce „Futbol jest okrutny” pisałem, że grzywna za wystające spod spodenek Nicklasa Bendtnera gacie z reklamą nieautoryzowanej przez UEFA firmy bukmacherskiej okazała się trzy razy dotkliwsza, niż ta, którą serbska federacja musiała zapłacić za obrażanie przez kibiców Neduma Onuohy w czerwcu 2007 r., albo Porto za podobne incydenty z Mario Balotellim w lutym 2012.

Innymi słowy: czy nie czas, żeby zamiast wymyślania akcji marketingowych i sloganów, produkcji koszulek i opasek albo odczytywania specjalnych przesłań przez kapitanów drużyn przed ważniejszymi meczami, zacząć myśleć o raczej odejmowaniu punktów, przerywaniu meczów i realnym, instytucjonalnym wspieraniu piłkarzy, którzy w ich trakcie czują się obrażani? Że problem istnieje, pokazała w Anglii niedawna burza wokół kampanii Kick It Out, zbojkotowanej przez część zawodników, uważających, że w obliczu zwiększającej się liczby incydentów rasistowskich władze piłki działają zbyt opieszałe. Dani Alves mówi, że odkąd gra w Hiszpanii – a gra 11 lat – sytuacja w zasadzie się nie zmienia.

Sam piłkarz Barcelony zachował się oczywiście wspaniale: z godnością, klasą i humorem. Władze Villareal poinformowały już, że człowiek, który w niego rzucił, został zidentyfikowany, stracił klubowy karnet i otrzymał dożywotni zakaz wstępu na stadion (w Anglii, a teoretycznie także w Polsce miałby również zarzuty kryminalne). Ale czy ludzi takich jak on przekona seria fotek z bananem, ośmielam się wątpić.

Smutek Ronaldo

Czasem myślę, że dla kibica-inteligenta to najtrudniejsza rzecz na świecie: przyznać przed samym sobą i przed całym światem, że facet, którzy straszy z okładek pism dla nastolatków, którego plakaty i koszulki nabywają dzieci już w wieku przedszkolnym, i o którym fantazjują damy, będące z kolei przedmiotem jego fantazji, jest rzeczywiście najlepszym piłkarzem świata. Widzisz gościa na reklamie gaci? Na billboardzie zachęcającym do kupna perfum? W magazynie kobiecym w poczekalni u dentysty? W piśmie modowym u fryzjera? Ba: w naukowym periodyku, analizującym fenomen, cytuję, „seksualizacji widowiska sportowego” i „ciała zawodowego piłkarza jako formy kapitału zarówno w sensie dosłownym, fizycznym, jak i kulturowo-symbolicznym”?

Przecież nie takich zawodników uczono cię podziwiać. Przecież jako obiekt uwielbienia odruchowo wybierasz zespół, nie jednego piłkarza, a jeśli już wybierasz piłkarza, to takiego, który dla zespołu pracuje, np. Makelele albo (jeśli już trzymać się zestawu okołotytułowego) Moutinho. Przecież cenisz Aleksa Fergusona, a w związku z tym pamiętasz fragment jego autobiografii, z którego wynika, że David Beckham przez związek z „tą kobietą” (ergo: przez drogę kariery realizowanej także poza boiskiem) tak naprawdę nie stał się nigdy wielkim piłkarzem. Pamiętasz Harry’ego Redknappa, naśmiewającego się z misternie trefionych fryzur Garetha Bale’a, do których nadmierne przywiązanie nie pozwalało ponoć piłkarzowi na pełne zaangażowanie w treningi. Uczestniczyłeś w dziesiątkach debat na temat gwiazd i gwiazdeczek nurkujących na boisku, nie dostrzegając faktu, że często zwyczajnie boją się bólu albo uciekają z nogami, żeby obronić się przed kontuzją. Z pewnością nie odrobiłeś lekcji gender i większość zachowań charakteryzujących postaci, o których tu mowa (dbałość o wygląd, fryzurę i strój, okazywanie bólu, łzy i nadmierna ekspresja), uważasz za niemęskie.

Są pewnie jeszcze powody wtórne: problem, nazwijmy to, klasowy – oto bogaty chłopak z bogatego klubu, po rekordowym transferze i z rekordowym kontraktem, najwyraźniej świadom własnej wartości (Leo Messi przecież, równie bogaty, przynajmniej udaje skromnego); czy w ogóle jest coś, czego mu brakuje? I w końcu także poczucie złamania regulaminu konkursu w trakcie jego trwania: skoro głosowanie w plebiscycie na Złotą Piłkę miało trwać do 15 listopada, nie można go nagle przedłużać tylko dlatego, że 19 listopada jeden z kandydatów rozegrał fenomenalne spotkanie. Dlaczego nie można by wziąć pod uwagę tego meczu w przyszłym roku, jak – powiedzmy – w plebiscycie „Grand Press” teksty opublikowane po 31 października?

Najtrudniejszy akapit tekstu: uzasadnić wybór oczywisty. Rafał Stec wszakże zwolnił mnie z tego obowiązku. „Ten wyżyłowany rewolwerowiec zwyczajnie zasłania wszystkich – napisał z mocą swojego autorytetu. – Wielomiesięczną kanonadę właśnie zwieńczył strzelaniną na szczycie. Ze Zlatanem Ibrahimoviciem, którego życiową misją jest chyba udowadnianie, iż futbol można zamienić w grę solową”. Poprzestańmy na tym, nie dopisując już tych wszystkich goli (66, jeśli dobrze pamiętam) i asyst (16, o ile mnie pamięć nie zawodzi).

Kiedy przed rokiem w mediach całego świata rozpętała się dyskusja na temat sławetnego wyznania „Estoy triste”, jedną z interpretacji podsunął pracujący wówczas z Ronaldo na co dzień Jose Mourinho: miało chodzić właśnie o pominięcie gwiazdy Realu przy wręczaniu nagrody dla najlepszego piłkarza sezonu. Problem w tym, że nawet jeśli ostatecznie ją otrzyma, jego smutek nie zniknie. Nawet zostawiając na boku kwestie proceduralne (a także niedawny afront ze strony Seppa Blattera): on wie, że żaden współczesny Pindar nie napisze ody na jego cześć. Kibicu-inteligencie, po prostu: nie kochasz go tak mocno, jak na to zasługuje.

