Archiwa tagu: Eriksen

Lubię, kiedy Tottenham

Oto przyczynek do portretu psychologicznego kibica tej drużyny: jego ulubieńcy rozgrywają właśnie najlepszy mecz w sezonie, a on przez pierwsze cztery akapity marudzi, jak mają ciężko.

Wciąż jeszcze jest tak, że po meczu takim, jak wczorajszy pojedynek derbowy z Chelsea żałuję, że nie włączyłem nagrywarki, a potem zaczynam rozglądać się po sieci, czy ktoś może nie nagrał i nie udostępnia. Niby ostatnie pięć lat obfitowało w wiele równie przyjemnych doświadczeń, a i wcześniej zdarzało się, że Tottenham w pięknym stylu zwyciężał w derbach albo szerzej: w spotkaniach z drużynami uznawanymi za faworytów (jednym z najbardziej niezwykłych nagrań w mojej kolekcji jest to z meczu z Arsenalem z kwietnia 2010 r., kiedy debiutujący Danny Rose wrzucił Almunii piłkę za kołnierz – niezwykłość potęguje fakt, że w ramach żałoby po katastrofie smoleńskiej Canal Plus transmitował tamten mecz bez żadnego komentarza – słychać tylko odgłosy stadionu, a w prawym górnym rogu widać specjalną żałobną sztrajfę), a przecież nie przywykłem, ba: szybko o takich przyjemnościach zapominam. Jeśli więc szydzono czasem z Tottenhamu, że po byle wygranej w meczu ligowym z Chelsea czy Arsenalem potrafi wypuścić pamiątkowe DVD, to rzec można: rozpoznał rynek. Tu wciąż się nie wygrywa ligi ani pucharów, tu wciąż się nie zwycięża rutynowo, tu wciąż żyje się w obawie przed najgorszym, a aktualnie najgorsze jest podkupienie trenera przez któregoś z europejskich gigantów.

Inna sprawa, że gdy w przerwie wczorajszych derbów próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem ukochaną mą drużynę grającą tak dobrze, miałem niejaki problem. W tym sezonie na pewno nie: owszem, mają najlepszy start w dziejach występów w Premier League, ale dzięki zwycięstwom szczęśliwym, wymęczonym i najczęściej jednobramkowym – takim, podczas których o wynik trzeba drżeć do końca i o zdominowaniu rywala nie ma mowy. W sezonie poprzednim? Wygrana z Chelsea na Stamford Bridge była przyjemna (i też godna nagrania, bo na wyjazdowe zwycięstwo w lidze fani Tottenhamu czekali prawie 30 lat), ale był to już czas schyłkowego Antonio Conte, jeśli już to raczej zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów przychodziłoby tu na myśl, generalnie jednak wypadałoby się cofnąć o jeszcze jeden rok, do sezonu 2016/17, kiedy nawet Manchester City Guardioli nie był w stanie dać tu rady.

Ciekawe zresztą: był to ostatni sezon na White Hart Lane, sezon bez porażki w lidze na własnym stadionie – sezon, o którym przed wczorajszym meczem mówił także Mauricio Pochettino, żałując, że podczas późniejszych wypraw na Wembley Tottenham stracił aurę „niezwyciężonych”. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach wrażenie, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa, było dojmujące: przyjeżdżali tu piłkarze Liverpoolu i Manchesteru City, z którymi jeszcze niedawno drużyna walczyła jak równy z równym, o ile nie lepszy, a wrażenie, że teraz są już o dwie-trzy długości do przodu było dojmujące. To dlatego właśnie spór między Garym Nevillem i Jamiem Carragherem w studio Sky Sports po meczu z MC wybrzmiewał tak donośnie: wszyscy, którzy oglądamy tę ligę od dłuższego czasu mamy (jak Neville) wrażenie, że nigdy za naszego życia Tottenham nie grał tak dobrze, nigdy nie miał w sobie tyle waleczności i charakteru, a zarazem (jak Carragher) zdajemy sobie sprawę, że przy tych ograniczeniach budżetowych, kosztach budowy stadionu, kredytach w związku z tym zaciągniętych itd., nie zdoła przebić sufitu: tutaj wydanie tylu pieniędzy, co w pozostałych pięciu klubach angielskiej czołówki, zwyczajnie nie wchodzi w grę.

