Archiwa tagu: MU

Guardiola zdobywa Old Trafford

Nie jestem obiektywny. W sporze między futbolem proaktywnym i reaktywnym zawsze będę po stronie tego pierwszego, a w myśleniu o sposobach osiągania sukcesu nie będę nigdy abstrahował od wrażeń estetycznych. Oczywiście jestem świadom względności tych ostatnich; wiem, że są ludzie, dla których błyskawiczna kontra zawsze będzie piękniejsza od żeby nie wiem jak misternie konstruowanej akcji w ataku pozycyjnym, że żelazna dyscyplina w defensywie imponuje im bardziej niż pięć podań z pierwszej piłki w ofensywie, i że dewiza plus ratio quam vis nie będzie ich przekonywać tak długo, jak vis zapewniać będzie wyniki. Pisząc o derbach Manchesteru chcę więc po raz kolejny podkreślić coś, co dla stałych czytelników bloga jest pewnie jasne: mając do wyboru Guardiolę i Mourinho, wybieram Guardiolę. Czytaj dalej

Z kim przegrał Arsenal

Właściwie ten wpis powinien być jedną wielką tyradą przeciwko kulturze przesady, wszechobecnej w naszym życiu publicznym, w parlamencie, na portalach, w telewizji czy w mediach społecznościowych. Powinienem ją oskarżyć o odebranie nam języka, którym zwykliśmy opisywać rzeczywistość. Jeżeli bowiem absolutnie wszystko, o czym codziennie czytamy bądź słyszymy, jest albo szczytem żenady, albo historycznym wyczynem, jeżeli wszystko wymaga użycia wielkich liter albo wykrzykników, to jakie środki stylistyczne pozostają nam jeszcze do opowiedzenia o meczu takim jak wczorajszy pojedynek Arsenalu z Manchesterem United? Czy są w ogóle jeszcze dostępne nam przymiotniki do opisania postawy obrońców gospodarzy przy pierwszych dwóch golach dla gości? A zrywu dążących do odrobienia strat Kanonierów? Wyczynów Davida de Gei, o którym wypadałoby powiedzieć, że widziało się taki bramkarski trans zaledwie kilka razy w życiu, gdyby nie odzywający się natychmiast głos wewnętrznego cenzora, który na podobne zdania natrafia co weekend?

Koncertu de Gei szkoda szczególnie. Policzył ktoś, że w trakcie całego meczu Arsenal oddał 33 strzały, co w starciu z drużyną z czołówki jest statystyką (hmmm, jakiego by tu przymiotnika użyć…) niecodzienną, zwłaszcza że rywal w tym czasie strzelał zaledwie cztery razy. Policzył ktoś, że hiszpański bramkarz zatrzymał podopiecznych Arsene’a Wengera aż czternastokrotnie, wyrównując w ten sposób ligowy rekord. Jeszcze jeden paradoks autsajderskiego fachu, o którym pisałem paręnaście dni temu na łamach „Tygodnika Powszechnego” przy okazji łez Gianluigiego Buffona: popis bramkarza Manchesteru United nie zdarzył się w finale mistrzostw świata czy w finale Ligi Mistrzów, nie zdarzył się nawet w meczu rozstrzygającym o mistrzostwie kraju. De Gea nie obronił karnego, nie tańczył na linii, jak – powiedzmy – Jerzy Dudek, który w Stambule przed dogrywką nie zachowywał się bynajmniej fantastycznie (pamiętacie, jak po jednej z akcji wrzeszczał na niego Jamie Carragher?), ot, była to zwyczajna kolejka ligowa w sobotni wieczór, spotkanie wicelidera tabeli z zespołem zajmującym w niej do wczoraj miejsce czwarte. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niedługo zostanie zapomniany.

