Archiwa tagu: Anglia

Opowieść o prawdziwym piłkarzu

To nie jest tylko tak, że Anglia od dawna desperacko potrzebowała takiej historii – od dawna potrzebowała jej piłka nożna. Bo historia Harry’ego Kane’a to jest dobra historia.

Mecz Anglików z Tunezyjczykami był tak typowy dla najnowszej historii reprezentacji Anglii, że w 90. minucie miało się właściwie ochotę zajrzeć do własnego archiwum tekstów i wyciągnąć dowolny, opisujący losy tej drużyny podczas wielkich turniejów. Obiecujący początek (nie było dotąd na mundialu w Rosji drugiej drużyny, która potrafiłaby stworzyć sobie tyle sytuacji bramkowych w pierwszej połowie…), fantazja, rozmach i płynność, gol dający prowadzenie, a później idiotyczny błąd, po którym rywale wykonują rzut karny, i długie minuty nerwowości, bicia głową w mur, unikania odpowiedzialności, zmęczenia i coraz intensywniejszego wrażenia deja vu. Co okaże się przyczyną niepowodzenia tym razem? Może wołgogradzkie muszki, włażące piłkarzom do ust i uszu przez całe niemal spotkanie? Jakie gorzkie dowcipy na temat obiecujących jak nigdy i niespełniających obietnic jak zawsze Anglików przeczytamy jutro w londyńskich gazetach?

O tym, że nie przeczytamy żadnego, zdecydował 24-letni kapitan reprezentacji Anglii, napastnik Tottenhamu Harry Kane, strzelający już w doliczonym czasie gry swoją drugą bramkę w tym meczu. Bramkę dającą zwycięstwo.

Rób swoje

Ja się zazwyczaj słabo nabieram na opowieści o piłkarzach będących po jasnej stronie mocy, a już szczególnie się jeżę w przypadku, gdy serwują nam je rekiny rynku reklamowego. W przypadku Harry’ego Kane’a kampania koncentrująca się na słowach „Loan, Loan, Loan, Loan, Lane, Lion, Leader” wydaje się jednak oddawać istotę rzeczy. Ponieważ tak się składa, że mamy do czynienia z piłkarzem wychowanym przez klub, któremu od blisko trzech dekad kibicuję, piłkarzem, który – mimo iż z pewnością oglądają go największe kluby świata, z Realem Madryt na czele – po raz kolejny przedłużył właśnie kontrakt, nową umowę z Tottenhamem zawierając do 2024 roku; ponieważ chodzi o piłkarza, który nie ukrywa, że inspiruje go przypadek Francesco Tottiego, przez całą swoją karierę grającego w jednym klubie, czuję się osobą właściwą do mówienia o kapitanie Anglików.

Kiedy zdobył setnego gola w Premier League, on sam zresztą zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Zaczynała się tak: miał osiem lat, szedł przez park z ojcem, który ni stąd, ni zowąd oznajmił, że ma mu coś ważnego do powiedzenia. Była to wiadomość, że szkółka Arsenalu, w której wówczas trenował, nie jest nim zainteresowana. Dobrze pamięta reakcję taty: to, że go nie skrytykował, tak samo zresztą, jak nie skrytykował tych, którzy podjęli decyzję w sprawie jego przyszłości. Pan Patrick Kane nie dawał synowi do zrozumienia, że się nie nadaje, nie okazywał wściekłości i rozczarowania, nie nakładał dodatkowej i zupełnie zbędnej presji. Po prostu otoczył chłopca ramieniem i powiedział, że najważniejsze, żeby dalej robił swoje i że znajdą mu inny klub. Dwa lata później Harry Kane trafił do akademii Tottenhamu, któremu zresztą kibicowała cała jego rodzina i w którym grał jego idol, Teddy Sheringham.

To jest dobra historia, bo kiedy opowiadał ją jako zdobywca setki goli w Premier League (dziś ma ich już 108 w 153 występach – świetna statystyka; w reprezentacji ma 15 goli w 25 meczach), wspominał też chwile, w których myślał, że nie zdobędzie ani jednego. Miał dziewiętnaście lat – niejeden jego rówieśnik był już gwiazdą Premier League – i od dwóch lat tułał się po wypożyczeniach do niższych lig. Nawet tam nie zawsze mieścił się w wyjściowej jedenastce: czy mógł marzyć o tym, że stanie się podporą nie tylko klubu z ekstraklasy, ale też reprezentacji kraju? Przy okazji poznawał, jak wspomina, prawdziwe życie, przyglądając się ludziom, dla których wizja spadku z drugiej do trzeciej ligi oznaczała groźbę radykalnego ograniczenia i tak niewielkich na tym poziomie zarobków czy wręcz bezrobocia. Przestawał być dzieciakiem.

Nie przejmuj się tym, co o tobie mówią

„Robić swoje” musiał wyjątkowo długo. Pierwszy raz na ławce rezerwowych Tottenhamu znalazł się w październiku 2009, debiutował – w meczu Ligi Europy – w sierpniu 2011. Na to, by Tim Sherwood, nadzorujący jego rozwój w młodzieżówce, zaczął na niego stawiać już będąc tymczasowym trenerem, musiał czekać jeszcze dwa i pół roku. U obecnego trenera, Mauricio Pochettino, również zaczynał jako rezerwowy: Argentyńczyk ostatecznie przekonał się do niego po wygranej z Aston Villą w listopadzie 2014 r., kiedy to również strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie (był to zresztą gol bardzo szczęśliwy, bo Anglik wykonywał rzut wolny i trafił w mur, a piłka po rykoszecie zmyliła bramkarza i wpadła do siatki).

Przez wszystkie te lata, tak jak wtedy w parku z ojcem, nie myślał, że coś jest nie tak. Nie zniechęcał się. I ciężko pracował. Pracujący wówczas z napastnikami Tottenhamu świetny przed laty snajper Les Ferdinand opowiadał, że nigdy w życiu nie spotkał juniora, który tyle pracy wkładałby w swój rozwój, a bramkarz Brad Friedel dorzucał wspomnienie Kane’a, wypraszającego u niego dodatkowe pół godziny po treningu, by mógł poćwiczyć rzuty wolne. Dobrze pamiętam, jak podczas pierwszych występów w Tottenhamie miał kłopoty z przyjęciem piłki, jak nie potrafił ustać na nogach w starciu z obrońcami: kiedy patrzę na miejsce, w którym jest dzisiaj, czuję, że wręcz powinienem o tym przypominać. Wątpili przecież w niego w zasadzie wszyscy. Po świetnym sezonie 2015/16 pytali, czy będzie umiał powtórzyć to w sezonie kolejnym. Otóż powtórzył. Rok później wątpili, czy będzie potrafił pokazać się w Lidze Mistrzów. Otóż potrafił. Dwa lata później chcieli wiedzieć, czy da radę zagrać dobry mecz na mundialu. Otóż dał.