Czy można się więc dziwić, że przed meczem z niepokonaną dotąd Chelsea optymizmu wokół klubu było jak na lekarstwo? Podsumujmy: stadion nieukończony i nie wiadomo, kiedy będzie ukończony, brak wakacyjnych wzmocnień, pomundialowa plaga kontuzji (aż dziewięciu graczy Tottenhamu zostało na mistrzostwach świata do samego końca) i perspektywa wypalenia, zwłaszcza u Harry’ego Kane’a, który jako kapitan reprezentacji dźwiga na sobie podwójną odpowiedzialność. Gapiostwo w meczach Ligi Mistrzów. Pijaństwo Llorisa. Problemy w końcówkach spotkań, a w tle jeszcze wspomniane już pytanie, co właściwie pozwala wierzyć, że trener tej klasy wytrzyma z tym całym bałaganem kolejny rok? Nie tylko w Madrycie trawa dla Pochettino byłaby bardziej zielona, a możliwości budowania drużyny większe.

Macie tu portret psychologiczny kibica Tottenhamu w pigułce. Jego drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz sezonu, i to nie tylko pod względem wyniku czy prestiżu, jaki się z nim wiąże, ale przede wszystkim stylu, a on marudzi już przez cztery akapity, jak ciężki jest jego los. Zupełnie, jakby nie widział tego, co wydarzyło się wczoraj na Wembley, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dwudziestu paru minut, podczas których wydawało się, że Chelsea zostanie zadeptana i zmieciona z powierzchni ziemi. Czytaj dalej

Książę Danii

Teraz, kiedy zostaliśmy sami, możemy porozmawiać, umiłowany współbracie w cierpieniu, które wiąże się z kibicowaniem Tottenhamowi. Porozmawiać o tym, że czas się powoli żegnać z Eriksenem.

Za jakieś pół roku, niedługo po tym, kiedy kilka kolejek przed końcem sezonu okaże się, że awans do Champions League i tym razem jest nieosiągalny, prezes Levy zapewne zdoła odeprzeć transferowe zakusy któregoś z europejskich gigantów, ale za półtora roku rozstaniemy się z całą pewnością. Pieniądze, jakie za niego zapłaciliśmy Ajaxowi (marne 11 milionów funtów) oczywiście się zwrócą wówczas z nawiązką, kto wie, może prezes wydusi za młodziutkiego wciąż Duńczyka nawet powyżej 50 milionów, ale sumy transferowe nie będą w stanie osłodzić gorzkiego smaku pożegnania z kolejnym po Bale’u piłkarzem, który potrafił w pojedynkę wygrać mecz, albo kolejnym po Modriciu, który poruszał się po boisku z taką swobodą i klasą, często schodząc z lewej strony do środka, kreując dla kolegów kolejne okazje (jest w czołówce najlepszych w Premier League, jeśli idzie o podania kluczowe), i potrafiąc równocześnie pracować w pressingu, walczyć o odbiór i biegać – prawie najwięcej lub najwięcej na boisku (w 16 na 22 spotkania Premier League), i to aż do samego końca. To już czwarty mecz, po spotkaniach z Hull, Swansea i Sunderlandzie, o którym rozstrzyga bramka zdobyta przez niego w końcówce. Czytaj dalej

Kult jednostki

Są i takie weekendy, podczas których zamiast o drużynach, trenerach i sędziach, najpierw chce się mówić o piłkarzach. To znaczy oczywiście tamte tematy nie tracą na znaczeniu, ba: wręcz się narzucają, skoro Arsenal pod Wengerem zagrał właśnie tysięczny mecz, Chelsea Mourinho kompletnie go rozgromiła, a sędzia w trakcie tego spotkania wyrzucił z boiska Gibbsa zamiast Oxlade-Chamberlaina. Zapewne do wszystkich tych kwestii warto wrócić – także do czerwonej kartki, co do której sensowności można mieć także i tę wątpliwość, że piłka po uderzeniu Hazarda mijała bramkę i karny byłby karą w zupełności wystarczającą. Zacznijmy jednak od jednostek.