A przecież to prawda: na opisywanie wczorajszych wyczynów hiszpańskiego bramkarza brakuje przymiotników. Jak, do cholery, zdążył opaść na ziemię, by prawą ręką zatrzymać uderzenie Lacazette’a z pięćdziesiątej szóstej minuty, kiedy nawet ruch nogą w kierunku piłki – choć noga była bliżej – wydawał się niemożliwy do zrobienia? Jak zdążył się z niej poderwać, by zatrzymać jeszcze dobitkę Sancheza? Obrony strzałów z dystansu z pierwszej połowy możemy pominąć milczeniem, choć do tej pory mam w uszach głuche uderzenie piłki, odbijającej się od jego rękawicy, jakby to była cegła, a nie ludzka dłoń w jakiejś osłonie z tworzywa sztucznego, ale jak skomentować refleks, z jakim wypychał niemal zza linii piłkę przypadkowo odbitą od Lukaku? Jak oddać chwilę, w której zasłaniał sobą bramkę przed znajdującym się o metr od niej Lacazettem, jak zbijał piłkę na poprzeczkę, a potem jak podnosił się i upadał na zmianę w następnych sekundach, bo Arsenal ani myślał przerwać swojego szturmu? Jak wyciągał nogę naprzeciwko piłki kopniętej przez Sancheza, jak zatrzymywał strzał Iwobiego? Czytaj dalej

Jose Mourinho mówi „sza”

To oczywiście nie jest zespół Harry’ego Kane’a, a w każdym razie zespół ten nie przegrał dlatego, że w sobotnie południe na Old Trafford Harry’ego Kane’a nie było na boisku. Czy gdyby najlepszy napastnik Totttenhamu mógł zagrać, w osiemdziesiątej pierwszej minucie meczu utrzymywałby się bezbramkowy remis, to oczywiście inna kwestia, ale umówmy się: przy golu Martiala najlepszy napastnik Tottenhamu poradziłby niewiele. To również nie Kane, tylko wciąż Dele Alli, startowałby do świetnego podania Eriksena parę minut wcześniej, i zapewne nadal Sissoko, nie Kane, próbowałby wykorzystać gapiostwo de Gei w pierwszej połowie. Oczywiście: gdyby Kane grał, możliwości ofensywnych manewrów byłyby większe niż z Sonem: w przypadku Koreańczyka dośrodkowania na głowę nie wchodziły raczej w grę i w ogóle często było tak, że kiedy Tottenham był przy piłce, w polu karnym gospodarzy nie miał ani jednego piłkarza. Wejście Llorente, choć wciąż niezgranego z kolegami (czasem pozbywał się piłki zbyt szybko, zgrywając ją tam, gdzie nie było jeszcze partnera, czasem znowuż utrzymywał ją na tyle długo, że ruch partnera został już zauważony i zneutralizowany przez rywala), możliwości te zwiększyło – w tej fazie meczu można było odnieść wrażenie, że Tottenham gra o zwycięstwo.

Ale to nie przez brak Kane’a Tottenham przegrał, tylko przez (chwilowy, miejmy nadzieję, choć kilka dni wcześniej w pucharowym meczu z WHU było tego więcej) brak koncentracji. Taktyka Manchesteru United, w dużej mierze wymuszona kontuzjami, których w drużynie Jose Mourinho faktycznie jest sporo, była pragmatyczna i prosta, jak sposób widzenia świata portugalskiego trenera. Długa piłka na głowę Lukaku, zgranie Belga do któregoś z kolegów, wychodzącego za plecy obrońców – strzał, ewentualnie równie długa piłka wzdłuż linii bocznej, gdzie pojawiał się Rashford, wsparty błyskawicznie przez cofniętego skrzydłowego, Valencię na przykład. W obu przypadkach Tottenham radził sobie nieźle z zagrożeniem, podobnie zresztą, jak nieźle z zagrożeniem gości radził sobie Manchester United: i jedni, i drudzy, z powodzeniem grali pressingiem i kontrpressingiem, akcje były częściej przerywane niż rozgrywane, piłka latała na wszystkie strony, jak deszcz padający nad Old Trafford, a szans na strzelenie bramki było jak na lekarstwo. Czytaj dalej

Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa. Czytaj dalej

Rooney, czyli mężczyzna po przejściach

Jako człowiek z gruntu sentymentalny i pełen naiwnej wiary w świat oraz ludzi nie mam najmniejszej ochoty formułować pryncypialnych potępień Kyliana Mbappe, Ousmane’a Dembele, Philippe’a Coutinho i tylu innych młodych piłkarzy, którzy uwierzyli nagle, że na innych boiskach trawa jest bardziej zielona, a jeśli nie bardziej zielona, to bardziej soczysta i niewątpliwie pożywniejsza. Nie myślę ani przez chwilę pisać o pazerności czy nielojalności, nie myślę szukać winnych w chciwych agentach albo szukających sensacji mediach. Kiedy tylko wzmaga się we mnie fala wzburzenia na to najbardziej nieprzyjemne oblicze współczesnego futbolu, myślę o Rooneyu. Czytaj dalej

Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Czytaj dalej

Mourinho na tarczy

W mającej się za chwilę ukazać po polsku biografii Cristiano Ronaldo pióra Guillema Balague’a (wpadam tu tylko na chwilę, robiąc sobie przerwę w pisaniu tekstu o Portugalczyku, którego za paręnaście dni nie obejrzymy z trybun przy Łazienkowskiej) natrafiłem na zdanie, że nie ma złych piłkarzy, lecz jedynie tacy, którzy nie pasują do zespołu, co zresztą jak nikt inny potrafił rozpoznawać Alex Ferguson. Zastanawiam się, czy zdanie to daje się zastosować także do trenerów – nie ma złych, są jedynie tacy, którzy nie pasują do pewnych klubów, i czy będzie się ono stosowało do Jose Mourinho i Manchesteru United. Jesteśmy bowiem w momencie zaiste fascynującym: wszystkie narracje na temat Portugalczyka, napisane przed i w pierwszych tygodniach sezonu (czy nie miał to aby być sezon bitwy o Anglię, której najważniejsze epizody rozegrają się w Manchesterze?), rozsypują się na naszych oczach, a co będzie dalej, nie wiemy. Wiemy jedynie, że jego metody (chwilowo?) nie działają; że solidność defensywy na przykład, tak dająca się we znaki w poniedziałek graczom Liverpoolu, w meczu z Chelsea zdawała się być jedynie odległym wspomnieniem, podobnie jak niezła gra Pogby we czwartek w meczu z Fenerbahce czy świetna forma strzelecka Ibrahimovicia z pierwszych tygodni sezonu. Okazuje się, że problemów Mourinho ma dużo, dużo więcej niż to, co zrobić z Rooneyem, i chyba nie wszystkie da się wytłumaczyć spiętrzeniem meczów w kalendarzu, tym, że misternie utkany plan na ten mecz spruł się doszczętnie już w 29. sekundzie, albo tym, że sędzia nie wyrzucił z boiska Davida Luiza. Czytaj dalej

Czerwony poniedziałek

Najprościej byłoby napisać, że było to okropne, ja jednak oglądałem z wielkim zajęciem – właściwie im dłużej udawało się piłkarzom MU wkładać kij w szprychy liverpoolskiego roweru, z tym większym. Mecz reklamowano wszak jako starcie, tak tak, przedstawiciela odchodzącego pokolenia trenerskiego (że niby mówimy o Mourinho) z młodszym zdolniejszym, co to nie tylko teraz w Liverpoolu, ale i wcześniej w Dortmundzie wyznaczał nowe taktyczne trendy. Wydawało mi się to bałamutne nie tylko dlatego, że różnica wieku między Mourinho a Kloppem wynosi zaledwie cztery lata – przede wszystkim nadal niewiele wskazuje na to, by menedżer MU zaczął odstawać o trenerskiej czołówki.

Dzisiejszy mecz był tego kolejnym dowodem. Tak, wiem, nie podobało Wam się, jak grał Manchester United, a i sir Alex Ferguson otrząsał się pewnie ze wstrętem na trybunach, ale czy znowu aż tak bardzo różniło się to od historycznego już pojedynku Liverpoolu z Chelsea, tym, co to potknął się Steven Gerrard i mistrzostwo kraju odjechało z Anfield? Właściwie podstawowa różnica polegała na tym, że podopieczni Mourinho tym razem nie grali aż tak ostentacyjnie na czas. Poza tym był to reaktywny futbol przeciwstawiony proaktywnemu; czyhanie na błąd, wybijanie z uderzenia, ograniczanie wolnej przestrzeni, itp., itd. Momentami, w pierwszej połowie zwłaszcza, goście wyglądali na ustawionych w 6-3-1, z bocznymi pomocnikami – Ashleyem Youngiem zwłaszcza – dodatkowo pozbawiającymi atakujących ze skrzydeł rywali miejsca na rozegranie akcji, a także z Herrerą i Fellainim zgarniającymi właściwie wszystkie drugie piłki. Czytaj dalej

Derby z dystansu

W pierwszych słowach mego wpisu chciałbym serdecznie przeprosić panią sprzedawczynię jednej ze stacji benzynowej w Kotlinie Kłodzkiej (nazwy reprezentowanej przez nią sieci nie podam, nie chcąc narazić się na zarzut kryptoreklamy; parówki w hot dogach mają wszak nienajgorsze) za to, że płacąc przedwczorajszego popołudnia za kawę, wodę mineralną i kilka innych drobiazgów wpatrywałem się równocześnie w ekran telefonu, a jakby tego mało – przekazywałem natychmiast wyczytane tam informacje synowi. W słowach kolejnych chciałbym przeprosić ją za gapiostwo: będąc pod wrażeniem wieści z Old Trafford i Britannia Stadium, zostawiłem przy ladzie butelkę wody i musiała za mną wołać; właściwie to cud, że przy ekspresie do kawy nie zapomniałem portfela albo kluczyków do samochodu. Czytaj dalej

Siedem punktów na zamknięcie okienka

1. Tego, że padnie kolejny rekord i że w Anglii na piłkarzy znów wyda się ponad miliard funtów, można się było spodziewać nie tylko w związku z nieopuszczającą kluby radością z nowego kontraktu telewizyjnego. Do Manchesteru przeprowadzili się – i rozpoczęli przebudowę drużyn pod swoje potrzeby – Jose Mourinho i Pep Guardiola, podobnie było z Antonio Conte w Chelsea. Zatrudnienie trenerskich gwiazd tej rangi musiało się wiązać z przyznaniem im stosownego budżetu, imponujących inwestycji można było się spodziewać również po Jurgenie Kloppie, dla którego kończy się właśnie pierwsze pełne lato w klubie, i Arsenie Wengerze, znajdującym się pod presją na starcie ostatniego roku dotychczasowej umowy z Arsenalem. Leicester z kolei i Tottenham, pracujące z nieporównanie skromniejszymi budżetami, grają w Lidze Mistrzów – pewność zysków związanych z rozegraniem co najmniej sześciu meczów w tych elitarnych rozgrywkach pozwoliła klubowym księgowym na powiększenie budżetu transferowego o kilka milionów i sprowadzenie np. Slimianiego czy Sissoko. W kilku klubach pojawili się nowi inwestorzy/udziałowcy, West Ham zaś gra od tego roku na większym stadionie – zyski z kilkunastu tysięcy biletów ekstra również piechotą nie chodzą. 

Siłę ekonomiczną Premier League najlepiej pokazują jednak wzmocnienia Crystal Palace. Klub ze środka tabeli, o maleńkim stadionie, rekompensuje sobie odejście Bolasiego zakupem Benteke i Townsenda, a wysokością kontraktu kusi także, było nie było, reprezentanta Francji Mandandę. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego Yohan Cabaye nie gra np. dla Milanu? Ja przestałem. Aż trzynaście klubów angielskiej ekstraklasy kupiło piłkarzy za największe sumy w dziejach. Ciąg dalszy nastąpi. Czytaj dalej