Zamykanie okienka

16.00 Przed rozpoczęciem dzisiejszego, przeczytałem pilnie kilka poprzednich wpisów powstających podczas zamykania letniego i zimowego okienka transferowego (ile to już razy, pewnie z dziesięć…). Bawiliśmy się świetnie, klikaliśmy jak szaleni, z własnymi emocjami radziliśmy sobie w sposób, który zadowoliłby niejednego terapeutę, ale czy naprawdę potrafiliśmy dołożyć do tego wszystkiego jakąś wartość merytoryczną? Typowy ze mnie kibic Tottenhamu (albo typowy ze mnie inteligent): zamiast cieszyć się okazją, natychmiast zaczynam kwestionować, szukać dziury w całym, mnożyć wątpliwości… Co w takim razie tu robię? Ano przyglądam się, jak poszczególne kluby puszczają z dymem miliony funtów czy euro, jak w ostatniej chwili podbijają stawkę albo przeciwnie: gwałtownie przeceniają, jak po łebkach prowadzą badania lekarskie, byle zdążyć na czas. Co w tym najzabawniejsze: bez żadnej przemyślanej strategii (gdyby ją miały, już dawno wyłączyłyby się z wyścigu), z przyrodzonej skłonności jednego czy drugiego prezesa do hazardu albo w końcu z desperacji: bo sezon nie rozpoczął się tak, jak się spodziewano lub jego początek naznaczyły kontuzje. 16.15 Jest oczywiście w tym roku jeszcze jeden powód, dla którego niektóre kluby musiały czekać do ostatniej chwili: reakcja łańcuchowa wywołana jednym megatransferem. Kiedy Gareth Bale, po wielotygodniowym zamieszaniu, zamienił wreszcie Londyn na Madryt, kilku piłkarzy zaczęło być nagle niepotrzebnych Realowi: Kaka już przeprowadził się do Mediolanu, Mesut Oezil, jak wiele na to wskazuje, zostanie piłkarzem Arsenalu, wciąż spekuluje się na temat przyszłości di Marii. Przy tym transferze Niemca będzie trzeba zatrzymać się na chwilę, najpierw jednak pomyślmy, jak katastrofalnym interesem dla Realu było przed laty sprowadzenie Kaki w świetle tego, za jaką kwotę przychodził przed zaledwie czterema laty (70 milionów euro) i ile zarabiał rocznie (10 milionów), oraz ile w tym czasie realnie dał Realowi. Memento dla Bale’a, a przy okazji komplement dla Barcelony, która nieudany eksperyment z Ibrahimoviciem potrafiła urwać wcześniej. 16.50 Czy tylko ja mam wrażenie, że tym razem media karmiły nas mniejszą ilością transferowych bredni? A może po prostu nauczyłem się je przesiewać, puszczając mimo uszu te najbardziej fantastyczne? Gdzie te czasy, w których każdy angielski portal pełen był relacji rzekomych naocznych świadków z lotnisk, szpitali, ośrodków treningowych, donoszących o obecności tam zawodników w rzeczywistości przebywających w innych miastach i krajach? No dobra, w ogóle mi tego nie brakuje… Tegoroczne okienko z perspektywy fana Tottenhamu przebiegło wzorowo. Trochę o tym pisałem, żegnając Garetha Bale’a. Najpierw, tuż po sezonie, na Karaibach odbyło się spotkanie właściciela (Joe Lewisa), prezesa (Daniela Levy’ego) i trenera (Andre Villas-Boasa), podczas którego określono budżet i najpilniejsze potrzeby, później zaś – metodycznie je realizowano. Transferem lata było sprowadzenie wytęsknionego przez AVB dyrektora sportowego Franco Baldiniego, który dokonał reszty. Odejście Bale’a uwzględniono, przygotowano plan A i B, nawet gdy Chelsea sprzątnęła z klubowego ośrodka przebadanego już Williana – powstrzymało to Tottenham na zaledwie kilka dni, w trakcie których dogadano się z Eriksenem i Lamelą. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów mogę dziś położyć się nie wyczekując nerwowo do wczesnych godzin rannych, czy na stronie Tottenhamu pojawią się wieści o, tak, tak, Grzegorzu Rasiaku. Jeśli coś się dziś wydarzy, to odejścia i wypożyczenia tych, którzy z pewnością nie zmieszczą się w składzie na ten rok (Adebayor, Assou-Ekotto, może Sigurdsson) lub powinni grać regularnie, by był z nich pożytek dla klubu w sezonie kolejnym (Tom Carroll). Można oczywiście zastanawiać się, czy lewa obrona nie mogłaby być obsadzona silniej, ale efekt finalny ostatnich tygodni i tak jest nadzwyczajny: jeden doskonały zastąpiony siedmioma wspaniałymi, na klubowym koncie zyski, telefony w biurze prezesa milczą jak w Chelsea czy Manchesterze City. 17.05 Tak, uważałem i uważam, że Arsenalowi przede wszystkim przydałby się walczak w drugiej linii, ale skłonny jestem przyznać, że powrót Flaminiego („naprawdę mi przykro, że nie kosztował 25 milionów” – mówił wczoraj Arsene Wenger) tę lukę wypełni. Oezil? Któż z menedżerów Premier League, mający na koncie wolne środki, nie skorzystałby z okazji, słysząc, że zawodnik tej klasy pojawił się na rynku? Moyesowi przydałby się bardziej, ale Moyes patrzy ponoć w stronę swojego dawnego klubu (Fellaini), a i Herrerę z Athleticu Bilbao postanowił wyciągnąć. Arsenal z Giroud na szpicy, Cazorlą, Oezilem i Walcottem za plecami Francuza – pomyślcie sami. To jest ten moment, w którym wszystkie przedsezonowe prognozy boleśnie się weryfikują: w statystykach Arsenalu wypada dopisać kilkanaście bramek z podań niemieckiego artysty, a jego samego dopisać do najpoważniejszych kandydatów na piłkarza roku. 45 milionów funtów? To, przypominam, i tak dwa razy mniej niż kosztował niejaki Gareth Bale. Taxi_rock w komentarzu martwi się wprawdzie, że w przypadku kontuzji Giroud Arsenal zostaje bez napastnika (nie licząc niedoświadczonego Sanogo), ale po pierwsze, nadal słyszymy plotki o wypożyczeniu Demby Ba, a po drugie: jest przecież Walcott, od dawna powtarzający, że uwielbia grać na środku ataku. 17.20 Zauważmy: wszystkie najważniejsze transfery klubów Premier League dotyczą piłkarzy z zagranicy (owszem, zmienili klub Caulker czy Huddlestone, ale już np. nie Rooney – transfer Zahy dopinano zimą). Osoby odpowiedzialne za dorosłą i młodzieżowe reprezentacje Anglii załamują ręce, bo ich podopieczni mają w klubach coraz większą konkurencję, ale z drugiej strony (mówił o tym m.in. Andre Villas-Boas, przekonując, że wcale nie jest przeciwny kupowaniu krajowców) cena za Anglików od lat jest wyższa niż za zawodników o zbliżonych, a nawet wyższych umiejętnościach, zza Oceanu czy Kanału. Przypominam sobie te 15 milionów za Davida Bentleya; przypominam sobie miliony wydawane przez kolejne kluby za Andy’ego Carrolla czy Darrena Benta, i… niczemu się już nie dziwię. 17.55 To jakiś żart z Odemwingiem w Cardiff? Nie, raczej poszukiwanie straconego czasu. Żal patrzeć, jak ten największy przegrany poprzedniego okienka (pamiętacie cyrk ze zdjęciami napastnika WBA, próbującego dostać się na teren QPR, zamknięte drzwi i transfer, który nie doszedł do skutku), niezły w gruncie rzeczy napastnik, zmarnował pół roku kariery. Czy następnym przegranym będzie Yohan Cabaye? 18.10 Temat do odstąpienia: piłkarze podążający w ślad za menedżerami. Harry Redknapp, próbujący dziś sprowadzić Niko Krajnczara i Jermaina Defoe, Martin Jol kupujący do Fulham Berbatowa czy Taraabta, to przykłady bliskie memu sercu, ale przecież zarówno Roberto Martinez drenujący Wigan, jak David Moyes wciąż jeszcze nieskutecznie próbujący sprowadzić na Old Trafford dawnych podopiecznych z Evertonu, Fellainiego i Bainesa, to przykłady w tym okienku najgłośniejsze. Czy można się dziwić leniwym dziennikarzom, którzy zmyślając plotki transferowe niemal w połowie przypadku kierują się regułą: piłkarz A grał u trenera B w klubie C, więc skoro B prowadzi teraz drużynę D, to będzie rozmawiał z C o transferze A? Biedacy, tylko z Arsenem Wengerem nie mają łatwo, od 16 lat pracującym w jednym klubie – tu jednak sprawdza się inna reguła: powrotu syna marnotrawnego. Cescowi Fabregasowi dajemy jeszcze rok 😉 18.30 Największym transferem Liverpoolu, pierwszego lidera Premier League, jest ten nieprzeprowadzony: w klubie zostaje Luiz Suarez. Dziś przyszedł reprezentacyjny obrońca z Francji, Mamadou Sakho, wysiadujący ostatnio na ławce PSG, inny rezerwowy – Victor Moses z Chelsea i młody obrońca Ilori ze Sportingu. Kibice drużyny Rodgersa frustrowali się okazjami, które przechodziły koło nosa (Mchitrian, Willian), ale mają ciekawy desant z Hiszpanii: Aspasa i Cissokho. W tym przypadku jednak mówić należy przede wszystkim o transferze dokonanym kilkanaście miesięcy wcześniej: niechciany i niedoceniany na Stamford Bridge Sturridge wyrósł dziś na czołowego napastnika Premier League. Rewolucja Brendana Rodgersa nabiera tempa nawet bez bicia transferowych rekordów. 19.20 Mój prywatny tytuł bredni dnia wędruje do Włoch, skąd przyszła pogłoska o możliwej wymianie Torresa na Adebayora, na którą nastawali ponoć działacze Tottenhamu. Już prędzej uwierzę w, nieprawdopodobną przecież, po tylu mocnych deklaracjach Jose Mourinho (jest mistrzem prawdomówności, nieprawdaż) w przeprowadzkę Juana Maty do Paryża. 19.50 Europa wychodzi z kryzysu, a Finansowe Fair Play nie okazało się hamulcem dla intensywnych zakupów (inna sprawa, że kondycję klubów Premier League radykalnie poprawił rekordowy kontrakt telewizyjny). W angielskiej ekstraklasie w nowych piłkarzy zainwestowano już ponad 500 milionów, a zakupowy prym wiedzie, tak, tak, mój Tottenham, który wydał już ok. 107 milionów funtów; moim zdaniem do końca okienka z pewnością będzie na plusie (z nadzwyczajnej tabelki „Guardiana” wynika, że na kilka minut przed ósmą wydatki minimalnie przekraczają dochody). Setkę wydał też Manchester City, ale tu dochodami kompletnie się nie przejmowano: po stronie „sprzedano” mamy zaledwie 10 milionów, z czego większość za Teveza. Szastała również Chelsea: 68 milionów wydano, zarobiono pięć. Do poziomu wydatków Liverpoolu (blisko 50 milionów) Arsenal może, jak wiemy, zbliżyć się jednym transferem – ale Liverpool również sprzedawał: Carrolla, Downinga, Spearinga czy Shelvea, a więc również przede wszystkim Anglików. Warto zwrócić uwagę na inwestycje Southamptonu, Cardiff i Norwich – wszystkie trzy kluby wydawały odważnie, między 25 milionów, a 35 milionów, tyleż korzystając ze wsparcia właściciela (Cardiff), co wspomnianych kontraktów telewizyjnych. Wciąż na liście największych graczy na rynku brakuje Manchesteru United, a przecież o ofensywnego pomocnika dla tego klubu skowytaliśmy jeszcze zanim Paul Scholes przeszedł na emeryturę po raz pierwszy. Może dziś… 21.00 Coś mi się maszynka blogowa zaczęła psuć. Nie zachował się zapis sprzed kilkunastu minut o kolegach z prasy papierowej, mających o tej właśnie porze dedlajn na pierwsze wydanie gazety, wiedzących, że sprawa jest przesądzona: że będzie kosztował 42,5 miliona funtów (skądinąd ani MU, ani MC, ani Liverpool, o sąsiadach zza północnolondyńskiej miedzy nie wspominając, nie wydali dotąd takiej kwoty za jednego piłkarza, nieprawdaż?), że podpisze pięcioletni, najbardziej lukratywny w historii klubu kontrakt, że nie może się doczekać wspólnych występów z kolegami z reprezentacji Niemiec, itd, itp., i niemogących jeszcze tego wszystkiego napisać oficjalnie. Pozdrawiam kolegów przy okazji; z pewnością nie umieszczą w zastępstwie wiadomości o Nicklasie Bendtnerze, któremu Arsenal dopłaci ponoć, byle tylko zechciał się przeprowadzić do Crystal Palace. 21.15 Wśród słów zakazanych jest dziś słowo „breaking”, ale powtarzaną przez wszystkich wiadomość, że Fellaini poprosił właśnie Evertone o wystawienie na listę transferową (poprosił?!), należałoby jednak opatrzyć podobnym określeniem. Czy w niecałe trzy godziny można zawrzeć umowę między dwoma klubami, przeprowadzić testy medyczne, podpisać kontrakt, i przefaksować wszystkie papiery do Premier League? Oczywiście, że można; Fellaini pewnie zresztą już dogadany z niedawnym szefem. Jeśli jednak mówimy o randze tego wzmocnienia, nie tylko zestawiając je z idącym w nieco innym kierunku Oezilem, powiedzmy i to: wolelibyśmy częściej oglądać Kagawę. 21.30 Ktoś ze znajomych na Twitterze przypomniał historię bezcenną: przecież Joe Kinnear po objęciu stanowiska dyrektora sportowego Newcastle opowiadał, że jego nazwisko otwiera drzwi we wszystkich klubach świata; że w każdej chwili może zadzwonić do Fergusona czy Wengera… I co? I początek sezonu nienajlepszy, a zakupy niezbyt imponujące. Przyjdzie liczyć na to, że sprowadzeni zimą Galowie nareszcie się zaaklimatyzują nad rzeką Tyne? Że Cabaye, od którego Kanonierzy woleli jednak Oezila, zaciśnie zęby i zacznie grać na dawnym poziomie? Z pewnością Alan Pardew jest jednym z tych menedżerów, którzy modlili się w ostatnich dniach, żeby transferowy cyrk wreszcie się skończył. Choćby dlatego, że po zamknięciu okienka będzie miał pewnie mniej okazji do oglądania Kinneara twarzą w twarz. 22.00 Konsensus: jeśli w ciągu najbliższych dwóch godzin wydarzy się jeszcze coś godnego uwagi, to transfery Oezila do Arsenalu, Fellainiego do MU i wypożyczenie Lukaku do Evertonu (tego ostatniego ruchu nie rozumiem, bo ze wszystkich napastników Chelsea o Belgu miałem najwyższą opinię – dla Evertonu świetny strzał, rzecz jasna…). Benoit Assou-Ekotto idzie do QPR na wypożyczenie. Wiem, że AVB uważa, iż Danny Rose mu wystarczy (z Vertonghenem, Fryersem i Naughtonem jako możliwymi zastępcami), a w ciągu minionych 12 miesięcy nie zdołał się przekonać do Kameruńczyka, a przecież mi żal. Lewy obrońca Tottenhamu to jedna z najbarwniejszych figur w Premier League; szczerość jego wywiadów o kondycji współczesnego futbolisty ożywiała świat w większości przypadków sterylnie wyprany z charakterów. W tym przypadku mam podejrzenie, że jego obnoszony z dumą luz po prostu nie przypadł do gustu Villas-Boasowi. Rose więcej i szybciej biega między jednym polem karnym a drugim, ale zarówno w defensywie, jak i w celności dośrodkowań Assou-Ekotto prezentuje się lepiej. Oby wrócił. 22.25 Do czytania po zamknięciu okienka, kiedy opadną emocje: Stefan Szymanski, współautor „Soccernomics”, policzył tzw. homegrown players (uwaga, pojęcie nie jest równoznaczne z wychowankiem) w klubach Premier League i zestawił ich z miejscem w tabeli na koniec sezonu 2012/13. 0,2 to przeciętna meczowa Manchesteru City – mimo wszystko smutne. 22.45 No dobra, jesteśmy już na etapie dowcipów, a Rafał Stec (chyba nazwę go z tej okazji moim młodszym kolegą…) o 21.49 ogłosił, że nie wytrzymał kondycyjnie. Z dowcipów spodobał mi się ten o ataku astmy Mesuta Oezila, wywołanym przez kurz w gabinecie z trofeami Arsenalu, i oblanych przez to testach medycznych. Całkiem serio: astmatykiem jest ponoć nowy obrońca Tottenhamu Vlad Chiriches, a nieoczekiwanych komplikacji z transferem Oezila naprawdę się nie spodziewam. Nieustannie gratuluję raczej Kanonierom fartu i nieustannie zachodzę w głowę, dlaczego David Moeyes zamiast finezyjnego Niemca woli drągalowatego Belga. Dośrodkowania na głowę powinno się wszak adresować do van Persiego, od walki wręcz są Rooney i Cleverley, błysku geniuszu tu trzeba, bo solidnego rzemiosła mamy pod dostatkiem… 22.55 Pamiętacie Bebe, najdroższego bezdomnego w historii, jeden z „tych” transferów Aleksa Fergusona? MU, który niegdyś wydał na niego 7 milionów funtów, wypożycza go właśnie do portugalskiego Pacos de Ferreira. Mocno bym się zdziwił, gdyby jeszcze wrócił na Old Trafford. Inne, fajne tym razem, i z perspektywą powrotu, wypożyczenie, to Nick Powell z MU do Wigan. Chłopak ma w tym sezonie szansę nawet na europejskie puchary… 23.05 I jeszcze jedna lektura na po zamknięciu, tym razem drugi współautor „Soccernomics”, Simon Kuper, o bezsensowności transferu Bale’a. Warto się zalogować na stronę „Financial Timesa” nie tylko dla jego publicystyki. Porównajcie z nieocenionym Davidem Connem, w „Guardianie” przekonująco argumentującym za stanowiskiem wręcz przeciwnym. Publicystyka o Bale’u prezentowała się dziś lepiej niż jego hiszpański. 23.10 Zacytuję jeden z komentarzy, poddając pod dalszą dyskusję (ksav, dzięki): „Panie Michale, może to jednak Fellaini jest kluczem dla Kagawy. Carrick (zasięg podań, kontrola tempa) + Fellaini (siła, upraszczanie, ale i przyspieszanie gry na jeden kontakt) = zabezpieczony środek pola. Bo Cleverley niby gra jako box to box, ale ani z przodu nie daje jakości (brak wejść w pole karne, brak rajdów, brak odbiorów i przyspieszania gry), ani nie jest gwarantem utrzymania się przy piłce pod presją. Jeśli przed taką dwójką grałby Kagawa…widziałbym strącone główki, wygrane przebitki Fellainiego i szybkie decyzje Japończyka”. 23.20 Mesut Ozil (nieoceniony pan Twitter powiedział, że umlaut jest turecki, a nie niemiecki, więc jeśli nie mamy klawiatury z kropeczkami piszemy „Ozil”, a nie „Oezil”) oficjalnie w Arsenalu. Drugi po Torresie najdroższy piłkarz w Anglii, ale bądźmy spokojni: nie skończy jak Torres. Najjaśniejszy transfer okienka, kompletnie nie ze względu na cenę. Cholernie jestem ciekaw informacji, jak to przebiegło i kiedy tak naprawdę zaczęły się negocjacje. Co zdecydowało, że Arsenal, a nie MU? Cena? Większe zaufanie piłkarza do Wengera niż do Moyesa? Po komunikacie Arsenalu sądząc, zawierającym wypowiedź Ivana Gazidisa i jego podziękowania dla Stanleya Kroenke „od zawsze w pełni popierającego Arsene’a i Klub w znaczących inwestycjach mających na celu wzmocnienie drużyny”, a także „mającego absolutną wiarę i zaufanie do naszego menedżera”, robiono przy okazji politykę. Trudno, żeby nie, przy takiej skali inwestycji. Wyposzczeni kibice Arsenalu widzą, że „pieprzone pieniądze” zostały wreszcie wydane – i to tak, że lepiej nie można, a ja się cieszę, bo rywalizacja z Tottenhamem stanie się jeszcze ciekawsza. Wczoraj mówiliśmy, że po rekordowych wydatkach większa presja ciąży na ramionach najmłodszego menedżera Premier League, dziś także na barki najstarszego nałożono kolejne ciężary: o trofeach także jest mowa u pana Gazidisa… 23.40 Oto, co nazywam przeniesieniem klubu na następny poziom: jak podaje Opta, przez cały ubiegły sezon Ozil i Cazorla stworzyli swoim kolegom 188 okazji do strzelenia bramki – Ozil 92 i Cazorla 96. Giroud na króla strzelców Premier League? 23.45 Zaczekajmy jeszcze kwadrans, żeby napisać, że największym przegranym tegorocznego okienka transferowego jest Manchester United.

00.00

Jeszcze bym zaczekał na tego Fellainiego, czuję, że to nie koniec. A gdyby to jednak miał być koniec, to może z kogucim akcentem: z Tottenhamu odszedł, na roczne wypożyczenie do QPR, Tom Carroll. Zobaczycie, że ten chłopak nie tylko da klubowi Harry’ego Redknappa awans do Premier League, ale także sobie zapewni awans do pierwszego składu Tottenhamu, a w perspektywie także do reprezentacji Anglii. Na White Hart Lane z jego rozwojem wiąże się ogromne nadzieje – jak przed rokiem w przypadku Rose’a czy Townsenda regularne występy w słabszym klubie mają przynieść przełom w karierze. Przyjemnie, ze jego macierzysty klub w tym okienku działał metodycznie jak nigdy dotąd. Obgryzających do końca paznokcie pozdrawiam serdecznie wraz z kibicami MC i Chelsea. Może jednak kluby z dyrektorami sportowymi nie są tak całkiem bez sensu 😉

00.20

Mówiłem, że to nie koniec? Moyes zdążył rzutem na taśmę: ściągnął za sobą Fellainiego i, skoro Everton uparcie nie oddawał Bainesa, wypożyczył z Realu Fabio Coentrao. Everton tymczasem powetował straty, kupując i wypożyczając Lukaku, McCarthy’ego z Wigan (świetny zakup) i Barry’ego z MC. Sprawę późnych zakupów United tłumaczy cyrk z fałszywymi agentami negocjującymi transfer Herrery; więcej o tym usłyszymy w najbliższych dniach. Chaos, przepłacony Fellaini (kilkanaście dni temu wygasła w jego kontrakcie klauzula odstępnego, o której przecież Moyes musiał wiedzieć) i szczęśliwe zakończenie. Harry Redknapp przez okno swojego samochodu mówi, że kupił jeszcze Niko Krajnczara, co oznacza, że mam przywidzenia i naprawdę powinienem iść spać.

Nasi najdrożsi (piłkarze świata)

Rekord czy nie rekord (w chwili, kiedy to piszę, suma, jaką Real zapłacił Tottenhamowi za Garetha Bale’a nie została jeszcze potwierdzona) – prywatnie uważam, że Bale nie jest wart tych pieniędzy, ba: prywatnie uważam, że jeśli takie pieniądze powinno się płacić przy zatrudnianiu kogokolwiek, to raczej ludzi zdolnych uratować świat przed chorobami nowotworowymi. Ale samą wielkością kwoty zdziwiony nie jestem. Chyba każdy, kto ma jako takie pojęcie o świecie futbolu, wiadomość o otarciu się o rekord przy przeprowadzce Walijczyka do Madrytu, przyjął bez wzruszenia ramionami.

Bo właściwie dlaczego nie? Ma zaledwie 24 lata i nieprawdopodobny talent. W ubiegłym sezonie, nie będąc przecież środkowym napastnikiem, strzelił 26 goli, a przede wszystkim: rozwinął się jako piłkarz, jak może żaden inny z zawodników czołowych lig europejskich. Od dobrych paru lat nie jest już szybkim lewym obrońcą nieźle wykonującym rzuty wolne (jako takiego sprowadzał go Tottenham z Southamptonu). Od roku nie jest już szybkim lewoskrzydłowym, którego owszem: nie zdołał swego czasu upilnować Maicon podczas słynnego dwumeczu z Interem, ale z którym później boczni obrońcy wspierani przez defensywnych pomocników doskonale dawali sobie radę. Andre Villas-Boas wymyślił mu nową pozycję na boisku: Bale zaczął atakować ze środka, operując z dużą swobodą taktyczną za napastnikiem, choć kiedy było trzeba, wracał na lewe skrzydło, a i na prawym radził sobie całkiem nieźle. Jego bramki – niemal wszystkie strzelone zza pola karnego – były fantastyczne. Jego szybkość? W Anglii szybszych zawodników można policzyć na palcach jednej ręki. Jego wytrzymałość? Imponują nie tylko statystyki przebiegniętych przezeń kilometrów, ale także proporcje, jaką część z nich przebywa sprintem, jaką szybkim biegiem i jaką – stosunkowo najmniejszą na tle innych zawodników – truchtem. Jego zdolność do rozstrzygnięcia meczu indywidualnym zrywem? Na Wyspach w sezonie 2012/13 porównywana jedynie z van Persiem.

Że niby, w odróżnieniu od poprzednich megatransferów, Figo, Zidane’a, Kaki czy Ronaldo, niczego jeszcze nie osiągnął? Bałamutny argument. A potencjał rozwoju, który potrafią ocenić zarówno trenerzy, jak eksperci piłkarscy? A potencjał marketingowy, który szacują eksperci od rynku reklamowego (Bale, skądinąd, zastrzegł już sobie prawo do swojej „cieszynki”: złożonego z palców obu dłoni serduszka)? A bezcenny w tym kontekście, obowiązujący wciąż wizerunek skromnego walijskiego chłopaka, wiernego dziewczynie z liceum i każdą wolną chwilę spędzającego z rodzicami? A fakt, że z dotychczasowym klubem wiązał go wieloletni kontrakt, co rzecz jasna znacząco zwiększa wielkość kwoty transferowej? Że przez lata spędzone w nowym klubie może znaczącą część tej kwoty odpracować nie tylko swoją grą: golami, asystami, punktami, pucharami itd., ale także całym tym globalnym przemysłem pamiątkowo-koszulkowym?

Dodając do wszystkiego, co powyżej, powszechną wiedzę, że prezes Realu z powodów wizerunkowych zainteresowany jest galaktyczną rangą swoich zakupów, a prezes Tottenhamu z kolei cieszy się opinią najtwardszego na rynku negocjatora, wysokość zapłaconej za Bale’a sumy nie powinna nikogo dziwić.

Bo właściwie dlaczego tak? Real Madryt jest największym klubem świata, przynajmniej w rankingu Deloitte’a, a zatrudnienie Carlo Ancelottiego w roli trenera daje nadzieję, że na przewodzeniu w rankingach bogactwa się nie skończy. Pokażcie mi piłkarza, który – grając dotąd w klubie niemającym szans na wygrywanie mistrzostwa kraju, o sięganiu po triumf w Lidze Mistrzów nie wspominając – oprze się pokusie. Co Bale’owi w tej sytuacji długo zapisywałem na plus, to że aż do wtorku nie wyczyniał cyrków, jak jego poprzednicy, Berbatow czy Modrić (a, sięgając po przykłady z innych klubów, np. Luis Suarez): nie kazał się wystawić na listę transferową, nie udzielał niemądrych wywiadów itp. Szkoda, że ostatecznie nie wytrzymał napięcia i przestał pojawiać się w klubie, jak to robił przez wszystkie poprzednie dni i tygodnie; szkoda ze względu na piękne wspomnienia, które po sobie zostawia. Ale też: współczesny futbol na podobne zachowania zdążył nas uodpornić. Od czasu, jak Sepp Blatter wygłaszał sławetne zdania na temat „współczesnych niewolników”, zmieniło się wszystko. Jeśli zawodnik naprawdę chce odejść z klubu, po prostu z niego odchodzi. Wspierany w łamaniu kodeksu dobrych praktyk przez przyszłego pracodawcę, który nie potrafi się powstrzymać przed budowaniem sceny na uroczyste powitanie albo zamieszczaniem na swojej stronie internetowej linku do koszulek z jego nazwiskiem, zanim wszystkie strony złożą podpisy pod umową…

Oczywiście rozstanie Garetha Bale’a z Tottenhamem zostało przesądzone w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu, kiedy do prześcignięcia Arsenalu w tabeli i zapewnienia sobie prawa gry w Lidze Mistrzów zabrakło punktu. Niektórzy z nas byli z tym pogodzeni od dawna (ja, pisząc książkę „Futbol jest okrutny”, już od lutego). Sprawę dodatkowo upraszcza przekonanie, że w ogólnych zarysach ten transfer dopięto przed kilkoma tygodniami, czyniąc elementem międzyklubowej umowy ustalenie, że zostanie upubliczniona dopiero gdy Tottenham skończy swoje zakupy. Dla sprytnego biznesmena, jakim niewątpliwie jest Daniel Levy, było jasne, że w momencie ogłoszenia rekordowego transferu, każdy klub, od którego chciałby kupić zawodnika na zastępstwo za Bale’a, będzie żądał kwot niebotycznych. I tak, jak na dotychczasowe praktyki, Tottenham wydawał sporo i szybko – choć niezależnie od sprawy Bale’a można to łączyć również z pojawieniem się na White Hart Lane nowego dyrektora sportowego Franco Baldiniego, z jego imponującymi kontaktami w świecie futbolu. Andre Villas-Boas nie może się nachwalić współpracy z Włochem, pozwalającej mu skupić się wyłącznie na kwestiach związanych z prowadzeniem drużyny podczas treningów i spotkań, i zostawić w rękach dyrekcji sprawy transferowo-kontraktowe – z kontaktowaniem się z agentami zawodników w pierwszej kolejności. Prawdziwym transferem roku jest Baldini – uważają kibice Kogutów. Gdyby nie podkupienie przez Chelsea Williana, kadra Tottenhamu na sezon 2013/14 byłaby zamknięta przed tygodniem.

Jak realnie to wygląda? O wiarygodności kredytowej klubu z Kastylii – zadłużonego, jak wiemy, na ponad 500 milionów euro – dyskutować nie ma sensu. Po pierwsze, Simon Kuper i Stefan Szymanski, autorzy „Soccernomics”, udowodnili, że przywiązanie do racjonalnego prowadzenia sportowego biznesu, wiązanie przychodów z dochodami itd., nie przekłada się na trofea, a największe kluby świata są praktycznie nieupadalne (mówiłem o tym trochę w ostatnim numerze „Wprostu”). Po drugie, jedną z przyczyn tak długich negocjacji między Tottenhamem a Realem było domaganie się przez Londyńczyków gwarancji bankowych: Daniel Levy chciał wiedzieć, czy wicemistrzowie Hiszpanii będą mieli czym zapłacić (inna sprawa, że ich poprzedni rekordowy transfer finansowała Bankia, która popadła później w kłopoty i musiała korzystać z pomocy publicznej; Simon Kuper donosił niedawno na Twitterze, że lider prawicowych populistów z Holandii, Geert Wilders, pytał w parlamencie ministra finansów, co zamierza zrobić z faktem, że Real kupuje Bale’a dzięki wsparciu, jakiego Hiszpanii udzielają także holenderscy podatnicy).

Dużo mniej oczywisty jest temat przydatności Bale’a do Realu i tego, jak da sobie radę w nowym klubie. Specjaliści od ligi hiszpańskiej, rysując nową formację ofensywną tej drużyny ustawiają Walijczyka wraz z Ronaldo i Isco (lub Ozilem) za plecami Karima Benzemy. Na papierze wygląda to świetnie; problem w tym, że specjaliści od ligi hiszpańskiej piszą również o specyfice szatni Realu i o tym, że jej liderzy – Ronaldo zwłaszcza – całą historią ze sprowadzaniem Bale’a są mocno zmęczeni. Powodów do niepokoju jest niemało: nie tylko presja związana z aurą „najdroższego” czy „niemal najdroższego” (pamiętacie jeszcze niejakiego Denilsona, którego bycie najdroższym na świecie kompletnie spaliło?), ale także wspomnienia takiego np. Michaela Owena, który nie potrafił odnaleźć się w Madrycie m.in. dlatego, że koledzy z drużyny bardziej lubili Morientesa. Jak Cristiano Ronaldo zniesie pojawienie się na tej witrynie nowego bibelota? Jak Angel di Maria będzie się czuł na zakurzonej dolnej półce? „Czy naprawdę potrzebujemy tego gościa?” – to pytanie będzie się unosić nad Santiago Bernabeu tym mocniej, że większość piłkarzy i kibiców Realu nie widziała pewnie zbyt wielu meczów Tottenhamu (bo i dlaczego miałaby widzieć?). „Specjalna scena na powitanie? A dlaczego mnie takiej nie zbudowali?” – jakież to ludzkie, reagować w ten sposób…

Jeżeli coś w tej sytuacji może być wsparciem dla przybysza z Londynu, to przykład Davida Beckhama. Szaleństwo, związane z przyjazdem tego ostatniego do Madrytu było nawet większe, niepokoje i frustracje nowych kolegów – z pewnością porównywalne, a przecież Anglik poradził sobie doskonale. Wypieszczona megagwiazda, jak się okazało, nie miała w sobie nic z gwiazdorstwa: na treningach i podczas meczów harowała tak samo ciężko, o ile nie ciężej niż inni. I podbiła serca pozostałych.

Bale’owi może się udać. Obiektem intensywnego zainteresowania mediów stał się już jako piętnastolatek, obiektem pierwszego wielomilionowego transferu był w wieku 16 lat, później zaś kontuzje i aura kogoś, kto przynosi drużynie pecha (bodaj przez roku, gdy wychodził w pierwszym składzie, Tottenham zawsze przegrywał) musiały uodpornić go na niejedno. Kiedy Harry Redknapp narzekał, że Bale przewraca się i wzywa masażystę przy każdym ostrzejszym wejściu na treningu – przestał to robić i zaczął ciężko pracować na siłowni. Kiedy menedżer naśmiewał się z jego nadmiernej dbałości o fryzurę (pamiętacie wsuwki do włosów?), po prostu się ostrzygł. Kiedy Redknappa zastąpił Andre Villas-Boas, Walijczyk wiedział, czego od niego chce: bardziej wyrafinowanych lekcji taktyki, i przegadał z nim niejedną godzinę. O planowanym wyjeździe za granicę mówił od kilku lat. Walię, jak wiadomo, opuścił jako piętnastolatek. Przed rokiem został ojcem. Chciałoby się rzec: wszystko na swoim miejscu, nawet Carlo Ancelotti – kolejny trener, od którego Bale może się uczyć nowych rzeczy.

Umarł król, niech żyją… królowie, albo – jak to ujął Garth Crooks – sprzedaliśmy Elvisa, kupiliśmy Beatlesów. Zdanie „wszystko na swoim miejscu” odnoszę bowiem również do Tottenhamu, gdzie odejście Bale’a różni się zasadniczo od wcześniejszych podobnych przypadków – Berbatowa czy Modricia. Tamtych transferów, dopinanych w nerwowej atmosferze za pięć dwunasta, nie udało się zrównoważyć. Ten nie został jeszcze ogłoszony, a Chadli, Paulinho, Soldado czy Capoue zdołali rozegrać kilka spotkań, i nie był to jeszcze koniec zakupów. Williana sprzątnęła sprzed nosa Chelsea, więc uruchomiono plany B i C, sprowadzając Lamelę i Eriksena (kupno obrońcy Chichiresa ze Steauy jest związane raczej z wcześniejszym odejściem Caulkera i Gallasa). Na pierwszy rzut oka druga linia Tottenhamu wygląda solidniej, a możliwości manewru w taktyce i ustawieniu, jakie dają poszczególni zawodnicy, wydają się oszałamiające. Narzekaliście w roku ubiegłym, że macie do czynienia z drużyną jednego piłkarza, to dostajecie na jego miejsce pół tuzina następców. Ubolewałem, że po kontuzji Sandro druga linia straciła całą dynamikę? Odeszli będący źródłem problemu Parker i Huddlestone, a pojawili się szybcy i silni Capoue i Paulinho. Ciężar strzelania bramek, który tak często musiał brać na siebie Bale, rozłoży się między Soldado a grupę zawodników grających za jego plecami, a i Lamela, i Eriksen w poprzednich klubach oprócz goli kolekcjonowali również asysty…

Śmiertelnie się boję wygłaszania takich opinii, zwłaszcza że po pierwsze do zamknięcia okienka mamy jeszcze chwilę i nie wiadomo, czy MU i Arsenal również znacząco się nie wzmocnią, a po drugie nie sposób powiedzieć, czy i w jakim tempie tak duża grupa młodych w większości i kiepsko mówiących po angielsku zawodników odnajdzie się na Wyspach (niejaki Arsene Wenger wspominał o „technicznej trudności”, jaka wiąże się z wkomponowywaniem w dwudziestoparoosobową grupę więcej niż trzech nowych postaci), ale pierwsze sygnały są obiecujące. Ten skład jest wystarczająco szeroki i wystarczająco utalentowany, by awansować do Ligi Mistrzów: czas zmierzyć się z presją, jaka towarzyszy temu zdaniu, i zacząć się przyzwyczajać do roli faworyta.

Elvis rzeczywiście odszedł, ale nie tylko ze względu na moje przywiązanie do gry zespołowej – wolę Beatlesów.

PS Padło tu nazwisko Davida Beckhama – piłkarza, legendy, celebryty, a dla mnie przede wszystkim superprofesjonalisty. Zajrzyjcie jutro na profil Facebookowy „Futbol jest okrutny”, gdzie w pewnym okołomadryckim konkursie będzie można wygrać wydaną właśnie przez SQN jego biografię.

Miasto pełne Messich

Była Barcelona. Wpadła na chwilę. Pokazała się światu, nader chętnie transmitującemu w 130 ponoć stacjach telewizyjnych debiut Neymara, zrobiła to na tle polskiego stadionu i polskiej drużyny, a ci z nas, którzy pamiętają jeszcze peerelowską siermiężność, mieli swój moment uniesienia, tak samo jak parę tygodni temu, gdy zobaczyli nad Wisłą, na innym imponującym obiekcie, inną megagwiazdę – Paula McCartneya.

Ach, nie będzie to oczywiście tekst o patriotycznych uniesieniach, choć Lechia wypadła zaskakująco dobrze, a fani Barcelony nie mieliby pewnie nic przeciwko temu, by jej dzisiejszy polski epizodzik otworzył równie wspaniały okres w historii klubu, co epizodzik poprzedni: rozpoczynające epokę Guardioli starcie z Wisłą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Po prostu: była Barcelona, a my wzięliśmy z tej obecności tyle, ile potrafiliśmy. Czyli niemało. Już koło południa, kiedy podjechałem pod stadion po odbiór akredytacji, mijałem setki mówiących po polsku fanów katalońskiego klubu i przypominałem sobie wszystkie te pytania kierowane w ostatnich miesiącach także pod moim adresem: czy to w porządku, wiązać swoje serce i rozum z klubem grającym na co dzień daleko stąd. Przynajmniej w taki dzień nikomu nie trzeba się tłumaczyć, myślałem sobie, ciesząc się ich radością, że jednak mecz doszedł do skutku. Nawet jeśli ostatecznie na stadionie znalazło się też sporo „pikników”, po pierwsze – spotkałem również dużo takich, którzy w możliwości obejrzenia rezerw Barcelony (do Polski przyjechało kilkunastu zawodników Barcy B i Juvenil A) znajdowali frajdę godną konesera (wiedzieli, że za dwa-trzy lata niejeden z nich stanowić będzie o obliczu drużyny; coś podobnego przeżywałem patrząc na sparing Tottenhamu z Barcą, 4 lata temu podczas Wembley Cup), po drugie – szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko „piknikom”, niech się cieszą futbolem w najlepsze. Dzisiejszy Gdańsk, Gdańsk pełen Messich, robił na przybyszu z południa bardzo przyjemne wrażenie. Także przy minucie ciszy przed meczem i także po golach Lechii, gdy patrzył na szalejących z radości dzieciaków w koszulkach… Blaugrany (okrzyków o ogrywaniu „k…” nie słyszał, a faceta przede nim na trybunie prasowej, zajmującego się oglądaniem w internecie zdjęć samochodów – nie były bardzo bite, o ile zdążyłem zauważyć – zobaczył dopiero podczas przerwy w grze na parę minut przed końcem) .

Barcelona wpadła na chwilę. Inaczej być nie mogło. Ci, którzy czytali „Barcę” Grahama Huntera wiedzą, że Pep Guardiola – jako były piłkarz pamiętający świetnie frustrację niekończących się podróży, oddalenia od rodziny, czasu marnotrawionego w hotelach i na lotniskach – wprowadził w klubie nowe zasady, i kiedy się da Katalończycy ruszają na mecze wyjazdowe o poranku, by na miejscu odbyć sjestę, zagrać i niemal natychmiast odlecieć. W skali sezonu daje to setki godzin oszczędności – setki godzin nieuniknionej i zabijającej wszelką kreatywność nudy. Nawet na miejscu, w Barcelonie, zespół w dniu meczu odbywa zwykle krótką rozgrzewkę, później zaś zawodnicy wracają do domów i na Camp Nou stawiają się dopiero na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem.

Jak się ze sobą nie nudzić – jedna z podstawowych kwestii przy budowaniu maszynki do wygrywania. Jak odzyskać świeżość i wejść w nowy kierat, w którym trzeba będzie chodzić najbliższe 11 miesięcy, aż do mundialu w Brazylii, rozgrywając po drodze – poznaliśmy takie statystyki przy okazji Pucharu Konfederacji, wieńczącego sezon największych gwiazd także tej drużyny – nawet 80 spotkań. Tu akurat zmiana trenera może Katalończykom wyjść na dobre, podobnie jak transfuzja do przedniej formacji brazylijskiej świeżej krwi, bo dziś, nawet zważywszy na towarzyskie okoliczności i półtowarzyski skład, za dużo oglądaliśmy człapania w stylu najsłabszych występów klubu z poprzedniego sezonu, również z Rourą na ławce.

Choć w przypadku transfuzji do Barcelony nigdy nic nie wiadomo – i mecz z Lechią oczywiście odpowiedzi na pytanie, czy Neymar wpasuje się w drużynę, nie przyniósł. Simon Kuper, piszący o Katalończykach w dziewiątym numerze „Blizzarda”, zwraca uwagę, że polityka sprowadzania co jakiś czas przez klub piłkarzy ze światowego topu często kończy się klęską. Henry, Ibrahimović, ba: nawet David Villa mieli trudności z wkomponowaniem się w wypracowywany przez lata nauki w La Masii system. O powodzeniu akcji na tym poziomie decyduje często ułamek sekundy – tłumaczył to dawny dyrektor wykonawczy klubu Joan Oliver – jeśli piłkarz potrzebuje więcej czasu, żeby zrozumieć, co zamierza jego partner, wszystko bierze w łeb. Oto dlaczego nienajwybitniejszy przecież, za to wychowany w La Masii Pedro radzi sobie w tym dziwnym klubie lepiej niż niejeden gwiazdor z importu. Oto dlaczego z zawodników dziś występujących zwrócił moją uwagę Sergi Roberto, żwawo biegający między oboma polami karnymi, nieustannie blisko piłki – pokazujący się kolegom i widzący ich, gotów do sformułowania trójkąta (zakończona strzałem akcja z Songiem i Messim w dziesiątej minucie). Messi zaczął świetnie, trzykrotnie rozprowadzając po prawej Alexisa Sancheza, później jednak piłkarze Lechii odcinali go od podań, a i on wracał się w poszukiwaniu wolnego miejsca rzadziej niż np. zaskakująco dobry z mojej perspektywy Matsui i niewątpliwy bohater meczu, nie tylko z powodu pięknej bramki, Grzelczak. Reszta, jak myślę, odstawała, szczególnie podwójnie odpowiedzialny za bramkę Lechii (bezsensowne wybicie na róg, odpuszczenie Bieniuka…) Bartra. Będzie miał problem Gerardo Martino ze środkiem obrony, bo przecież zanim debiutujący dziś w drugiej połowie, spokojny i nieźle się ustawiający, ale kruchy Bagnack zacznie częściej pojawiać się na boisku, musi upłynąć jeszcze sporo czasu.

Na koniec miałbym więc ochotę napisać, że wiem tyle, ile już wiedziałem: przed Martino iście paisleyowskie wyzwanie (jak pisał o przejmującym Barcę po Guardioli Vilanovie Lluis Regas, porównując to z dziedziczeniem Liverpoolu po Billy Shanklym); nie sądzę, by kiedykolwiek pozwolił na podobną nieruchawość swoich zawodników, zwłaszcza bez piłki, jak dzisiaj zrobił to Jordi Roura.

Byłoby to jednak zakończenie niesprawiedliwe. Wiem tyle, ile już wiedziałem, ale jeszcze coś nowego. Warto czasem przyjść na polski stadion i obejrzeć polską drużynę. Nie śmiałem się z tańczącego przy linii bocznej Michała Probierza.

Bale. Wpis autoterapeutyczny

Podobno racjonalność jest ostatnią rzeczą, której moglibyśmy spodziewać się po świecie piłki nożnej i faktycznie: patrząc na kwoty transferowe na przykład, trudno byłoby z taką opinią się spierać. A jednak kibic średniego klubu, którego największa gwiazda dochodzi w pewnym momencie do wniosku, że lepiej mu będzie w klubie galaktycznym, musi mieć poczucie, że futbol jest racjonalny. Do bólu.

Z perspektywy Garetha Bale’a chęć przejścia z Tottenhamu do Realu wydaje się przecież oczywistością. Znakomity 24-latek wyrósł w ciągu ostatniego roku o głowę ponad swoich kolegów, a z pewnością wyrósł także ponad aktualne możliwości swojego klubu. Poświęcać jeszcze jeden rok króciutkiej kariery na walkę o jakieś czwarte miejsce w Premier League, spędzać czwartkowe wieczory na bieganiu za piłką w Lidze Europejskiej, podczas gdy wszystko, co najważniejsze, rozgrywa się we wtorki i środy w Lidze Mistrzów? Stara się o niego Real Madryt, najbogatszy i jeden z kilku najsłynniejszych klubów świata. Stara się o niego TERAZ. Dlaczego miałby czekać jeszcze rok, skoro za miesiąc czy dwa jakiś Charlie Adam albo inny Ryan Shawcross może mu złamać nogę i marzenia o staniu się drugim Ronaldo rozwieją się na wietrze, choćby tym znad Britannia Stadium?

Czytelnicy książki „Futbol jest okrutny” wiedzą, że z odejściem Bale’a godziłem się już wczesną wiosną, nie wiedząc jeszcze, jak zakończy się sezon 2012/13. W momencie, gdy fantastycznym strzałem zza pola karnego przesądził o zwycięstwie nad Sunderlandem w ostatniej kolejce – zwycięstwie daremnym, bo w tym czasie Arsenal wygrywał na boisku Newcastle – racjonalne z perspektywy Walijczyka wydawało się właśnie odejście. Owszem, istniały i istnieją sposoby na zaklinanie rzeczywistości, zarówno z kategorii romantycznych, jak i – powiedzmy – pozytywistycznych. Te pierwsze mówią o więzi z trenerem, który wymyślił mu nową pozycję na boisku, o małej córeczce, której życia nie chciałby narażać na gwałtowną zmianę (rodzice podobnych maleństw wiedzą, że to nietrafny argument, i przeprowadzkę trudniej zorganizować w wieku późniejszym), o tym, że świetnie się czuje wśród kumpli z White Hart Lane, że jest skromnym chłopcem, spędzającym każdą wolną chwilę z rodzicami w Walii itp., itd. Te drugie mówią, że Tottenham i Andre Villas-Boas wciąż pozostają dla niego stworzeni: że w Londynie może się jeszcze wiele nauczyć, a w Madrycie (patrz Luka Modrić) nie będzie miał tyle swobody…

Kibic średniego klubu zna te wszystkie argumenty na pamięć. I dodaje kolejne: że Bale dopiero co podpisał kontrakt czyniący go jedną z twarzy Premier League. Że brał udział w promocji nowych strojów Tottenhamu i że w koszulce tej drużyny wystąpił obok Messiego na okładce Fify 14. Że klub wzmacnia się właśnie, i że z Paulinho, Chadlim, a najprawdopodobniej także Soldado, w przypadku pozostania Bale’a miałby najmocniejszy skład w historii występów w ekstraklasie – z pewnością pozwalający myśleć o czwartym (drżyjcie, Kanonierzy) miejscu. Że oferuje Walijczykowi nowy, rekordowo wysoki kontrakt, pozwalający na odejście za rok…