1. O tym, jak źle idzie w tym sezonie Manchesterowi United, napisano dziesiątki tekstów. We środę, mając nóż na gardle zdołali wygrać z Olympiakosem i awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, ale stracili van Persiego – w meczu z West Hamem nie mogli zagrać również kontuzjowany Ferdinand i zawieszony Vidić. Niejeden kibic Czerwonych Diabłów bał się więc spotkania na Upton Park: żeby nie skończyło się tak, jak wiele pozornych odrodzeń w tym sezonie. Odpowiedzią na długie piłki do Andy’ego Carrolla było – jak zapowiadał przed meczem David Moyes – wystawienie na środku obrony Carricka, którego miał wspierać (czy wręcz się z nim zmieniać) Fellaini. Trudno się dziwić nerwom fanów. I to jest właśnie moment na rozmowę o indywidualnym geniuszu. W ósmej minucie znajdujący się wówczas tuż przy linii środkowej Wayne Rooney dostrzegł źle ustawionego bramkarza gospodarzy, przepchnął obrońcę, podciął piłkę, która pofrunęła te kilkadziesiąt metrów w powietrzu, ominęła cofającego się Adriana i wpadła do bramki. David Beckham, który kilkanaście lat wcześniej strzelił podobną bramkę Wimbledonowi, bił brawo z trybun, co ważniejsze jednak: dzięki tej cudownej bramce piłkarze MU poczuli, że nic złego w tym meczu stać im się nie może. Po to są właśnie supergwiazdy: na moment biorą losy meczu w swoje ręce, podnosząc morale pozostałych, którzy od tej pory grają zdecydowanie lepiej. Po drugiej bramce Rooney został trzecim najlepszym strzelcem w historii MU; wszystko wskazuje na to, że ustanowi kolejne rekordy, zwłaszcza że pod nieobecność van Persiego David Moyes znalazł miejsce w drużynie i dla Maty (wreszcie „na dziesiątce”), i dla Kagawy. Obaj zagrali dobrze, obaj jeszcze w tym sezonie niejedną bramkę dla Rooneya mogą wypracować.

2. Do bicia liverpoolskich rekordów wszechczasów Luisowi Suarezowi wprawdzie sporo brakuje, ale jego bieżące wyniki – zwłaszcza po kontuzji Sergio Aguero – nie zostawiają wątpliwości: oglądamy piłkarza roku; zawodnika, który już – strzelając 28 bramek w jednym sezonie Premier League, w dwudziestu pięciu zaledwie spotkaniach – wyrównał klubowy rekord Robbie Fowlera. A dopiszmy do tego dziesięć asyst i zważmy, że bynajmniej nie zawsze jest tym najbardziej wysuniętym, służącym do wykańczania akcji zawodnikiem Liverpoolu. Jego współpraca ze Sturridgem jest czymś niebywałym: przypomnijcie sobie telepatię, której wymagało odegranie piętą w ciemno od Anglika do wbiegającego w pole karne Urugwajczyka… Do końca osiem spotkań, a oni z 47 bramkami już są na trzeciem miejscu wśród najlepszych snajperskich duetów Premier League, za Beardsleyem i Colem z sezonu 1993/94 (55 goli) oraz Suttonem i Sherarem z sezonu kolejnego (49 bramek). W połowie drugiej dekady XXI wieku, kiedy wszyscy grywali już jednym napastnikiem, o ile kompletnie z niego nie rezygnowali, to niebywały zwrot. Liverpool, powtórzmy to po raz kolejny, ma słabe punkty – i licznie tracone bramki to pokazują. Zachowanie pomocników i obrońców, zwłaszcza Allena i Flanagana przy golu Mutcha oraz Aggera i Flanagana przy bramce Campbella, wymagałyby analizy Alana Hansena, z nieśmiertelnymi frazami „shambolic” oraz „all over the place” – Cardiff, mające skądinąd kłopoty ze skutecznością, zdołało zdobyć aż trzy gole, a Liverpool „krył na radar”. Cóż z tego, chciałoby się powiedzieć, skoro i tym razem bez żadnych problemów strzelił dwa razy więcej goli od przeciwnika? Ręka w górę, kto spośród niezaangażowanych fanów angielskiej piłki, mając do wyboru jeden z zestawu meczów przeciętnej kolejki Premier League, nie będzie szukał spotkania Liverpoolu, licząc nie tylko na bramki duetu SAS, ale także klasę dograń Coutinho, Gerrarda czy Hendersona (ach, ta jego piłka do Glenna Johnsona na sekundę przed pierwszym golem Suareza…).

