Archiwa tagu: Wenger

Arsene Wenger musi odejść

Napisałem kilkanaście wariantów pierwszego zdania i wszystkie następnie wykreśliłem, w przekonaniu, że każde z nich już kiedyś pojawiło się w przestrzeni publicznej. To chyba największa trudność w zabieraniu głos na temat Arsenalu: wszystkie problemy zostały skatalogowane, wszystkie argumenty sformułowane, pozostaje tylko czekać, aż właściciel klubu podejmie jedyną w tej sytuacji słuszną decyzję, albo aż podejmie ją sam Arsene Wenger. Im szybciej Francuz przestanie być trenerem tej drużyny, tym lepiej dla wszystkich stron. Dla nas, żebyśmy nie mieli poczucia, że piszemy w kółko to samo. Dla coraz bardziej rozwścieczonych i sfrustrowanych kibiców. Dla drużyny, u której powtarzalność wciąż tych samych błędów można już uznać za rozpaczliwe wołanie o nowe otwarcie. Dla niego samego w końcu – żebyśmy zachowali choć trochę dobrych wspomnień na jego temat. Czytaj dalej

Nieostatnie takie derby

Arsene Wenger ma oczywiście rację. A przynajmniej ma ją, kiedy mówi, że nie sposób zestawiać jednego słabszego roku, kiedy to ostatecznie okazuje się, że jego drużyna zakończy sezon w tabeli za Tottenhamem, z dwudziestoma laty, kiedy rywale z północnego Londynu nie byli w stanie jej przeskoczyć. Problem w tym, że ów słabszy rok nie zdarzył się w połowie tamtych dwudziestu, tylko przyszedł po nich i wiele wskazuje na to, że powrotu do złotej ery już nie będzie, a derby kończone porażką wydarzać się będą znacznie częściej.

Wczorajszy mecz na White Hart Lane mówi o tym wyraźniej niż fatalna passa Arsenalu sprzed kilku tygodni, zwieńczona naprawdę kompromitującą porażką z Crystal Palace. Niby bowiem można by powiedzieć, że przeciwko drużynie Mauricio Pochettino piłkarze Wengera nie grali aż tak źle, jak przeciwko zespołowi Sama Allardyce’a (skądinąd po meczu na Selhurst Park zdarzyły się im trzy zwycięstwa; jedno po świetnym meczu w półfinale Pucharu Anglii nad Manchesterem City); że przez długie minuty Tottenham miał problemy, zwłaszcza kiedy próbował rozpoczynać swoje akcje rozegraniem przez bramkarza i obrońców – naciskani przez Kanonierów, gubili się wówczas, tracili piłkę (szansa Ramseya w pierwszej połowie przydarzyła się po takiej stracie) bądź zmuszani byli do dalekich wykopów. Z drugiej strony: wszystko zawaliło się, jak tylko Tottenham strzelił pierwszego gola. Kolejny kwadrans, z błyskawicznym drugim golem i kaskadą następnych okazji, udaremnionych przez świetnie broniącego Petra Cecha (dziewięć interwencji: żaden bramkarz Arsenalu nie miał tyle w meczu Premier League od 2003 roku) i decyzją sędziego o niepodyktowaniu drugiego karnego, tym razem za rękę Sancheza, był najdobitniejszą moim zdaniem ilustracją, że w Arsenalu naprawdę czas na zmiany.

Czytaj dalej

Urodziny, konkurs, Wenger

Kiedy urodził się mój pierwszy syn, trenerem Tottenhamu był Juande Ramos, pierwszym meczem był finał Pucharu Ligi z Chelsea, wygrany 2:1, a strzelcem pierwszego gola – Dymitar Berbatow.  Kiedy urodził się drugi syn, era Ramosa dobiegała właśnie końca – Tottenham przegrał 2:1 ze Stoke, kończąc mecz w dziewiątkę po czerwonych kartkach Dawsona i Bale’a, bramkę dla Kogutów strzelił Darren Bent; epoka Harry’ego Redknappa miała się zacząć dopiero tydzień później. Kiedy przyszedł na świat syn trzeci, trenerem był Mauricio Pochettino, Tottenham wygrał 1:0 z Sunderlandem, a pierwszego gola strzelił Harry Kane. Pierwszym meczem Kogutów w Lidze Mistrzów, jaki obejrzę ze starszymi synami, będzie spotkanie z CSKA – Monaco nie oglądaliśmy, bo tamtego wieczora rodził się syn trzeci.

Darujcie przydługi wstęp osobisty – mam nadzieję, że usprawiedliwił moją nieobecność na blogu w ciągu ostatnich paru tygodni. Inna rzecz, że pisząc go uświadomiłem sobie, iż przez wszystkie te lata pojawiało się tu z natrętną regularnością kilka tematów. Na jakiej pozycji powinien grać Wayne Rooney i czy legendarny ten piłkarz nie stanowi aby obciążenia dla kolejnych trenerów klubu i reprezentacji. Co do reprezentacji z kolei: jak to się dzieje, że dobra gra poszczególnych zawodników w klubach nie przekłada się na równie dobre występy w koszulce z trzema lwami i czy aby na posadę selekcjonera nie rzucono jakiejś klątwy (dzisiejsze awantury wokół Sama Allardyce’a mogą świadczyć o tym równie mocno, jak karma Glenna Hoddle’a). Czy makiaweliczny styl Jose Mourinho wyczerpał się ostatecznie. Nade wszystko jednak: jak historia oceni Arsene’a Wengera. Czytaj dalej

Północny Londyn i zmiana

Wśród mnóstwa rzeczy, które nie mają dla mnie najmniejszego znaczenia jest i ta: czy Tottenham ostatecznie zakończy sezon przed Arsenalem, czy też po nim. Szczerze mówiąc, nie ma to dla mnie znaczenia do tego stopnia, że wyjeżdżam na weekend bez zamiaru sprawdzenia, jak to się skończyło. Wszystko, co najważniejsze, już wiem. Nawet jeśli w końcówce sezonu – zgodnie zresztą ze spodziewaniami – drużyna Mauricio Pochettino nie wytrzymała tempa, nawet jeśli w trzech kolejnych meczach nie była w stanie obronić prowadzenia i przegrywała bądź remisowała, ba: nawet jeśli przegra jutro z Newcastle i da się przeskoczyć Arsenalowi, i tak ma za sobą najlepszy sezon od wielu, wielu lat, a jej przyszłość (także po podpisaniu przez Argentyńczyka nowej umowy z klubem) rysuje się w wyjątkowo jasnych barwach. Nawet jeśli Arsenal będzie ostatecznie wicemistrzem, nawet jeśli Arsene Wenger i tym razem okazał się lepszy od menedżerów Manchesteru United, Manchesteru City, Chelsea, Liverpoolu czy Tottenhamu, przyszłość klubu pod jego rządami nie wygląda różowo. Czytaj dalej

Czy Diego Costa był człowiekiem meczu

Po raz pierwszy od wielu tygodni Jose Mourinho miał naprawdę udany wieczór. Siedział, tak sobie wyobrażam, na wygodnej kanapie, i przy kieliszku wytrawnego Dão czy Douro z krzywym uśmiechem wysłuchiwał, jak eksperci Match of the Day marudzą coś na temat Diego Costy – zupełnie tak, jak przed kilkoma laty w jakimś telewizyjnym show w Hiszpanii marudzili coś na temat innego trenowanego przezeń wroga publicznego, Portugalczyka Pepe. Uwielbia ten stan. Moralne wzmożenie, zafrasowane twarze, przypominanie pryncypiów, wytykanie palcem. I komplet punktów na koncie. I jeszcze wpadka tych, którzy przez pierwsze pięć kolejek wygrali pięć razy, nie tracąc ani jednego gola: porażka Manchesteru City z West Hamem, powodująca, że strata jego piłkarzy do lidera zmalała do, ekhem, zaledwie ośmiu punktów.

