Lubię, kiedy Tottenham

Oto przyczynek do portretu psychologicznego kibica tej drużyny: jego ulubieńcy rozgrywają właśnie najlepszy mecz w sezonie, a on przez pierwsze cztery akapity marudzi, jak mają ciężko.

Wciąż jeszcze jest tak, że po meczu takim, jak wczorajszy pojedynek derbowy z Chelsea żałuję, że nie włączyłem nagrywarki, a potem zaczynam rozglądać się po sieci, czy ktoś może nie nagrał i nie udostępnia. Niby ostatnie pięć lat obfitowało w wiele równie przyjemnych doświadczeń, a i wcześniej zdarzało się, że Tottenham w pięknym stylu zwyciężał w derbach albo szerzej: w spotkaniach z drużynami uznawanymi za faworytów (jednym z najbardziej niezwykłych nagrań w mojej kolekcji jest to z meczu z Arsenalem z kwietnia 2010 r., kiedy debiutujący Danny Rose wrzucił Almunii piłkę za kołnierz – niezwykłość potęguje fakt, że w ramach żałoby po katastrofie smoleńskiej Canal Plus transmitował tamten mecz bez żadnego komentarza – słychać tylko odgłosy stadionu, a w prawym górnym rogu widać specjalną żałobną sztrajfę), a przecież nie przywykłem, ba: szybko o takich przyjemnościach zapominam. Jeśli więc szydzono czasem z Tottenhamu, że po byle wygranej w meczu ligowym z Chelsea czy Arsenalem potrafi wypuścić pamiątkowe DVD, to rzec można: rozpoznał rynek. Tu wciąż się nie wygrywa ligi ani pucharów, tu wciąż się nie zwycięża rutynowo, tu wciąż żyje się w obawie przed najgorszym, a aktualnie najgorsze jest podkupienie trenera przez któregoś z europejskich gigantów.

Inna sprawa, że gdy w przerwie wczorajszych derbów próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem ukochaną mą drużynę grającą tak dobrze, miałem niejaki problem. W tym sezonie na pewno nie: owszem, mają najlepszy start w dziejach występów w Premier League, ale dzięki zwycięstwom szczęśliwym, wymęczonym i najczęściej jednobramkowym – takim, podczas których o wynik trzeba drżeć do końca i o zdominowaniu rywala nie ma mowy. W sezonie poprzednim? Wygrana z Chelsea na Stamford Bridge była przyjemna (i też godna nagrania, bo na wyjazdowe zwycięstwo w lidze fani Tottenhamu czekali prawie 30 lat), ale był to już czas schyłkowego Antonio Conte, jeśli już to raczej zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów przychodziłoby tu na myśl, generalnie jednak wypadałoby się cofnąć o jeszcze jeden rok, do sezonu 2016/17, kiedy nawet Manchester City Guardioli nie był w stanie dać tu rady.

Ciekawe zresztą: był to ostatni sezon na White Hart Lane, sezon bez porażki w lidze na własnym stadionie – sezon, o którym przed wczorajszym meczem mówił także Mauricio Pochettino, żałując, że podczas późniejszych wypraw na Wembley Tottenham stracił aurę „niezwyciężonych”. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach wrażenie, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa, było dojmujące: przyjeżdżali tu piłkarze Liverpoolu i Manchesteru City, z którymi jeszcze niedawno drużyna walczyła jak równy z równym, o ile nie lepszy, a wrażenie, że teraz są już o dwie-trzy długości do przodu było dojmujące. To dlatego właśnie spór między Garym Nevillem i Jamiem Carragherem w studio Sky Sports po meczu z MC wybrzmiewał tak donośnie: wszyscy, którzy oglądamy tę ligę od dłuższego czasu mamy (jak Neville) wrażenie, że nigdy za naszego życia Tottenham nie grał tak dobrze, nigdy nie miał w sobie tyle waleczności i charakteru, a zarazem (jak Carragher) zdajemy sobie sprawę, że przy tych ograniczeniach budżetowych, kosztach budowy stadionu, kredytach w związku z tym zaciągniętych itd., nie zdoła przebić sufitu: tutaj wydanie tylu pieniędzy, co w pozostałych pięciu klubach angielskiej czołówki, zwyczajnie nie wchodzi w grę.