3. Kiedy zaś mówimy o grze zespołowej, nieuchronnie musimy wrócić do meczu, który rozpoczął tę kolejkę, i lania, jakie na Stamford Bridge otrzymał Arsenal. Lania niepierwszego w tym sezonie, bo z MC i z Liverpoolem Kanonierzy polegli w sposób nieco tylko mniej upokarzający. Jak i dlaczego było to możliwe? Czym usprawiedliwić bezwarunkowość tej kapitulacji albo gdzie leży sposób na Arsenal? Zauważmy: zanim rozpoczęła się masakra, Kanonierzy zdołali przeprowadzić składną akcję, Gibbs podał do Rosicky’ego, ten wypuścił w uliczkę Giroud, którego strzał zatrzymał Czech. Kluczowy moment? Gdyby Francuz trafił, Arsenal zamurowałby bramkę, jak przed tygodniem na White Hart Lane? Wolne żarty. Kiedy 38 sekund później Oxlade-Chamberlain stracił piłkę na połowie gospodarzy, ruszyła druga już w tym spotkaniu kontra Chelsea. Odtwarzam ją sobie teraz, pauzując co pół sekundy. Widzę rozpędzonego Schürlle, przed nim schodzącego do boku Eto’o, a między nimi a bramką jedynie, cofających się pospiesznie, Mertesackera i Koscielnego (Arteta jest dobry metr za Schürrlem, a winowajca, Oxlade-Chamberlain, na równi z Oscarem). Później Koscielny niemrawo próbuje przeciąć podanie – strzał jest oczywiście niezwykłej urody, podobnie jak kolejny, Schürrlego, dwie minuty później, ale także i tym razem katastrofa zaczyna się od straty w okolicy połowy boiska: Matić odbiera piłkę Cazorli. Niezwykłe: było dokładnie tak samo, jak podczas spotkania z Liverpoolem. Zderzenie z pressingiem przeciwnika, strata piłki, szybkie wyjście rywali, gol, potem drugi. „Zjawiliśmy się tu, żeby zabijać” – podsumował nastawienie swoich podopiecznych Jose Mourinho. Nie, tak naprawdę nie ma sensu mówić o czerwonej kartce, pomyłce sędziego itd. Tak naprawdę mecz został przegrany wcześniej – być może zanim Arsenal i Chelsea wyszły na boisko, a na pewno w ciągu pierwszych dziesięciu minut (Mourinho mówił potem, że jego analiza spotkania właśnie do dziesięciu minut się ogranicza). Dlaczego został przegrany? Dlaczego Arsene Wenger nie wyciągnął wniosków z liverpoolskiej lekcji, skoro mógł się spodziewać rywala zdolnego do równie szybkich kontr, a jeszcze bardziej bezwzględnego w walce o piłkę? Dlaczego nie wybrał strategii, która przyniosła sukces przed tygodniem, albo jesienią w meczu z Borussią w Dortmundzie? Dlaczego nie kazał swoim piłkarzom cofnąć się i samemu kontratakować? Dlaczego nie miał odpowiedzi na wysoki pressing, dlaczego jego piłkarze nie zaczęli ostrożniej, dlaczego w środku pola z Artetą nie zagrał Flamini? Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi banalnie: on naprawdę bardzo wierzy w swoich chłopców. Być może miał w tyle głowy początek meczu z Bayernem, kiedy gości udało się kompletnie zdominować – być może myślał, że skoro ma walczyć o mistrzostwo kraju, nie powinien się chować, zwłaszcza że miał się skonfrontować ze szkoleniowcem, który niedawno podważył jego kompetencje na całej linii („fear of failure”). Szkoda, że sam nam tego nie wyjaśni, przeżuwając porażkę w samotności. Niby żadnego z komplementów, którymi obficie obdarowałem Arsene’a Wengera w Sport.pl, mu ona nie odbiera, niby szans na sukces w tym sezonie jeszcze nie przekreśla, ale… kiedy frazę „kult jednostki” odnosimy do trenerów, ma ona w Londynie tylko jeden obiekt: Jose Mourinho.

4. Wróćmy do piłkarzy. Gdzieś na samym początku sezonu popełniłem tekst zestawiający ze sobą Mesuta Özila i Christiana Eriksena, z każdym miesiącem jednak porównanie wydawało się coraz bardziej absurdalne. Niemiec wprawdzie po genialnym początku stopniowo przygasał, ale Duńczyk, w pogrążonym w chaosie Tottenhamie, wypadał jeszcze gorzej. Kontuzja, zmiana trenera, nieustanne żonglowanie przez Tima Sherwooda ustawieniami i składem, trzymanie Eriskena na ławce albo ustawianie go nie jako „dziesiątkę”, ale np. na lewej pomocy (choć oczywiście z prawem szukania sobie miejsca w środku pola), długo sprowadzonemu z Ajaksu piłkarzowi nie służyły. Do tego sposób, w jaki przegrano mecz z Chelsea, błędy w kolejnych spotkaniach, każące myśleć o tym, że ten sezon dla Tottenhamu jest skończony… Stać go na więcej i zasługuje na więcej – potwarzałem sobie – więcej uwagi ze strony trenera, więcej zaufania kolegów, więcej czasu przy piłce. Aż tu nagle zaczęło działać. Z tygodnia na tydzień i z meczu na mecz Eriksen stopniowo powiększa liczbę goli, już nie tylko dzięki cudownym rzutom wolnym, asyst i kluczowych podań. W całym otaczającym go chaosie, on jeden wydaje się zachowywać spokój. Nie robię sobie wielu nadziei przed następnym sezonem Tottenhamu, ale tę jedną chciałbym zachować: że zostanie i że kolejny trener będzie organizował grę drużyny wokół niego.

Trzy debiuty i jeden wzlot

Zacznijmy od lidera. Z przyjemnością oddając Özilowi, co Özilowe: zachwycając się przyjęciem piłki, poprzedzającym asystę przy golu Giroud, podziwiając prostopadłe podanie do Walcotta, tnące linię obrony Sunderlandu jak nożyczki papier, zliczając statystyki (trzy wykreowane szanse, 34 celne z 38 podań w okolicy pola karnego gospodarzy), zauważę jednak, że kilku problemów Arsenalu ten megatransfer nie rozwiązał. Wyliczę je szybciutko, zanim przeniosę zachwyty na innego gracza Kanonierów i dołączę do rytualnego narzekania na sędziowanie w Premier League.

Po pierwsze, defensywa; wciąż niepewna, wciąż faulująca (także w polu karnym – Kościelny już po raz drugi w tym sezonie…), a przede wszystkim pozbawiona asekuracji. Nawet Flamini za rzadko, jak na mój gust, oglądał się za plecy, a w sytuacji, która powinna była skończyć się albo golem dla Sunderlandu, albo czerwoną kartką dla Sagni, truchtał gdzieś 20 metrów za akcją. Po drugie, napastnik/napastnicy; kontuzja Giroud w końcówce i nieskuteczność Walcotta w pierwszej połowie podniosły pewnie ciśnienie niejednemu kibicowi Kanonierów, i tak zmartwionemu nieobecnością Cazorli, która otwiera temat trzeci: konieczności wzmocnień departamentu medycznego Arsenalu. Lista kontuzjowanych w tym klubie, nie tylko przecież w obecnym sezonie, jest ponadprzeciętnie długa: oprócz Cazorli brakuje Podolskiego, Artety, Diaby’ego, Oxlade-Chamberlaina i Rosicky’ego; na miejscu Davida Beckhama zastanawiałbym się, czy powinien powierzać początki kariery piłkarskiej syna akurat temu klubowi.

Zostawmy jednak wątpliwości: Kanonierzy prowadzą w tabeli i mają w drużynie nie tylko najlepszego na Wyspach Niemca, ale także najlepszego Walijczyka. Postęp, jaki zrobił w ciągu ostatniego roku 22-letni zaledwie Aaron Ramsey jest przecież jakoś porównywalny ze skokiem, jakiego dokonał Gareth Bale. Pewność siebie młodego zawodnika, technika, z jaką wczoraj zdobywał gole (w tym sezonie ma ich już pięć w sześciu meczach!), najwyższa liczba podań w meczu (81 celnych z 88), aż siedem wślizgów – wszystko to jest przecież elementem dłuższego ciągu świetnych występów Ramseya, obejmującego także sierpniowy mecz z Fulham (choć wówczas on także ocierał się o czerwoną kartkę). Podkreślmy to, bo np. dobry mecz Wilshere’a niektórzy przypisywali zbawiennemu wpływowi nowego partnera w pomocy (coś podobnego miał wywołać w Sigurdssonie Eriksen) – Aaron Ramsey grał wybornie jeszcze przed przeprowadzką Özila z Madrytu do Londynu.

Sędziego Atkinsona nie usprawiedliwia nic. O niezastosowaniu przywileju korzyści, które bulwersuje mnie bardziej niż niewyrzucenie Sagni, bo powiązane jest z brakiem refleksu i zabija ducha gry, nie chce mi się rozpisywać. Na szczęście mamy do czynienia z przypadkiem odosobnionym: przykładów udanego powstrzymywania się od sięgnięcia po gwizdek jest w Anglii całkiem sporo, mecze toczą się płynnie, a arbitrzy (wczoraj np. Howard Webb i Lee Mason) potrafią karać za przewinienia po rozegraniu całej akcji. Ale myślę sobie, że Arsenal wygrałby i tak: Paolo di Canio wystawiając dwójkę środkowych pomocników przeciwko Kanonierom, zrobił to samo, co przed trzema tygodniami Martin Jol: położył głowę pod topór. Nawet wynik był ten sam.

W tabeli Arsenal wyprzedza Tottenham, więc w drugiej kolejności wypada się zająć meczem tej drużyny, a właściwie debiutującym na White Hart Lane Christianem Eriksenem. Na poziomie statystyk młody Duńczyk wypadł dokładnie jak Özil: wykreował kolegom trzy okazje, zaliczył asystę i „przedostatnie podanie” do Paulinho, który sprezentował Sigurdssonowi możliwość strzelenia drugiej bramki (przy pierwszej cmokaliśmy po podaniu Eriksena: idealnie w tempo, a przecież intuicyjnym, bo nowa gwiazda Tottenhamu nawet nie podniosła głowy, żeby sprawdzić, gdzie znajduje się Islandczyk). Pal jednak licho statystyki, i tak miażdżące na korzyść Tottenhamu (69 proc. posiadania piłki, 568 podań przy zaledwie 192 Norwich, 23 strzały…) – podobne były w gruncie rzeczy w meczach z Crystal Palace i Swansea, kiedy piłkarze Villas-Boasa dominowali fizycznie, imponowali pressingiem jeszcze na połowie rywala i wielokrotnie (ścinający z prawej Andros Townsend) strzelali zza pola karnego. Różnica, jaką zrobił Eriksen, polega na tym, że w drużynie pojawił się znów zawodnik z niezwykłą swobodą odnajdujący się między liniami obrony i ataku rywali, niemal od niechcenia odgrywający piłkę kolegom już w okolicy szesnastego metra: o ile w poprzednich spotkaniach piłkarze Spurs rzadko wchodzili w pole karne, albo biegał tam jedynie osamotniony Soldado, teraz pojawiało się ich co najmniej kilku. Najbardziej skorzystał, oczywiście, Sigurdsson…

To już nie jest – jak pisze np. Miguel Delaney – Tottenham z poprzedniego sezonu: reaktywny, czyhający na kontratak, podczas którego jakże często rozstrzygały szybkość i siła uderzeń Garetha Bale’a. To już nie jest tak, jak na początku tego sezonu: z przewagą, ale bez pomysłu na rozstrzygający cios. To jest Tottenham, w którym pojawił się piłkarz zdolny do gry jako klasyczna „dziesiątka”, umiejący znaleźć lukę nawet gdy rywale bronią się w ośmiu na trzydziestu metrach. Oczywiście za chwilę przyjdą przeciwnicy bardziej wymagający – Chelsea i Liverpool, z drugiej strony jednak Eriksen czy Lamela są dopiero po dwóch sesjach treningowych z nowymi kolegami. Zwróćcie również uwagę: w Tottenhamie lista nieobecnych też jest niemała (Capoue, Lennon, Chadli kontuzjowani, Adebayor dochodzi do siebie po rodzinnej tragedii, Chiriches nie ma jeszcze pozwolenia na pracę, Kaboul i Sandro ostrożnie wracają do drużyny po wielomiesięcznej przerwie), a i tak Lamela może zaczynać mecz na ławce, Defoe zaś – pozostać w rezerwie do ostatniego gwizdka. Jeśli o miejscu na finiszu zadecyduje szerokość kadry, tym razem Villas-Boas nie będzie mógł narzekać.

Temat zgrywania się nowych zawodników ze starymi z pewnością mogliby podnosić również Roberto Martinez i Jose Mourinho. W przypadku tego pierwszego mówimy zresztą nie tylko o zgrywaniu się zawodników, ale o „drastycznej” (cytuję samych piłkarzy!) zmianie stylu gry drużyny w porównaniu z poprzednim szkoleniowcem. Wczoraj nie było tego widać, bo broniący prowadzenia gospodarze w drugiej połowie zdecydowanie oddali inicjatywę gościom, ale Everton Martineza przewodzi w ligowym rankingu, jeśli idzie o posiadanie piłki. Drużyna z Goodison Park konstruuje ataki cierpliwie, nawet jeżeli Rossa Barkleya ponosi kawaleryjska fantazja i z młodzieńczym zapałem niepotrzebnie wplątuje się w drybling (w sumie próbował iść na indywidualny przebój aż dziewięć razy, z czego siedem razy skutecznie), kiedy wystarczyłoby podanie. O młodym Angliku od początku sezonu w samobiczującym się, jeśli idzie o ocenę gry reprezentacji, kraju pisze się bodaj najczęściej – ale moją uwagę podczas spotkania z Chelsea zwrócił Anglik stary: Gareth Barry. Od samego początku, kiedy wracał w pole karne za Matą, dając obrońcom dodatkową asekurację, przez kluczowy moment, w ktorym zablokował strzał Eto’o po wpadce Howarda i wyłożeniu piłki przez Schürrlego (Barry pilnował Kameruńczyka, zanim jeszcze Howard popełnił błąd!), aż po końcówkę, kiedy spokojnie dyktując tempo podań, przyczynił się do wybijania Chelsea z uderzenia, wspierany przez Osmana defensywny pomocnik Evertonu pracował na tytuł piłkarza meczu, jeśli nie tygodnia. Tak: to nie Özil, nie Eriksen, nie Eto’o czy Fellaini, ale niechciany w MC Gareth Barry stał się najjaśniejszą gwiazdą pierwszej kolejki po zamknięciu okienka transferowego.

Wyjątkowość Jose Mourinho ucierpiała nieco z jego pierwszą w historii porażką na Goodison Park, przyznajmy jednak: Chelsea nie była gorsza od gospodarzy, a okazji do strzelenia bramki miała co niemiara. Goście niby bronili się głęboko, zapraszając bocznych obrońców gospodarzy na swoją połowę i czyhając na okazję do zagrania za ich plecy, ale szybko przejęli inicjatywę także w środku. Owszem, zawodnicy Evertonu neutralizowali Edena Hazarda, podwajając w kryciu, jak za czasów Phila Neville’a robili z Bale’em, owszem Barkley szarpał, a Mirallas błyszczał, ale na nic by to się zdało, gdyby Eto’o, Schürrle, Torres w końcówce czy Ivanović przy stałych fragmentach mieli lepiej ustawione celowniki. „Jeśli nie strzelisz, nie możesz wygrać” – Mourinho wygłosił po meczu głęboką prawdę o charakterze ogólnoludzkim. – „Artystyczny futbol bez goli nic nie znaczy. Lepiej wygrać nic nie grając, ale strzelając choć jednego gola”. Pytanie, czy czegoś podobnego nie powiedział w przerwie piłkarzom, bo w drugiej połowie „artystyczny futbol” zastąpiły prostsze środki – dośrodkowania w kierunku Eto’o, z którymi zresztą Distin z Jagielką radzili sobie dużo łatwiej. Determinacja, z jaką gospodarze bronili prowadzenia, była znakiem firmowym drużyny Davida Moyesa – fajnie, że ten duch nie wyparował…

Przy okazji bramki Evertonu zauważmy jednak trend znajdujący potwierdzenie także w Europie: najlepsze drużyny kontynentu wcale nie mają najlepszej obrony. Co jednak otwiera temat zupełnie osobny, może w tygodniu, gdy zagra Liga Mistrzów…