Smakowało mu wszystko: że Dão czy Douro to jasne, ale także to, że znów wygrał z Arsenalem, i to, że Arsene Wenger po raz kolejny nie wytrzymał nerwowo ich konfrontacji, zarówno przed meczem, kiedy podawał mu rękę z zauważalną niechęcią, jak po, kiedy najpierw zbiegł jak najszybciej do tunelu, a potem aż krztusił się z oburzenia na zachowanie Diego Costy. Czytaj dalej

Miękkie podbrzusze Arsenalu

„Gole są przeceniane”, powtarzali ci z nas, co to zanim wczorajszego wieczora mieli kawał dobrej zabawy, zdążyli mieć w ręku choć jeden z numerów „Blizzarda”. Mniejsza o bramki: najpiękniejsza w piłce nożnej jest walka, wysiłek, w poniedziałek spotęgowany jeszcze w falach ulewnego deszczu, ale polegający także na próbach znalezienia sposobu taktycznego przechytrzenia rywala. W przypadku meczu Arsenal-Liverpool wypada przecież przyznać, że obie drużyny znajdowały takie sposoby i że w związku z tym wynik bezbramkowy wydaje się nieprawodopodobieństwem. Gdyby nie dwaj bramkarze, zwłaszcza Petr Cech i jego interwencje po strzałach Benteke i Coutinho w pierwszej połowie… John Terry, który mówił, że jego dawny kolega zdobędzie dla Arsenalu dodatkowe dziesięć-piętnaście punktów w sezonie, już w trzeciej kolejce może odfajkować pierwsze dwa. Chociaż bo ja wiem: może raczej należałoby mówić o rehabilitacji za wpadkę podczas inauguracyjnego meczu z West Hamem…

Forma bramkarza to jeden powód do zadowolenia Arsene’a Wengera, drugi: fakt, że nieobecność pary stoperów Koscielny-Mertesacker nie zakończyła się katastrofą (na środku obrony zagrali Gabriel z Chambersem, Anglik jednak wypadł fatalnie, nie potrafiąc upilnować Coutinho i Benteke, źle się ustawiając przy pułapkach ofsajdowych i mając podstawowe problemy z wyprowadzaniem piłki), trzeci – wyraźnie lepsza gra po przerwie. Powód do narzekania? Niesłusznie nieuznany gol Ramseya. Ale przecież w przypadku Arsenalu nad tym emocjonującym i z pewnością nieprzynoszącym wstydu remisem unosi się coś jeszcze; coś, co podczas oglądania w Sky Sports poprzedzającego sam mecz Monday Night Football, wydawało mi się zawstydzającą niemal oczywistością. Czytaj dalej

Mourinho-Wenger, do czternastu razy sztuka

Bardziej zależało oczywiście Wengerowi – dla Mourinho był to jednak jeszcze jeden sparing, w którego trakcie, zważywszy na statystykę jego trzynastu poprzednich spotkań z Arsenalem w ciągu blisko jedenastoletniej już rywalizacji, niczego udowadniać nie musiał. Siedem porażek, sześć remisów i ani jednej wygranej, „gdybym miał podobne statystyki, poważnie bym się zastanawiał nad przyczynami” – mówił jeszcze w piątek trener Chelsea, sugerując, że jego stary przeciwnik może mieć przed spotkaniem z nim rodzaj psychicznej blokady. Zaczynamy więc sezon tam, gdzie kończyliśmy poprzedni, ze świadomością, że napędzający Mourinho duch rywalizacji nie zdradza oznak słabnięcia. Podobnie zresztą, jak uraz Francuza, który również ani myślał podać na Wembley rękę Portugalczykowi.

O tym, że wynik meczu o Tarczę Wspólnoty niewiele mówi na temat zbliżającego się sezonu, dobitnie przypominają poprzednie starcia. Rok temu Arsenal popisowo ograł Manchester City, a sam sezon ligowy zaczął nienajlepiej, by zakończyć go za plecami MC w tabeli; przed dwoma laty David Moyes od zwycięstwa nad Wigan i zdobycia Tarczy Wspólnoty zaczynał swoją, pożal się Boże, pracę w Manchesterze United. „Trochę ważniejszy niż zwykły sparing, ale mniej ważny niż zwykły mecz ligowy” – skwitował Mourinho. Wenger byłby z pewnością innego zdania. Czytaj dalej

Północny Londyn, czas zmian

A gdybym znalazł w dzisiejszych gazetach analizy porównawcze problemów, które trapią Arsenal i Tottenham (tak, tak, przy pełnej świadomości dysproporcji między tymi dwoma zespołami: jedni od lat w Lidze Mistrzów, drudzy bezskutecznie się do niej dobijają; jedni zaczynają sezon mierząc w mistrzostwo, drudzy w czwarte miejsce), to tyleż bym się nie zdziwił, co miałbym ochotę pisać polemiki.

Nie zdziwiłbym się, bo porównania narzucają się same: obie drużyny poniosły właśnie bolesne klęski w Europie i obie na własne życzenie. W obu łatwo wskazać winowajców: nieskutecznych Soldado i Giroud, rozkojarzonych i nieruchawych Mertesackera i Fazio (Vertonghena bym mimo wszystko oszczędził, choć podarował Fiorentinie drugą bramkę). W obu kwestionować można decyzje trenerów: w przypadku Wengera zbyt otwartą taktykę, umożliwiającą rywalowi przeczekanie pierwszej presji i znalezienie przestrzeni do wyprowadzenia szybkiego ciosu, przy kompletnym braku asekuracji; w przypadku Pochettino zbyt dużą rotację w składzie, a zwłaszcza pozostawienie na ławce rezerwowych Kane’a, Walkera, Masona czy Dembele. Mówił przed meczem Wenger, że Monaco jest jak niebezpieczny gad, który zaczaja się gdzieś w zaroślach gotów, by zabić – ale jego piłkarze wyszli na boisko, jakby mieli wypędzać żaby z kałuży leżącej pośrodku drogi. W pierwszej połowie spotkania w Londynie Fiorentina gubiła się przy szybkiej grze Kogutów, wczoraj jednak akcje Tottenhamu toczyły się zbyt jednostajnie – spowalniane w środku pola przez grzejącego zwykle ławę Stamboulego. Czytaj dalej

Upiory Arsenalu

Zauważyłem niedawno, że pewien znany publicysta rozpaczliwie dopytuje na Twitterze, jak skończył Gollum we „Władcy pierścieni”. Gdyby ów publicysta miał jeszcze ochotę czerpać z lektury Tolkiena, z pewnością zbyt grubej jak na wrażliwość dzisiejszej młodzieży, mógłbym mu właściwie podpowiedzieć historię upiorów pierścienia, dziewięciu normalnych niegdyś, śmiertelnych ludzi, którzy po usidleniu przez Saurona stali się cieniami Wielkiego Cienia. Opowieść w sam raz do użycia podczas pisania o Arsenalu: jeśli ktoś przypadkiem oglądał w sobotni wieczór transmisję z Emirates, powinien zwrócić uwagę na te pełzające po boisku zjawy w czerwonych strojach (czerwonych jeźdźców?), przypominające wprawdzie potężnych niegdyś piłkarzy, od dawna niebędące jednak w świecie żywych.

To były upiory. Cienie przeszłości. Postacie imitujące tamten dawny Arsenal do tego stopnia, że próbujące wymienić między sobą serię podań w polu karnym rywala – zupełnie jakby chciały znaleźć się w bramce razem z piłką, zamiast uderzyć ją np. z linii szesnastu metrów. Ileż takich meczów oglądaliśmy pięć, dziesięć, czy piętnaście lat temu, z tą różnicą, że tamci, zaliczający się jeszcze do istot ludzkich, trafiali wcześniej niż w sobotę Giroud. Z łatwością przejmujące inicjatywę, bez problemu utrzymujące się przy piłce (to też pamiętamy), ale nieskuteczne. I z łatwością tracące nad sobą panowanie – jak Wilshere w starciu z Fellainim (chyba tylko faktowi, że jest niższy od Belga o głowę, Anglik zawdzięcza pobłażliwość sędziego).

Napisałem w życiu wiele tekstów komplementujących Arsene’a Wengera, ale miały one dwa stałe elementy: stwierdzenie, że nie umie przegrywać i że jego neurotyczny niepokój udziela się piłkarzom. Oraz że żaden inny klub Premier League nie ma takiej historii czerwonych kartek. Żaden inny klub nie ma również takiej historii ocierania się o sukces – tytuł mistrzowski, triumf w pucharze – i następnie wypuszczania ich z rąk (oczywiście mówimy tu o drużynach walczących o najwyższe cele, a nie takim np. Tottenhamie…). Podejrzewam, że mało który klub ma również w statystykach tyle bramek samobójczych. „W obronie byliśmy trochę naiwni” – powiedział po wczorajszym meczu Arsene Wenger. Nawet to bywazdanie powtarzane od lat.

rvparsBo przecież lepszej okazji, żeby ograć Manchester United i zerwać z opinią drużyny niezdolnej do zwyciężania w spotkaniach z najgroźniejszymi rywalami pewnie długo nie będzie. Czerwone Diabły wciąż nie odnalazły ani właściwego rytmu, ani właściwego ustawienia, a zdemolowanie składu kontuzjami (uraz Luke’a Shawa był czterdziestym od czasu objęcia klubu przez Louisa van Gaala – nie sposób nie pytać, czy z prowadzeniem treningów przez Holendra, z nakładaniem na piłkarzy obciążeń, z pewnością wszystko jest w porządku) uniemożliwia zgrywanie poszczególnych formacji. Tym razem MU znów grało trójką obrońców: Smallingiem, McNairem i Blackettem (czy czytając taki skład obrony jednego z najsłynniejszych klubów świata nie wzdrygacie się z przerażeniem?), z cofniętymi skrzydłowymi Valencią i Shawem (a po kontuzji tego ostatniego – z Youngiem), Fellainim i Carrickiem w środku pola oraz ofensywną trójką van Persie-Rooney-di Maria – i trzeba przyznać, że to ustawienie również Arsenalowi sprzyjało. Robin van Persie był kompletnie niewidoczny: z dwunastu kontaktów z piłką trzy miał podczas wykonywania rzutów rożnych, a jeden – przy rozpoczęciu meczu od środka. Ruchliwi pomocnicy gospodarzy znajdowali miejsce za plecami Fellainiego czy Carricka (przykład z pierwszej połowy: Sanchez, uwalniający się spod krycia Fellainiego, odgrywający do strzelającego z dystansu Ramseya), podobnie jak grający po prawej stronie Chambers i Oxlade-Chamberlain (przykład również z pierwszej połowy: akcja tej dwójki, po której strzał Welbecka w ostatniej chwili zablokował McNair). Prostopadłe piłki znajdowały swój cel. W obronie gości panował chaos, McNair i Blackett spóźniali się z interwencjami, a Smalling w kluczowych momentach potrafił ich wprawdzie asekurować, ale patrząc na jego grę pozycyjną nie sposób się dziwić, że MU przymierza się w styczniu do kupienia kolejnego stopera (Vertonghena z Tottenhamu?). Arsenalowi udawał się też pressing: to właśnie dzięki niemu najlepszą okazję do strzelenia bramki dla Kanonierów miał Wilshere. De Gea obronił i tym razem, ale sama akcja pozwalała zrozumieć, co miał na myśli Louis van Gaal, mówiący po meczu, że wiele jeszcze widzi w grze swojego bramkarza elementów do poprawy: wcześniej to Hiszpan zbyt krótko wybił piłkę, umożliwiając gospodarzom przeprowadzenie szybkiego ataku. Nie był to zresztą pierwszy tego typu przypadek i bramkarz nie był jedynym winowajcą: przez pierwsze 35 minut meczu wszyscy piłkarze MU tracili piłkę zbyt łatwo.

arsmushotsAle Wilshere bramki nie strzelił. Cały wysiłek, włożony przez Arsenal w ten mecz, energia, z jaką biegali piłkarze Arsene’a Wengera, dobra pierwsza połowa, zostały zmarnowane. Były momenty, gdy sześciu czy siedmiu Kanonierów wchodziło w pole karne MU i umiało w tej ciasnocie wymienić kilka podań – ale nie kończąc akcji strzałem, jakby ze strachu przed odpowiedzialnością. To z jednej z takich konfuzji wziął się kontratak, po którym gola strzelił Rooney: kiedy z di Marią wychodzili z własnej połowy, mieli przed sobą tylko Monreala, a w pomeczowych rozmowach z dziennikarzami Arsene Wenger dziwił się, jak to możliwe, że jego dążący do wyrównania podopieczni zostawili z tyłu tylko jednego kolegę (w jeszcze dogodniejszej sytuacji był samotnie szarżujący kilka minut później di Maria). Bramka kapitana MU padła w 85. minucie; był to pierwszy celny strzał gości na bramkę Arsenalu, który do tego momentu celnych strzałów oddał osiem – i nic z nich nie wynikło.

W sumie kolejny raz przeżyliśmy deja vu i trudno się dziwić tym, którzy po takim meczu dochodzą do wniosku, że epoka Wengera znalazła się w fazie schyłku. Dla mnie symptomatyczne było zachowanie Wilshere’a w starciu z Fellainim: młody Anglik, tak komplementowany po meczu reprezentacji w środku tygodnia i tak otwarcie sugerujący, że chciałby w klubie występować na tej samej pozycji co w kadrze, pokazał jeszcze raz, że prawdziwe bariery między piłkarskim talentem a piłkarską wielkością, znajdują się w głowie zawodnika. W tym Arsenalu wielkości nie osiągnie – jeśli czytaliście Tolkiena to wiecie, że zwiedzione przez Saurona upiory skazane są na klęskę.

Mourinho-Wenger, czyli znów to samo

Nic tutaj nie było naprawdę niespodziewane, chyba nawet to, że Arsene Wenger stracił nerwy w konfrontacji z Jose Mourinho. Po pierwsze, trener Kanonierów od dawna kiepsko radzi sobie z emocjami w trakcie meczów. Po drugie, menedżer Chelsea wielokrotnie potrafił zaleźć mu za skórę – ich drużyny grały ze sobą po raz dwunasty, a Wenger nie wygrał ani razu. Po trzecie, wszyscy pamiętamy, jak zakończyło się marcowe spotkanie między tymi dwoma drużynami.

Podtekstów było rzecz jasna więcej: mecz Fabregasa przeciwko dawnym kolegom i dawnemu trenerowi przychodzi na myśl jako pierwszy, kolejny to dobrze udokumentowane (i jakże różne od analogicznych wyników Chelsea) problemy Arsenalu z ogrywaniem drużyn z absolutnej czołówki; komentator „Daily Telegraph” napisał, że Wenger powinien, zamiast popychaniem Mourinho, zająć się zepchnięciem z drogi drużyn blokujących mu drogę na szczyt. To podtekst najważniejszy, z którego Arsene Wenger musiał zdawać sobie sprawę i być może dlatego ta przepychanka: jeśli pamiętacie awanturę po jednym z meczów Barcelona-Real, kiedy Jose Mourinho wkładał palec do oka Tito Vilanovy, wiecie, że po przemoc fizyczną sięga w takich sytuacjach ten, kto tak naprawdę czuje się słabszy. Otóż tak właśnie: mimo inwestycji, jakich dokonał tego lata, ze sprowadzeniem Alexisa Sancheza z Barcelony na pierwszym miejscu, Wenger wie, że dystans między Arsenalem a Chelsea wcale się nie zmniejsza.

Oczywiście trudno nie zauważyć, że tym razem Kanonierzy nie zaczynali meczu w sposób równie otwarty jak wiosną. Początek spotkania upływał pod znakiem dobrej organizacji gry obronnej gości, w którą angażowali się nie tylko Wilshere i Flamini, ale także Cazorla i Sanchez; potem był uraz Thibauta Courtois  (przepisy mające chronić piłkarzy przed konsekwencjami kontuzji głów, z takim rozgłosem wprowadzane przed rozpoczęciem sezonu, ewidentnie nie działają, skoro bramkarzowi Chelsea pozwolono pozostać na boisku mimo krwawiącego ucha, niepokojące były również pogłoski o przedłużającym się oczekiwaniu na odjazd karetki ze stadionu) i wspomniane przepychanki między trenerami. Z punktu widzenia Kanonierów wszystko było w porządku do 27. minuty, kiedy błysk geniuszu Hazarda i spóźnienie Kościelnego zsumowały się w rzut karny, wykorzystany przez belgijskiego skrzydłowego. Gdyby obrońca Arsenalu wyleciał przy okazji z boiska, nikt by się pewnie nie zdziwił, podobnie jak gdyby ta sama kara spotkała Caluma Chambersa za faul na Schürllem (Anglik miał już wtedy żółtą kartkę). Młody obrońca Arsenalu ma generalnie udany początek sezonu, zwłaszcza że przed jego rozpoczęciem był typowany raczej na rezerwowego, ale pięć żółtych kartek w siedmiu meczach Premier League oznacza dyskwalifikację już na początku października… Nie lubię pisać o sędziowskich błędach, ale ręka Fabregasa w drugiej połowie również nie daje o sobie zapomnieć (choć i tak wpadką kolejki było podyktowanie jedenastki dla WBA na Anfield za faul Lovrena na Berahino, który miał miejsce przed polem karnym Liverpoolu).

Diego Costa tym razem był mniej widoczny. Po części dlatego, że był to jego trzeci mecz w ciągu tygodnia, po części ze względu na skuteczną długo opiekę obrońców Arsenalu. Różnica między Hiszpanem a napastnikami, jakich Jose Mourinho miał do dyspozycji przed wakacjami polega jednak na tym, że o ile Torres czy Demba Ba potrzebowali po pięć sytuacji, żeby którąś zamienić na bramkę (a i tak nie zawsze się udawało…), Coście wystarcza jedna. Przy jego dziewiątej (sic!) bramce w sezonie, po raz siódmy asystował Fabregas, a jeśli jesteśmy przy statystykach: Arsenal nie oddał na bramkę Chelsea ani jednego celnego strzału i po siedmiu kolejkach traci do lidera już dziewięć punktów…

fabregasozilPatrząc na Fabregasa nie sposób było nie myśleć o Ozilu, zwłaszcza że Wenger przyznawał przed meczem, iż jego dawny podopieczny chciał wrócić na Emirates, tylko jego miejsce w drużynie było już zajęte. Niemiec znów wypadł słabo – zobaczcie zresztą sami, jak wygląda porównanie gry obu piłkarzy z pierwszej godziny gry. Wszystkie atuty były po stronie pomocników Chelsea: błyskotliwość dryblingu Hazarda, wizjonerskie podanie Fabregasa, nawet chętnie walczący o odbiór piłki Oscar mógł się podobać.

W sumie więc: dla Arsenalu jeszcze jeden mecz do zapomnienia. Gdybym był Kanonierem, najbardziej cieszyłoby mnie to, że sędzia widział agresywne zachowanie Arsene’a Wengera, a w związku z tym menedżera mojego klubu nie czeka dodatkowa kara ze strony Football Association. Pewnie zresztą fakt, że w końcu publicznie zachował się gorzej od Mourinho boli go bardziej niż jakakolwiek dyskwalifikacja.