Czy można się więc dziwić, że przed meczem z niepokonaną dotąd Chelsea optymizmu wokół klubu było jak na lekarstwo? Podsumujmy: stadion nieukończony i nie wiadomo, kiedy będzie ukończony, brak wakacyjnych wzmocnień, pomundialowa plaga kontuzji (aż dziewięciu graczy Tottenhamu zostało na mistrzostwach świata do samego końca) i perspektywa wypalenia, zwłaszcza u Harry’ego Kane’a, który jako kapitan reprezentacji dźwiga na sobie podwójną odpowiedzialność. Gapiostwo w meczach Ligi Mistrzów. Pijaństwo Llorisa. Problemy w końcówkach spotkań, a w tle jeszcze wspomniane już pytanie, co właściwie pozwala wierzyć, że trener tej klasy wytrzyma z tym całym bałaganem kolejny rok? Nie tylko w Madrycie trawa dla Pochettino byłaby bardziej zielona, a możliwości budowania drużyny większe.

Macie tu portret psychologiczny kibica Tottenhamu w pigułce. Jego drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz sezonu, i to nie tylko pod względem wyniku czy prestiżu, jaki się z nim wiąże, ale przede wszystkim stylu, a on marudzi już przez cztery akapity, jak ciężki jest jego los. Zupełnie, jakby nie widział tego, co wydarzyło się wczoraj na Wembley, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dwudziestu paru minut, podczas których wydawało się, że Chelsea zostanie zadeptana i zmieciona z powierzchni ziemi.

No dobra: lubię, kiedy Tottenham gra właśnie tak. Kiedy dopada do rywala jeszcze na jego połowie, kiedy zmusza go do niecelnych zagrań (Kovavić wczoraj miał bodaj najgorszą w dotychczasowej karierze w Premier League średnią dokładnych podań, Jorginho w ciągu pierwszego kwadransa mógł tylko wąchać zapach dezodorantu umykającego mu z futbolówką Allego), odbiera piłkę i stwarza sobie kolejne sytuacje. Kiedy natychmiast po przerwaniu akcji przeciwnika atakuje z fantazją i rozmachem, nie tracąc czasu na zbyt długie rozglądanie się, jak wygląda sytuacja na boisku. Nieprzypadkowo zapewne jakość gry Tottenhamu wzrosła tak bardzo dokładnie w momencie, gdy Alli i Eriksen wrócili po kontuzjach, Kane – również po golu strzelonym Chorwacji – wygląda na odblokowanego, a Son, który w pierwszej fazie sezonu uczestniczył jeszcze w Pucharze Azji (i grał nie tylko o zwycięstwo, ale także o zwolnienie z długiej służby wojskowej) podczas tej przerwy na reprezentację został w Londynie i w końcu mógł solidnie popracować.

Z wspomnianego tu kwartetu oczywiście o Koreańczyku mówi się najgłośniej (i trudno się dziwić, bo oprócz fenomenalnej bramki na 3:0 po ponad 60-metrowym rajdzie, w którego trakcie odjechał Jorginho i zakręcił Davidem Luizem, spokojnie mógł strzelić jeszcze dwa gole), ale warto podkreślić, że Alli wyłożył mu piłkę na tacy, podobnie jak Eriksen Allemu przy pierwszej bramce, i że w ogóle Anglik z Duńczykiem nie tylko kreowali kolejne sytuacje (Eriksen bodajże siedmiokrotnie), ale także ciężko pracowali w środku pola: Alli niemal nie odstępował dyktującego dotąd tempo gry Chelsea Jorginho, a jeśli zostawiał go na chwilę, to tylko po to, by wesprzeć wysoko rozpoczynających pressing Kane’a i Sona.

O młodym Angliku można by pewnie napisać osobny akapit: właśnie podpisał nowy wieloletni kontrakt z klubem i generalnie wygląda na dojrzalszego, spokojniejszego i bardziej odpowiedzialnego. To już nie jest ten „dziki koń”, będący pod obstrzałem tabloidów, nurkujący w polu karnym i prowokujący bądź dający się sprowokować rywalom. Wczoraj zawodnicy Chelsea próbowali zresztą wejść z nim w zwarcie, licząc na jakiś niekontrolowany gest, ale on zwyczajnie to ignorował. Nie pomylił się Pochettino i tym razem, mówiąc, że Allego nie można nadmiernie ograniczać i że chłopak dojrzeje z czasem. Statystyki w jego wieku, nigdy dość przypominać, tacy Lampard czy Gerrard mieli gorsze.

Nikt jednak nie zaskakuje w Tottenhamie tak bardzo jak Moussa Sissoko. Z Francuza szydzili niemiłosiernie nawet właśni kibice, frustrując się zarówno wysokością kwoty transferowej i kontraktu, jak i niewspółmiernymi do nich umiejętnościami i wkładem w grę drużyny. Tego lata miał odejść do Turcji – nie udało się, został, kontuzje innych zawodników otworzyły mu miejsce w środku pola, i miejsca tego nie oddaje. Niby wiadomo, że prochu nie wymyśli, i że nie będzie kontrolował gry drużyny, jak Moussa Dembele, ale zamieszania na boisku robi tyle, co dwóch albo trzech piłkarzy. Wczoraj jego wślizgi i odbiory kazały zapomnieć, że po murawie Wembley biega najwybitniejszy w Premier League specjalista w tej materii, N’golo Kante. Aurier na prawej stronie nigdy nie był pozostawiony samemu sobie, Sissoko wracał pod bramkę, ale potrafił też robić młyn pod polem karnym Chelsea – po jednej z ładniejszych akcji Tottenhamu wyłożył piłkę pod nogi Kane’a i faktycznie było to podanie godne asysty (napastnik strzelił jednak ponad bramką). Jeśli obejrzycie skrót, będziecie zdziwieni, że gospodarze nie strzelili jeszcze trzech-czterech goli.

Być może to właśnie nieustępliwość Sissoko daje klucz do wczorajszej wygranej. Mauricio Sarri mówił wprawdzie, że Tottenham zaskoczył ustawieniem (4-3-1-2 zamiast 4-2-3-1) i że żaden inny znany mu zespół nie jest taki dobry w kontrach rozgrywanych na niewielkiej przestrzeni, a specjaliści cmokali nad kontrpressingiem, płynnością i zarazem dyscypliną defensywną piłkarzy Tottenhamu, ale Pochettino po meczu kasował wszystkie rozmowy o taktyce stwierdzeniem, że jedyne, co miało znaczenie, to właściwa postawa jego piłkarzy; postawa, której brakowało mu w wielu ważnych meczach. Innymi słowy: mniejsza o to, jak byli ustawieni, ważne, że bardzo chcieli, że od pierwszych chwil rzucili się na rywala i nie odpuścili do momentu, w którym było już po meczu.

Lubię, kiedy Tottenham jest właśnie taki. Lubię, kiedy nie trzeba szukać okoliczności łagodzących (uwierzycie? wczoraj obrona grała bez Trippiera, Vertonghena, Sancheza i Rose’a, a Foyth, któremu skądinąd sędzia darował faul na Hazardzie w polu karnym, zaliczył dopiero drugi mecz w Premier League), kiedy można nie mówić o transferach i pieniądzach. We środę i w niedzielę chętnie nagram następne mecze.

5 myśli nt. „Lubię, kiedy Tottenham

  1. Marcin

    Pytanie tylko, czy Tottenham będzie w stanie utrzymać wysoką dyspozycję w dwóch najbliższych spotkaniach? Pamiętamy fenomenalny mecz z początku sezonu z MU (3:0) a potem „passę” trzech przegranych meczów, gdy Tottenham strzelał pierwszy bramkę i nie potrafił meczu zabić – wcale nie był drużyną gorszą (Inter, Watford). Sezon się rozkręca, wydaje się, że drużyna Pochettino też – trzeba przyznać, że te zwycięstwa 1:0 może nie napawają nadmiernym optymizmem, ale przecież to dzięki nim Tottenham ma najlepszy start w historii swoich występów w Premier League. Wydaje mi się, że Tottenham właśnie teraz (z wyjątkiem Interu i Watford…) potrafi zachować zimną krew do końca i mimo wszystko wywieźć te 3 punkty (choćby po wyniku 1:0), wcześniej tracili głupio bramkę (i punkty). Niemniej – mecz fenomenalny, sytuacja w tabeli dobra – oby tak dalej!

    Odpowiedz
  2. ezi

    Myślę, że to ostatni sezon tej ekipy, by wreszcie coś wygrać. Tylko zdobycie jakiegoś trofeum (FA Cup? Liga Europy?) zatrzyma gwiazdy, bo na solidne podwyżki pieniędzy nie ma, a każdy tydzień zwłoki z przeprowadzką pogłębia problemy. Kilka elementów kręgosłupa raczej się wykruszy i nowy kontrakt Allego niczego tu nie zmienia. Bez triumfu za rok kogoś będzie w tym zestawieniu będzie brakowało: Poch-Lloris-Vertonghen-Alderweireld-Alli-Eriksen.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *