Archiwa kategorii: Bundesliga

Zwycięstwo w Dortmundzie

Jeśli to był atak terrorystyczny, to się nie udał. I nie, nie chodzi mi tylko o to, że piłkarzom Borussii, jadącym na Signal Iduna Park rozegrać ćwierćfinałowe spotkanie Ligi Mistrzów z Monaco, nic poważnego się nie stało, choć w pobliżu ich autokaru eksplodowały trzy ładunki wybuchowe. Chodzi mi o to, że tym, którzy chcieli dokonać zamachu, nie udało się osiągnąć innego, ważniejszego zapewne celu. Kiedy na stadionie Borussii ogłoszono, że mecz zostaje przełożony na następny dzień, kibice Monaco bili brawo i skandowali „Dortmund, Dortmund”, a niejako w odpowiedzi na portalach społecznościowych fanów gospodarzy zaczęto błyskawicznie organizować noclegi dla przyjezdnych. Zamiast eskalacji strachu, podziałów i plemiennej nienawiści, zobaczyliśmy solidarność, empatię i przyjaźń.

Czytaj dalej

Arcyfinał

To teraz pomyślcie sobie, że przed wami jakieś dwa i pół miesiąca bez poważnej piłki. Owszem, jutro obejrzycie może powtórkę dzisiejszego spotkania (ja obejrzę na pewno), pojutrze włączycie może dla równowagi finał Pucharu Niemiec sprzed roku, wygrany przez Borussię 5:2 (po raz pierwszy zobaczyłem go dopiero dziś rano i mam wielką pokusę, żeby sobie utrwalić), za tydzień będziecie jeszcze patrzeć na finał Pucharu Niemiec między Bayernem a Stuttgartem, ale potem? Czym wypełnić pustkę następnych dni i tygodni? Może, ekhm, czas na przeczytanie jakiejś dobrej książki?

W zasadzie ktoś mógłby napisać dobrą książkę o dzisiejszym meczu. Najpierw na poziomie najprostszym, trywialnego opisu wydarzeń, z pierwszym rozdziałem o sztuce pressingu w wydaniu Borussii, realizowanej wysoko i znakomitej zwłaszcza w ciągu pierwszych dwudziestu minut (jedyne, co byli w stanie zrobić w tym czasie środkowi obrońcy Bayernu, to wykopywać piłki daleko przed siebie). Z rozdziałem drugim o bramkarzach – zwłaszcza o kapitalnym Weidenfellerze, broniącym kolejne strzały Bayernu końcami palców, pięściami, czubkiem buta, a nawet twarzą. Z rozdziałem trzecim o „sektorze Piszczka”, gdzie Bayern nader chętnie przenosił swoje akcje – gdzie ściągali nie tylko Ribery, ale także Müller, Mandżukić czy Robben, i gdzie Holender psujący wcześniej niemiłosiernie wypracował w końcu bramkę Mandżukiciowi. Z rozdziałem czwartym o kontrowersjach: o chwili szaleństwa Dantego, która nie tylko dała Borussii wyrównującą bramkę, ale mogła skłonić sędziego do usunięcia go z boiska, zachwycającym uderzeniu Lewandowskiego z powietrza po zagraniu piłki ręką i zawstydzającym nadepnięciu przez Polaka na nogę Boatenga. Z rozdziałem piątym o perełkach, jak akcja Bayernu prawą stroną, zakończona przepuszczeniem piłki przez Müllera i uderzeniu z drugiej linii Schweinsteigera, albo odegranie piętą Ribery’ego do Robbena czy desperacka interwencja Suboticia na linii bramkowej. Z rozdziałem szóstym o nieoczywistych bohaterach, jak Gundogan w Borussii i lepszy od niego jednak Martinez w Bayernie (gdyby jeszcze trafił po rogu w pierwszej połowie…). Z rozdziałem siódmym, o szybkości zawodników grających dobrze ponad pięćdziesiąty mecz w sezonie; szybkości, którą podziwiać musieliśmy od pierwszej do ostatniej minuty, a z której ogarnięciem kłopoty miewał nawet arbiter (gdy raz nie zdążył uchylić się przed piłką, jego niezamierzone przerwanie akcji Borussii zainicjowało groźną kontrę Bayernu).

