Archiwa tagu: Mourinho

Special Once

Im częściej Jose Mourinho powołuje się na własne zasługi z przeszłości, tym bardziej jego przyszłość wydaje się ponura. Aniśmy się obejrzeli, jak do określenia Special One dopisano jedną literkę.

Argumenty z historii zawsze są słabe, coś o tym wiemy w naszej umiłowanej ojczyźnie, której znakomici przedstawiciele tyle razy przysłaniali wstydliwą teraźniejszość Mrożkowym „Za wolność wybili”. Także gwałtowne domaganie się szacunku, którym Jose Mourinho kończył wczorajszą konferencję prasową, miało w sobie rys niezamierzonego komizmu przez skojarzenie z naszą niesławną kampanią #RespectUs. Miejsce w historii piłki nożnej obecny trener Manchesteru United ma zapewnione nie od dziś (sporo mówił o tym zresztą menedżer Tottenhamu Mauricio Pochettino, jeden z ostatnich, którzy deklarują przyjaźń do Portugalczyka i przyznają, jak bardzo inspirowali się jego przykładem w przeszłości). Mocno się obawiam natomiast, jak historia oceni jego pobyt na Old Trafford.

Jeśliby zresztą mówić o historii, wczoraj przemawiała raczej przeciwko Tottenhamowi. Na tym stadionie Pochettino przegrywał zawsze, a jego podopieczni nie strzelili jeszcze gola. Nawet jeśli poprzednikom tego szkoleniowca, Andre Villas-Boasowi i Timowi Sherwoodowi udało się tutaj zwyciężać, były to raczej wypadki przy pracy, albo – w tym drugim przypadku – efekt pofergusonowskiej smuty. Wcześniej podróże na północ dla piłkarzy i kibiców z północnego Londynu wiązały się niemal zawsze z perspektywą łomotu. Nawet ubiegłotygodniowa porażka MU z Brighton nic dobrego nie wróżyła: jeśli w przeszłości Tottenham bywał rywalem drużyny, która zdawała się właśnie przechodzić kryzys, okazywał się idealnym „rywalem na przełamanie” – nadzieje na jego sukces przemijały po pierwszym golu, a punkty zostawały tam, gdzie miały zostać.

Zaryzykuję jeszcze zdanie, że także pierwsza połowa wczorajszego spotkania przemawiała przeciwko gościom. Tu Mourinho ma rację: pressing jego zespołu uniemożliwił Tottenhamowi rozgrywanie składnych akcji i zmuszał poszczególnych piłkarzy (Rose’a zwłaszcza, ale także Alderweirelda i Dembelego) do błędów podczas wyprowadzania piłki. Zawodnicy MU nie faulowali na własnej połowie i nie dopuszczali rywala do rzutów rożnych (pierwszy Tottenham wykonywał w 50. minucie – i od razu strzelił bramkę). Ich ataki skrzydłami – zwłaszcza rajdy tyle razy krytykowanego przez Mourinho Shawa – były bardzo niebezpieczne. Po prezencie od Rose’a Lukaku był o włos od gola, a oprócz niego groźnie strzelał z dystansu Pogba. Oczywiście chaos i niecelne podania nie były tylko domeną gości – jeden z dziennikarzy Sky Sports naliczył ich w pierwszej połowie 123, z czego Tottenhamu tylko o 7 więcej niż MU. Błędy, bałagan w grze, typowe dla pierwszej fazy sezonu i zrozumiałe w przypadku zawodników, którzy treningi wznowili zaledwie trzy tygodnie temu (u Pochettino było ich aż dziewięciu), nie zmieniały jednak faktu, że ta pierwsza połowa powinna się była zakończyć prowadzeniem gospodarzy.

W drugich czterdziestu pięciu minutach jednak Tottenham zdołał się poprawić. Goście przyspieszyli i na połowę rywala zaczęli w końcu przedostawać się skrzydłami, gdzie Trippier i Rose zdołali podejść nieco wyżej. Z takiej akcji Eriksena po prawej stronie wziął się rzut rożny i pierwsza bramka, z takiego rozegrania z wykorzystaniem biegnącego wzdłuż linii bocznej Trippiera i ponownie schodzącego do prawej Eriksena wzięło się drugie trafienie, a potem można już było kontrolować przebieg wydarzeń. Ze wszystkich komplementów, jakie zebrał za udział w wygranej Lucas Moura wypada wydestylować nie tylko jego skuteczność i szybkość, ale także zaangażowanie w pressing; kolejny raz wyszło, że Pochettino ma rację, bo żeby w jego drużynie był pożytek z nowego zawodnika, powinien z nią przepracować okres przygotowawczy, a nie przychodzić z zaległościami treningowymi w zimie.

Po ostatnim okienku transferowym, po inwestycjach Liverpoolu i Chelsea, a także ze świadomością różnicy klas, jaka dzieliła w poprzednim sezonie Manchester City od reszty stawki, nikt nie wymieniał Tottenhamu w gronie kandydatów do mistrzostwa kraju. Ja będę, rzecz jasna, ostatnim, który próbowałby zmieniać tę narrację, zwłaszcza po zaledwie trzech kolejkach sezonu. Nie mogę jednak nie zauważyć, że w drugiej połowie po boisku biegały dwie drużyny, z których jedna, owszem, wiedziała, co robi i której piłkarze imponowali świadomością taktyczną przy korektach ustawienia, podobnie jak – w szerszej perspektywie – indywidualnym rozwojem w tym klubie i u tego trenera w ostatnich latach. Kane, Alli, Trippier to przykłady najbardziej spektakularnego postępu, ale także o pozostałych można powiedzieć, że czas spędzony w Tottenhamie nie jest dla nich stracony: Eriksena całe lato przymierzano do najlepszych klubów świata, a w tym sezonie może błysnąć jeszcze powrócony do zdrowia Harry Winks. Co ważne: wszyscy dostali tego lata czystą kartę, także zawodnicy, którzy – jak Alderweireld – nie przedłużyli dotąd kontraktu, a wiosną przesiadywali na ławce, sprawiając w dodatku – jak Rose – trenerowi problem nieuczesanymi wypowiedziami. Dziewięciu grających wczoraj piłkarzy należało do podstawowych zawodników Pochettino już w sezonie 2015/16; podobnej stabilności we współczesnej piłce ze świecą szukać.

Otóż ta druga drużyna od podobnego poukładania jest bardzo daleka, choć obecny szkoleniowiec pracuje z nią już trzeci rok, a na transfery wydał niewiarygodnie dużo. Pozycja Pogby wciąż pozostaje przecież przedmiotem dyskusji, podobnie jak optymalny skład defensywy (wiele się mówiło o konieczności kupienia jeszcze jednego stopera, ale przecież Lindelof czy Bailly to transfery Mourinho). Pomysłem na odmianę niekorzystnego wyniku jest wstawienie w środek pola karnego rywali Fellainiego, kiedy na ławce pozostaje jeszcze Marcus Rashford. Alexis Sanchez? Lepiej mu chyba było w Arsenalu. Mata? Martial? Z Brighton zawiedli, wczoraj nie było ich nawet na ławce.

Łatwo oczywiście charakter tych dwóch trenerów przeciwstawiać. Mourinho przez całe lato marudził, Pochettino o większych niż w przypadku rywala kłopotach (zero wzmocnień, wciąż niegotowy nowy stadion) opowiadał raczej jak o czekającym go wyzwaniu. Ten pozytywny, pełen wiary i zapału, ten z wiecznym grymasem niezadowolenia na rozkapryszonej twarzy. Kogo wybieracie? Najsmutniejsze było wczoraj to, że trybuny z których w sytuacjach równie niekorzystnych tyle razy dobiegało ogłuszające „Attack! Attack! Attack!”, w ciągu ostatniego kwadransa meczu pustoszały. Na jednym z najwspanialszych obiektów świata nikt nie miał złudzeń, że Jose Mourinho zainspiruje drużynę do comebacka w stylu Aleksa Fergusona.

Kiedyś był naprawdę wyjątkowym trenerem, synu. Kiedyś.

Mourinho i moda

Włosy ma szlachetnie przyprószone siwizną. Jeszcze kilka sezonów i za zasługi dla tutejszego sportu dostanie pewnie Order Imperium Brytyjskiego. Stroje jego od lat należą do najdoskonalszych, choć z czasem mniej wśród nich tych pięknych szarych płaszczy z wełny i kosztownych, zawsze zbyt luźno zawiązanych krawatów, a więcej zwyczajnych klubowych kurtek i dresów; w tym roku wyznacza trendy zapinanymi pod szyją na zamek błyskawiczny sweterkami. Kiedy podpisywał kontrakt z Manchesterem United, paparazzi sfotografowali go z butelką zakupioną w jednej z najlepszych londyńskich enotek. Gdy niedawno udzielał wywiadu konserwatywnemu skądinąd dziennikowi, rozmowa była możliwa dzięki jednemu z jego głównych sponsorów, producentowi luksusowych zegarków (innym jest producent równie luksusowych samochodów…). Trochę dziwne, że wciąż udaje mu się zachować nobliwy wizerunek, mówimy przecież o jednym z największych przypadków knajactwa w świecie piłki nożnej.

