Atletico według Tony’ego Gatlifa

1. Wszyscy mówią „decima, decima”, ale to musi być tekst o innej madryckiej drużynie. Przy całym uznaniu dla Realu, który po raz dziesiąty wygrał najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie, spełniając marzenia kibiców i zaspokajając ambicje prezesa Florentino Pereza (aby osiągnąć cel, latem 2013 r. po raz kolejny walczył o transferowy rekord, czyniąc sprowadzanego z Tottenhamu Walijczyka Garetha Bale’a prawdopodobnie najdroższym piłkarzem świata); przy nadzwyczajnym szacunku dla Carlo Ancelottiego, który potrafił wylać oliwę na wzburzone przez Jose Mourinho madryckie fale, który znalazł wspólny język z miejscowymi supergwiazdami: Ronaldo, Casillasem czy Ramosem, który wkomponował do drużyny wspomnianego Bale’a, okiełznał Pepe, przyznał należne miejsce Modriciowi i niebywale rozwinął świetnego wczoraj di Marię – dziś trzeba pisać o klubie mniejszym i uboższym, będącym o kilkadziesiąt zaledwie sekund od wygranej w finale Ligi Mistrzów, a wcześniej potrafiącym sprzątnąć sprzed nosa Realu i Barcelony mistrzostwo Hiszpanii.

Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 bukmacherzy przyjmowali zakłady, że Atletico zdobędzie mistrzostwo kraju i wygra Ligę Mistrzów po kursie 6560:1 – a gdyby nie gol Sergio Ramosa już w doliczonym czasie gry finału tejże Ligi Mistrzów, dający podopiecznym Ancelottiego wyrównanie i przedłużający mecz o dogrywkę, w której wycieńczone Atletico nie dało już rady, musieliby wypłacać takie wygrane. Podobne rzeczy nie zdarzały się od lat: akurat w hiszpańskiej piłce hierarchia wydawała się ustalona. Jeśli nie Real, to Barcelona, jeśli nie Barcelona, to Real – ten duopol, symbolizowany tyleż przez piłkarskie wielkości, co biznesowe marki Messiego i Ronaldo, został nieoczekiwanie rozbity, i to przez drużynę, której wartość rynkowa jest wielokrotnie mniejsza: piłkarzy Realu wycenia się na 521,9 milionów euro, Atletico zaś – zaledwie na 79,05 milionów.

Niemiłosiernie nadużywana metafora o kopciuszku podbijającym książęce salony w tym przypadku nie znajduje zastosowania nie tylko ze względu na fakt, iż nie wypada się tu posługiwać zużytymi metaforami. Wszystko bowiem można powiedzieć o drużynie Atletico, ale nie to, że przypomina zahukaną dziewczynę z macoszynej kuchni.

2. Piłka nożna w wykonaniu Atletico Madryt – drużyny kierowanej przez Argentyńczyka Diego Simeone, przed laty boiskowego zabijaki, który w 1998 r. doprowadził prowokacyjnym zachowaniem do wyrzucenia z boiska Davida Beckhama podczas mundialu we Francji – bywała opisywana przy pomocy obrazów zapożyczanych z filmów Quentina Tarantino i Roberto Rodrigueza. „Waleczni, bezwzględni, cyniczni, na mecz wychodzą z nożami w zębach” – pisał o nich Rafał Stec w świetnym szkicu „Pies wojny”. „Ilekroć patrzę na Atletico, w prześladujących mnie kinofilskich skojarzeniach wracają twarze z »Dzikiej bandy« Peckinpaha, »Wściekłych psów« Tarantino czy »Maczety« Rodrigueza, z tytułową rolą Danny’ego Trejo – łudząco podobnego do argentyńskiego trenera i rutynowo już reprezentującego na ekranie buchający, nieokiełznany testosteron” – kontynuował autor „A jednak się kręci”, zastrzegając wszakże, że skojarzenia są niedokładne, bo „w madryckim sposobie gry nie ma miejsca na ślepą, furiacką brutalność (Peckinpah) lub przymrużenie oka (Tarantino, Rodriguez)” – że ten gang zabija na zimno, „odmierzając agresję w jej niezbędnych ilościach”.