Zwróćcie uwagę: cały czas jesteśmy na poziomie prostego opisu. Prawdziwa narracja zaczyna się przecież w momencie, gdy jakiś erudyta postanawia ni stąd, ni zowąd ogrywać nazwisko Dante i konstruować swój wywód na cytatach z „Boskiej komedii”. Albo gdy pisarz o temperamencie historyka decyduje się na solidną retrospekcję i rozpoczyna snucie opowieści w momencie, gdy Juup Heynckes dowiaduje się od Beckenbauera, Hoennesa i Sammera, że powinien udać się na emeryturę po sezonie. 68-letni szkoleniowiec, który musiał zrobić miejsce dla Guardioli, od czasu tamtej rozmowy sięgnął w fenomenalnym stylu po mistrzostwo Niemiec (przewaga nad Borussią w Bundeslidze okazała się miażdżąca: 25 punktów; Bawarczycy strzelili 98 bramek tracąc zaledwie 18), zmiótł z powierzchni ziemi dawnych podopiecznych Katalończyka w drodze po triumf w Lidze Mistrzów, a za tydzień może sięgnąć po trzecie trofeum w sezonie: Puchar Niemiec. Doprawdy, Roman Abramowicz powinien ogłaszać decyzje o wyrzucaniu swoich trenerów o pół roku wcześniej, niż zwykł to czynić.

Jest oczywiście do napisania książka o niemieckim sukcesie: o gruntownej reformie tamtejszej piłki, powiązanej z udziałem kibiców we władzy nad klubami, radykalnej poprawie systemu pracy z młodzieżą i efektach, jakie widać w wychowaniu nowego pokolenia piłkarzy. I wreszcie ta najważniejsza opowieść – dla biografa, o Jednonogim Holendrze, który dotąd zwykł przynosić swoim drużynom pecha. Finał Mundialu, dwa finały Ligi Mistrzów, finał Pucharu Niemiec – trochę się tego zebrało. Dodajmy niewykorzystanego karnego w ubiegłorocznym pojedynku z Borussią, przesądzającego w zasadzie, że zwycięscy wówczas piłkarze Kloppa sięgną po mistrzostwo Niemiec (Subotić, który triumfalnie wrzeszczał wówczas w twarz Robbena, oskarżając go o wymuszenie karnego, tym razem padł na kolana, wymijany przez rywala) i tę cholerną samotność, kiedy żaden z kolegów nie ruszył, by go pocieszyć. Dodajmy pudło z jedenastu metrów w dogrywce ubiegłorocznego finału Ligi Mistrzów i buczących na niego kilka dni później kibiców podczas sparingu Bayernu z reprezentacją Holandii, zorganizowanego jako rekompensata za półroczną absencję Robbena po kontuzji na Mundialu w RPA. Dodajmy, że w swoim trzecim finale Ligi Mistrzów trafił do bramki dopiero za dwudziestą piątą próbą, i postawmy kropkę przy pogłoskach, że niekoleżeński rzekomo skrzydłowy wyleci z klubu po przyjściu Guardioli, obsesyjnie pilnującego zasad „team spirit” (o tę niekoleżeńskość można by się zresztą pospierać: Heynckes nauczył go współpracy z Lahmem w grze obronnej, a dziś w końcu prócz gola zanotował również asystę). Niezła historia.

A przecież można jeszcze pobawić się rozważaniami o przyszłości: co w tej doskonałej („Jesteśmy Bayernem, my nie mamy słabych punktów, o słabe punkty pytajcie Borussię” – mówił przed meczem Thomas Müller), zasłużenie zwycięskiej drużynie Bayernu miałby jeszcze poprawić Pep Guardiola (spokojna głowa, znajdzie się, i to nie tylko na poziomie pierwszej drużyny, ale w funkcjonowaniu klubowego zaplecza, drużyn młodzieżowych etc.). Albo raczej, w moim ulubionym elegijnym tonie, pisać o błyskawicznych końcach epok. Zanim się do tej Borussii tak naprawdę przyzwyczailiśmy, musimy się żegnać: z Goetzem już, z Lewandowskim za chwilę, a to pewnie jeszcze nie koniec, bo i Jürgena Kloppa pilnie będą obserwowały kluby z bogatszych (bo nie lepszych przecież), klubów Europy. Doprawdy, żeby nauczyć się cenić ten klub i tego szkoleniowca (nawet o brak drugiej kartki dla Dantego nie zgłaszał po meczu pretensji), nie trzeba było popadać w patriotyczne uniesienia. Ojczyzną moją jest futbol, napiszę więc na koniec, prześpię się parę godzin, a rano obejrzę powtórkę. Cóż to był za mecz, u licha, chyba nigdy jeszcze 93 minuty nie minęły mi w kwadrans.