Tak, oczywiście, macie rację. Czytacie tysiąc sto dwudziesty pierwszy tekst o tym, jak fatalny wpływ na dzisiejszy futbol ma José Mário dos Santos Félix Mourinho; nawet zdążyłem się już kiedyś przyznać, że zawsze, gdy chcę napisać coś nieprzyjemnego pod adresem trenera MU, używam wszystkich jego imion. Po jednym z ostatnich felietonów Barneya Ronaya, poświęconym w gruncie rzeczy sztuce powtórzenia, czuję się jednak zwolniony z konieczności tłumaczenia się z faktu, że znów mam zamiar o tym pisać. Zamiast tego chciałbym wyznać, iż wyobrażam go sobie czasem w remake’u „Niebezpiecznych związków”, obsadzonego w roli do cna zepsutego i kończącego marnie wicehrabiego de Valmonta, albo lepiej jeszcze – w jakimś filmie o podstarzałym Don Juanie, którego dawny urok się wyczerpał, wszystkie dotychczasowe sztuczki przestały działać i pozostaje mu jedynie coraz bardziej wściekłe podgryzanie młodszych i sprawniejszych rywali. Czytaj dalej

Guardiola zdobywa Old Trafford

Nie jestem obiektywny. W sporze między futbolem proaktywnym i reaktywnym zawsze będę po stronie tego pierwszego, a w myśleniu o sposobach osiągania sukcesu nie będę nigdy abstrahował od wrażeń estetycznych. Oczywiście jestem świadom względności tych ostatnich; wiem, że są ludzie, dla których błyskawiczna kontra zawsze będzie piękniejsza od żeby nie wiem jak misternie konstruowanej akcji w ataku pozycyjnym, że żelazna dyscyplina w defensywie imponuje im bardziej niż pięć podań z pierwszej piłki w ofensywie, i że dewiza plus ratio quam vis nie będzie ich przekonywać tak długo, jak vis zapewniać będzie wyniki. Pisząc o derbach Manchesteru chcę więc po raz kolejny podkreślić coś, co dla stałych czytelników bloga jest pewnie jasne: mając do wyboru Guardiolę i Mourinho, wybieram Guardiolę. Czytaj dalej

Z kim przegrał Arsenal

Właściwie ten wpis powinien być jedną wielką tyradą przeciwko kulturze przesady, wszechobecnej w naszym życiu publicznym, w parlamencie, na portalach, w telewizji czy w mediach społecznościowych. Powinienem ją oskarżyć o odebranie nam języka, którym zwykliśmy opisywać rzeczywistość. Jeżeli bowiem absolutnie wszystko, o czym codziennie czytamy bądź słyszymy, jest albo szczytem żenady, albo historycznym wyczynem, jeżeli wszystko wymaga użycia wielkich liter albo wykrzykników, to jakie środki stylistyczne pozostają nam jeszcze do opowiedzenia o meczu takim jak wczorajszy pojedynek Arsenalu z Manchesterem United? Czy są w ogóle jeszcze dostępne nam przymiotniki do opisania postawy obrońców gospodarzy przy pierwszych dwóch golach dla gości? A zrywu dążących do odrobienia strat Kanonierów? Wyczynów Davida de Gei, o którym wypadałoby powiedzieć, że widziało się taki bramkarski trans zaledwie kilka razy w życiu, gdyby nie odzywający się natychmiast głos wewnętrznego cenzora, który na podobne zdania natrafia co weekend?

Koncertu de Gei szkoda szczególnie. Policzył ktoś, że w trakcie całego meczu Arsenal oddał 33 strzały, co w starciu z drużyną z czołówki jest statystyką (hmmm, jakiego by tu przymiotnika użyć…) niecodzienną, zwłaszcza że rywal w tym czasie strzelał zaledwie cztery razy. Policzył ktoś, że hiszpański bramkarz zatrzymał podopiecznych Arsene’a Wengera aż czternastokrotnie, wyrównując w ten sposób ligowy rekord. Jeszcze jeden paradoks autsajderskiego fachu, o którym pisałem paręnaście dni temu na łamach „Tygodnika Powszechnego” przy okazji łez Gianluigiego Buffona: popis bramkarza Manchesteru United nie zdarzył się w finale mistrzostw świata czy w finale Ligi Mistrzów, nie zdarzył się nawet w meczu rozstrzygającym o mistrzostwie kraju. De Gea nie obronił karnego, nie tańczył na linii, jak – powiedzmy – Jerzy Dudek, który w Stambule przed dogrywką nie zachowywał się bynajmniej fantastycznie (pamiętacie, jak po jednej z akcji wrzeszczał na niego Jamie Carragher?), ot, była to zwyczajna kolejka ligowa w sobotni wieczór, spotkanie wicelidera tabeli z zespołem zajmującym w niej do wczoraj miejsce czwarte. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niedługo zostanie zapomniany.

A przecież to prawda: na opisywanie wczorajszych wyczynów hiszpańskiego bramkarza brakuje przymiotników. Jak, do cholery, zdążył opaść na ziemię, by prawą ręką zatrzymać uderzenie Lacazette’a z pięćdziesiątej szóstej minuty, kiedy nawet ruch nogą w kierunku piłki – choć noga była bliżej – wydawał się niemożliwy do zrobienia? Jak zdążył się z niej poderwać, by zatrzymać jeszcze dobitkę Sancheza? Obrony strzałów z dystansu z pierwszej połowy możemy pominąć milczeniem, choć do tej pory mam w uszach głuche uderzenie piłki, odbijającej się od jego rękawicy, jakby to była cegła, a nie ludzka dłoń w jakiejś osłonie z tworzywa sztucznego, ale jak skomentować refleks, z jakim wypychał niemal zza linii piłkę przypadkowo odbitą od Lukaku? Jak oddać chwilę, w której zasłaniał sobą bramkę przed znajdującym się o metr od niej Lacazettem, jak zbijał piłkę na poprzeczkę, a potem jak podnosił się i upadał na zmianę w następnych sekundach, bo Arsenal ani myślał przerwać swojego szturmu? Jak wyciągał nogę naprzeciwko piłki kopniętej przez Sancheza, jak zatrzymywał strzał Iwobiego? Czytaj dalej

Jose Mourinho mówi „sza”

To oczywiście nie jest zespół Harry’ego Kane’a, a w każdym razie zespół ten nie przegrał dlatego, że w sobotnie południe na Old Trafford Harry’ego Kane’a nie było na boisku. Czy gdyby najlepszy napastnik Totttenhamu mógł zagrać, w osiemdziesiątej pierwszej minucie meczu utrzymywałby się bezbramkowy remis, to oczywiście inna kwestia, ale umówmy się: przy golu Martiala najlepszy napastnik Tottenhamu poradziłby niewiele. To również nie Kane, tylko wciąż Dele Alli, startowałby do świetnego podania Eriksena parę minut wcześniej, i zapewne nadal Sissoko, nie Kane, próbowałby wykorzystać gapiostwo de Gei w pierwszej połowie. Oczywiście: gdyby Kane grał, możliwości ofensywnych manewrów byłyby większe niż z Sonem: w przypadku Koreańczyka dośrodkowania na głowę nie wchodziły raczej w grę i w ogóle często było tak, że kiedy Tottenham był przy piłce, w polu karnym gospodarzy nie miał ani jednego piłkarza. Wejście Llorente, choć wciąż niezgranego z kolegami (czasem pozbywał się piłki zbyt szybko, zgrywając ją tam, gdzie nie było jeszcze partnera, czasem znowuż utrzymywał ją na tyle długo, że ruch partnera został już zauważony i zneutralizowany przez rywala), możliwości te zwiększyło – w tej fazie meczu można było odnieść wrażenie, że Tottenham gra o zwycięstwo.

Ale to nie przez brak Kane’a Tottenham przegrał, tylko przez (chwilowy, miejmy nadzieję, choć kilka dni wcześniej w pucharowym meczu z WHU było tego więcej) brak koncentracji. Taktyka Manchesteru United, w dużej mierze wymuszona kontuzjami, których w drużynie Jose Mourinho faktycznie jest sporo, była pragmatyczna i prosta, jak sposób widzenia świata portugalskiego trenera. Długa piłka na głowę Lukaku, zgranie Belga do któregoś z kolegów, wychodzącego za plecy obrońców – strzał, ewentualnie równie długa piłka wzdłuż linii bocznej, gdzie pojawiał się Rashford, wsparty błyskawicznie przez cofniętego skrzydłowego, Valencię na przykład. W obu przypadkach Tottenham radził sobie nieźle z zagrożeniem, podobnie zresztą, jak nieźle z zagrożeniem gości radził sobie Manchester United: i jedni, i drudzy, z powodzeniem grali pressingiem i kontrpressingiem, akcje były częściej przerywane niż rozgrywane, piłka latała na wszystkie strony, jak deszcz padający nad Old Trafford, a szans na strzelenie bramki było jak na lekarstwo. Czytaj dalej

Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa. Czytaj dalej

Mourinho na tarczy

W mającej się za chwilę ukazać po polsku biografii Cristiano Ronaldo pióra Guillema Balague’a (wpadam tu tylko na chwilę, robiąc sobie przerwę w pisaniu tekstu o Portugalczyku, którego za paręnaście dni nie obejrzymy z trybun przy Łazienkowskiej) natrafiłem na zdanie, że nie ma złych piłkarzy, lecz jedynie tacy, którzy nie pasują do zespołu, co zresztą jak nikt inny potrafił rozpoznawać Alex Ferguson. Zastanawiam się, czy zdanie to daje się zastosować także do trenerów – nie ma złych, są jedynie tacy, którzy nie pasują do pewnych klubów, i czy będzie się ono stosowało do Jose Mourinho i Manchesteru United. Jesteśmy bowiem w momencie zaiste fascynującym: wszystkie narracje na temat Portugalczyka, napisane przed i w pierwszych tygodniach sezonu (czy nie miał to aby być sezon bitwy o Anglię, której najważniejsze epizody rozegrają się w Manchesterze?), rozsypują się na naszych oczach, a co będzie dalej, nie wiemy. Wiemy jedynie, że jego metody (chwilowo?) nie działają; że solidność defensywy na przykład, tak dająca się we znaki w poniedziałek graczom Liverpoolu, w meczu z Chelsea zdawała się być jedynie odległym wspomnieniem, podobnie jak niezła gra Pogby we czwartek w meczu z Fenerbahce czy świetna forma strzelecka Ibrahimovicia z pierwszych tygodni sezonu. Okazuje się, że problemów Mourinho ma dużo, dużo więcej niż to, co zrobić z Rooneyem, i chyba nie wszystkie da się wytłumaczyć spiętrzeniem meczów w kalendarzu, tym, że misternie utkany plan na ten mecz spruł się doszczętnie już w 29. sekundzie, albo tym, że sędzia nie wyrzucił z boiska Davida Luiza. Czytaj dalej

Czerwony poniedziałek

Najprościej byłoby napisać, że było to okropne, ja jednak oglądałem z wielkim zajęciem – właściwie im dłużej udawało się piłkarzom MU wkładać kij w szprychy liverpoolskiego roweru, z tym większym. Mecz reklamowano wszak jako starcie, tak tak, przedstawiciela odchodzącego pokolenia trenerskiego (że niby mówimy o Mourinho) z młodszym zdolniejszym, co to nie tylko teraz w Liverpoolu, ale i wcześniej w Dortmundzie wyznaczał nowe taktyczne trendy. Wydawało mi się to bałamutne nie tylko dlatego, że różnica wieku między Mourinho a Kloppem wynosi zaledwie cztery lata – przede wszystkim nadal niewiele wskazuje na to, by menedżer MU zaczął odstawać o trenerskiej czołówki.

Dzisiejszy mecz był tego kolejnym dowodem. Tak, wiem, nie podobało Wam się, jak grał Manchester United, a i sir Alex Ferguson otrząsał się pewnie ze wstrętem na trybunach, ale czy znowu aż tak bardzo różniło się to od historycznego już pojedynku Liverpoolu z Chelsea, tym, co to potknął się Steven Gerrard i mistrzostwo kraju odjechało z Anfield? Właściwie podstawowa różnica polegała na tym, że podopieczni Mourinho tym razem nie grali aż tak ostentacyjnie na czas. Poza tym był to reaktywny futbol przeciwstawiony proaktywnemu; czyhanie na błąd, wybijanie z uderzenia, ograniczanie wolnej przestrzeni, itp., itd. Momentami, w pierwszej połowie zwłaszcza, goście wyglądali na ustawionych w 6-3-1, z bocznymi pomocnikami – Ashleyem Youngiem zwłaszcza – dodatkowo pozbawiającymi atakujących ze skrzydeł rywali miejsca na rozegranie akcji, a także z Herrerą i Fellainim zgarniającymi właściwie wszystkie drugie piłki. Czytaj dalej

Siedem punktów na zamknięcie okienka

1. Tego, że padnie kolejny rekord i że w Anglii na piłkarzy znów wyda się ponad miliard funtów, można się było spodziewać nie tylko w związku z nieopuszczającą kluby radością z nowego kontraktu telewizyjnego. Do Manchesteru przeprowadzili się – i rozpoczęli przebudowę drużyn pod swoje potrzeby – Jose Mourinho i Pep Guardiola, podobnie było z Antonio Conte w Chelsea. Zatrudnienie trenerskich gwiazd tej rangi musiało się wiązać z przyznaniem im stosownego budżetu, imponujących inwestycji można było się spodziewać również po Jurgenie Kloppie, dla którego kończy się właśnie pierwsze pełne lato w klubie, i Arsenie Wengerze, znajdującym się pod presją na starcie ostatniego roku dotychczasowej umowy z Arsenalem. Leicester z kolei i Tottenham, pracujące z nieporównanie skromniejszymi budżetami, grają w Lidze Mistrzów – pewność zysków związanych z rozegraniem co najmniej sześciu meczów w tych elitarnych rozgrywkach pozwoliła klubowym księgowym na powiększenie budżetu transferowego o kilka milionów i sprowadzenie np. Slimianiego czy Sissoko. W kilku klubach pojawili się nowi inwestorzy/udziałowcy, West Ham zaś gra od tego roku na większym stadionie – zyski z kilkunastu tysięcy biletów ekstra również piechotą nie chodzą. 

Siłę ekonomiczną Premier League najlepiej pokazują jednak wzmocnienia Crystal Palace. Klub ze środka tabeli, o maleńkim stadionie, rekompensuje sobie odejście Bolasiego zakupem Benteke i Townsenda, a wysokością kontraktu kusi także, było nie było, reprezentanta Francji Mandandę. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Yohan Cabaye nie gra np. dla Milanu? Ja przestałem. Aż trzynaście klubów angielskiej ekstraklasy kupiło piłkarzy za największe sumy w dziejach. Ciąg dalszy nastąpi. Czytaj dalej

Mourinho ma przerwę

Jose Mourinho jest wciąż młodym trenerem. W wieku 52 lat może mieć przed sobą nawet dwie dekady sukcesów. Z drugiej strony miejsce na trenerskim topie zaczęli zajmować już ludzie dużo młodsi od niego: Pep Guardiola, Jürgen Klopp, Luis Enrique, Diego Simeone, Unai Emery czy Massimo Allegri. Młodsi, ale też – co może być jednym z kluczy do rozważań o przyczynach obecnej klęski Wyjątkowego – pracujący na piłkarskich szczytach o wiele krócej od niego. Dwaj pierwsi zresztą, jak pamiętacie, musieli już pomyśleć o przerwie w karierze – Guardiola po czterech latach pracy z Barceloną i, jak się dziś okazało, po trzech w Bayernie, Klopp po siedmiu latach pracy z Borussią (i dziesięciu latach w Bundeslidze).

Mourinho swój pierwszy duży europejski sukces – Puchar UEFA z FC Porto – odniósł dwanaście lat temu. Od tamtej pory pracował pod niewiarygodną, zwiększającą się z roku na rok presją. Presją rywali, mediów i właścicieli klubów, w których pracował, ale przede wszystkim presją, którą nakładał sam na siebie. Jak się w to wszystko wmyśleć, jak prześledzić jeszcze raz intensywność peregrynacji z Porto do Londynu, z Londynu do Mediolanu, z Mediolanu do Madrytu, a stamtąd znów do Londynu – można się tylko dziwić, że wytrzymał tak długo. Że pierwszy naprawdę poważny kryzys (z Madrytu odchodził wszak jako wicemistrz kraju, półfinalista Ligi Mistrzów i finalista Pucharu Króla, gdzie przegrał z Atletico dopiero po dogrywce, za to w półfinale wyeliminował Barcelonę – mimo wszystko trudno uznać to za katastrofę) przydarzył mu się aż tak późno. Oto, dlaczego najlepsze, co mogłoby mu się teraz zdarzyć, to dłuższa przerwa na podładowanie akumulatorów i refleksję nad tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, może także – nad zmianą podejścia do zawodu. Tak, wiem, że to skrajnie mało prawdopodobne: że duma Mourinho nakazuje mu natychmiast szukać nowego wyzwania i że jest wysoce prawdopodobne, iż znajdzie je w Manchesterze United. Czytaj dalej