Otóż właśnie: brutalności Atletico nie wypada demonizować; ważniejszy od wykalkulowanych fauli jest zawsze pressing, o rzadko spotykanej intensywności, a także błyskawiczne przejście z obrony do ataku. Jeśli już pozostać przy skojarzeniach kinofilskich, bardziej niż Tarantino przypomina mi się Tony Gatlif, z którego obrazów, takich jak „Vengo”, „Transylwania” czy „Exils”, postać Diego Simeone wydaje się wyjęta. „W każdym z tych tytułów czuło się podobną energię: ten sam powiew wolności i anarchii. Wszędzie spotykaliśmy bohaterów, których najbardziej wyrazistą cechą była jakaś nieposkromiona »dzikość w sercu«, pozwalająca im pozostać takimi, jakimi chcą, na przekór zmieniającemu się światu” – pisała kiedyś o Gatlifie Anita Piotrowska w „Tygodniku Powszechnym”. O intensywność więc tu chodzi, jak w tych scenach z filmów romsko-algierskiego reżysera, które dokumentują dzikie, plebejskie flamenco. Intensywność zarówno gry w piłkę, jak przeżywania, a także kontaktu ze zwykłymi ludźmi: wielokrotnie w trakcie wczorajszego meczu z Realem trener Atletico podnosił się z ławki nie po to, by wejść w relację ze swoimi piłkarzami, przekazać im instrukcje, dokonać korekt w taktyce, ale żeby jakimś gestem trafić do tysięcy tych, którzy przyjechali za jego zespołem na finał do Lizbony. To był ludowy bohater, próbujący odnaleźć się na europejskich salonach i ostatecznie z nich wyproszony – odesłany na trybuny przez sędziego po incydencie z Varanem. Tyleż outsider, człowiek wykorzeniony i odrzucany przez bogaty świat, co na dobre i złe zakorzeniony w swojej rodzinnej wspólnocie. Zawsze będę pamiętał, jak po meczu z Barceloną zabrał na konferencję prasową całą swoją ekipę. „Chciałem dzielić tę radość z moimi ludźmi” (miałbym ochotę przetłumaczyć: z moim ludem) – tłumaczył.

Jeśli mówić o aktorach, to równie dobrze jak Danny’ego Trejo, można przypominać pojawiającego się u Gatlifa Birola Ünela, znanego również z „Głową w mur” Fatiha Akina. Wszędzie tu chodzi o trzewia, o namiętność i gorączkę, o niemal paradokumentalną intensywność dziania się, nieuchronnie zmierzającą w klęskę i mrok.

3. Wznoszę swoje cante jondo na temat Atletico, bo żaden inny zespół nie wniósł w zakończony właśnie sezon europejskiej piłki tyle energii i pasji. Grupa kilkunastu zabijaków (kadra nie była tak liczna jak kadry potentatów – zamiast rotować składem w trakcie wyczerpującego sezonu, Simeone stawiał wciąż na tych samych zawodników, doskonale się wprawdzie rozumiejących, ale z czasem coraz bardziej zmęczonych) w drodze do finału Ligi Mistrzów nie przegrała ani jednego spotkania, eliminując Porto, Milan czy Barcelonę. Im dalej w sezon, tym jednak robiła się szczuplejsza. W finale nie mógł zagrać Arda Turan, a Diego Costa wytrwał zaledwie dziewięć minut – nie pomogła tajemnicza kuracja maścią z końskiego łożyska, aplikowaną przez serbską cudotwórczynię. Simeone dokonywał kolejnych zmian i w końcówce kontuzjowany obrońca Juanfran musiał kuśtykać po boisku, byle tylko drużyna nie grała w dziesiątkę. Ostatnich kilkanaście minut, jak zauważył Michał Zachodny, przypominało już jazdę nie tyle „na rezerwie”, co na oparach paliwa.

Ale wznoszę je także dlatego, że wszystko wskazuje na to, iż mamy oto kolejną we współczesnym futbolu opowieść o niespełnieniu. Jak z innym „klubem ludowym”, niemiecką Borussią Dortmund, bijącą się przed rokiem w finale Ligi Mistrzów z Bayernem i przegrywającą z nim w lidze, z roku na rok wykrwawianą na rynku transferowym, pozbawianą a to Kagawy, a to Goetzego, a to Lewandowskiego – Atletico, które zdołało się podnieść po odejściu Radamela Falcao, będzie zapewne musiało znaleźć zastępców dla Courtois i dla Diego Costy, obu wzywanych do Londynu przez Jose Mourinho, a być może także dla znakomitego wczoraj Koke. Porównanie z Borussią jest zresztą niedokładne – zespół Jürgena Kloppa nie może wprawdzie rywalizować na rynku transferowym z potentatami, ale od kilku lat nie pieniędzy mu nie brakuje. Atletico jest zadłużone, osobną kwestią są jego relacje z funduszami inwestycyjnymi. „Nawet wielkie sukcesy – pierwsze od 18 i 40 lat – mogą być zapowiedzią nie lepszych, ale gorszych czasów. Na szczyty dostawało się wiele klubów, lecz utrzymać się na nich jest znacznie ciężej” – przestrzega Łukasz Godlewski i trudno mu nie przyznać racji.

Atletico Madryt, Tony Gatlif i flamenco. Brakuje tylko wina – może być nawet z Andaluzji.

17 myśli nt. „Atletico według Tony’ego Gatlifa

  1. ~Ags

    Atletico może i przegrało, ale dla fanów futbolu to i tak nie ma wielkiego znaczenia. My wszyscy polubiliśmy ten klub, a niektórzy nawet go pokochali. Simeone pokazał, że nikt nie powinien mieć żadnych kompleksów, nawet przeciwko takiemu rywalowi jak Real Madryt.

    Odpowiedz
  2. ~Witek

    Wszystko fajnie, ale i tak uważam, że przemilczenie zdobycia pucharu Anglii (zwłaszcza że Autor ceni te rozgrywki) jest po prostu małostkowe.

    Brawo Atletico, brawo Real.

    Odpowiedz
    1. ~PKZ

      Szczerze powiem, że też czekałem na tekst o Arsenalu. Cenię pana Michała za to, że jako kibic Tottenhamu wielokrotnie pisał uczciwie o The Gunners i tym bardziej czekałem na analizę. Czy to tylko nic nieznaczące zwycięstwo, w dodatku zdobyte w słabym stylu czy też fakt odrobienia straty 0:2 nadaje mu właśnie tym więcej znaczenia? Pryszcz to czy przyczynek do większej pewności siebie, jak podkreśla Wenger. Moim zdaniem ta kwestia o pewności siebie brzmi jak desperacka próba zaczarowania rzeczywistości. A jestem, dodam, kibicem Arsenalu.
      Przydałaby się też analiza sezonu z podziałem z/bez Ramseya. Moim zdaniem nie dość podkreślane jest ile on znaczył w tym sezonie dla tej drużyny i jego nieobecność w kluczowym momencie sezonu na pewno „ułatwiła” tradycyjny zjazd ze szczytu tabeli w rejony walki o 4 miejsce. Śmiem twierdzić, że z Walijczykiem w składzie Arsenal byłby drugi i ani przez chwilę by nie drżał o LM.