PS Po lekturze pierwszego akapitu nieoceniony Marcin Napiórkowski zwraca mi uwagę, że do obejrzenia jest jeszcze finał play off o awans do Premier League. No rzeczywiście, na blogu poświęconym głównie angielskiej piłce wstyd takie rzeczy pomijać.

PS 2. Konkurs „dortmundzki” rozwiązany! Prawidłowa odpowiedź na pytanie zadane na blogu (zatrudnienie w jakim klubie uniemożliwił Jürgenowi Kloppowi t-shirt) brzmi: HSV. Trener Borussii opowiada w licznych wywiadach, że prezesi klubu z Hamburga wybrali Martina Jola, który przyszedł na rozmowę w garniturze. Książki wydawnictwa Vesper otrzymują Magdalena Król z Bełchatowa, Tomasz Lojtek z Częstochowy i Marek Mizgała z Myszkowa. Gratulacje dla zwycięzców; pozostałych wypada zaprosić do lektury nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”, gdzie pytanie konkursowe związane jest z książką „Futbol jest okrutny”.

Trener przyszłości

Wszyscy dookoła piszą o Jürgenie Kloppie i jego „najbardziej intrygującym projekcie we współczesnym futbolu”. Finał Ligi Mistrzów, wiadomo. Trzech Polaków, no jasne. Fantastyczny, oparty na szybkości, płynności i pressingu futbol, owszem. Pokonany Mourinho, phi. Ale jest jeszcze coś, co odsłania się podczas lektury arcywywiadu z trenerem, który na naszych oczach wyrasta, zapewne obok Pepa Guardioli, na wzór trenera przyszłości.

Najpierw miejsce, które współtworzy. „U nas się mawia, że nie potrzeba piłkarzy, można nawet zgasić na stadionie światło, a i tak przyjdzie 30 tys. ludzi” – opowiadał Rafałowi Stecowi Ulrich Köpitz, 65-letni emerytowany szkoleniowiec, związany ze sportem w regionie od dziesięcioleci. W opublikowanym nieco ponad miesiąc temu na łamach „Gazety Wyborczej” tekście Rafała najważniejsze było nie to, czy w Dortmundzie szaleją za Polakami, ale obraz klubu promującego wychowanków i dbającego o lokalną tożsamość. „Każdy, kto pracuje dla Borussii, jest kibicem klubu” – tłumaczy to „Guardianowi” trener Piszczka, Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, wzbogacając opis własnymi wspomnieniami z Moguncji. „Kiedy tam grałem, w deszczowe sobotnie popołudnia przychodziło ośmiuset kibiców – mówi. – Gdybyśmy umarli, nikt by się nie zorientował, nikt by nie przyszedł na pogrzeb. Ale kochaliśmy ten klub i w Dortmundzie czuję tego samego ducha. To nadzwyczajny klub, klub robotniczy, klub zwykłych ludzi”; w innym miejscu dodaje: klub, nie przedsiębiorstwo. Zabawne, bo kiedy opuszczał Moguncję, obiecywał sobie, że następna praca nie będzie się wiązała z aż tak wielkim nakładem uczuć. Za dużo emocji, łzy i impreza pożegnalna, która trwa tydzień – ale po tygodniu w Dortmundzie okazało się, że wpadł z deszczu pod rynnę, tylko kibiców na stadionie nie jest 800, ale 80 tysięcy.

Oczywiście nie ma co przesadzać: „robotniczy klub” jest tuż za pierwszą dziesiątką najpotężniejszych klubów świata, w ubiegłym roku zarobił blisko 190 mln euro. Przed ośmioma laty na skraju bankructwa i nadal spłacający stare zobowiązania, po pięciu sezonach pracy Kloppa ma jednak na koncie dwa mistrzostwa i Puchar Niemiec, a teraz wicemistrzostwo kraju i finał Ligi Mistrzów. Tym razem nie traci kontaktu z rzeczywistością: jego budżet płacowy wciąż lokuje się gdzieś między Tottenhamem i Aston Villą, więc nic dziwnego, że nie jest w stanie finansowo rywalizować z największymi, także z Bayernem, który już podkupił im Goetzego, a za chwilę sięgnie pewnie po Lewandowskiego (albo z MU, który rok wcześniej zabrał im Kagawę, Realem, który sięgnął po Sahina itd.). „Nie będziemy działać tak jak Real czy Bayern, nie myśleć o podatkach i zostawiać problemy następnym pokoleniom – mówi Klopp. – Musimy działać poważnie i odpowiedzialnie”. Kibice, także dzięki tanim biletom, odpowiedzialność tę mogą jedynie chwalić.

Historia transferu Kagawy jest zresztą niezła, a obrazek jego dawnego szkoleniowca łkającego na widok genialnego rozgrywającego wchodzącego z ławki, by tułać się gdzieś po lewym skrzydle MU, zostaje w pamięci. Podobnie jak jego samotnie odprawiona żałoba na wieść o tym, że Goetze odchodzi do Bayernu. Cóż zrobić, braliśmy to wiele razy, skądinąd nie tylko w świecie piłki: „Spójrz, pracujesz dla »Guardiana«, przychodzisz do redakcji, gdzie patrzysz w kółko na tych samych kolegów i myślisz »O nie, wciąż to samo«… Może chciałbyś się przenieść do »The Sun«? Więcej pieniędzy, mniej pracy, więcej zdjęć, mniej słów” – opowiada trener Borussii Donaldowi McRae, a niejeden z nas cholernie dobrze wie, o czym mowa. Okazuje się, że można myśleć o kibicowaniu Borussii jak o kibicowaniu inteligenckiej gazecie w starciu z tabloidem, albo w ogóle przyjąć założenie, że trawa na innych pastwiskach nie jest bardziej zielona niż na naszym.

Można też zrozumieć, w jaki sposób Klopp ogrywał Mourinho – kiedy trenował jeszcze w Moguncji, jego ówczesny szkoleniowiec, Wolfgang Frank, zmuszał drużynę do oglądania setek „cholernie nudnych wideo” z meczami i treningami Milanu Arrigo Sacchiego, bo chciał wdrożyć (na poziomie drugiej ligi niemieckiej, trenerze Smuda!) podobny system gry. „Wcześniej myśleliśmy, że jeśli tamci mają lepszych piłkarzy, musimy przegrać – opowiada dzisiejszy „czarodziej z Dortmundu”. – Teraz zrozumieliśmy, że wszystko jest możliwe: można wygrywać z silniejszymi za pomocą taktyki”. To, jak Borussia radziła sobie z Realem jeszcze na etapie fazy grupowej Ligi Mistrzów, koncentrując swoją uwagę nie tyle na Ronaldo, co na podającym mu piłki Xabim Alonso, stało się już jednym z gorętszych tematów debat trenerskich w całej Europie.

I można zrozumieć, jak tworzył atmosferę w drużynie, zabierając ją na surwiwalową wyprawę do Szwecji, z dala od cywilizacji, gdzie zamiast trenować czy choćby biegać po lesie, piłkarze przez pięć dni mieszkali w namiotach, jedli to, co uda się im złowić lub upolować, rozpalali ognisko w deszczu, zmagali się z plagą komarów… Albo pokazując jej zdjęcia kolejnych „cieszynek” po golach strzelanych przez Barcelonę (nie chodzi o to, by kopiować kataloński styl, chodzi o to, by umieć się wspólnie radować nawet po bramce numer 5868, tak jakby była bramką numer 1 – wyjaśnia; skądinąd sir Alex Ferguson, pytany, do czego trudno mu było przywyknąć wraz z nadchodzeniem nowych czasów, mówił, że właśnie do tych wszystkich indywidualnych choreografii po strzeleniu gola, które zastąpiły wspólną frajdę całej ekipy). Budując bliską relację z zawodnikami (tu, jak słusznie podkreśla Rafał Stec, zestawiać go można raczej z Mourinho, niż z sir Aleksem; odejście Kagawy opłakiwali ponoć wspólnie z Japończykiem dobrych kilkanaście minut). Umiejętnie wymieniając jej ogniwa lub budując od nowa na odejściach, których wolałby uniknąć – to też fragment warsztatu przynależnego wielkim trenerom, jak wspomniany Ferguson, nawet ze zwycięskiej ekipy potrafiący usunąć jednego czy dwóch zawodników, żeby w pozostałych utrzymać głód zwyciężania.

Można też zrozumieć, dlaczego uwielbiają go media. Nie tylko podczas rozmowy z „Guardianem” prezentuje się znakomicie, otwarty, swobodny i, co tu kryć, cholernie fotogeniczny. Podczas meczów kamera po prostu go kocha: tańczącego przy linii bocznej, karanego finansowo za awantury z sędziami czy wręcz… skakanie po krzesełkach. Na konferencjach prasowych, znów jak Mourinho, odwraca uwagę od swoich piłkarzy, zdejmuje z nich presję, dyskretnie albo i niedyskretnie wbija szpile rywalom albo to na nich składa obowiązek wygranej („Jeśli wygramy na Wembley, nie będziemy najlepszą drużyną świata, ale najlepszą drużynę świata pokonamy…”). Dodając do siebie ten świat poukładanego klubu, zżytej drużyny, szkoleniowca będącego za pan brat i z kibicami, i z piłkarzami, i z taktyką, i z mediami, otrzymujemy mieszankę rzeczywiście czarodziejską.

Wiem, że z polskiej perspektywy wybór Borussii jako drużyny do kibicowania w finale Ligi Mistrzów urasta do rangi niemalże obowiązku patriotycznego. Problem w tym, że w kwestii obowiązków patriotycznych pozostaję nieufny, a nawet rodzi się we mnie pokusa pójścia pod prąd. Wyobrażam sobie jednak tę drużynę bez Lewandowskiego, Piszczka i Błaszczykowskiego, za to z moim ulubionym ostatnio Gundoganem i z Jürgenem Kloppem, przynajmniej na razie odrzucającym oferty najsłynniejszych klubów świata. Nawet jeśli nie wygra w sobotę, już jest wielki.

PS O „Czarodzieju z Dortmundu” ukazała się niedawno książka Elmara Nevelinga, dostępna także po polsku. Dla tych, którzy odpowiedzą poprawnie na pytanie, zatrudnienie w jakim klubie uniemożliwił Jürgenowi Kloppowi t-shirt, mam kilka jej egzemplarzy, ufundowanych przez wydawcę. Na prawidłowe odpowiedzi czekam do soboty, do momentu ogłoszenia składów na finał Ligi Mistrzów pod mailem futboljestokrutny@gmail.com. Dla tych, którym się nie powiedzie, pozostaje możliwość kupienia książki taniej bezpośrednio u wydawcy pod numerem telefonu 61 867 46 00 oraz na allegro u użytkownika vesper_pl.

Niemcy ponad wszystko

Czy wiecie, że w Pucharze Europy i Lidze Mistrzów poza Robertem Lewandowskim tylko Alfredo di Stefano, Sandor Koscis, Ferenc Puskas i Lionel Messi strzelali po cztery bramki na poziomie od ćwierćfinału w górę? Czy wiecie, że napisałem właśnie pierwsze i ostatnie zdanie na ten temat? Rzecz w tym, że patriotyczne wzmożenia zwykle zostawiają mnie obojętnym albo wręcz usposabiają podejrzliwie, a od geniuszu jednostek wyżej cenię zbiorową mądrość lub (bardziej jeszcze) zbiorowy wysiłek, w końcu zaś: zgodnie z Loachowskim duchem, od bramek wolę podania. Na jakimś poziomie cieszy mnie, owszem, ogólnoeuropejskie szaleństwo na temat Napastnika z Dalekiego Kraju, sam ćwierkałem wczoraj coś o „Historii przez dużej L”, ale po porannej prasówce nie mam też złudzeń: rywalizacji na arcypolskie przymiotniki nie wygram. Zwłaszcza, że interesuje mnie raczej to, że Robert Lewandowski jest częścią drużyny (grającej w określonym systemie), a drużyna – częścią ligi. Oto, co myślę po wczorajszym szalonym wieczorze w Dortmundzie i przedwczorajszej, równie szalonej, nocy w Monachium – i co zwłaszcza na blogu poświęconym głównie piłce angielskiej ma swój dodatkowy kontekst.

Bo przecież opisując te dwa niemieckie zwycięstwa wypada przywołać pojęcia, których używaliśmy często, rozmawiając o Premier League. Oszałamiające tempo, jakie narzucili hiszpańskim rywalom piłkarze Borussi i Bayernu. Dzika energia pressingu (w Monachium zaczynał się już na poziomie wyprowadzania piłki przez bramkarza, Mario Gomez czuwał przy Busqeutsie, a Ribery i Robben przy ofensywnie zwykle usposobionych bocznych obrońcach Barcelony; oglądając powtórkę meczu odnosiłem wrażenie, że Schweinsteiger i Martinez stanowili nie tę najważniejszą, a uzupełniającą zaporę, bo wiele akcji gości była rozbijana jeszcze zanim dotarła do ich strefy). Wybieganie i siła poszczególnych zawodników (katalońskie konusy odbijały się od bawarskich buldożerów podczas walki o piłkę i w trakcie stałych fragmentów, ale i w drugim meczu fizyczna przewaga Borussii nie ulegała wątpliwości). Organizacja systemu, w jakim się poruszają, w którym czarują nie tylko napastnicy albo ofensywni pomocnicy (Goetze, zejściami do boków gubiący Xabiego Alonso, rozpędzający się i dryblujący po lewej Reus, także Muller w Bayernie), ale zawodnicy obdarzeni teoretycznie zadaniami defensywnymi, jak Javi Martinez w Monachium i Ilkay „lepszy Schweinsteiger” Gundogan w Dortmundzie. Świeżość koncepcji taktycznych szkoleniowców (wszyscy pytają, gdzie zagra w przyszłym sezonie Lewandowski – a kto zatrudni Jürgena Kloppa?). W sumie: szybsi, silniejsi, więksi, lepiej zorganizowani, a równie dobrze jak rywale panujący nad techniką… Jak tu, mówiąc o niemieckiej hegemonii, nie nadużywać skojarzeń ze współczesną ekonomią albo całkiem niedawną historią polityczną i militarną?

Wspominałem już na Facebooku, a więcej piszę o tym w książce: jedną z twarzy okrucieństwa futbolu jest jego przemijalność. Nie ma czegoś takiego, jak skompletowana drużyna, a nawet jeśli jest, to żyje nie dłużej niż motyl. Że zacytuję fragmencik: „Jest, dajmy na to, późne lato 2012, sięgacie po jeden z pojedynków waszej ukochanej drużyny stoczonych wiosną. Na kolanach siedzą wam te same dzieci, ta sama żona zaraz wróci do domu, jutro pójdziecie do tej samej pracy, w której zmiany także przecież następują dynamicznie, ale na ekranie widzicie trenera, który już nie pracuje, wydającego instrukcje zawodnikom grającym już gdzie indziej, emerytowanym albo takim, którzy nie zyskali uznania w oczach nowego szkoleniowca; nawet firma ubierająca drużynę się zmieniła”. Otóż tak właśnie: nie zdążyliśmy dostatecznie nacieszyć się Barceloną Guardioli, jak już musieliśmy się z nią pożegnać. Nie zdążymy się również nacieszyć Borussią Kloppa: Goetze już sprzedany, z Lewandowskim też pewnie przyjdzie się rozstać, szkoleniowca zatrudnią jacyś szejkowie. Było wspaniale, może już nigdy nie będzie, wspomnieniami żyć nie sposób, a przecież dalej trzeba żyć i dalej trzeba próbować – powszechne kibicowskie doświadczenie… W przypadku Barcelony przywołuje się mecz z Aten, z 1994 roku, kiedy faworyzowana drużyna z Katalonii została zdemolowana przez Milan i musiało minąć dobrych parę lat, zanim w La Masii wyrosło pokolenie niewinnych czarodziei – właśnie to, którego zmierzch zobaczyliśmy przedwczoraj.

Ale pisząc o przemijalności mam w tyle głowy również ustalone już dawno, wydawałoby się, hierarchie ligowych potęg. Owszem, budżet płacowy Borussii pozostaje wciąż gdzieś pomiędzy Tottenhamem a Aston Villą – oto kolejny powód, dla którego tej niezwykłej drużyny nie uda się utrzymać w obecnej postaci – ale sam budżet płacowy na szczęście nie tworzy hierarchii. Przy okazji podpisania przez Bayern umowy z Guardiolą pisałem, że z perspektywy Londynu czy Manchesteru Niemcy były ostatnio wyjątkowo daleko, reprezentanci Bundesligi nie podbijali Champions League tak masowo i regularnie jak drużyny z Premier League, a kluby z Berlina, Dortmundu czy Monachium były raczej eksporterem piłkarskiego towaru do Hiszpanii czy Anglii, same przyciągając głównie zawodników z „rynków wschodzących”. Co się takiego stało w ciągu kilkudziesięciu miesięcy? Dlaczego to w Niemczech pracują szkoleniowcy, wyznaczający nowe trendy (Klopp) i piłkarze, za którymi zabijają się ciągle jeszcze bogatsze kluby z Anglii (Lewandowski)? Dlaczego tamtejsze trybuny pękają w szwach? Dlaczego finanse niemieckich klubów nie budzą niepokoju ekspertów od Financial Fair Play? Dlaczego poszczególne drużyny nie stały się zabawkami w rękach multimilionerów? „Owszem, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – mówił w grudniu „Guardianowi” Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny Borussi Dortmund. – Chelsea idzie własną ścieżką, ale pytanie brzmi: co się stanie, kiedy Abramowicz zabierze swoje zabawki? W Niemczech wierzymy w kluby tworzone przez członków; nasi fani muszą być członkami klubu, nie jego klientami”. Niemcy jako lekcja do odrobienia przez Anglików… Wewnątrzniemiecki finał na Wembley, zaledwie pięć lat po tym, jak final Ligi Mistrzów był sprawą wewnątrzangielską… Bolesne.

Bolesne? Raczej strasznie fajne. Życie jest gdzie indziej, ale jakże piękne jest to życie.

Guardiola nie ma ceny

1. Mógł być najlepiej zarabiającym trenerem świata. Mógł dostać własny jacht i helikopter. Mógł pławić się w blichtrze ligi, która wciąż przyciąga największą widownię, wciąż obraca największymi pieniędzmi i wciąż wydaje się dostarczać najatrakcyjniejszy (czy najlepszy, to zupełnie inna kwestia, do której jeszcze wrócimy) piłkarski produkt. Mógł pójść do Chelsea, gdzie Roman Abramowicz nie nasycił się przecież dotychczasowymi sukcesami. Mógł wybrać Manchester City, gdzie projekt szejków jest zakrojony na skalę szerszą nawet niż projekt rosyjskiego oligarchy, a ich cierpliwość większa niż jego cierpliwość.

Pep Guardiola – w zaledwie czteroletniej karierze trenerskiej dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów, trzykrotny mistrz Hiszpanii, wymienianie pomniejszych z 13 trofeów zdobytych przez niego z Barceloną mogę chyba sobie darować – wybrał ofertę Bayernu Monachium. Chciałoby się rzec: pozostał sobą. Tak samo jak wtedy, gdy uzgadniał z Barceloną odnawialne roczne kontrakty albo gdy w poczuciu wypalenia robił sobie roczny odwyk od piłki i nie chciał słyszeć o jego skróceniu, mimo iż na horyzoncie pojawiały się kolejne oszałamiające propozycje pracy. Albo jak wtedy, gdy mówił, że jedynym poza Barceloną klubem na Półwyspie Iberyjskim, który mógłby poprowadzić, jest tworzony wyłącznie przez zawodników z regionu Athletic Bilbao. „Guardiola, czyli klasa” – pisałem, kiedy pożegnał się z Katalonią; dziś wypada te słowa powtórzyć, przypominając także, jak odrzucał propozycje pracy w klubach mających już swoich menedżerów (w Bayernie Jupp Heynckes przechodzi na emeryturę po sezonie, więc zmiana odbędzie się w sposób aksamitny).

2. Lektura angielskiej prasy jest bardzo pouczająca. „Panowie, Anglia jest wyspą”, rozpoczął swój cykl wykładów o brytyjskiej historii XIX-wieczny francuski historyk Jules Michelet, i zdanie to wciąż tłumaczy wyjątkowo wiele. Z perspektywy Londynu czy Manchesteru Niemcy były ostatnio wyjątkowo daleko, reprezentanci Bundesligi nie podbijali Champions League tak masowo i regularnie jak drużyny z Premier League, a kluby z Berlina, Dortmundu czy Monachium były raczej eksporterem piłkarskiego towaru do Hiszpanii czy Anglii, same przyciągając głównie zawodników z „rynków wschodzących”. Co się takiego stało w ciągu kilkudziesięciu miesięcy? Dlaczego to w Niemczech pracują szkoleniowcy, wyznaczający nowe trendy (Jürgen Klopp) i piłkarze, za którymi zabijają się ciągle jeszcze bogatsze kluby z Anglii (Robert Lewandowski)? Dlaczego tamtejsze trybuny pękają w szwach, gdy wczorajsza frekwencja na meczu Chelsea z Southamptonem była najniższa w sezonie? Dlaczego finanse niemieckich klubów nie budzą niepokoju ekspertów od Financial Fair Play? Dlaczego poszczególne drużyny nie stały się zabawkami w rękach multimilionerów? „Owszem, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – mówił w grudniu „Guardianowi” Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny Borussi Dortmund. – Chelsea idzie własną ścieżką, ale pytanie brzmi: co się stanie, kiedy Abramowicz zabierze swoje zabawki? W Niemczech wierzymy w kluby tworzone przez członków; nasi fani muszą być członkami klubu, nie jego klientami”. Niemcy jako lekcja do odrobienia przez Anglików. Bolesne…

3. Wytęż wzrok i znajdź różnice między Chelsea i Bayernem. Tam władze klubu tworzą byli piłkarze (Sammer, Hoennes, Rummenige, Beckenbauer), z którymi inny były piłkarz z łatwością znajdzie wspólny język – tutaj jednemu z najbardziej zasłużonych zawodników w historii klubu, Frankowi Lampardowi, pokazuje się właśnie drzwi, panowie Gourlay czy Tenenbaum sławy na boisku nie zdobyli, a intrygi przeprowadzane na korytarzach Stamford Bridge i w szatni Cobham są tajemnicą poliszynela. Tam umie się pracować z młodzieżą (Toni Kroos, Thomas Muller, Holger Badstuber, David Alaba to najświeższe przykłady, wcześniej byli także Lahm i Schweinsteiger), tutaj wychowanków w pierwszym składzie w zasadzie nie uświadczysz. Tam praca rozłożona jest na lata, słowem-kluczem jest stabilność (może nawet przydałoby się przywołać zapomniane w młodości słówko Ordnung), tutaj wszystko ma być na już, a jeśli nie ma – kolejnym szkoleniowcom pokazuje się drzwi. Tam wiele rzeczy poustawiał znany i ceniony przez Guardiolę Luis van Gaal – tutaj, no właśnie, tutaj rozsypują się ostatnie elementy dziedzictwa nielubianego skądinąd przez Katalończyka Mourinho, a o jakimkolwiek innym dziedzictwie nie ma przecież mowy. Czy jest sens rozpoczynać negocjacje o zatrudnieniu, których kluczowym elementem jest wysokość odprawy w przypadku przedwczesnego zwolnienia?

4. Propozycja Bayernu finansowo nie może się równać z ofertami Chelsea, MC czy może także PSG, natomiast kreuje przed Guardiolą obraz znajomego świata: klubu będącego współwłasnością kibiców, stawiającego na wychowanków i – co Raphael Honigstein uważa za argument przesądzający – pozwalającego szkoleniowcom skupić się wyłącznie na pracy z piłkarzami. Pracy w „prawdziwym klubie”, a nie w „sztucznym produkcie”, jak napisał jeden z zachwyconych wyborem Pepa hiszpańskich dziennikarzy.

Ale z mojej perspektywy decyzja Guardioli jest sygnałem ostrzegawczym dla Premier League. Czasy, w których oczywistością było zatrudnianie na Wyspach najlepszych trenerów i piłkarzy świata, należą najwyraźniej do przeszłości. Poziom piłkarski tegorocznych rozgrywek rozczarowuje. W Europie o zwycięstwa jest trudniej niż kiedykolwiek (w Lidze Mistrzów zagrają wiosną wszyscy trzej przedstawiciele Bundesligi, z reprezentantów Premier League odpadła połowa). Ronaldo, Fabregas, Modrić wyjechali, czarodzieje z Barcelony nie zamierzają się przeprowadzać, Ibrahimović również. Z pierwszej dziesiątki najlepszych piłkarzy świata, wybranej przez dziennikarzy „Guardiana”, tylko van Persie i Yaya Toure reprezentują angielską ekstraklasę. W najlepszej jedenastce FIFA, ułożonej przy okazji Złotej Piłki, nie ma ani jednego zawodnika z Wysp. Jeśli jeszcze tego nie zauważyliście, najwyższy czas się obudzić: życie jest gdzie indziej.