Trzymaj nogi na ziemi

Napisałem kiedyś, że aby w pełni oddać fenomen Harry’ego Kane’a, trzeba by w zasadzie pióra socrealisty – i z perspektywy Wołgogradu wypada to zdanie powtórzyć. Kapitan Anglików nie ma w sobie nic z celebryty, nie imprezuje, nie sfotografowano go z żadną modelką ani nie złapano na paleniu pod prysznicem. Z wyglądu i uczesania przypomina bardziej bohatera filmu epoki kina niemego niż współczesnego piłkarza; lekko parafrazując Jonathana Wilsona można by powiedzieć, że Harry Edward Kane mógłby zagrać w nim rolę jednego z tych dzielnych pilotów dwupłatowca, którzy nigdy nie wrócili z wyprawy przeciwko Czerwonemu Baronowi. Mamy tu prostego chłopaka, który liczbą strzelonych goli w jednym roku przebił Lewandowskiego, Ronaldo czy Messiego. Mamy opowieść o skromności (za każdym razem mówi, ile z jego goli jest zasługą drużyny – dzisiaj też zresztą mnóstwo roboty przy jego bramkach odwalili koledzy, a on „tylko” dostawiał nogę i głowę; z drugiej strony zaczynał przecież pressing Anglików i robił, co mógł, by stwarzać także sytuacje kolegom), normalności (twardo chodząca po ziemi żona, koleżanka jeszcze z dzieciństwa, żadna tam WAG, jedno dziecko na świecie, drugie w drodze…), wierze we własne siły (nigdy nie martwi go to, że spudłował – zaraz wykorzysta następną okazję…).

Jasne, to była tylko Tunezja. Jeszcze nic się nie stało, jeszcze nie wyszli z grupy. Z drugiej strony: nie potknęli się na pierwszej przeszkodzie, w następnych meczach powinno więc być łatwiej. No i mają Harry’ego Kane’a. Jeśli ktoś na tym turnieju rozegrał typowo angielski mecz, byli to przegrywający z Meksykiem Niemcy.

Wielki Sam nie musiał odejść. I nie powinien przychodzić.

1. Gdyby John Le Carre bardziej interesował się futbolem, z pewnością mógłby uczynić miejscem akcji jednej ze swoich powieści Football Association. To przecież jest dopiero „Cyrk”, to przecież jest dopiero odbicie upadłego dawno imperium, pogrążonego w snach o odzyskaniu utraconej wielkości i dramatycznie niegotowego na nowe wyzwania. Zjadanego przez ambicje ludzi małych i niekompetentnych. Toczącego wciąż minione wojny. Wykopującego George’a Smileya – jeśli w ogóle ostał się tam ktoś o jego klasie – na emeryturę.

Przeglądam brytyjską prasę z ostatnich dni, czytam artykuły świetnych skądinąd autorów – ludzi, do których sądów mam wielkie zaufanie, pod warunkiem, że nie piszą o reprezentacji swojego kraju. Ileż tu zaklinania rzeczywistości. Ile klisz i pobożnych życzeń. Gdyby nie obawa przed autoplagiatem (podobnego grepsu użyłem na Twitterze podczas meczu Anglia-Islandia, kiedy na boisku pojawił się Jack Wilshere), napisałbym: „Jeśli Sam Allardyce jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie”?

Zważmy bowiem: nie mówimy o powierzeniu temu ambitnemu niewątpliwie i kompetentnemu trenerowi jeszcze jednej drużyny broniącej się przed spadkiem z Premier League i mającej ambicje osiągnięcia bezpiecznej pozycji w środku tabeli. Mówimy o powierzeniu mu reprezentacji, której trzonem jest wielce obiecująca grupa młodych zawodników – w klubach wszyscy ci, którzy tak zawiedli podczas turnieju we Francji, udowadniają wszak, że potrafią grać w piłkę. Potrafią przecież, nieprawdaż? Bo jeśli w tym punkcie się mylę, dalej czytać nie musicie – możemy rzecz całą skwitować zdaniem, że przeciętni piłkarze dostają przeciętnego trenera i tyle.

No dobrze, ale widzieliśmy, jak Harry Kane czy Dele Alli grali przez ostatni rok w Tottenhamie. Widzieliśmy świetne mecze Vardy’ego, Lallany, Hendersona, Smallinga, Sterlinga nawet i Harta. Widzieliśmy, jak rozwijają się młodzi Anglicy u Pochettino i Kloppa, jesteśmy ciekawi, jaki będzie miał wpływ Guardiola na Sterlinga.

2. Powyższe cztery akapity napisałem 67 dni temu, na wieść o powierzeniu Samowi Allardyce’owi posady selekcjonera reprezentacji Anglii. Nie zdążyłem tekstu dokończyć, ale – jak widać – nie zdążył się zdezaktualizować; może jedynie w kwestii tego, jak przebiega rozwój Sterlinga u Guardioli wypada dodać, że przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Zmieniło się natomiast to, że po tych 67 dniach Wielki Sam w równie wielkiej niesławie stracił pracę. Czytaj dalej

Dylemat Gerrarda

Rozmowa, która miała odmienić życie Stevena Gerrarda, odbyła się mniej więcej przed rokiem, po kilkunastu miesiącach wspólnej pracy kapitana Liverpoolu z nowym menedżerem tego klubu, Brendanem Rodgersem. „Chcę, żebyś zmienił pozycję na boisku” – powiedział Rodgers i poprosił lidera drużyny, by przyjrzał się uważnie grze Andrei Pirlo.

Myśl była przednia. Steven Gerrard ma już 34 lata – zaledwie rok mniej od Pirlo. Nie będzie młodszy i nie będzie miał dawnej dynamiki, pozwalającej mu biegać między jednym a drugim polem karnym. Powinien raczej na stałe osiąść na własnej połowie i stamtąd dyrygować grą jako cofnięty rozgrywający. Za dynamikę akcji odpowiadać będą Sterling, Sturridge czy Suarez (ewentualnie Coutinho), jego zadaniem zaś będzie tylko – i aż – obsłużenie ich jednym z tych mierzonych podań, którymi zachwyca nas także włoski regista. Zmiana miała pozwolić Gerradowi kontynuować karierę na najwyższym poziomie jeszcze przez lata i, co w kontekście tegorocznego mundialu ważniejsze, miał z niej skorzystać także Roy Hodgson, posiłkując się w budowaniu reprezentacji liverpoolskimi schematami.

Analogia z Pirlo okazała się jednak nietrafiona i to bynajmniej nie dlatego, że mielibyśmy odbierać Gerrardowi talent do rozdzielania piłek. Owszem: we czwartek mocno naciskany przez piłkarzy Urugwaju, Cavaniego zwłaszcza, miał więcej niecelnych podań niż zwykle, ale wciąż potrafił kilkudziesięciometrowym podaniem zmienić stronę rozgrywania akcji, dostrzec wbiegającego w lukę bocznego obrońcę i nadać atakowi nową dynamikę. Problemem było raczej to, co działo się, kiedy Anglicy nie byli przy piłce, a atakował przeciwnik.

Rzecz w tym, że Andrea Pirlo ma asekurację – i w reprezentacji, i w klubie. W Juventusie po stracie piłki będą go ubezpieczali Pogba z Vidalem, w kadrze – de Rossi i Motta. W obu przypadkach w środku pola nie operuje w duecie, jak Gerrard z Hendersonem, ale ma dwóch partnerów; kolejną opcją Cesare Prandellego jest ustawienie za plecami lidera drużyny trójki obrońców, formacji tak modnej i skutecznej na tegorocznych mistrzostwach świata. Zamiast więc spędzać wakacje na rozważaniach, czy kontynuować reprezentacyjną karierę, czy, jakby to zaśpiewali Starsi Panowie, „wycofać się z arenki”, kapitan Liverpoolu mógłby poprosić Roya Hodgsona: „utwierdź mnie”, dodaj jeszcze jednego partnera (jak w klubie Lucasa czy Allena), a wtedy „wesołe będzie życie staruszka”.

Czy wojna się skończyła

Futbol jako klucz do świata: do rozmowy o przeszłości i współczesności, o ukrytych śladach wojny i współczesnym antysemityzmie… Skończyłem właśnie pisać do Magazynu Literackiego, który będzie towarzyszyć nowemu numerowi „Tygodnika Powszechnego”, duży tekst o ważnej książce, ale nie mogę się powstrzymać przed poleceniem jej także tutaj. Autor „Futbolu w cieniu Holokaustu”, Simon Kuper, jest dziennikarzem sportowym, współpracującym m.in. z „Financial Timesem”, dla którego przeprowadził szereg mniej lub bardziej interesujących rozmów z ikonami współczesnego futbolu. Ale jest również, co istotne, synem słynnego antropologa kultury. „Podstawowym elementem mojej pracy jest przekonanie, że piłka nożna może zdradzić zaskakująco wiele o danym państwie” – to zdanie mogłoby wyjść spod pióra jego ojca, Adama Kupera. – To, co się działo w czasie wojny w holenderskich klubach piłkarskich, było mikrokosmosem wydarzeń w całym kraju”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jego książka jest brutalnym rozliczeniem z mitami, którymi żyło przez lata holenderskie społeczeństwo. Oficjalna narracja o wojnie w tym kraju długo przypominała bowiem komiksy o wiosce Asteriksa: była „fantastyczną opowiastką o małej, bohaterskiej krainie, której każdy mieszkaniec należał do ruchu oporu”. Autor, który spędził w tej krainie dzieciństwo, przeżył szok, gdy uświadomił sobie, jakie rozmiary osiągnęła kolaboracja Holendrów z Niemcami. Żeby pozostać na poziomie futbolu: napisał o klubach, które na polecenie okupantów pozbawiały Żydów członkostwa i które (jak Sparta Rotterdam) debatę na ten temat ograniczyły do kwestii wielkości tabliczki, zakazującej im wstępu na obiekty sportowe – zbyt dużej i zbyt ostentacyjnej, jak na wrażliwość większości zgromadzonych na posiedzeniu omawiającego ten problem zarządu. Napisał o czysto żydowskich klubach, które w 1945 r. próbowały sformować się na nowo i kiedy złożyły wniosek o ponowne przyjęcie do federacji piłkarskiej, odmówiono im powrotu na ten sam szczebel rozgrywek ligowych, na którym grały do 1941 r. (jeden zresztą prosił także o anulowanie starego długu, argumentując, że nie ma pieniędzy, a ponad 200 członków nie żyje; związek odmówił – choć zgodził się na zmianę harmonogramu spłaty). Napisał o Ajaksie Amsterdam, którego powojenną potęgę budowali ramię w ramię przedsiębiorcy pochodzenia żydowskiego i współpracownicy nazistów, wybierający dla dobra klubu milczenie o trudnych tematach. Napisał o wielu innych kwestiach, związanych przede wszystkim z „żydowskością” Ajaksu – omówiłem je szczegółowiej w „Tygodniku”, ale że nie wszystkie wątki zdołałem tam poruszyć, wracam do tematu także tu, na blogu.

Kuper nie ogranicza się bowiem tylko do Holandii i nie wszystkie jego wnioski są pesymistyczne. Jako kibic nie mogę przecież nie zauważyć, że dla polityków i dyktatorów futbol zawsze okazywał się narzędziem niewygodnym. Oczywiście przekopując się przez historię piłki nożnej lat 30. autor „Futbolu w cieniu Holokaustu” natrafił na wiele prób wykorzystania jej dla celów propagandowych, choć zwraca uwagę, że naziści długo traktowali futbol nieufnie, jako sport o brytyjskiej proweniencji. Hitler pisał w „Mein Kampf” o „milionach nienagannie wysportowanych ciał jaśniejących fanatyczną miłością do ojczyzny”, ale jedyny mecz, jaki oglądał – podczas olimpiady w Berlinie, w 1936 r. – opuścił jeszcze przed końcem: Niemcy przegrali z Norwegami 0:2, a napastnik Willi Simetstreier uznał nawet, że przyczyną tej porażki była paraliżująca piłkarzy wizyta Führera w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Na mistrzostwach świata w 1938 roku Niemcy (których reprezentację wzmocnili po Anschlussie Austriacy) odpadli po meczu ze Szwajcarią. „Tak grało sześćdziesiąt milionów Niemców – kpił wówczas „Zurich Sport”, odwołując się do przedmeczowych zapowiedzi nazistowskiej gadzinówki „Volkischer Beobachter” – nam wystarczyło jedenastu piłkarzy”…

W 1940 r., podczas meczu jednej z wiedeńskich drużyn zmuszonej do gry w niemieckiej lidze, śpiewano antyniemieckie przyśpiewki, rzucano kamieniami, zniszczono autokar drużyny gości i pocięto opony limuzyny gauleitera Baldura von Schiracha. „Takie rzeczy tylko na meczu piłkarskim” – komentuje Kuper. W 1942 r. Niemcy przegrali w Berlinie ze Szwecją, a notujący komentarz Goebbelsa sekretarz niemieckiego MSZ zapisał, że 100 tys. ludzi opuściło stadion w przygnębieniu, „a ponieważ zwycięstwo w meczu piłkarskim jest droższe ich sercom niż zdobycie jakiegokolwiek miasta na wschodzie, tego typu wydarzenia muszą być zakazane dla dobra nastrojów wewnętrznych”.

Kim byli i co myśleli zawodnicy, którzy reprezentowali zbrodnicze państwo (był zresztą wśród nich może najlepszy Polak w historii futbolu, Ernest Wilimowski)? „Dziś wciąż jestem dumny, że byłem w drużynie narodowej, a także niesamowicie wkurzony, bo jestem pewien, że gdybym miał normalną karierę, rozegrałbym rekordową liczbę meczów w reprezentacji” – opowiada Kuperowi jeden z nich, Albert Sing. Po prostu cieszył się, że może grać w piłkę i unika dzięki temu wysłania na front…

Ale jest jeszcze jedna smakowita historia, której nie można nie omówić na blogu poświęconym głównie angielskiej piłce. Przez większą część wspomnianych lat 30. Niemcy dbali o swój wizerunek na arenie międzynarodowej, piłkarska reprezentacja kraju pilnowała więc, by każdy mecz stanowił „ein Sieg des »fair play«”, zwycięstwo fair play. W grudniu 1935 r. mecz Niemców w Londynie, na stadionie White Hart Lane, usiłowali wprawdzie zakłócić antyfaszystowscy demonstranci, ale błyskawicznie aresztowała ich policja. Anglicy także dbali o dobre traktowanie gości – były wiwaty, koleżeńska atmosfera, pomeczowy bankiet – choć na boisku pokonali ich 3:0.

A propos Anglików: na okładce książki znalazło się zdjęcie ich reprezentacji narodowej, wykonującej nazistowskie pozdrowienie na stadionie olimpijskim w Berlinie, w 1938 roku; zdjęcie, które dla kolejnych pokoleń fanów piłki z Wysp stało się symbolem hańby i wokół którego stworzono legendę, precyzyjnie przez Kupera obnażoną. Rzecz w tym, że Anglicy w Berlinie bynajmniej nie musieli hajlować – nawet jeśli mecz rozgrywano tuż po Anschlussie Austrii, kiedy mówiono że „wystarczy tylko iskra, żeby Europa stanęła w płomieniach”, czyli piłkarze teoretycznie zachowali się zgodnie z Chamberlainowską polityką appeasmentu, czyli niedrażnienia i zaspokajania żądań Hitlera w imię ratowania pokoju.

W powojennych relacjach uczestniczący w meczu zawodnicy mówili zgodnie, że walczyli o możliwość niewykonania nazistowskiego pozdrowienia, berliński stadion był jak jaskinia lwów, a niemieccy piłkarze okazali aroganckimi, pewnymi zwycięstwa aryjskimi potworami. We wspomnieniach Stanleya Matthewsa, kapitan drużyny Eddie Hapgood jeszcze w szatni przed meczem informuje działacza, nalegającego na wykonanie kontrowersyjnego gestu, „co może sobie zrobić z nazistowskim pozdrowieniem”, a częścią tej rekomendacji miało być „wsadzenie go tam, gdzie słońce nie dochodzi”. Autor jednej z bramek dla Anglików miał z kolei pędzić w stronę kolegów z wołaniem „Teraz niech zasalutują”.

Problem w tym, że żadna z tych rzeczy nie miała miejsca: w maju 1938 oficjalne nastawienie Niemiec do Wlk. Brytanii było względnie przyjazne, a kibice i piłkarze reprezentujący III Rzeszę odnosili się do gości z rewerencją i podziwem. Stojący na bramce Hans Jakob opisywał gola Lena Gouldena w taki sposób, jakby wpuszczenie go było zaszczytem. „Przekonanie, że były to sztucznie wyprodukowane potwory, zaprogramowane, żeby zwyciężać, dopingowane nieomal przez zjazd w Norymberdze, przystaje do naszej powojennej wiedzy o nazizmie” – zauważa Kuper. Tyle że w latach 30. Niemcom chodziło o urzekanie w równym stopniu, co wygrywanie, a fair play znaczyła prawie tyle co zwycięstwo.

Jest także w tej historii coś, co musi dawać do myślenia kibicowi-inteligentowi: ślady wojny i wojennej propagandy w piłce nożnej, którą dziś zna. Jakie znaczenie ma wytworzony wówczas kult żołnierza – dzielnego, zdeterminowanego mężczyzny, który poświęca swe ciało dla dobra ogółu – w pogardzie, jaką powszechnie obdarza się zawodników unikających walki o piłkę, uciekających z nogami przed ostrym wejściem rywala, albo udających sfaulowanego? Metaforyka wojenno-militarna dominuje przecież w języku opisujących mecze trenerów, dziennikarzy i kibiców (w naszym języku!) – przypomnijcie sobie choćby, jaki absolutny zachwyt wywołał mecz z 1989 roku, który obrońca Terry Butcher dograł do końca z głęboko rozciętą głową, brocząc krwią i zmieniając jedynie co jakiś czas bandaże i koszulki (prowizorycznie założone szwy nie wytrzymały, bo walczący o górne piłki Anglik nieustannie główkował).

W przypadku Niemców, których reprezentacja przed dojściem Hitlera do władzy grała miękko i finezyjnie – 12 lat retoryki, w której dominowały wojna, męstwo oraz Kampf (walka), zmieniło styl drużyny narodowej na długie dziesięciolecia. Właściwie dopiero w ostatnich latach, wraz z otwarciem reprezentacji na urodzonych w Niemczech imigrantów, przestała się ona kojarzyć z agresją i siłą. „Konstytucja Republiki Federalnej nie zawiera ani jednego artykułu, który by mówił, że należy grać jak Brazylia” – ironizuje Kuper, ale wcześniej zauważa: całe pokolenia niemieckich piłkarzy wychowano w stylu stworzonym pod władzą Hitlera.

Czy naprawdę mamy to już za sobą? Zaledwie pięć lat temu jeden z polskich tabloidów przed meczem z Niemcami krzyczał z okładki tytułem „Wojna polsko-niemiecka”, podtytułem „Dobry Niemiec to…”, i fotomontażem przedstawiającym polskiego trenera trzymającego obcięte głowy trenera i kapitana drużyny przeciwników. Przyznaję: po zakończeniu lektury mam niepokojące wrażenie, że wiele z holenderskich mitów o wojnie i okupacji, które obala w swojej książce Simon Kuper, także w Polsce ufundowane jest na niezbyt mocnych podstawach.

Reprezentanta wypożyczę

No owszem, całkiem niezły debiut i bramka, zdobyta przez Androsa Townsenda wreszcie prawą nogą, niczego sobie. Ale żeby od razu wpadać w taką ekstazę? Asystę przy golu Rooneya dopisywać, choć zamiast asysty obejrzeliśmy raczej niecelne dośrodkowanie i zbyt krótkie wybicie obrońcy? Z debiutem Glenna Hoddle’a porównywać? Arjena Robbena przywoływać? Czterokrotną podwyżkę oferować? Cały świat informować, że chłopak urodził się w tym samym szpitalu, co David Beckham? Naprawdę tych kilkanaście meczów w QPR, a potem parę spotkań z tego sezonu, uzasadnia erupcję „Townsendomanii”, którą właśnie obserwujemy?

Owszem, można opowiedzieć tę historię jako pochwałę ciężkiej pracy. W cztery lata tylko dziewięć występów w Tottenhamie, za to równie wiele (dziewięć!) wypożyczeń, z których prawie każde okazywało się krokiem naprzód (trzeba to podkreślić, bo w tym samym czasie uważani niegdyś za bardziej utalentowanych zawodnicy z młodzieżówki Tottenhamu, Bostock czy Dawkins, swoje szanse marnowali). „Tu, w Yeovil, nie mamy Ritza” – mówił Townsendowi i jego koledze, Jonathanowi Obice, cytowany przez dzisiejszego „Timesa” szkoleniowiec lokalnej drużyny, prowadząc ich do hoteliku i upewniając się, że na wyposażeniu pokoju jest garnek do gotowania makaronu…

Owszem, można też mówić o uczeniu się na błędach (kara finansowa i kilkumiesięczna dyskwalifikacja za obstawianie zakładów piłkarskich, która kosztowała go utratę miejsca w kadrze na młodzieżowe mistrzostwa Europy) i o wsparciu kolejnych trenerów: Redknapp dawał mu szansę w meczach Ligi Europejskiej, a potem ściągnął za sobą do QPR, Villas-Boas przez cały okres wypożyczenia pozostawał z nim w kontakcie, a przed sezonem usiadł do długiej rozmowy, w której wyjaśnił, co młody piłkarz powinien poprawić w swojej grze pozycyjnej. Uczciwiej jednak byłoby wspomnieć o cholernym szczęściu i zbiegu niezwykle sprzyjających okoliczności, który nastąpił w ciągu kilku zaledwie tygodni.

Na obecny sukces Townsenda złożyło się, po pierwsze, odejście Bale’a i fakt, że poza jednym meczem towarzyskim przez cały okres przygotowawczy Walijczyk nie blokował zmiennikom miejsca w składzie. Po drugie, późne sfinalizowanie zakupu Lameli, a potem dwie przerwy na kadrę, podczas których Argentyńczyk zamiast trenować z nowymi kolegami, podróżował za ocean. Po trzecie, uraz Lennona, który – że wypowiem herezję – wciąż wydaje się najpoważniejszym rywalem Townsenda do miejsca na prawej stronie Tottenhamu. Po czwarte, kontuzja Walcotta, która stworzyła debiutantowi okazję do gry przeciwko Czarnogórze (jak bardzo teraz Roy Hodgson przypisywałby sobie zasługi za udany występ piłkarza Tottenhamu, nie wstawiłby go przecież do składu od pierwszej minuty, gdyby miał do dyspozycji napastnika Arsenalu…). Po piąte wreszcie, w przypadku reprezentantów Czarnogóry oczywiste: nieopatrzenie obrońców z względnie skromnym arsenałem sztuczek, które poza szybkością Andros Townsend może zaoferować.

Nie twierdzę, że skrzydłowy Tottenhamu szczęściu nie pomógł – w piątkowy wieczór dokładnie tak samo, jak w ciągu tych wszystkich deszczowych i wietrznych popołudni na drugo- i trzecioligowych stadionach. Podobnie zresztą jak Walker, Sturridge, Welbeck, Wilshere, Barkley, Gibbs i starsi: Milner, Lampard, Carrick czy Defoe (wszyscy oni byli na wczesnym etapie swoich karier wypożyczani do mniejszych klubów i wszyscy umieli ten czas wykorzystać). Dla niego samego jednak byłoby lepiej, gdyby media po piątkowym meczu okazały się bardziej powściągliwe. Wcale bym się nie zdziwił, zwłaszcza w kontekście odsunięcia za kartki Kyle’a Walkera, gdyby na prawej pomocy Anglików przeciwko Polsce zagrał James Milner.

Wiara w Fornalika, niewiara w Hodgsona

Doprawdy, niełatwo odpowiedzieć na pytanie, co gorsze: murawa na Stadionie Narodowym czy reprezentacja Anglii. Na tej pierwszej piłka właściwie stawała w miejscu, trudno było o podanie na dobieg, o ryzyku zagrań obrońców z bramkarzem nie wspominając. Ta druga co najmniej od czasu Euro (upieram się, że za Capello były jednak lepsze momenty) gra w piłkę metodami dwudziestowiecznymi. Piłkarzy Roya Hodgsona nie będziemy tłumaczyć stanem murawy – podczas meczu z San Marino na Wembley grali równie ospale, podawali równie niedokładnie i szukali sobie pozycji równie bez wyobraźni, tylko że na amatorów wystarczyło. W Warszawie nie kleiło im się dosłownie nic, poza znanymi od lat próbami dośrodkowań Milnera z prawej strony – a i tak bez sensu, skoro adresowanymi do niewielkiego i osamotnionego Defoe’a. Zawiódł Cleverley, nierozumiejący swojej roli na boisku i pozwalający, by jego stroną szły najgroźniejsze ataki Polaków (przeceniacie go, drodzy czytelnicy kibicujący MU, od dawna się zresztą o to spieramy…). Gerrard i Carrick grali zbyt głęboko, ten drugi straszył – nawet na tle strasznych kolegów – prostymi błędami w środku, obrońcy wybijali na oślep, Lescottowi plątały się nogi, Johnson tradycyjnie już dawał się zaskakiwać piłką za plecy, a Cole pozwalał się wyprzedzać Grosickiemu (Aaron Lennon zaciera ręce przed sobotą i meczem Tottenham-Chelsea…), co więcej: Hart pomylił się przy golu. Starzy wypaleni, młodzi przereklamowani… czułem się, jakbym oglądał drużynę z czasów Steve’a McClarena, która gdyby nie to, że rywali w grupie ma tym razem słabszych powinna się obawiać o awans na mistrzostwa świata.

Polacy muszą czuć niedosyt. Jeden błąd w ćwiczonym ponoć kryciu strefowym pozwolił Rooneyowi strzelić gola – poza tym w zasadzie nie mieli problemów z tyłu, a z przodu radzili sobie nie tylko w szybkim ataku. Cieszę się, że po awanturze w Podgoricy Ludovic Obraniak znów odnalazł się w tej reprezentacji; cieszę się, bo widzę, że myśli na boisku. Nawet jeżeli pomocnik Bordeaux zagrywa którąś z piłek niedokładnie, robi tak dlatego, że próbuje rozwiązania ryzykownego, ale w danym momencie najkorzystniejszego – słowem to inteligentny, regulujący tempo gry rozgrywający, który wie, kiedy przyspieszyć, zgrywając bez przyjęcia do atakującego bocznego obrońcy, kiedy wysłać prostopadłą piłkę do wybiegającego napastnika, kiedy zaś – jeżeli naprawdę nie ma lepszego rozwiązania – poczekać i rozegrać ją z defensywnymi pomocnikami.

Z tych ostatnich imponował przede wszystkim Krychowiak, skuteczny w odbiorze i celnie odgrywający do przodu (po niemieckim trio z Borussi nadszedł czas na francuski duet w polskiej kadrze?). Grosicki dużo i szybko biegał, z podjęciem ostatecznej decyzji było trochę gorzej, ale i tak można po tym meczu dojść do wniosku, że w kwestii gry skrzydłami Polska nie jest skazana wyłącznie na Błaszczykowskiego. A jeszcze jest Glik, podobnie jak Krychowiak w pewnym sensie wynalazek trenera Fornalika…

Inaczej niż Rafał Stec, nie zobaczyłem u reprezentantów Polski angielskiego kompleksu; nie uważam, że potrzebowali połowy, „by porzucić patrzenie na rywali, jak na niezniszczalne zjawy”. Od początku grali dobrze, tyle że przy stanie 0:0 nastawiali się raczej – co zrozumiałe – na grę z kontry, niewielką liczbą zawodników, próbowali także wykorzystać wspomniane wolne sektory za plecami bocznych obrońców gości (w jedenastej minucie o mało nie udało się Grosickiemu – co charakterystyczne, żeby przeciąć jego akcję musiał wrócić Rooney). Może za mało grali górą do Lewandowskiego, nie narażając piłki na kontakt z murawą – ważne, że po utracie gola bynajmniej się nie speszyli, a ostatecznie pokazali się także w grze pozycyjnej i przy stałych fragmentach (znów Obraniak!). Zaprawdę powiadam wam: nabijajcie się z PZPN-u, ale nie nabijajcie się z polskiej reprezentacji, bo może pojechać na Mundial. Waldemar Fornalik zasłużył na spokojną zimę, czego nie można powiedzieć o Royu Hodgsonie.

Deszczowa piosenka

Owszem, długo nie zapomnimy tego wieczoru, był to bowiem wieczór, w którym Szwecja zdołała zremisować z Niemcami 4:4, mimo iż do 62. minuty przegrywała 4:0, a czwartego gola zdobyła dopiero w doliczonym czasie gry, Hiszpania zaś w 93. minucie wypuściła prowadzenie w spotkaniu z Francuzami. „To nie tenis i nie siatkówka, gdzie o zwycięstwie rozstrzyga ostatnia piłka meczu. I nie koszykówka z gwałtownymi zwrotami i ustalaniem wyniku w ostatnich sekundach” – piszą o piłce w inspirującej, także przez to, że skłania do polemik książce „Postfutbol” Mariusz Czubaj, Jacek Drozda i Jakub Myszkorowski. Ejże…

Zapasy irytacji na dzisiejszy dzień wyczerpałem, w dowcipach jestem słaby, zresztą z czego tu się śmiać, skoro plany kilkudziesięciu tysięcy ludzi na wtorek i środę odpłynęły z decyzją o niezamknięciu dachu, a w światowych mediach i internecie mamy prawdziwą ulewę polish jokes? W tym sensie wyniki Szwedów i Hiszpanów uratowały mój wieczór, pozwalając jednak dać tu parę słów o futbolu i potwierdzając kolejny raz tezę o jego kompletnej nieprzewidywalności. Piłkarski demiurg płata przecież figle na każdym kroku, nie tylko przekładając mecz Polaków z Anglikami tak, aby przypadł dokładnie w rocznicę TAMTEGO Wembley. Kiedy klasowa drużyna prowadzi 4:0, ostateczny wynik wcale nie jest przesądzony. Owszem, pojedynku Liverpoolu z Milanem i MU z Bayernem w finałach Champions League przeszły do legendy, ale nie dlatego, że były boiskowymi cudami, przypadkami jednymi na tysiące, tylko dlatego, że były najbardziej znanymi przypadkami futbolowej normy. Przywołujemy je jako pierwsze, które przychodzą nam na myśl, nie pamiętając może o wydarzeniach takich jak z 21 grudnia 1957 r., kiedy to na 26 minut przed końcem meczu Charlton przegrywał drugoligowy mecz z Huddersfield 1:5.

Grali w dziesięciu, bo ich kapitan, obrońca Derek Ufton został zniesiony z boiska w 15. minucie ze złamanym obojczykiem, a w tamtych czasach nie można było jeszcze dokonywać zmian. Niemal wszyscy kibice Charltonu opuścili już stadion, gdy nagle Johnny Summers zaczął swój festiwal strzelecki i zrobiło się… 6:5. Huddersfield jeszcze wyrównało, ale Charlton strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie. 7:6, pięć goli lewonożnego Summersa zdobytych, co do jednego, prawą nogą.

Wiemy przecież, że potencjalność podobnego scenariusza ukryta jest w każdym meczu. „Najbardziej niebezpieczny wynik to 2:0”, mówimy między sobą, zagrzewając drużynę do strzelenia trzeciej bramki. Kiedy udaje się strzelić trzecią, modlimy się, by w ciągu paru następujących po niej minut nie stracić gola, bo wtedy już na pewno tamci złapią wiatr w żagle i zacznie się wielka gonitwa… A jeśli nawet ten scenariusz się nie spełni, z łatwością potrafimy się wczuć w fanów przegrywającego zespołu, gorzko wyrzekających, że ich ulubieńcy, uczciwszy uszy, nie mają jaj. Przecież przy spełnieniu odpowiednich warunków (leżących skądinąd poza sferą techniki indywidualnej piłkarzy czy strategii trenerów), a zamykających się w trójkącie odporność psychiczna – wiara w siebie – wola zwyciężania, odwrócenie każdego wyniku w piłce jest możliwe nawet w ekstremalnie krótkim czasie.

Co kładę Wam i sobie do głowy przed jutrzejszym meczem Polska-Anglia, uchylając się tym samym od narodowej debaty o narodowym basenie. „Nie istnieje obowiązek dla publicysty sportowego bardziej przykry, niż znęcanie się nad PZPN – pisze Rafał Stec w tekście, który ukaże się właśnie jutro na łamach „Tygodnika Powszechnego” (pędźcie do kiosków…). – Tocząca piłkarski związek przewlekła choroba została zdiagnozowana wieki temu, jej przyczyny i objawy stały się powszechnie znane i omówione, społeczną niechęć do środowiska utrwalają wybuchające raz po raz aferki i afery. O impotencji działaczy nie sposób napisać już nic oryginalnego” – deklaruje, po czym oczywiście diagnozuje, omawia i pisze coś oryginalnego. Ja jednak jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nie muszę pisać ani o PZPN, ani o odpowiedzialnym za budowę i utrzymanie stadionu (także za bieżące dbanie o murawę, system drenażu itd.) Narodowym Centrum Sportu, ani o rządzie, który sprawuje pieczę nad tym ostatnim. Piłkarski demiurg lubi płatać figle. Z meczu słabiutkiej Polski ze słabą Anglią może się jeszcze zrobić arcyklasyk.

Euroniecodziennik: ginący gatunek

Takich zwierząt już prawie nie ma. Wydają się niepotrzebne. Trenerzy – przynajmniej ci na Wyspach – wolą okazy z gatunku Yaya Toure: bardziej z siłą niż z wizją, a w każdym razie ze zdolnością powstrzymywania tamtych z wizją. Trudno się dziwić, że mówimy o stworzeniach na wymarciu: nie biegają szybko, nie robią wślizgów, nie biegają do utraty tchu między jednym polem karnym a drugim. Stacjonują raczej na własnej połowie, góra przy linii środkowej, skąd widzą wszystko najlepiej i skąd zmieniają losy meczu, na przykład precyzyjnym kilkudziesięciometrowym podaniem do wybiegającego na pozycję napastnika.

Nie mówię, że trudno zrozumieć to, iż stali się gatunkiem zagrożonym: jeśli opierasz grę na jednym piłkarzu, w dodatku operującym daleko od bramki przeciwnika, musisz się liczyć z tym, że rywale znajdą sposoby na utrudnianie mu życia. Z drugiej strony kluczowe podanie geniusza trafia do celu nawet jeśli przeszkadza mu trzech rywali. Niby wszyscy wiedzą, jak grał Guardiola i jak gra Xavi, niby przed meczem Anglików z Włochami napisano setki słów o Andrei Pirlo, niby jasne było, że do jego strefy powinni cofać się Rooney i Welbeck, a i tak nic to nie dało: wczoraj Włoch zanotował 117 z 815 włoskich podań, w tym kilka najważniejszych – jak to do Balotellego, wychodzącego sam na sam z Hartem.

Gdyby Pirlo był Polakiem… Nie, zaraz, powinienem był napisać: „gdyby Pirlo był Anglikiem”, bo tym żyje dziś cała Fleet Street. Gdyby Anglicy opanowali trudną sztukę podawania piłki, a właściwie więcej niż podawania: kontrolowania gry, dyrygowania jej rytmem i tempem. Gdyby mieli piłkarza, który nawet oddychać wydaje się wolniej niż inni, ale którego wyobraźnia i zasięg podań przekracza ich horyzont. Gdyby wczoraj potrafili utrzymać się przy piłce dłużej niż kilkanaście sekund, gdyby potrafili wymienić więcej niż kilka podań… „Rozgrywanie wyszło z mody zaraz po jedwabnych szalikach i tuż przed nadmuchiwanymi bananami” – żalił się ponad 30 lat temu Nick Hornby, przeciętny pisarz, ale niezrównany kronikarz futbolowej obsesji, po czym kontynuował: „Większość kibiców, właściwie wszyscy, ogromnie nad tym ubolewa. Chyba mogę powiedzieć w imieniu nas wszystkich, że lubiliśmy rozgrywanie piłki”.

Zabawne: kiedy Michael Carrick grał w Tottenhamie, wydawało się, że jest materiałem na takiego właśnie zawodnika. Klubowe skrzywienie każe wiązać nadzieje z leczącym się od roku Tomem Huddlestonem; Czerwone Diabły żałują, że na Euro nie pojechał Paul Scholes, Kanonierzy – i większość piłkarskiej Anglii – przywołają raczej nazwisko Wilshere’a (skądinąd porównywanego z Liamem Bradym, za którym tak tęsknił Hornby), tylko czy młody pomocnik Arsenalu kiedyś wyzdrowieje? Dotykamy tu innego tematu dnia prasy nad Tamizą, czyli St. George’s Park, gdzie przedstawiciele angielskiej myśl szkoleniowej mają się głowić nad produkowaniem zawodników, których podawanie piłki nie przerasta. Brendan Rodgers podczas kilkunastu miesięcy w Swansea udowodnił, że są to umiejętności przyswajalne nawet przez chłopaków urodzonych pośród wrzosowisk i tułających się przez lata w niższych ligach. Dlaczego nie miałoby się udać na szerszą skalę? Dlaczego nie miałoby się udać, hmmm, w Polsce? Genetycznych przeszkód przecież nie ma. Najwyższy czas wpisać ten gatunek – jak się właściwie mówi po polsku na deep lying playmaker albo quarterback? – na listę gatunków chronionych i zadbać o program rozmnażania, bo Pirlo ma 33 lata, a Xavi 32.

Zostały trzy mecze. Czy to przypadek, że wśród pięciu najlepszych piłkarzy mistrzostw Europy (mam na myśli Ozila, Ronaldo, Xaviego, Iniestę i Pirlo) dwóch należy do ginącego gautnku?

PS Gdyby pod Fabio Capello Anglicy grali równie surową piłkę co pod Royem Hodgsonem, trener zostałby rozszarpany. Po RPA, gdzie ich futbol był o niebo lepszy niż na Ukrainie, ogłoszono katastrofę, dziś mówi się o nadziei i dumie. Nie ma to jak być Anglikiem.

Euroniecodziennik: prawdziwi Anglicy

Sprawiedliwości stało się zadość. Turniej rzutów karnych wygrali ci, którzy na zwycięstwo zasłużyli. Którzy przez cały mecz celniej i więcej strzelali, lepiej grali z piłką i bez piłki, dłużej się przy niej utrzymywali. Którzy mieli w swoich szeregach Pirlo (ach, ten karny…). Którzy dokonywali dobrych zmian (Diamanti…). A przecież mi żal.

Uderzając na moment w tony sentymentalne: dla Stevena Gerrarda to była ostatnia szansa na sukces w wielkiej międzynarodowej imprezie. Dołączył w ten sposób do kontuzjowanego Franka Lamparda, Davida Beckhama i tylu innych przedstawicieli „złotego pokolenia”, którzy mimo wielu prób nie odnieśli ze swoją reprezentacją żadnego znaczącego sukcesu. Zasłużyli na więcej, chciałoby się powiedzieć. Zasłużyli na lepszych trenerów, zasłużyli na lepszych bramkarzy (ech, gdyby Hart był starszy o te 10 lat, jakże inaczej mogłyby wyglądać turnieje w Korei i Japonii, a nawet w Szwajcarii i Austrii, gdzie Anglików zabrakło m.in. dzięki pamiętnym kiksom Robinsona i Carsona), zasłużyli na lepszych działaczy, niepotrafiących podjąć dobrych decyzji w sprawie kwater w Niemczech czy w RPA albo w sprawie toczących tę reprezentację skandali. Zasłużył zwłaszcza Gerrard, kapitan skleconej byle jak drużyny, wreszcie będący jej niekwestionowanym liderem i najlepszym zawodnikiem.

Tyle że wszystko to – podobnie jak opisywana zgodnie przez angielskich dziennikarzy świetna atmosfera w reprezentacji (oglądaliśmy jeden z najmłodszych i najmniej gwiazdorskich zespołów na Euro, którego kilka najważniejszych postaci mogłoby trafić do szkolnych czytanek jako przykłady poświęcania własnego ego dla dobra innych; dziewczyny roztropnie trzymały się w cieniu itd.) – są argumenty z kompletnie innego porządku niż piłkarski. Owszem, dziś Anglicy zaczęli nieźle, przez dwadzieścia minut dotrzymując Włochom kroku, pilnując Pirlo i samemu stwarzając jakieś sytuacje. Mimo ewidentnej słabości Rooneya, mimo fatalnej przez cały turniej formy Ashleya Younga, parę akcji przecież się udało, zwłaszcza dzięki Glenowi Johnsonowi. Chwilowe to były jednak satysfakcje. Z minuty na minutę Anglia obumierała, a Włosi cierpliwie rozwiercali jej szeregi obronne, obijali słupki, sprawdzali czujność Harta i wysyłali Balotellego za linię spalonego – całkiem skutecznie zresztą, bo kilka razy napastnik MC znalazł się za plecami obrońców angielskich (raz swój wcześniejszy błąd desperacko naprawił Terry, parę razy Balotelli trafiał w Harta bądź źle się składał do strzału). Statystyki znacie: 35 do 9 w okazjach bramkowych, 64 do 36 w posiadaniu piłki, 815 do 320 w podaniach, nie ma chyba kategorii, w której Anglicy zaprezentowaliby się lepiej od Włochów.

Największy problem opisywałem już przy poprzednich spotkaniach drużyny Hodgsona: dwudziestowieczna była ta Anglia, jak wycięte z „Non Stopu” zdjęcia Dire Straits, komputer ZX Spectrum czy grzywka Scotta Parkera; dwudziestowieczna w swoich dwóch liniach po czterech piłkarzy, w swoich długich piłkach i stałych fragmentach gry, w swojej niemal całkowitej nieobecności dryblingu, w swoim trenerze, którego nie chcieli ani kibice, ani piłkarze. Z najwyższym trudem dopisuję dla równowagi przymiotnik „dzielna”, mógłbym też doszukiwać się w tej niedzisiejszości Anglików czegoś sympatycznego, jak w Brzydkim Kaczątku, o którym pisał Rafał. Wszystko, za co kocham piłkę nożną, wiąże się przecież z angielską piłką; zawsze im kibicowałem i będę kibicował, ale to chyba nie powód, żeby przymykać oko na oczywistości. Na nieumiejętność rozegrania ataku pozycyjnego w meczu przeciwko klasowej drużynie, na niezdolność utrzymania się przy piłce, na wypracowanie jakiejkolwiek innej strategii niż celowanie w głowę Andy’ego Carrolla (akurat napastnik Liverpoolu na tym Euro nie zawodził…). Na zmęczenie, którego dowodem były skurcze, łapiące Gerrarda dobre 20 minut przed końcem regulaminowego czasu, i fakt, że Scott Parker nie był w stanie dograć kolejnego meczu. Zawsze można powiedzieć, że karne to loteria, że Anglicy nie przegrali tu meczu, itp., ale ważniejsza wydaje się nieśmiertelna konkluzja Marka Bieńczyka po Euro 2004, że „Król znowu okazał się nagi, a królowa stara i smutna. Trzeba więc dalej żyć i oglądać mecze bez nich, James, bardzo proszę, popraw mi pled, włącz telewizor i nalej porto, tak, tego samego, co zawsze. Dziękuję, James, możesz odejść”.

Nie, nie wzywam do nocy długich noży i nie sądzę, żeby ktokolwiek z angielskich dziennikarzy takowej oczekiwał. Już teraz, w pierwszych pomeczowych komentarzach, padają nazwiska Walkera, Cahilla, Jonesa, Wilshere’a, Oxlade-Chamberlina, Rooneya czy Welbecka jako tych, do których należeć będzie świetlana, ma się rozumieć, przyszłość. Szczerze mówiąc wielu obawiało się, że ta obecna „przejściowa” reprezentacja nie będzie nawet w stanie wyjść z grupy. To, że odpadła tradycyjnie z powodu psychicznej kruchości podczas rzutów karnych, zostanie przyjęte ze zrozumieniem. Zapamiętane będą gratulacje Roya Hodgsona dla rywali i jego gesty pocieszenia skierowane pod adresem swoich piłkarzy. Raz jeszcze, po raz nie wiadomo który, przyjdzie zakończyć Bieńczykiem: „Czasami starcza tylko chwili na piękne pożegnanie, oklaski Beckhama dla przeciwników i publiczności, żadnej latynoskiej łzy na twarzy, rysy godne i zastygłe, prawdziwi Anglicy, szkoda, że nie żyją”.

Więcej jutro, nie tylko o tym ćwierćfinale i nie tylko o tej drużynie. Andrea Pirlo wart jest osobnej pieśni, rzecz jasna.

Euroniecodziennik: żal Ukrainy

Cała Anglia, proszę państwa. W drugiej dekadzie XXI wieku grająca futbol dwudziestowieczny. Głęboko cofnięta, z dwoma liniami zasieków, na piętnastym i dwudziestym piątym metrze przed własną bramką. Nieznająca pojęcia „posiadanie piłki”, a jeśli nawet znająca, to z pewnością przekonana, że jest ono przereklamowane. Jeżeli atakująca, to skrzydłami. Jeżeli strzelająca, to głową. Nudna jak pudding.

Żal Ukrainy, bo na tę angielską dwudziestowieczność miała pomysł. Zmiany, których dokonał w składzie Błochin w porównaniu z poprzednimi meczami, były częściowo wymuszone (kontuzja Szewczenki), ale częściowo podyktowane taktyką; szczególnie podobał mi się schodzący do środka Konoplanka, szukający strzału i prostopadłego podania, zamiast dotychczasowych dośrodkowań, i sprawiający przekazującym krycie Milnerowi i Parkerowi potężne kłopoty. Gospodarze turnieju od początku odbierali piłkę Anglikom przy bardzo wysokim pressingu, a zarazem nie dopuszczali do kontrataków: byli skoncentrowani, byli świetnie przygotowani kondycyjnie, grali szybko i wierzyli w siebie. Nie tylko Konoplanka grał dobrze, także Jarmolenko, grający między liniami Harmasz, oraz Husiew i Dewicz. Jeśli ostatni raz w ciągu najbliższych kilkunastu dni miałbym na tym blogu wspomnieć Polaków, powiedziałbym pewnie, że takiego zaangażowania w ostatnim meczu grupowym oczekiwaliśmy.

Żal Ukrainy, bo gola straciła po podwójnym rykoszecie, który zmylił bramkarza, próbującego przeciąć dośrodkowanie Gerrarda. I żal, bo sama zdołała strzelić gola: po uderzeniu Dewicza Hart zdołał piłkę odbić, ale przełamała mu ręce i wpadła do bramki, skąd – już po przekroczeniu linii – wygarnął ją Terry. Jasne: Milewski był wcześniej na spalonym i jasne: Anglicy mają swoją traumę z RPA, gdzie nie uznano im gola Lamparda, ale jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że stojący o dwa metry od bramki piąty arbiter nie był w stanie zareagować w sytuacji tak ewidentnej. Od czego jest, do cholery? I czy możemy liczyć na to, że kiedy 5 lipca zbierze się IFAB, to incydent z meczu Ukraina-Anglia przechyli szalę na rzecz wprowadzenia do futbolu technologii pozwalającej na stwierdzenie, czy piłka przeszła całym obwodem linię bramkową?

Siła paradoksu: Anglia, której niejeden wróżył odpadnięcie z turnieju już na etapie rozgrywek grupowych, jest w ćwierćfinale, niepokonana i awansująca z pierwszego miejsca, co nie zdarzało jej się na imprezach tej rangi zbyt często. A przecież Anglia, która przyjechała na Euro po wielomiesięcznym cyrku z szukaniem szkoleniowca i zdziesiątkowana kontuzjami. Anglia, której bałaganiarstwo w defensywie wciąż czeka na surowszego recenzenta niż dotychczasowi. Anglia, w której Wayne Rooney musi jeszcze trochę pograć, zanim przestanie odczuwać skutki spowodowanego dyskwalifikacją rozbratu z futbolem (napastnik MU miał, poza golem, swoje szanse: raz spudłował po dośrodkowaniu Younga, a raz – będąc sam na sam po jeszcze jednym wybornym podaniu Gerrarda – dał się dogonić obrońcom). Anglia niezdolna do pogrania piłką i głupio ją tracąca. Siła paradoksu dlatego, że z historii mistrzostw Europy czy świata pamiętamy kilka drużyn absolutnie wybitnych, które nieoczekiwanie potykały się na względnie łatwej przeszkodzie, i równie wiele drużyn, które irytując kibiców formą i stylem gry były w stanie doczłapać się nawet do finału. Arise, sir Roy?

PS Dzisiaj, czyli 20 czerwca, o 18.00 w klubie Chłodna 25 mamy rozmawiać o „Dżihadzie na stadionach”, czyli o tym, co zrobić z antysemityzmem wśród kibiców. Jeśli mieszkacie w Warszawie i nie wiecie, co zrobić z dniem bez piłki, wpadnijcie na Chłodną, gdzie oprócz Waszego ulubionego blogera dyskutować mają Michał Listkiewicz, gen. Adam Rapacki i Rafał Pankowski. Zapraszam.