Kibic średniego klubu wylicza to wszystko i… nie wierzy. Ma w pamięci trofea, które nazbierali po odejściu Carrick, Berbatow czy Modrić (zgoda, ten ostatni nie został jeszcze  mistrzem Hiszpanii i Ligi Mistrzów nie wygrał, ale jego gola przeciwko MU na Old Trafford nie sposób wymazać z historii Champions League) – ale też i te, które zgromadzili inni uciekinierzy z północnego Londynu, Fabregas, van Persie czy Nasri. Trochę mu smutno, kiedy to pisze, bo wyobraził już sobie nowy, grający w ustawieniu 4-3-3 Tottenham, z Paulinho, Sandro i Dembele w środku, a przed nimi Lennonem lub Chadlim, Soldado i Bale’em – i były to przyjemne wyobrażenia. Przeżył już jednak wystarczająco wiele wakacji pod znakiem bolesnych rozstań, by teraz stąpać twardo po ziemi. Nawet sumując kwoty wydane na nowych piłkarzy, nie umie wymyślić innego sposobu na domknięcie budżetu, jak sprzedaż swojego najlepszego zawodnika.

Powiedzcie mi, że nie wytrzymałem nerwowo, brytyjska prasa dała się zwieść plotkom, w których produkowaniu hiszpańskie media nie mają sobie równych, a szczęśliwy i skoncentrowany na przygotowaniach do sezonu Gareth Bale podpisze nowy kontrakt z Tottenhamem.

Bielsyfikacja Barcelony

Marcelo Bielsa – o tym szaleńcu należałoby napisać nie rozdział następnej książki, ale książkę całą. Argentyński trener wyrósł wszak w XXI wieku na postać kluczową dla rozwoju światowej myśli szkoleniowej, zapewne ważniejszą – jako teoretyk, a nie tylko praktyk – od Mourinho, Wengera czy Fergusona razem wziętych. „Futbol w ostatnich latach przechodził proces bielsyfikacji” – pisze o tym Jonathan Wilson. Dziś w zasadzie wszystkie najlepsze drużyny świata próbują odebrać piłkę najwyżej, jak się da, i strzelić bramkę, błyskawicznie przechodząc od obrony do ataku. To wymaga od środkowych obrońców umiejętności panowania nad futbolówką, nietracenia jej pod presją, niepanikowania, kiedy goni ich dwóch czy trzech rywali, a wreszcie (czy raczej: jak najszybciej) celnego jej podania – cech kto wie, czy nie ważniejszych u współczesnego stopera od gry głową czy sztuki wślizgu. Jak to mówią eksperci od tiki-taki, najbezpieczniejszy sposób na nietracenie goli to nietracenie posiadania piłki, utrzymywanie się przy niej, a w przypadku straty – agresywny, niestrudzony pressing; wszystko na dość niewielkiej przestrzeni, bo przecież obrona takiej drużyny również jest wysoko ustawiona.

Schody – i interesujące nas dziś, w momencie zatrudnienia przez Barcelonę ucznia i dawnego podopiecznego Marcelo Bielsy, różnice – zaczynają się w momencie, kiedy po odzyskaniu piłki Bielsa domaga się natychmiastowego przejścia do kolejnego ataku, a kolejni szkoleniowcy katalońskiego klubu sam odbiór uważają za sukces i dopuszczają cierpliwe rozgrywanie aż do znudzenia rywala (choć, jak pokazał w dziewiątym numerze kwartalnika „Blizzard” Simon Kuper, u podstaw gry Katalończyków leży również założenie, że jeśli udało się piłkę udało się odebrać na połowie rywala, decydujący cios należy zadać od razu); mimo tych różnic bielsistów i wyznawców tiki-taki łączy przekonanie, że posiadanie piłki jest elementem gry obronnej.

Oto dlaczego „arcykapłan” Bielsa, jak nazywa go Wilson, często używa środkowych pomocników w roli obrońców – Medela w Chile, Martineza w Athleticu (często obrońców jest zresztą trójka – u Bielsy, jak u van Gaala w Ajaksie czy Cruyffa w Barcelonie trójkę graczy ofensywnych z trójką defensorów wielokrotnie łączył diament złożony z zawodników środka pola); oto dlaczego podobny zabieg zastosował Guardiola z Mascherano. Oto dlaczego szykujący się do podjęcia pracy trenerskiej w Barcelonie Pep pojechał do Ameryki Południowej, gdzie uciął sobie ponoć dwunastogodzinną pogawędkę z Bielsą przy grillu, oto dlaczego – uwiedzeni świeżością ich idei – w ślad za Bielsą i Guardiolą zaczęli iść młodsi, np. Klopp czy Villas-Boas.

Tak, o Bielsie z pewnością powstanie rozdział następnej książki. Tu zauważmy jedynie, że choć jego wpływ na rozwój myśli trenerskiej jest ogromny, sam nie dostał nigdy szansy w wielkim klubie i że najprawdopodobniej nigdy jej nie dostanie. Ktoś, bodaj czy znów nie Wilson (nie mam ze sobą na urlopie wszystkich fiszek; wpis niniejszy powstaje w sensie ścisłym pod gruszą), zestawiał go z Brianem Cloughem i przypominał klęskę tego ostatniego w Leeds: jako nieidący na kompromisy ideolog Argentyńczyk potrzebuje zwykle sporo czasu na przekazanie założeń swojego systemu nowym podopiecznym, a właściciele wielkich klubów nie mają zwykle tyle cierpliwości, co – dajmy na to – prezes Athleticu Bilbao. W wielkich klubach szansę dostają więc co bardziej pragmatyczni spośród jego wyznawców – w przypadku Barcelony Gerardo „Tata” Martino.

Przy wszystkich zestawieniach obu panów, które w sposób nieunikniony pojawiają się  w światowej prasie, tę jedną różnicę podnosi się bodaj najczęściej: Martino potrafi wziąć z obejmowanej drużyny to, co charakteryzowało ją przed jego przyjściem, jego rewolucje bywają aksamitne. Bielsa powiada, że gdyby piłkarze byli robotami, wygrywałby wszystko – ale że nie są, w końcówkach sezonów jego drużyny fizycznie nie wytrzymują wymogów narzuconego stylu gry; Martino potrafi się wsłuchać w swoich podopiecznych.

Inna sprawa, że tutaj o rewolucji w ogóle nie może być mowy, dlatego właśnie, że poprzedni szkoleniowcy Barcelony również byli bielsistami. Owszem, Martino nie jest Katalończykiem i nie pracował nigdy w Europie, ale język piłkarskiej taktyki jest przecież uniwersalny: pal licho, że Messi jak Martino urodził się w Rosario, a potem jak Martino grał w Newells Old Boys – ważniejsze, że parę lat później Guardiola piekł steki z Marcelo Bielsą. Co zresztą charakterystyczne: jeśli kierować się cytowanymi przez Grahama Huntera w jego świetnej książce o Barcelonie kryteriami zatrudnienia, jakie musiał spełnić następca Franka Rijkaarda na posadzie trenera (sporządził je wiceprezes klubu Marc Ingla) – Martino, w odróżnieniu od np. bardzo poważnie branego wówczas pod uwagę Jose Mourinho, spełnia je wszystkie. Rozwój, nie rewolucja; odświeżenie, ale idące dalej niż np. powierzenie drużynie kolejnemu z człowiekowi z La Masii – wygląda to na wyciągnięcie wniosków z tego, co spotkało Barcelonę w dwumeczu z Bayernem (a Hiszpanię w finale Pucharu Konfederacji)… Tiki-taka szybsza i bardziej intensywna – nie wiem, jak państwo, i nie wiem, jak np. 33-letni już Xavi, ale ja taką Barcelonę obejrzę z przyjemnością.