      Odpowiedz
  3. ~Marcin

    Interesujące skojarzenia filmowe. Nie wnikam nie oglądałem filmów gatlifa. Prześledziłem natomiast karierę simeone – mistrzostwo Hiszpanii z Atletico i Włoch z Lazio. Dobrze sie czuje w głodnych sukcesu klubach. Grał w Interze, tez w okresie gdy Inter czekał na mistrzostwo. A wiec w interze głodnym sukcesów. W najlepszym sezonie strzelił kilka goli decydujących o zwycięstwach choć Inter był drugi. Simeone jest bez kompleksów i zdeterminowany. Połowy zawodników atletico wogole nie znałem i nie wiem czy to simeone nauczył ich tak panować nad piłka ale naprawdę grają genialny futbol. Wyrównany silny zespół bez słabych punktów. Mi podobała sie gra gabriego. Wczoraj widziałem go i usłyszałem o nim po raz pierwszy.

    Odpowiedz
  4. ~przecinek

    ” i to przez drużynę, której wartość rynkowa jest wielokrotnie mniejsza: piłkarzy Realu wycenia się na 521,9 milionów euro, Atletico zaś – zaledwie na 79,05 milionów.”

    Doprawdy? Jak spojrzałem na transfermarkt zobaczyłem sumę 282 milionów. Z tej Pańskiej wyceny to Costa bierze połowę sumy.

    „Otóż właśnie: brutalności Atletico nie wypada demonizować; ważniejszy od wykalkulowanych fauli jest zawsze pressing, o rzadko spotykanej intensywności,”

    Nie jest bardziej intensywny od Mourinhowskiego. Za to o wiele bardziej faul. No nic, jeszcze parę lat i Simeone również powszechnie okrzykną „antyfutbolem”. Niech media się znudzą walecznością Indian, a Argentyńczyk zrobi kilka odpałów, jak ten w końcówce finału.

    Jeśli chcą grać brutalnie, niech grają. Tylką żeby sędzia nie dostosowywał się do nich, bo oglądanie każdego meczu Atletico to wyliczanie nie gwizdniętych fauli, kartek, w tym czerwonych.

    „a także błyskawiczne przejście z obrony do ataku.”

    W finale nie zaobserwowano.

    Odpowiedz
  5. ~mruz

    Atletico mimo, że przegrali sa największymi zwycięscami tego sezonu Wygrali La Ligę i gdyby nie szczęscie w doliczonym czasie gry które sprzyjało Realowi to oni świętowaliby zwyciestwo. Zaznaczyć też trzeba, że ta drużyna to nie zlepek gwiazd tylko nieznane w europie nazwiska które ładnie poustawiał Diego Simeone
    PS Fajny tekst o finale: http://www.mateball.com/p/228

    Odpowiedz
  6. ~PKZ

    „…bo żaden inny zespół nie wniósł w zakończony właśnie sezon europejskiej piłki tyle energii i pasji…”
    A Liverpool? Podobna energia i dużo więcej jakości z przodu. Sezon oczywiście mniej udany ale porównanie moim zdaniem uzasadnione.

    Odpowiedz
    1. ~hazz2

      Czy aż tak dużo więcej to nie sądzę ale na pewno duzo mniej Liverpool jakości oferował z tyłu wiec jednak porównanie mało trafne

      Odpowiedz
    2. ~Ruta

      Moim zdaniem autor piszac o europejskiej piłce miał na mysli rozgrywki miedzynarodowe a Liverpoolu tam nie było w mijajacym sezonie 😛

      Odpowiedz
  7. ~erictheking87

    A tam, Atletico-sratletico. Spursi mi podkradają Pochettino Panie Michale!
    Słyszałem, że David Moyes jest wolny – znakomity trener, polecam. Może Daniel Levy nim by się zainteresował?

    Gdyby Shaw odszedł, przeżyłbym (szczególnie do United). Ba, nawet Lallane, bym przeżył (aczkolwiek, to dużo gorzej). Natomiast, Pochettino zaczął budować bardzo dobry projekt i jak widzę newsy pt. „McLaren for Pochettino”, to mam ochotę zasłabnąć i obudzić się nic nie pamiętając.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *