Archiwum kategorii: Champions League

Lewandowski, czyli człowieku, możesz wszystko

Polski piłkarz zwycięzcą Ligi Mistrzów. Więcej w klubowej piłce osiągnąć już nie można. O czym myślał, kiedy po ostatnim gwizdku klęczał na murawie?

Ta historia mogła się potoczyć kompletnie inaczej. Kiedy w warszawskiej Legii uznawali, że chłopak nie ma zdrowia do wielkiej piłki, mógł się załamać albo – jak tylu innych młodych zawodników w podobnej sytuacji – zadowolić byle czym. Kiedy w poznańskim Lechu mówiło się o jego zagranicznym transferze, mógł trafić nie do Borussii, a do londyńskiego Tottenhamu np., tam zaś – na karuzeli zmian trenerów i generalnie prześladującej klub niemożności – zatrzymać się w rozwoju. Po wyjeździe za granicę mógł  także nie przełamać polskiego kompleksu, o którym sam wielokrotnie mówił: poczucia, że z definicji, jako przybysz znad Wisły, jest kimś gorszym od rywali do miejsca w podstawowym składzie. Mógł mieć gorszego agenta, nastawionego raczej na własny szybki zysk, niż na rzeczywiste dobro zawodnika. Mógł trafić na inną życiową partnerkę („To jest etykietka, która potrafi przygnieść do ziemi: jestem żoną piłkarza, więc każdy zakłada, że jestem głupią dziunią, która leży i pachnie” – mówi ona sama, będąca tego stereotypu zaprzeczeniem), bo przecież wpływu Anny Lewandowskiej na drogę życiową męża nie sposób sprowadzić do dbania o jego dietę. Mógł nie trafić na najlepszych trenerów świata, z których – jak zgrabnie podsumowano w jednym z niezliczonych artykułów na jego temat, ukazujących się w przeddzień finału Ligi Mistrzów w największych gazetach świata – Jurgen Klopp nauczył go autoekspresji, Pep Guardiola rozumienia niuansów piłkarskiej taktyki, Carlo Ancelotti – sposobów na pozbywanie się nadmiaru presji, a Jupp Heynckess – dyscypliny.

Chociaż tę ostatnią miał chyba zawsze, bo jeśli już powyższą wyliczankę zbierze się w jedno, kiedy dołoży się jeszcze fenomenalne zdrowie piłkarza (wśród zawodowych sportowców ze świecą szukać takich, którzy kontuzje łapaliby równie rzadko), kiedy spojrzy się na jego sylwetkę, wyrzeźbioną w sposób dający się porównać bodaj jedynie z innym superbohaterem piłki nożnej XXI wieku Cristiano Ronaldo („ma 185 centymetrów i ok. 80 kilogramów samych mięśni”, napisał biograf napastnika Bayernu Paweł Wilkowicz) – widać, że tego wszystkiego jest za dużo, by mówić po prostu o szczęściu.

Nazwisko portugalskiej ikony futbolu często przychodzi do głowy, kiedy mówi się i myśli o Robercie Lewandowskim. Podobna wydaje się ich dbałość o własne ciało, o właściwy trening, odpowiednie odżywianie (ostatni kebab kapitan reprezentacji Polski zjadł ponoć w 2012 roku, stopniowo eliminując z diety nabiał, słodycze, w końcu gluten), optymalną regenerację (słyszeliście, że kapitan reprezentacji Polski śpi tylko na lewym boku, żeby oszczędzać silniejszą prawą nogę?) czy właściwą koncentrację (tu również stosuje ponoć wyrafinowane techniki oddechowe i ćwiczenia stymulujące mózg, co ciekawe: unika tak popularnych w świecie zawodowych piłkarzy gier wideo, za to sporo czyta). „Nie spotkałem nigdy piłkarza równie profesjonalnego” – mówił o nim podczas pobytu w Monachium Pep Guardiola, który w czasach wcześniejszej pracy z Barceloną miał przecież do czynienia z najlepszym futbolistą naszych czasów, Lionelem Messim.

Messi, Ronaldo, Lewandowski… Zaraz, zaraz, czy my odrobinę nie przesadzamy? Oczywiście: kiedy w polskiej telewizji komentatorzy z emfazą w głosie unoszą się nad faktem, że oto nasz słynny napastnik zechciał wrócić we własne pole karne i wybić głową piłkę zagraną przez rywala z rzutu rożnego, trudno nie wzruszać ramionami: robią to wszyscy napastnicy świata. Podobnie trudno nie uśmiechać się ironicznie, kiedy polscy sprawozdawcy potępiają próbujących faulować go bez piłki obrońców: kopniaki i kuksańce w takich sytuacjach to również elementarz futbolowego arsenału. To, że jego twarz spogląda na nas z tylu billboardów, że o narodzinach jego drugiej córki (a wcześniej o kolejnych ciążach Anny Lewandowskiej) informowały najpoważniejsze media, że tabloidy rozpisują się o jego inwestycjach w nieruchomości, a sportowe portale wiedzą, że samo umieszczenie jego nazwiska w tytule materiału jest gwarancją tzw. klikalności, nie jest również niczym nadzwyczajnym w świecie piłkarskich celebrytów. Póki co zresztą napastnik Bayernu nie ma jeszcze pomnika w Pruszkowie czy Lesznie, a statua Ronaldo na Maderze stoi już od dobrych paru lat.

Może nawet jest tak, że dzielimy z Lewandowskim ów prześladujący go na wczesnym etapie kariery „polski kompleks”? Nawet jeśli nie chodzi już o niewiarę, że nasz rodak naprawdę może osiągnąć sukces największej kategorii, w naszym wydaniu ten kompleks polega po prostu na utracie zdolności do realistycznej oceny jego talentu.

Trudno nie wyśmiewać fali oburzenia, jaka wybuchła w Polsce po ogłoszeniu wiadomości, że w związku z pandemią koronawirusa miesięcznik „France Football” odwołał swój tradycyjny plebiscyt na przyznanie „Złotej Piłki” najlepszemu piłkarzowi świata. Równocześnie jednak nie sposób nie zauważyć, że w tym roku – naznaczonym utrzymującym się kryzysem Barcelony Messiego, po wczesnym odpadnięciu z Ligi Mistrzów Juventusu Ronaldo – do dzisiejszego wieczoru na placu boju o to wyróżnienie zostawało właściwie tylko dwóch piłkarzy, on i Neymar. I że gdyby wyizolować z wszelkich rywalizacji tylko jego koronną pozycję, środkowego napastnika, klasycznej boiskowej „dziewiątki” – wśród grających dziś zawodników Robert Lewandowski nie miałby sobie równych.

Statystyki tegoroczne ma zaiste niewiarygodne: 55 goli w 47 meczach, z czego w Lidze Mistrzów 15 (tylko Ronaldo zdobywał więcej, ale w sezonach, które miały o dwa mecze więcej; w czasie pandemicznym ćwierćfinały i półfinały Champions League rozstrzygano już po jednym spotkaniu, bez możliwości rozegrania rewanżu). Od lat goni lub śrubuje rekordy w Bundeslidze, w Lidze Mistrzów i w reprezentacji Polski. Kibice pamiętają jego cztery gole w meczu Borussii z Realem Madryt, po których zaczęły się wieloletnie podchody Hiszpanów pod sprowadzenie Polaka (on zaś, który miłości żadnemu klubowi nie wyznawał – wcale nie był od tego…), pamiętają też pięć bramek w spotkaniu Bayernu z Wolfsburgiem. Od lat sięga z monachijczykami po mistrzostwa i Puchary Niemiec. Teraz w końcu sięgnął po świętego Graala, jakim we współczesnym futbolu jest puchar za zwycięstwo w Ludze Mistrzów.

„Głowa. Głowa. Głowa. Nie ma dla napastnika ważniejszej części ciała. Strzelasz bramki tylko wtedy, jeśli jesteś pewny siebie. Masz na boisku ułamek sekundy. I w tym ułamku sekundy albo zostaniesz bohaterem, albo winowajcą” – mówił Pawłowi Wilkowiczowi wspomniany już dawny agent napastnika Bayernu, sam przed laty utalentowany piłkarz Cezary Kucharski. Przypominały mi się te słowa, kiedy – np. w meczu półfinałowym z Olympique Lyon – długo nie mógł trafić do siatki, aż w końcu, bynajmniej niespeszony i w sytuacji może nawet trudniejszej niż wcześniejsze, idealnie wybił się w powietrze i zdobył swojego gola, pieczętującego awans Bayernu do finału. Przypominały się też w finale, kiedy w pierwszej połowie trafiał w słupek albo jego główkę – znalazł do niej miejsce w nieprawdopodobny sposób zresztą, cofając się – bronił Keylor Navas: było jasne, że następnym razem spróbuje z tą samą pewnością siebie, której przez cały mecz dodawał kolegom, klaszcząc po ich każdym udanym zagraniu. „My, napastnicy – opowiadał Wilkowiczowi jego bohater – żyjemy z automatyzmów”. „Zamiast trenować głową, trenowałem sercem” – wspominał z kolei niełatwe początki kariery w Borussii Dortmund, i bynajmniej nie miał to być komplement.

Więc jego głowa pracuje także nad wyłączeniem emocji, wyzbyciem się wątpliwości, nad powierzeniem się nieomylnemu instynktowi. I może to, że Robert Lewandowski (pseudonim „Terminator” nieprzypadkowy) zdaje się przypominać tak fenomenalnie naoliwioną maszynę, również jest jakąś przyczyną niemożności naszego oddania mu sprawiedliwości? Może nasz szacunek i podziw ogranicza nieco ta aż bijąca w oczy doskonałość? Może do kochania wybieramy zwykle ludzi mniej idealnych, czasem niewykorzystujących kluczowego rzutu karnego, zmagających się z wielomiesięczną kontuzją albo z cieniem życiowej tragedii, jak poprzedzający Lewandowskiego w funkcji kapitana reprezentacji Polski Jakub Błaszczykowski?

Zaprawdę powiadam wam: spieszcie się kochać także Lewandowskiego. Nie tylko dlatego, że ma już 32 lata, bo sposób, w jaki dba o siebie, gwarantuje, że przed nim jeszcze kilka sezonów na futbolowych szczytach. Warto zresztą zauważyć, że nie jest aż tak wyeksploatowany, a jego światowa kariera eksplodowała znacznie później niż tych, z którymi bywa porównywany: Messi debiutował w Barcelonie jako szesnastolatek, osiemnastoletni Cristiano Ronaldo przechodził do Manchesteru United, a osiemnastoletni Neymar debiutował w reprezentacji Brazylii. Lewandowski w tym wieku był odrzutem z Legii Warszawa, za pięć tysięcy złotych przechodzącym do trzecioligowego Zniczu Pruszków. W polskiej ekstraklasie debiutował jako dwudziestolatek, w Bundeslidze, gdzie jego kariera również nie eksplodowała od razu – jako zawodnik dwudziestodwuletni. Spieszcie się go kochać również dlatego, że wśród zawsze romantycznych wzorców polskich bohaterów drugiego takiego ze świecą szukać. Takiego, który do talentu dorzuca tytaniczną pracowitość i który po zajęciach przepisanych przez klubowego trenera dołoży także indywidualne – to jeszcze w Lechu, zachęcony przez Kucharskiego, doskonalił np. technikę biegu, żeby w starcie do piłki czy pościgu za nią być ten ułamek sekundy szybszy, ale oprócz boiska i bieżni pracował też na siłowni, równocześnie nie tracąc świadomości, że odpoczynek to również jednostka treningowa. Świadomego siebie, nie tylko na poziomie każdego mięśnia, ale też w kwestii może najtrudniejszej – tego, że na szczycie nie zostanie wiecznie. Znajomi Lewandowskiego mówią, że wśród lektur, którymi się otacza, biografie byłych sportowców zajmują od zawsze poczesne miejsce; że myślenie o tym, co będzie po skończeniu kariery piłkarskiej, obchodzi go równie mocno jak przygotowanie do najbliższego meczu.

Mówienie o tym, co będzie, jak skończy karierę w chwili, gdy właśnie osiągnął swój największy sukces, również wydaje się tak bardzo niepolskie. Jest jednak bardzo Lewandowskie. A może zresztą przez cały ten tekst próbuję powiedzieć po prostu to zdanie: oto jeden z nas. Możemy mieć wszystko, i to niekoniecznie nagłym zrywem i budową barykady. Niekoniecznie zawsze tylko sercem. Głową. I niekoniecznie zawsze samemu.

W „Nienasyconym” – bo taki jest tytuł książki Wilkowicza – jest wiele bardzo dobrych fragmentów, a ten, w którym widzimy, jak w monachijskiej kawiarni są nagle we czworo: Robert, Ania, Paweł i strudel, wystawia talentowi biografa może najlepsze świadectwo. Moje ulubione akapity dotyczą jednak przełomowej rozmowy ówczesnego napastnika Borussii z trenerem Jurgenem Kloppem, przed wyjazdowym meczem z Olympique Marsylia.

Jako się rzekło: początki Polaka w Dortmundzie do łatwych nie należały. To były początki drugiego sezonu: niby Lewandowski miał już pewne miejsce w składzie, ale wszyscy czuli, że to jeszcze nie to, o co chodzi. „Potrzebowałem tego – wspominał tamtą długą dyskusję z charyzmatycznym szkoleniowcem Lewandowski. – Szybko straciłem tatę. Musiałem stać się z dnia na dzień mężczyzną. Nie miałem kogoś starszego, z kim mógłbym porozmawiać. I nagle jest ktoś taki”. Innymi słowy: Robert Lewandowski nagle docenił coś, co w świecie futbolu, pełnym pozamykanych w sobie, wrażliwych, ambitnych, wiecznie rywalizujących, a wystawionych przy tym na mnóstwo pokus młodych mężczyzn, jest rzadkością. „Od małego chowałem się na potęgę, wolałem się nie odzywać. A wtedy odkryłem siłę rozmowy” – opowiadał. „To jest częsty problem w sporcie, nie tylko w piłce: brak dobrej rozmowy” – komentował Wilkowicz. Czy tylko w sporcie?

Siła dobrej rozmowy to inaczej siła zespołowości. Coś, co bardzo długo szwankowało w gwiazdorskim Paris Saint-Germain. Coś, co od dawna jest siłą Bayernu, gdzie nie byłoby dzisiejszego sukcesu nie tylko bez goli Lewandowskiego, ale także akcji, w których brali udział Muller, Goretzka czy fenomenalny w tym sezonie Gnabry (kolejny futbolowy odrzut skądinąd: fani Premier League pamiętają, jak uznawano go za zbyt słabego na grę w Stoke) albo arcyszybki Davies; o wizjonerskich podaniach Thiago Alcantary wspominać już nie wypada, podobnie jak o znaczeniu bramki rezerwowego przecież w poprzednich spotkaniach Comana czy o interwencjach Neuera – dziś w pierwszej połowie powstrzymał będącego już w idealnej sytuacji Neymara, a w drugiej Marquinhosa i przez cały mecz w swoim stylu wychodził przed własne pole karne, umożliwiając obrońcom ustawienie się wysoko, niemal na połowie boiska. Żaden piłkarz – także Ronaldo, Messi albo niewspomniany dotąd inny gigant Ibrahimović – nie osiągnie sukcesu w pojedynkę, żeby nie wiem, jak piękne bramki zdobywał po solowych akcjach.

Mamy więc: zdrowie i odpowiednie prowadzenie się, trening mentalny i wiarę w sukces, pracowitość i profesjonalizm, sporą dawkę szczęścia i sprzyjające otoczenie (drużyna, której częścią jesteś, agent, rodzina). Wszystko ważne, ale wciąż nie wystarczy. Nie wystarczy, prosta rzecz, także, naśladowanie najlepszych. „To jest największa sztuka: odkryć jak najszybciej, co jest twoją mocną stroną, i krzesać, krzesać – tłumaczy fenomen swojego kolegi z reprezentacji Polski pomocnik Mariusz Lewandowski. – Robert sobie zadawał pytania: z kim mam problemy? Mam problemy z samym sobą. Żeby wyciągnąć z siebie maksimum. I krzesał dalej”.

Nie wiem, czy właśnie o tym myślał, klęcząc na murawie po ostatnim gwizdku włoskiego sędziego finału Ligi Mistrzów. Wiem, że ostatecznie odpowiedź na pytanie, co zrobić, by być jak Robert Lewandowski, brzmiałaby: nie bądź jak on. Szukaj własnej drogi.

Wygazowany Antychryst

Na pozór wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Święte miasto, zgromadzony tłum słuchaczy – wśród których komentatorzy dostrzegli Dantego, Boccaccia, Petrarkę, Rafaela, Kolumba nawet, a na pierwszym planie mówca, który wydaje się mieć rysy Chrystusa. Jedno z licznych arcydzieł renesansowego malarstwa, pokazujących nauczającego Jezusa. Ale zaraz, chwileczkę: kim jest ta postać, szepcząca Zbawicielowi do ucha?

Kazanie Antychrysta (fragment), Luca Signorelli, ok. 1500-1504, kqplica San Brizio, Orvieto

Kto był w Orvieto, ten wie. Kaplica San Brizio, freski Signorellego, a zwłaszcza ten jeden, przedstawiający kazanie Antychrysta. Niby religijny, ale w chwili powstania do bólu współczesny, bo wszystko wskazuje na to, że malarzowi – który u dołu fresku zmieścił także swój autoportret, w dodatku w towarzystwie pracującego tu również Fra Angelico – towarzyszyła pamięć o niedawnych kontrowersjach wokół Savonaroli. I może właśnie ze względu na tę współczesną wymowę skojarzył mi się z kłopotem, jakiego doświadczam, patrząc niekiedy na mecze RB Lipsk.

Na pozór wszystko wydaje się przecież w najlepszym porządku. Do tego stopnia, że nawet w czasach, kiedy Tottenham prowadził Mauricio Pochettino, fantazjowałem o tym, że jeśli kiedyś odejdzie, skuszony przez jakiś Real czy Manchester United, zastąpi go nie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale Julian Nagelsmann właśnie, a ukochana ma drużyna grać będzie futbol jeszcze szybszy, jeszcze intensywniejszy, oparty o jeszcze dzikszy pressing, niż to było w najlepszych latach Argentyńczyka. Kiedy się patrzyło na grę RB Lipsk serce i puls przyspieszały, zupełnie jak – strach mówić głośno, żeby nie zostać posądzonym o reklamowanie – po spożyciu napoju energetycznego. Oto, co najlepsze w europejskim futbolu XXI wieku, w dodatku wciąż takie świeże, niezmanierowane, no i – co nie jest przecież bez znaczenia – położone na postkomunistycznej pustyni futbolowej, czyli na terenie byłej NRD. Samo dobro, można by powiedzieć, przechodząc do porządku dziennego nad arcykrótką historią klubu czy faktem, że jego rozwój był efektem pieniędzy wpompowanych w drużynę przez spożywczego giganta. Przecież we współczesnym futbolu pieniądze rozstrzygają o sukcesach nie od dziś, a przy szaleństwach Romana Abramowicza w Chelsea, a później szejków w Manchesterze City i w gromiącym wczoraj drużynę z Lipska Paris Saint-Germain, przy dziesiątkach inwestycji wizerunkowych rozmaitej maści biznesmenów, przy nieodkrytym przecież przez szefów Red Bulla sposobie sklejania nazwy klubu z nazwą lub marką głównego sponsora, można by twierdzić nawet, że to, co się dzieje w Lipsku, mogło służyć za przykład umiarkowania, ciągłości i cierpliwości. Kapitaliści? No owszem, ale przecież nie tacy, którzy – jak członkowie zarządu uważanej długo za „więcej niż klub” Barcelony – w ciągu ostatnich lat puszczali z dymem setki milionów euro na piłkarzy, których następnie oddawali innym klubom albo sadzali na ławce. Kapitaliści z bardzo sensownym przepisem na konstruowanie drużyny, dodajmy. Ze świetną siecią skautów, zawsze stawiający na młodość (o tym, że wśród najlepszych drużyn tegorocznej edycji Champions League to właśnie RB Lipsk miał najniższą średnią wieku, nie ma co mówić), w młodość inwestujący, niewydający szalonych sum na uznanych i doświadczonych piłkarzy, za to mogący – choć nie jest to priorytetem – zasilać później klubowy budżet dzięki transferom wypromowanych dopiero w Lipsku gwiazd, takich jak Timo Werner. I oddający najmłodszym stery rządów w klubie. 33-letni Julian Nagelsmann był najmłodszym trenerem w dziejach Bundesligi i Ligi Mistrzów, prosta rzecz zatem: najmłodszym, który wprowadził swoją drużynę do półfinału Champions League. Jej dyrektor sportowy dopiero dobiega czterdziestki, a prezes jest ledwie przed pięćdziesiątką. „Działacz z brzuszkiem i z wąsem akurat tam by nie przeszedł” – podsumowuje tę strategię Michał Trela w świetnym tekście na temat istoty kontrowersji wokół RB Lipsk.

Na tym chyba zawsze polegał problem: Rasenballsport Lipsk to drużyna wymyślona równie precyzyjnie, jak jej nazwa. Jej zachwycający – jasne, nie wczoraj, kiedy wydawała się sparaliżowana perspektywą będącego na wyciągnięcie ręki finału – styl gry nie był efektem przekonania (skądinąd w dzisiejszych czasach jednego z najsłuszniejszych), że stanowi najskuteczniejszą drogę do sukcesu w nowoczesnym futbolu. Nie: chodziło raczej o marketingową kalkulację, w której sposób gry w piłkę nożną powinien jak najściślej korespondować z reklamowanym przez drużynę produktem. Zawodnicy RB Lipsk mieli na boisku biegać tak szybko, jak wysoko latali skoczkowie narciarscy w kaskach reklamujących ten sam energetyk, albo jak mknęli po torze kierowcy Formuły 1 z ich zespołu. Trudno nie myśleć, że decyzja o tym, że mają tu grać sami młodzieńcy, a na ławce trenerskiej zasiadać energiczny żółtodziób, brała się z przekonania, że z takimi właśnie może się utożsamić grupa docelowa. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że trafia do niej przekaz, w którym drogę do sukcesu zapewnia pragmatyzm, umiarkowanie czy kolosalne doświadczenie, dzięki któremu osiągnęło się w życiu niejeden już sukces. Że mogą tu grać albo trenować zawodników rutyniarze po wielu przejściach, z twarzami, na których zmarszczki są efektem nie tylko zwycięskich uśmiechów, ale również strapień, jakie niosą nieuniknione przecież porażki.

Nie wiem, czy wyrażam się dostatecznie jasno. Droga Paris Saint-Germain na upragnione szczyty europejskiego futbolu była o wiele pospolitsza, pieniądze w nią zainwestowane – nieporównywalnie większe, a intencje inwestujących w drużynę szejków – porównywalnie niskie („soft power” kontra „soft drink”, podsumował ktoś wczoraj na Twitterze). Może chodzi właśnie o tę jawność intencji, która w przypadku Paryżan pozostawała zawsze na wierzchu, a może też o to, że tam mieliśmy do czynienia z inwestycją w jednej z europejskich stolic, będącej zwykle symbolem tego, co najmodniejsze, najbardziej szykowne, a czasem najbardziej krzykliwe (o, jakże Neymar pasuje do tego wizerunku…) – w sumie na bajeczkę o kibicowaniu PSG nigdy nie potrafiłbym się dać nabrać.

Z Lipskiem było inaczej: syreni śpiew pressingu drużyny Nagelsmanna, jej zuchwalstwo i młodość, działały na mnie z wyjątkową intensywnością, a jeszcze usiłowałem dopisać sobie do niej opowieść o podnoszeniu z upadku futbolowej ziemi niczyjej. Innymi słowy: był to produkt skrojony idealnie pode mnie. Nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że od dawna nie należę do grupy docelowej, na której zależy jej właścicielom – moja podatność na wdzięki Upamecano, Nkunku, Sabitzera, Poulsena, a przede wszystkim Nagelsmanna, była kolosalna.

W sumie to czuję jakiś rodzaj ulgi, że ich wczoraj sparaliżowało. Że popełnili tyle błędów, zwłaszcza na własnej połowie. Że w końcu wyglądali na wygazowanych. Łatwiej się było wyzwolić z tego zauroczenia. Zobaczyć, że spojrzenie rzekomego zbawiciela jest puste.

Myśl o tym, że Paris Saint-Germain może wygrać Ligę Mistrzów nie niesie, rzecz jasna, pocieszenia. Ale to już inny temat. Największe wrażenie w kaplicy San Brizio robi przecież Sąd Ostateczny.

Za dużo myśli Pepa Guardioli

1. To było może najciekawsze szesnaście minut w historii futbolu ostatniej dekady. 6 maja 2015 roku prowadzony przez Pepa Guardiolę Bayern grał z Barceloną Luisa Enrique. Katalończycy z Messim, Suarezem i Neymarem w składzie byli wówczas – jak mówił w przedmeczowych rozmowach z mediami trener Bawarczyków – najgroźniej kontratakującą drużyną świata, a sam Messi znajdował się u szczytu swoich możliwości. „Nie ma takiego trenera, ani takiego defensywnego systemu, który potrafiłby go powstrzymać” – deklarował Guardiola. I przed meczem przeciwko swoim niedawnym podopiecznym zmienił ustawienie Bayernu.

Kilka miesięcy wcześniej, po ligowej porażce 4:1 z Wolfsburgiem, zapisał na tablicy w swoim gabinecie kilkupunktowy zestaw zasad, z których wynikało, że na boisku jego drużyna zawsze potrzebuje dwóch napastników przeciwko czwórce obrońców, a do tego dodatkowego zawodnika w pomocy i dodatkowego zawodnika w obronie. Gdyby miał zostać wierny tym regułom, powinien w starciu z grającą w systemie 4-3-3 Barceloną postawić na formację 4-4-2. On jednak uznał, że w przypadku tego rywala normalne reguły nie obowiązują i wystawił przeciwko Messiemu, Neymarowi i Suarezowi trójkę indywidualnie kryjących obrońców. „Barça przyzwyczajona jest grać przeciwko drużynom głęboko cofniętym – streszcza jego ówczesne rozumowanie Jonathan Wilson w mającym się wkrótce ukazać po polsku „Dziedzictwie Barcelony” – a w efekcie większość jej piłkarzy może rozgrywać piłkę nieniepokojona. Zostawiając z tyłu tylko trzech obrońców, Guardiola miał w polu aż siedmiu zawodników, którzy mogli naciskać rywali, grając jak najwyższym i jak najintensywniejszym pressingiem”.

Ów plan – któremu w teorii nie sposób było niczego zarzucić: był nie tylko logiczny, ale świeży, inspirujący i z pewnością zaskakujący dla przeciwnika – kompletnie się nie powiódł. Barcelona od pierwszej minuty szturmowała na bramkę Bayernu i zmarnowała dwie świetne okazje, aż wreszcie Guardiola się poddał: przesunął Juana Bernata z lewej pomocy na prawą obronę i wrócił do ustawienia 4-3-3. Jego piłkarze zaczęli kontrolować grę, szarże rywala ustały, do 77. minuty nie padła ani jedna bramka, później jednak – po stracie tegoż Bernata – Messi zdobył pierwszego gola, później ograł Boatenga i dołożył drugiego, a w doliczonym czasie gry Neymar strzelił trzeciego i losy dwumeczu zostały przesądzone już w pierwszym spotkaniu (w rewanżu, grający w ustawieniu 4-4-2 Bayern wygrał 3:2).

„Można się zastanawiać, czy prawdziwym powodem klęski nie była taktyka przyjęta przez Bayern w pierwszym kwadransie – pisze Wilson. – Czy Bernat tak łatwo dałby sobie odebrać piłkę, gdyby nie był wykończony? Nawet rzut rożny, po którym Barcelona wyprowadziła swoją kontrę wziął się z tego, że – znużeni? – Bawarczycy pozwolili rywalom na wybicie piłki. No i czy Boateng miałby nogi jak z waty, gdyby wcześniej nie musiał uganiać się za rywalami? Z pewnością mniej zmęczony Bayern pilnowałby uważniej Rakiticia, kiedy Chorwat zagrywał do Messiego tuż przed zdobyciem drugiego gola dla gospodarzy. A gdyby nie przegrywał 2:0, nie próbowałby tak desperacko strzelić bramki kontaktowej i nie zostawiłby tyle wolnego miejsca za linią obrony, co tak bezlitośnie wykorzystali Messi z Neymarem przy trzecim golu”.

2. Nie był to jedyny przypadek, w którym Guardiola kombinował z ustawieniem na mecz Ligi Mistrzów. W trzecim sezonie w Monachium szukał nowych rozwiązań w dwumeczu z Atletico, w pierwszym spotkaniu nieoczekiwanie sadzając na ławce Thomasa Mullera. W pierwszym sezonie dał się rozgromić Realowi, a nagłe odejście od ustawienia 4-2-3-1 i wybór formacji 4-2-4 aż do wczoraj uważał za „największą kurewską wtopę w karierze”; cofnięty głęboko Real postawił na kontry i wygrał 4:0. Już w Manchesterze City, próbując odrobić straty z pierwszego spotkania z Liverpoolem w kwietniu 2018 roku, Guardiola zestawił drużynę w coś w rodzaju 3-1-4-2 – i choć nie tylko na papierze, ale przez 45 minut na boisku, wydawało się to świetnie wymyślone, to później sędziowie niesłusznie unieważnili drugiego gola dla City, Pepowi puściły nerwy, został odesłany na trybuny i przegrał po raz kolejny. Historia jego klęsk w Lidze Mistrzów obejmuje także ubiegłoroczną porażkę z Tottenhamem (prawda, że niemały udział w sukcesie zespołu Mauricio Pochettino miał wówczas VAR), a w pierwszym sezonie w Manchesterze – także z Monaco.

Zazwyczaj jednak – zupełnie inaczej niż wczoraj – przyczyną jego klęsk było ortodoksyjne przywiązanie do filozofii ofensywnej i próby zmieszczenia w wyjściowej jedenastce tak wielu zawodników grających do przodu, jak to tylko możliwe. „Wystawiał defensywnych pomocników w obronie, kreatywnych rozgrywających jako bocznych obrońców, zawodników wszelkiej maści jako fałszywe dziewiątki i próbował wszystkich możliwych ustawień, żeby upchnąć w składzie jeszcze jednego ofensywnego pomocnika” – podsumowywał dziś te próby Michael Cox w „The Athletic”.

3. W meczu z Lyonem było jednak kompletnie inaczej. I znów: samej koncepcji odzwierciedlenia przez jego zespół formacji rywala w teorii niczego zarzucić nie można, w praktyce jednak zestawiona defensywnie drużyna Manchesteru City straciła tempo i rytm, a później zapłaciła wysoką cenę za kolejny nieoczekiwany pomysł trenera. 

Owszem: szczelność defensywy zawsze była problemem Manchesteru City, a i jego Bayern w starciach z silniejszymi rywalami potrafił tracić sporo bramek, przedwczorajszy przykład Bawarczyków pod wodzą Hansa-Dietera Flicka, gromiących Barcelonę mimo nieszczelnej przecież obrony własnej, pokazuje jednak, że nad słabościami trenowanej przez siebie drużyny da się przejść do porządku dziennego. Owszem: w drugiej połowie meczu z Lyonem dominacja piłkarzy Guardioli była niepodważalna, City stwarzało mnóstwo sytuacji, a po zdobyciu wyrównującej bramki wydawało się, że kolejny gol dla przybyszów z Anglii wisi w powietrzu. Owszem: i tym razem można narzekać na decyzje sędziów oraz na nieskuteczność własnych piłkarzy (szczególnie na arcypudło Sterlinga w końcówce, które powinno przynieść kolejne wyrównanie i jeszcze raz odwrócić losy meczu), ale nie sposób nie zauważyć, że zryw piłkarzy Guardioli nastąpił jednak zbyt późno, a wcześniej zamiast zneutralizować mocne strony rywala Manchester City zneutralizował swoje.

4. O tym, że Pep Guardiola przekombinowuje w kluczowych meczach Ligi Mistrzów piszą dziś wszyscy – Rafał Stec mistrzowsko nazwał to „zbyt pięknym umysłem”. Jak to z wizjonerami i geniuszami bywa: czasami problemem jest to, że napędza ich wizja nieustannego rozwoju; widzą zbyt wiele możliwości i nie potrafią się zdecydować na tę w danym momencie najwłaściwszą albo nie chcą zbyt długo pozostawać przy formule, która gwarantowała sukces do tej pory. Wypada jednak zauważyć, że za każdą nieoczekiwaną zmianą, dokonaną przez Guardiolę przed meczem Ligi Mistrzów, stały solidne argumenty; że patrząc nieuprzedzonym okiem, bez znajomości wyniku końcowego danego meczu, można zrozumieć przyczyny, dla których decydował się na ich przeprowadzenie.

Z całą pewnością niesprawiedliwe jest także opisywanie wszystkich tych zmian w jednym tekście bez kontekstu dziesiątków i setek meczów, w których koncepcje Pepa okazywały się niezrównane, a drużyny wcielające je w życie grały może najpiękniejszy futbol naszych czasów (pamiętacie jeszcze spotkanie Bayernu Guardioli z Manchesterem City w fazie grupowej Champions League, z października 2013, z tamtą sekwencją 94 podań wymienionych w ciągu trzech i pół minuty?). Czy ocena całego sezonu albo całego pobytu szkoleniowca w danym klubie może zostać ograniczona do jednego nieudanego spotkania pucharowego, skoro wcześniej były kaskady zwycięstw, setki koronkowych akcji, pięknych bramek, indywidualnych i drużynowych rekordów, innowacyjnych rozwiązań taktycznych i widocznego gołym okiem rozwoju poszczególnych piłkarzy?

To kolejny aspekt dotkniętego już wczoraj problemu futbolu epoki superklubów, które mistrzostwa lub w najgorszym razie wicemistrzostwa kraju mają podane na tacy i w związku z tym miarą sukcesu lub klęski ich szkoleniowców jest bój o triumf w Lidze Mistrzów, w przypadku Guardioli (podwójnego triumfatora tych rozgrywek z Barceloną, przypomnijmy) od dziewięciu już lat nieudany.

5. Nie wykluczam, że Pep Guardiola, ze swoim wizerunkiem intelektualisty (te ciuchy, tak niepasujące do stereotypowego wyobrażenia piłkarskiego trenera, ta wciąż nienaganna figura, to wyrafinowanie i żywość gestykulacji przy linii, to myślące spojrzenie…), jest dla wielu widzów i uczestników futbolowego cyrku zwyczajnie wkurzający. Nie wykluczam, że to dlatego z niejednego dzisiejszego komentarza po meczu MC z Lyonem pobrzmiewa satysfakcja, że to w sumie fajnie, że temu mądrali znów powinęła się noga.

Jestem, rzecz jasna, jak najdalszy od tej satysfakcji. Wczoraj z Lyonem, podobnie jak rok temu z Tottenhamem na przykład, kolejny raz zobaczyłem ów niewielki margines błędu, którego przekroczenie o centymetr przez jednego zawodnika (czy Sterling mimo pamiętnego niecelnego strzału nie należał do najlepszych na boisku?) zdecydowało o ocenie całego sezonu – i wszystko się we mnie buntowało. Choć z drugiej strony pomyślałem też, że w autentycznym intelektualizmie Guardioli (w świecie pozafutbolowym miłośnika poezji, filmu i muzyki) może być także pewien niepokojący rys.

Skonfliktowany z nim w Barcelonie Zlatan Ibrahimović określał Guardiolę mianem „przestraszonego mędrka, niezdolnego nawet spojrzeć mi w oczy” i choć w tamtym głośnym konflikcie zawodnik-trener mnóstwo racji miał ten ostatni, to z autobiografii „Ja, Ibra”, zapamiętałem obserwację Szweda, że w Barcelonie było „jak w szkole”, gdzie „najlepsi piłkarze świata stali ze spuszczonymi głowami”, przypominając uczniów. W „Dziedzictwie Barcelony” Wilson z kolei podkreśla bezradność piłkarzy Manchesteru City eliminowanych z Ligi Mistrzów przez Liverpool, gdy po wyrzuceniu Guardioli na trybuny zostali pozbawieni jego hiperaktywnego mikrozarządzania meczem przy linii bocznej. Jeżeli ów Guardiola-myśliciel z trudem toleruje w drużynie niepokorne osobowości (przed Zlatanem z Barcelony pozbywał się np. Ronaldinho czy Eto’o), to w sytuacji kryzysowej na boisku grupa wyszkolonych przezeń prymusów zaczyna panikować, rezygnując z samodzielnego poszukiwania rozwiązań, które może przyniosłyby efekt, gdyby za plecami czuli obecność kogoś mniej programującego ich rzeczywistość w każdym detalu, za to bardziej owładniętego czystym instynktem wygrywania.

6. Wiele razy w ciągu ostatnich ośmiu lat, a więc – podkreślam – już po tym, jak zbudował w Barcelonie najlepszą klubową drużynę XXI wieku, miałem wrażenie, że wymyśla piłkę na nowo, że przesuwa granice tego, co w niej możliwe, a piękno futbolu trenowanych przez niego drużyn ociera się o transcendencję. Co jakiś czas jednak natrafiał na drużynę szybszą i grającą bardziej fizycznie, jego obrońcy gubili się i w ciągu parunastu minut dawali sobie wbić kilka bramek, a jego napastnicy tymczasem nie trafiali do siatki w sytuacji, gdy celny strzał wydawał się najprostszym, jedynym wręcz rozwiązaniem. Potraficie po tym wszystkim ocenić go sprawiedliwie?

Barcelona, menos que un club

Ten klub w ciągu kilku ostatnich lat przeżywał tyle spektakularnych porażek, że z ogłaszaniem końca epoki akurat w sierpniu 2020 wypadałoby być ostrożnym. Choć ostatnio rok w rok odpadali z Ligi Mistrzów, choć na temat wygrywania ligi hiszpańskiej można by mówić, że udawało się tylko wtedy, kiedy kryzys Realu okazywał się jeszcze głębszy, choć pieniądze uzyskane z transferu Neymara roztrwonili na sposób w świecie futbolu niemalże przysłowiowy i choć po odejściu Luisa Enrique obaj kolejni trenerzy po jakimś czasie przestawali dawać sobie radę z coraz bardziej toksyczną szatnią, to przecież wciąż grał tu najlepszy piłkarz świata, a co pewnie ważniejsze: z punktu widzenia księgowych interes kręcił się w sposób fantastyczny. Jasne: drużyna starzała się coraz bardziej – wczoraj w meczu z Bayernem średnia wieku wyjściowej jedenastki dobiegała trzydziestki i była bodaj najwyższa w historii występów Barcelony w Lidze Mistrzów, jasne, wykruszali się gracze złotego pokolenia – dziś, obok Messiego zostali już tylko Pique i będący cieniem siebie z czasów, gdy wchodził dopiero do drużyny Pepa Guardioli, tracący piłkę za piłką i nienadążający za rywalami Busquets – ale co jakiś czas Argentyńczyk wykręcał jakąś magiczną akcję w stylu tej z Napoli i znów mogło się wydawać, że jakoś to będzie, że kolejny kosztowny transfer w końcu doprowadzi do przełomu, a trener, zawsze będący ze słusznego ideowo, krujfiańskiego korzenia, znajdzie wspólny język z zawodnikami, a jeśli nie, no to trudno: bez trudu znajdzie się na jego miejsce następnego.

Widzę oczywiście: tym razem wydaje się, że jest inaczej niż wtedy, gdy przegrywali z Juventusem 3:0 w 2017 r. (a wcześniej z PSG 4:0, w spotkaniu, po którym Barça zdołała jednak odrobić straty, rozgrywając jeden z najsłynniejszych meczów w dziejach Champions League), gdy Roma wygrywała z nimi 3:0 w 2018 r., a Liverpool 4:0 rok później. Tym razem już sami piłkarze, nareszcie sprawiający wrażenie wstrząśniętych i zmieszanych, przestali udawać, że doszło do jeszcze jednego wypadku przy pracy. „Klub potrzebuje zmian i nie mówię tu o trenerze czy piłkarzach” – mówił po klęsce z Bayernem bliski płaczu Gerard Pique, dodając, że jeśli w drużynie potrzeba będzie świeżej krwi, gotów jest odejść dla jej dobra. A najważniejszy w zespole Messi już dobrych kilka tygodni temu – gdy Katalończycy dali się wyprzedzić Realowi w walce o mistrzostwo Hiszpanii – przyznawał, że Barcelona wygląda jak zespół, który chce, ale z jakiegoś powodu nie może. „Musimy zacząć od nowa, wszystko, co zrobiliśmy od stycznia, było okropne. Graliśmy nierówno i słabo, z niską intensywnością, brakowało nam motywacji” – narzekał kapitan i najlepszy gracz w dziejach klubu po porażce z Osasuną, proroczo dodając, że z taką grą nie mają co myśleć o wygrywaniu Ligi Mistrzów.

W starciu z Bayernem Barcelona momentami przypominała drużynę oldbojów, omyłkowo uczestniczących w rywalizacji nie z podobnymi sobie weteranami piłki, a z zespołem spragnionym sukcesu i mającym mnóstwo do udowodnienia. Drużynę oldbojów, owszem: wciąż obdarzonych świetną techniką, ale mających oczywiste braki we wszystkich innych dziedzinach piłkarskiego arsenału, a przy tym na tyle rozleniwionych, by przechodzić do porządku dziennego nad całymi seriami niechlujnych podań prosto do rywala (nie do uwierzenia, ale przodował w tym świetnie przecież grający nogami ter Stegen). Problem w tym, że ów rywal ani myślał być wyrozumiały: ustawiony wysoko i bardzo ciasno, odbierał piłkę już na połowie Barcelony i stwarzał sobie dzięki temu okazję za okazją. Kto widział, ten wie: wynik dwucyfrowy nie byłby wcale zaskoczeniem. Momentami to Bayern wydawał się przypominać Barcelonę z najlepszych czasów Guardioli.

O dekadencji i dezintegracji, jaka ogarnęła zespół ze stolicy Katalonii kiedy stał się kapitalistycznym superklubem, napisał dziś w „Guardianie” Jonathan Wilson i nie od rzeczy pewnie będzie powiedzieć przy okazji, że niżej podpisany zakończył właśnie pracę nad przekładem jednej z ostatnich książek tego autora, „Dziedzictwa Barcelony” (ukaże się nakładem wydawnictwa SQN). Zapewne: sednem problemu są wieloletnie błędy w zarządzaniu, które można tolerować w związku z tym, że ekonomicznie wszystko wydaje się być w najlepszym porządku i że w świecie współczesnej piłki Barcelona jest już instytucją tak potężną, że niezależnie od tego, jak ślamazarnie graliby jej zawodnicy przez duże fragmenty sezonu, i tak zdobędą mistrzostwo lub wicemistrzostwo kraju, a w Lidze Mistrzów grać będą do wiosny, łudząc kibiców nadzieją, że może tym razem się uda. Wilson pisze o horrendalnym marnotrawstwie: o tym, że w ciągu ostatniej pięciolatki klubowy zarząd puścił z dymem blisko miliard euro na transfery, a ci przecież ci najdrożsi – Griezmann, Dembele, de Jong, Coutinho – albo wczoraj pełnili rolę rezerwowych, albo niczym się nie wyróżnili, albo… strzelali gole dla rywala.

Warto przy okazji zauważyć, że kultura celebryctwa, która w Barcelonie zaczęła się wraz z megatransferami Neymara i Suareza, w znacznym stopniu przyczyniła się do osłabienia klubowej tożsamości; że to, iż Messi i Suarez od lat czują się zwolnieni z zaangażowania w grę obronną, nie jest tylko kwestią ich wieku, ale także statusu megagwiazd, jaki szanują także kolejni, coraz mniej charyzmatyczni szkoleniowcy. Pochodną kultury celebryctwa jest również to, że pozycja każdego z tych trenerów wydaje się słabsza niż nietykalnej grupy trzymającej władzę w szatni. I to, że bodaj ostatni ponadprzeciętnie utalentowany wychowanek La Masii, Thiago Alcantara był, owszem, jednym z najlepszych graczy drugiej linii we wczorajszym spotkaniu, ale – podobnie jak Coutinho – grał dla Bayernu. Stawianie na pracę u podstaw, szkolenie kolejnych generacji zdolnych wychowanków, mimo szumnych frazesów klubowych włodarzy od dawna nie jest w Barcelonie priorytetem. Ktokolwiek nadejdzie po Quique Setienie – a że nadejdzie, wydaje się przesądzone – nie zdziała cudów w kwestii odwrócenia tego trendu. Kiedy Pep Guardiola przejmował drużynę, miał już Xaviego i Iniestę, którym szansę dawał jeszcze Luis van Gaal, ale wprowadzał do zespołu także Pique, Busquetsa czy Pedro. Ich następców w akademii nie widać.

Klęski tej skali, co wczorajsze 8:2, bywały w dziejach futbolu dobrym początkiem niejednej rewolucji. Gdzieś w jakimś gabinecie prezesa, pokoju zajmowanym przez trenera, w piłkarskiej szatni czy choćby w pokoju na buty zbierała się gromada myślących trzeźwo i samokrytycznie mężczyzn i przygotowywała niezbędny plan naprawczy. Zdarzało się to jednak w dawnych dobrych czasach, kiedy w klubach pozwalano sobie na myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższy rok finansowy. Tłumacząc „Dziedzictwo Barcelony” myślałem często, że potęga wizji Cruyffa, a potem pasmo sukcesów, jakie Guardiola i Messi zapewnili drużynie z Katalonii, zadziałały także paraliżująco na tych, którzy przy pierwszej próbie nieśmiałego wprowadzania zmian w stylu gry czy personaliach, bywali oskarżani o odstępstwo od jedynie słusznej linii i traktowani jak heretycy. Owszem, wyobrażam sobie, że – podobnie jak niedawno Juventus Pirlo – Barcelona ze względów wizerunkowych zatrudni teraz Xaviego, który również nie doprowadzi do trzęsienia ziemi, ale nawet gdyby kolejnym trenerem Blaugrany miał zostać niemający takich obciążeń Mauricio Pochettino, i on będzie miał związane ręce. 

W epoce superklubów wstrząśnięci i zmieszani piłkarze szybko odzyskują równowagę po klęsce, klubowemu zarządowi przynosi się na tacy głowę trenera, a kiedy już warunki umowy z nim zostaną uzgodnione, myśli się o uspokojeniu nastrojów wśród fanów jakimś spektakularnym transferem. Co byście powiedzieli na spotkanie Messiego i Ronaldo w jednym klubie?

Pirlo jest pod wrażeniem

Nie śpię drugą noc, bo boję się o Pirlo. Dziwna rzecz: przecież nie oglądam na co dzień ligi włoskiej, losy Juventusu obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, a kiedy zdarza mi się spędzać zimę w Kalabrii, sprawdzam raczej wyniki Crotone, od chwili jednak, gdy gruchnęła wiadomość, że władze turyńskiego klubu rezygnują z usług Maurizio Sarriego i powierzają drużynę właśnie jemu, kompulsywnie zaczytuję się w wieściach z Italii.

Teoretycznie w tej układance pasuje wszystko. Pirlo zna Juventus od podszewki, oczywiście: dłużej grał i więcej wygrywał w Mediolanie, ale to Turyn był jego ostatnim włoskim przystankiem w karierze futbolisty. Cztery razy wygrywał tu mistrzostwo kraju, jest ikoną i ambasadorem Bianconerich nie tylko dlatego, że zawsze gdy wkładał klubowy garnitur, wyglądał jak ambasador, a nie jak futbolista. Kiedy jeszcze grał w piłkę, wydawało się, że z przebiegu boiskowych wydarzeń rozumie najwięcej: że czyta grę lepiej niż niejeden zasiadający na ławce trenerskiej szkoleniowiec i że aby zrozumieć, co trzeba w danym momencie zrobić, nie tylko nie musi biegać, ale czasami nawet patrzeć – pamiętacie przecież jego słynny no-look pass do Grosso w półfinale mundialu z Niemcami. Jego boiskową postawę również opisywano pojęciami kojarzonymi tyleż z genialnymi rozgrywającymi, co z trenerami właśnie: bywał Pirlo mózgiem drużyny, bywał reżyserem, bywał architektem. Co oczywiste: sprawiał, że biegający wokół niego młodsi koledzy stawali się lepsi. To, że w końcu znudzi mu się dolce vita na łonie rodziny wśród winnic, można było przewidzieć, zresztą o tym, że obejmie młodzieżówkę Juventusu poinformowano już ponad tydzień temu. A że w roli szkoleniowca nie ma najmniejszego doświadczenia, nie jest przecież argumentem przesądzającym: są takie kluby, nawet wśród największych, gdzie żółtodzioby radziły sobie doskonale (Guardiola, kiedy obejmował pierwszą drużynę Barcelony, miał za sobą ledwie rok pracy z rezerwami, Zidane pracował dwa lata z rezerwami Realu).

No właśnie. Guardiola pracował rok, Zidane dwa lata, a Pirlo swoją umowę o prowadzenie zespołu U-23 podpisał z Juventusem zaledwie dziewięć dni temu i nie poprowadził jeszcze turyńskiej młodzieży w ani jednym meczu. O tym więc, ile potrafi jako szkoleniowiec, nie wie nikt, a z pewnością nie wie zatrudniający go Andrea Agnelli. Owszem, uczęszczał na zajęcia w Coverciano, słynnej akademii trenerskiej na przedmieściach Florencji, ale znający go lepiej twierdzą, że zrobił to bardziej z nudów, i że dopiero niedawno zawładnęła nim idea pójścia w ślady dawnych kolegów z boiska, Gattuso, Nesty czy Inzaghiego. Sposób, w jaki sam o tym opowiada – że od pewnego czasu lubi wyobrażać sobie przed snem, jak mógłby zestawić drużynę na boisku – nie rozwiewa bynajmniej niepokoju. Czy sam fakt, że był jednym z najważniejszych piłkarzy naszych czasów, wystarczy, by poradził sobie w klubie, który – jak pokazał przykład Sarriego – nawet zdobycia mistrzostwa kraju nie uznaje za wystarczający powód, by utrzymać się na stanowisku (kibicowi Tottenhamu nie może się w tym momencie nie przypominać zwolnienie Harry’ego Redknappa, który wprawdzie jako pierwszy awansował z drużyną do Ligi Mistrzów, ale z pewnością nie prezentował się przy linii bocznej i na konferencjach prasowych równie efektownie jak jego o wiele młodszy, przystojniejszy i bardziej elokwentny, cóż z tego że mniej skuteczny następca Andre Villas-Boas)?

W świecie superklubów cierpliwość jest ostatnią cechą właścicieli, wyniki muszą przychodzić natychmiast – a zwłaszcza wyniki w Lidze Mistrzów, skoro rozstrzygnięcie rozgrywek krajowych coraz częściej jest kwestią wyboru między dwoma, góra trzema zespołami. Juventus z sierpnia 2020 roku – o czym z pewnością bardziej szczegółowo zdadzą sprawę lepsi fachowcy ode mnie – jest drużyną w przebudowie. Wymaga nie tylko inwestycji w nowych zawodników, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej linii, którą kiedyś tak skutecznie patrolował właśnie Pirlo – potrzebuje też trudnych decyzji dotyczących przyszłości zatrudnionych tu rutyniarzy, z których skądinąd niejeden dobrze pamięta nowego trenera z boiska.

Nie śpię więc drugą noc, bo bardzo się boję, że jego przygoda z trenerką skończy się katastrofą, która zrujnuje jeden z najpiękniejszych, a przynajmniej najsilniej przemawiających do mnie – nie ukrywajmy: mężczyzny w średnim wieku – wizerunków w świecie współczesnego futbolu. Od razu mówię: nie chodzi mi o rujnację wizerunku, który tak skutecznie był wykorzystywany w kontraktach reklamowych, a dzięki któremu nieco zdystansowany, trochę nieobecny, jakby myślami będący przy rozwiązywaniu jakichś nierozwiązywalnych problemów filozoficznych 41-letni dziś brodacz o melancholijnym spojrzeniu mógł zostać twarzą tylu świetnie sprzedających się produktów i marek – choć na marginesie nie mogę nie zauważyć, że David Beckham zapewne wie, co robi, nie biorąc się pochopnie za trenowanie. Chodzi mi o rujnację wizerunku tamtej ikony futbolu, o której Jonathan Wilson pisał niegdyś, że odsyła do świata sepiowych fotografii, gdzie w piłkę grywali nigdzie się niespieszący, dystyngowani mężczyźni, bardziej muskający futbolówkę niż walący w nią z całej siły. Doprawdy, po tym, jak przez tyle lat ukochiwałem elegancję jego kilkudziesięciometrowych podań z głębi pola, nie chciałbym teraz patrzeć, jak ciska butelką czy wykłóca się z sędziami przy linii bocznej, a jeszcze bardziej: nie chciałbym patrzeć na Andreę Pirlo, którego drużyna jest bezlitośnie ogrywana przez jakichś pragmatyków i spryciarzy spod znaku futebol de resultados.

No dobrze, ale czy to nie jest aby świadectwo jakiejś fundamentalnej niedojrzałości? Cóż to właściwie znaczy, że nie śpię drugą noc, zamartwiając się nie wzbieraniem kolejnej fali koronawirusa albo jeszcze jedną rozpętywaną w ojczyźnie krucjatą, ale tym, że ów znajdujący się być może u progu kryzysu wieku średniego, a w związku z tym gwałtownie rozglądający się za nadaniem swojemu życiu nowego sensu były piłkarz nie oparł się pokusie wychylenia zatrutego kielicha, jakim prawie zawsze okazuje się propozycja podjęcia pracy trenerskiej w jednym z największych klubów świata? Przecież nawet jeśli powinie mu się noga – a powinie się niemal na pewno, bo taki jest już porządek tego świata – będzie miał gdzie wrócić i nawet dla mnie, co przyznaję w ostatniej może chwili trzeźwości, na zawsze pozostanie tamtym registą, co to na boisku – wedle jego własnych słów – przypominał zwykle wędrownego Cygana.

Myślcie sobie, co chcecie. O swojej miłości do Pirlo czy – jak zechciał przypomnieć poprzedniej nocy również niemogący zasnąć Michał Trela – do idei Pirlo, pisałem na łamach „Kopalni” przed czterema laty. Jedyne, co mogę w tym momencie dodać, to że ta miłość nie wydaje się słabsza. Tak naprawdę cholerny szczęściarz z tego Andrei.

Pochettino kupił czas

Nie, tym razem nie będę narzekał, że rywal słaby, bo z dużo słabszymi w tym sezonie potrafił Tottenham nie wygrywać. Nie będę również zaczynał od przypominania, że Liverpool zawiesi w niedzielę poprzeczkę o wiele wyżej, bo wszyscy o tym pamiętają. Nie będę nawet marudził, że około trzydziestej minuty drużyna gospodarzy spuściła z tonu i Crvena Zvezda zdołała wypracować sobie kilka dobrych okazji, bo ostatecznie żadnej z nich nie wykorzystała. Dokładnie czegoś takiego Mauricio Pochettino i jego piłkarze potrzebowali, by znów, choć przez parę dni, móc oddychać pełną piersią. Odrobiny szczęścia, owszem, ale także trafionej decyzji o ustawieniu (czemuż, ach czemuż, Maurycy, zaczynałeś mecz z Watfordem trójką środkowych obrońców, a potem kazałeś nam patrzeć na 45 minut gry sterylnie pozbawionej kreatywności?) i o doborze personelu. Zdecydowania w pressingu (Son zawdzięcza mu drugą bramkę, którą strzelił z podania odbierającego wcześniej piłkę Marinowi Ndombele). Waleczności (jej symbolem był, jak to często bywa, Lamela, skutecznie próbujący wślizgu na połowie rywala nawet w przedostatniej minucie meczu). Szybkości (tu prym wiódł, oczywiście, Son). Boiskowej inteligencji (jej z kolei wzorem był Kane, często robiący miejsce wbiegającym kolegom, cofający się po piłkę i rozgrywający ją z precyzją i nonszalancją człowieka, który chciałby w końcu zostać porównanym do Andrei Pirlo). Tego, że stwarzane sytuacje przekładają się na bramki, czyli skuteczności po prostu.

No więc nie będę narzekał, że rywal słaby. Ucieszę się, że w dwusetnym meczu dla Tottenhamu Lamela najpierw zaliczył dwie asysty, potem groźnie strzelał, aż w końcu zdobył bramkę. Że Sissoko z Ndombelem harowali w środku pola (dla tego ostatniego był to z pewnością najlepszy mecz z dotychczas rozegranych w Tottenhamie). Że Davies dobrze asekurował Vertonghena, a potem Sancheza. Że na dziesięć minut pojawił się Lo Celso. Że Kane’owi brakuje już tylko jednej bramki, by stać się trzecim na liście najlepszych strzelców w historii klubu. Nade wszystko: że ci, którzy w ciągu ostatnich tygodni wyglądali na pozbawione krwi, kości i mięsa upiory, dziś mieli w sobie tyle życia. I że znów poczuli, jak smakuje zwycięstwo.

Sporo się mówi na ostatnich konferencjach prasowych Pochettino o styczniu: Argentyńczyk zapewniał dopiero co dziennikarzy, że wcale nie zamierza dokonywać w jego trakcie czystek w składzie (coś takiego wypsnęło mu się po odpadnięciu z Pucharu Ligi w Colchester). Trudno się dziwić, skoro do stycznia zostało jeszcze ponad dwa miesiące, które trzeba przepracować z tymi, których chciałoby się już od drużyny odsunąć – a są to w dodatku jej tak bardzo wpływowi członkowie. W sumie największa radość z takiego zwycięstwa jak dzisiejsze polega więc na kupieniu czasu. Na adaptację i całkowite wyleczenie zawodników, którzy zostali kupieni tego lata. Na poszukanie kolejnych wzmocnień (bez upgrade’u na prawej obronie się, niestety, nie obejdzie). Na wdrożenie jeszcze raz, z nową energią nowych ludzi, rutyny, która zrosła się w ciągu pierwszych sezonów Pochettino w Tottenhamie z jego przepisem na sukces, czyli gry pressingiem. W końcu także: na pożegnanie z tymi, którzy już swoje w północnym Londynie odpracowali, i nawet jeśli mają już głowy gdzie indziej, to naprawdę zasługują na to, by wspominać ich ciepło i z sentymentem.

Po dzisiejszym zwycięstwie wygląda na to, że Mauricio Pochettino jeszcze się wśród nich nie znajdzie.

PS A przy okazji wypada rozstrzygnąć konkurs ogłoszony w poprzedniej notce. Wydany przez SQN „Nowy wspaniały świat” Guillema Balague’a o czasach Mauricio Pochettino w Tottenhamie otrzymają: Mateusz Banaszak, Bartosz Ryt, Anna Olchówka, Wojciech Kuczera i Jacek Głomb. Drogą mailową poproszę zwycięzców o podanie adresu do wysyłki. Cytat pochodził z – fenomenalnej skądinąd – podróżniczej prozy Bruce’a Chatwina „W Patagonii”.

Myśmy wszystko pamiętali

Myśmy wszystko zapomnieli. Myśmy, czyli kibice Tottenhamu oczywiście. Myśmy zapomnieli o czasach, w których nasza drużyna rozsypuje się nagle jak domek z kart. O czasach, w których przegrywa dwoma bramkami z silniejszym i lepszym, rzecz jasna, rywalem. O czasach, w których trener musi podjąć ryzyko, postanawia dokonać ofensywnych zmian i w których cała struktura nagle przestaje istnieć: obrońcy zaczynają podawać pod nogi rywala, a ten nieatakowany korzysta oczywiście z prezentu i strzela gola za golem. Takie rzeczy, owszem, działy się za Tima Sherwooda. Działy się, i to niejeden raz, za Andre Villas-Boasa. Działy się także wcześniej. Wtedy też zaczynało się nieźle, z takim Arsenalem w derbach np., kiedy Adebayor grał już u nas i strzelił nawet bramkę, ale potem obejrzał czerwoną kartkę i wszystko się posypało. Dziś obyło się nawet bez czerwonej kartki. Wystarczyło jedno zagapienie się Auriera, który spóźnił się ze wślizgiem, wystarczyło jedno zagapienie się Winksa… no dobra, nie jedno: kiedy Bayern po błędzie Anglika strzelał swoją czwartą bramkę, miałem już naliczone trzy straty pomocnika gospodarzy na własnej połowie, podobnie długie były notatki na temat ustawiania się prawego obrońcy i piłek adresowanych za jego plecy do Gnabry’ego. Żeby nie było, że ich nie ostrzegali.

Myśmy zapomnieli też o pierwszych trzydziestu paru minutach meczu, które w wydaniu Tottenhamu, a niech tam, niech się ośmieszę, były najlepsze w sezonie. Przed i po golu Sona okazji było jeszcze kilka: bardzo dobrą miał Koreańczyk, bardzo dobrą Ndombele, w sumie piłkarze Pochettino strzelali ośmiokrotnie. Zabójcza precyzja jednego uderzenia Lewandowskiego spowodowała, że pierwsza połowa została przegrana, ale przed drugą sam byłem pełen dobrej nadziei. Pokazali determinację w sobotę z Southamptonem, odrabiali straty także w poprzednim sezonie Ligi MIstrzów, na ławce siedzieli wyposzczeni gry Eriksen, Lucas i Lamela… jeszcze można się było łudzić.

Sami widzicie: kibic we mnie bardzo chciałby wierzyć, że to jeszcze nie koniec. Wystarczy wygrać z Crveną Zvezdą. Wystarczy zagrać dobry mecz w Brighton. Wystarczy jeszcze raz uwierzyć Maurycemu, że jest właściwym człowiekiem, by uczynić Tottenham znów wielkim. Wystarczy dać czas na „bolesną przebudowę”, którą sam przecież w wakacje zapowiadał. Wystarczy poczekać, aż wyzdrowieje Lo Celso i budować ten nowy Tottenham wokół niego.

Piszę i sam nie wierzę w to, co piszę. Widzę, że nie tylko skapitulowali w końcówce: w skali całego meczu również biegali mniej od rywala, a energii w pressingu wystarczyło im na pół godziny. Widzę, jak uparcie ignoruję statystyki: meczów, w których tracili wypracowane w pocie czoła prowadzenie. Meczów, które – nie tylko w tym sezonie, w Premier League feralna forma zaczęła się w styczniu – przegrywali, zwłaszcza na wyjazdach. Meczów, w których nie wracali za rywalem, zostawiając dziurę w środku i obrońców na pastwę szarżujących rywali. Meczów, w których dali sobie wbić na własnym boisku aż siedem goli… ach, prawda, to się nigdy jeszcze nie zdarzyło.

Gdyby spotkanie z Bayernem zakończyło się dwadzieścia minut wcześniej, ignorowałbym to wszystko dalej, i nawet teraz próbuję sobie jeszcze powiedzieć, że skuteczność Bawarczyków była faktycznie nadzwyczajna. Próbuję, ale już nie potrafię, może więc w sumie powinienem być zadowolony, że ktoś mi pozwolił przejrzeć na oczy. Oto, proszę państwa, początek końca ery Pochettino w Tottenhamie. W tym świecie nie dostaje się czasu na przebudowę. Nerwowość i presja będą rosły, piłkarze będą prosić swoich agentów, by sprawdzili im jakieś inne opcje, prezes zacznie się zastanawiać, jak długo taki Allegri czy, uchowaj Boże, Mourinho, pozostaną bezrobotni – cierpliwością nigdy nie grzeszył. Zbyt duże pieniądze wchodzą w grę, zbyt piękny jest ten stadion, ale też zbyt wiele w niego zainwestowano, by pozwolić sobie na przedłużający się kryzys.

Tak naprawdę początkiem końca był przegrany finał w Madrycie, ale o tym napiszę już kiedy indziej. Idę spać. A może to przez ostatnie pięć lat śniłem. Myśmy wszystko zapomnieli? Wręcz przeciwnie: myśmy wszystko pamiętali. „Chłopaki, to jest Tottenham”. Trochę was tu nie było, witajcie.

Noc nad Madrytem

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata.

Nagle urodzona miłość

nie zestarzała się dotąd, nie zwiędła,

i miasto jest mi dzisiaj jak stara legenda,

 w której się śniło, lecz nic nie ziściło

 Józef Łobodowski, Noc nad Madrytem


W telewizji zapewne widać lepiej: twarze zawodników i trenerów, malujące się na nich emocje, radość i rozpacz, powtórki najbardziej efektownych zagrań i tak zwanych kontrowersyjnych momentów. Kiedy oglądasz w telewizji, po paru zaledwie sekundach wiesz, że sędzia miał rację, już w pierwszej minucie finału Ligi Mistrzów dyktując karnego dla Liverpoolu za – owszem, przypadkowe, ale jednak – zagranie ręką francuskiego pomocnika Tottenhamu Moussy Sissoko. Czego w telewizji nie zobaczysz, to zwykłych fanów piłki, którzy na długo po zakończeniu transmisji opuszczają jeszcze stadion i idą długim szpalerem w stronę miasta, zmęczeni i upojeni tym, co właśnie przeżyli, równie mocno jak piłkarze, a pewnie jeszcze mocniej, bo kiedy wdajesz się z nimi w rozmowę, słyszysz, ile dni i godzin spędzili w podróży i ile mają jeszcze przed sobą. Kiedy rozmawiasz z przegranymi, możesz nawet odnieść wrażenie, że przeżywają klęskę bardziej niż ci, których wspierali, a którzy może myślą już teraz o zasłużonych wakacjach albo nawet, kto wie, o zmianie klubu na taki, w którym po sukces idzie się prostszą drogą. Wrażenie to nie zostaje z tobą jednak zbyt długo: po pierwsze, interesujesz się piłką na tyle długo, by wiedzieć, że nawet jeśli są świetnie opłacani i żyją w wieżach z kości słoniowej, to piłkarze naprawdę wychodzą na boisko, by dać z siebie wszystko i wierząc w to, co robią (widziałeś zresztą po meczu kapitana Liverpoolu, Jordana Hendersona, podchodzącego do sektora i kibiców, by płakać tam długo w objęciach mężczyzny w różowej koszuli, w którym domyśliłeś się ojca piłkarza, czytałeś też słowa dwudziestoletniego prawego obrońcy Trenta Alexandra-Arnolda, który jeszcze parę lat podglądał najlepszych graczy swojej  drużyny przez płot, a który pisał dziś na portalu społecznościowym, że jest normalnym chłopakiem z Liverpoolu, któremu właśnie spełniły się marzenia). Po drugie zaś, kiedy idziesz ulicą wśród przegranych, tak naprawdę prawie w ogóle nie rozmawiasz: niewiele jest dźwięków ciszy równie intensywnych, jak te, które unoszą się nad setkami fanów piłki nożnej, wychodzących z meczu, który skończył się porażką.

Smak wielkiego dramatu

Nie będziemy tu jednak mówili o przegranych, a w każdym razie nie od razu: kończąca się właśnie noc nad Madrytem była przecież nocą wielkiego triumfu: oto Liverpool FC, prowadzony przez charyzmatycznego niemieckiego trenera Jurgena Kloppa, po raz szóste już wygrywał najważniejsze rozgrywki pucharowe Europy, pieczętując tym samym fantastyczny sezon, w którym także w angielskiej Premier League do ostatniej kolejki  walczył jak równy z równym z drużyną Manchesteru City. Niewiele jest w historii futbolu klubów owianych taką legendą i rozgrywających mecze, które na stałe wpisały się do kronik tej dyscypliny.

Tegoroczny finał Champions League z pewnością do takich nie będzie się zaliczał – tak zwany widz neutralny przyzna zapewne bez oporów, że rozczarował (Liverpool po szybko strzelonej bramce nie grał z taką intensywnością, do jakiej przyzwyczaił miłośników piłki, ba: próbował wybijać rywali z uderzenia, pragmatycznie opóźniając każdy moment wznowienia gry przez bramkarza czy z autu) – ale po pierwsze, finały Ligi Mistrzów, gdzie sukces jest już na wyciągnięcie ręki, często przebiegają właśnie w ten sposób. Po drugie zaś: zanim Liverpool w ogóle znalazł się w finale, musiał przecież odrobić trzybramkową stratę z pierwszego meczu z Barceloną i dokonał tego, wygrywając w rewanżu 4:0. Emocjami, jakie wówczas zafundował tak zwanym widzom neutralnym, można by obdzielić paręnaście finałów wielkich piłkarskich imprez.

To z Liverpoolem wiąże się też opowieść o innym klasyku Ligi Mistrzów, rozgrywanym przed czternastoma laty finale w Stambule, gdzie przegrywający do przerwy 3:0 z Milanem klub prowadzony wówczas przez Hiszpana Rafę Beniteza odrobił straty w ciągu drugich 45 minut, doprowadził do dogrywki, a następnie zwyciężył po serii rzutów karnych, zresztą dzięki heroicznej postawie w bramce Polaka, Jerzego Dudka. Wśród europejskich nocy jest także i ta z 1977, kiedy po wygranej 3:1 z Borussią Moenchenglabach Liverpool po raz pierwszy triumfuje w Pucharze Europy, i ta zakończona w sposób jakże odmienny, podczas której w 1985 roku na brukselskim Heysel Anglicy przegrywają 1:0 z Juventusem, a przed rozpoczęciem meczu dochodzi do bójek między kibicami, zawalenia się jednej z trybun i śmierci 39 osób. Innym, choć z pewnością niezestawialnym z tamtym rodzajem dramatu, był ubiegłoroczny finał Ligi Mistrzów, w którym Liverpool przegrał z Realem Madryt dzięki cynicznemu faulowi Sergio Ramosa na Mohamedzie Salahu, wspaniałej przewrotce Garetha Bale’a i dwóm nieprawdopodobnym błędom bramkarza The Reds, Niemca Lorisa Kariusa.

Narada w pomieszczeniu na buty

Wspominam o klęskach nie bez przyczyny. I nie tylko dlatego, że w dziejach Liverpoolu (czy tylko jego?) było ich sporo: w 1989 roku Anglicy dali sobie na przykład wyrwać mistrzostwo Anglii przegrywając u siebie z Arsenalem i tracąc decydującego gola już w doliczonym czasie gry, w 2014 r. stracili szansę na tytuł po błędzie swojego wychowanka, kapitana i legendy, Stevena Gerrarda, który potknął się nieoczekiwanie i zgubił piłkę, dzięki czemu to Chelsea zdobyła zwycięskiego gola). Rzecz w tym, że nie ma chyba drugiej takiej drużyny, która potrafiłaby się z równą determinacją i wytrwałością po klęskach podnosić. Po ubiegłorocznej porażce na przykład, Kariusa w bramce zastąpił znakomity Brazylijczyk Alisson Becker, w drugiej połowie meczu z Tottenhamem broniący wszystko to, co bramkarz obronić powinien; już po meczu trener pokonanych, Mauricio Pochettino komplementował strategię władz Liverpoolu, konsekwentnie realizujących zaplanowany wspólnie z trenerem Kloppem strategiczny plan, mający zapewnić tej drużynie stałe miejsce w europejskiej elicie. W świecie chaotycznego szastania pieniędzmi i niecierpliwości kapryśnych właścicieli, kierujących się niemającą na ogół zastosowania w świecie piłki zasadą „płacę-wymagam” (weźcie dla przykładu arabskich szejków, którzy wpompowali setki milionów euro w Paris Saint-Germain, a których pracownicy w tym i poprzednich sezonach Champions League niczego wielkiego nie osiągnęli), klub z miasta Beatlesów jest przykładem zarządzania odpowiedzialnego.

Ach oczywiście: realizacja wspomnianego tu planu warunkowana jest finansami, w których przewaga we wczorajszym meczu była zdecydowanie po stronie liverpoolczyków: najlepszy na boisku nie tylko w tym finale, ale i w całym sezonie Premier League holenderski obrońca Virgil van Dijk kosztował 75 milionów funtów; kwotę będącą poza zasięgiem Tottenhamu, który zaciskając pasa na budowę nowego stadionu nie wydał na nowych piłkarzy ani funta. Choć z drugiej strony skupianie się na finansach byłoby niesprawiedliwością; Jurgen Klopp imponuje przede wszystkim sposobem, w jaki potrafi wytrenować zawodników, których odziedziczył – jak potrafi nie tylko pozwolić im uwierzyć w siebie po wcześniejszych niepowodzeniach, ale wynaleźć nową pozycję na boisku, a przede wszystkim: nauczyć walki i biegania do upadłego.

Lepszym przykładem wyciągania wniosków z klęski byłyby więc wydarzenia po pucharowej porażce z Crveną Zvezdą Belgrad, w 1973 r. To wówczas, w ciasnym klubowym pomieszczeniu na piłkarskie buty, na niewygodnych krzesełkach z plastiku, nad skrzynkami piwa i pod rozwieszonymi na ścianach wycinkami z prasy, wśród których były również, co tu kryć, rozkładówki „Playboya” (tego w dzisiejszych szatniach piłkarskich szczęśliwie się już nie uświadczy, a maczyzm powoli, ale nieubłaganie, zmierza w stronę przegranej pozycji), spotkało się sześciu mężczyzn, wśród nich zaś trenerzy Bill Shankly, Bob Paisley, Joe Fagan i mroczny Reuben Bennett, o którym opowiadano, że radził kontuzjowanym zawodnikom, by rozcierali bolące miejsca drucianą szczotką. Podczas szczerej wymiany zdań doszli wówczas do wniosku, że ich podopieczni nie radzą sobie na kontynencie (choć bez problemu zwycięża w Anglii), bo styl ich gry jest przestarzały, a potem dokonali taktycznej rewolucji, dzięki której prowadzony przez Paisleya Liverpool w latach 1977–1984 sięgnął po cztery europejskie puchary.

Czy futbol może być zbawiony

Zostawmy na razie na boku rozważanie, czy podobne spotkania w świecie dzisiejszej piłki są jeszcze możliwe – i czy na przykład argentyński szkoleniowiec Tottenhamu Mauricio Pochettino będzie chciał i umiał dokonywać swojej rewolucji bez potężnego zastrzyku finansowego. Przez ostatnich kilka miesięcy trener Tottenhamu nie krył frustracji, wywołanej faktem, że ocenia się go wedle takich samych kryteriów, jak szkoleniowców najbogatszych klubów świata, on zaś nie ma do dyspozycji dostępnych im narzędzi – z drugiej strony jednak sam przed tym meczem przedstawiał się jako rewolucjonista-romantyk, dając dziennikarzom za punkt odniesienia ryzykowny z perspektywy kogoś wychowanego w komunistycznym kraju przykład swojego rodaka, Ernesto „Che” Guevary.

Wspomnijmy raczej o tym, że legendę Liverpoolu współtworzą nie ekonomiczne „narzędzia” i rodzące się w głowach ideologów abstrakcyjne pomysły na zbawianie świata, ale ludzie. Największy z nich (a przynajmniej największy przed Jurgenem Kloppem…) był wspomniany już Bill Shankly, choć owszem: także on próbował ponad pół wieku temu zbudować wokół stadionu Anfield jakiś rodzaj utopijnej socjalistycznej wspólnoty jednoczącej robotników ze zwykłymi mieszkańcami miasta. Urodzony w maleńkim szkockim Glenbuck, w rodzinie górników, szkoleniowiec ten naprawdę wierzył, że dzięki futbolowi świat stanie się bardziej sprawiedliwy, a ludzie bardziej sobie równi (raz jeszcze przypominają mi się w tym miejscu, cytowane już wczoraj, zdania z wydanych dopiero co „Lekcji futbolu” Pawła Mościckiego, których autor upiera się, że piłka nożna buduje fałszywe poczucie spotkania tam, gdzie wcale do niego nie dochodzi, pozoruje wzajemny szacunek tam, gdzie wokół panuje wyzysk, a własną rolę zafałszowuje podwójnie, bo przedstawia się jako narzędzie pokoju i solidarności, choć rządzące nim reguły opierają się na maksymalizacji zysku i ilustrują najbardziej szokujące wymiary współczesnej gospodarki kapitalistycznej). Opowieści o tym, jak Shankly zapraszał do domu nieznajomych kibiców na filiżankę herbaty, odpisywał na ich listy, a najuboższym stawiał też bilety na mecze – to kolejny ważny rozdział legendy Liverpoolu.

Tyleż człowiek lewicy, co chrześcijanin, Shankly nie rozumował, rzecz jasna w kategoriach abstrakcyjnych ideologii: to z rodzinnej miejscowości wyniósł wiarę, że droga do sukcesu wiedzie tylko przez wspólny wysiłek, w którym bliźni sobie pomagają, by na końcu móc podzielić się zyskami. „Tak właśnie widzę futbol i tak widzę ludzki los” – mówił, wskazując jasno, że to nie zbieranie trofeów (w czym wyspecjalizował się jego wieloletni asystent, a później następca Paisley), a zdolność do zbudowania wokół klubu wspólnoty jest czymś, co sprawia, że futbol może być zbawiony.

Oto, dlaczego Jurgena Kloppa wielu fanów tej drużyny chętnie zestawia z Billem Shanklym. Nie chodzi o skracanie dystansu z kibicami, jowialne poczucie humoru i szeroki uśmiech („Let’s talk about six”, śpiewał wczoraj przed kamerami, czyniąc aluzję do szóstego Pucharu Europy, a zarazem przerabiając wylansowany przed prawie trzydziestu laty hit tria Salt’n’Pepa na temat rozmawiania o seksie; nad gustem muzycznym Niemca wypada przejść do porządku dziennego, jak nad słabością Argentyńczyka do „Che”. Nie chodzi o poglądy na świat, choćby deklarowaną jednoznacznie niechęć wobec Brexitu, o czym zresztą prasa brytyjska rozpisywała się szeroko poza kolumnami sportowymi. Nie chodzi o nieomylne wyczucie prostych gestów (kiedy po meczu ściskał dwójkę bocznych obrońców, Trenta Alexandra-Arnolda i Andrew Robertsona, nie tylko zdawał się wskazywać te sektory boiska, w których jego zespół od miesięcy wypada najbardziej imponująco, nawet jeśli większość mediów woli zachwycać się ofensywnym tercetem Salah-Firmino-Mane – pokazywał także, że nie na wielkich gwiazdach sukces Liverpoolu zbudowano). Nie chodzi wreszcie o firmowy styl gry, którego akurat w meczu finałowym raczej nie pokazali – zamiast tradycyjnych furiackich ataków i nieustannego biegania między rywalami podczas prób odebrania im piłki, więcej oglądaliśmy kunktatorskiego wyczekiwania na błąd przeciwnika, którego się zresztą doczekali, kiedy dążący do wyrównania Tottenham w końcówce meczu musiał się odsłonić. Chodzi o poczucie, że – jak zauważył szukający podobieństw między Szkotem i Niemcem jeden z historyków Liverpoolu Simon Hughes – futbol wedle Kloppa jest głównie światem wspólnych opowieści, wspólnych historii i wspólnych tożsamości.

Srebrna pieśń skowronka

Co prowadzi nas znów w miejsca, których w telewizji nie pokażą. Na przykład do jednej z tych tańszych knajpek niedaleko metra Chueca, gdzie grupa fanów Liverpoolu niemających już szans na kupienie biletu (znajomi kibice Tottenhamu, którzy podobnie jak ja przyjechali z Polski, opowiadali, że pod stadionem chodziły za trzy tysiące euro), zajmowała się, oprócz emablowania kelnerki i próbami przekonania jej, żeby przyniosła tu na wieczór choć maleńki telewizorek, formułowaniem łagodnych docinków pod adresem ubranego w koszulkę Tottenhamu sąsiada, do czasu gdy powiedział im, że kibicuje tej drużynie od ponad trzydziestu lat. „No to się sporo nacierpiałeś, chłopie”, skomentował któryś z uznaniem, a potem już życzyli sobie nawzajem miłego wieczoru.

Albo do wagonu metra jadącego w kierunku Canillejes, skąd na stadion jest już tylko pół godziny spaceru, gdzie wpadłem na grupkę hałaśliwych – nie ukrywajmy – fanów Tottenhamu, z którymi, gdy już razem pośpiewaliśmy, zaczęliśmy opowiadać sobie o dzieciach, a kiedy wymienialiśmy strzelców bramek, padających jako pierwsze po ich urodzeniu (w moim przypadku byli to Bułgar Berbatow, a potem Anglicy Bent i Kane, z czego zorientowany fan futbolu zorientuje się, że między dwójką starszych, a najmłodszym, jest dość spora różnica wieku), mogliśmy zgadywać także, z którego są rocznika. Chłopak spod Londynu, który siedział najbliżej (pierwszy strzelec bramki: Lucas Moura), jak już mi opowiedział, że od piętnastu lat jest posiadaczem karnetu na mecze i że na stadion Tottenhamu ma kwadrans pociągiem, pokazał mi nawet zdjęcie córeczki, śpiącej w beciku i z różowym smoczkiem opatrzonym, a jakże, klubowym logo – dziś kończy osiem tygodni, to pierwszy raz, kiedy wyjechał z domu od czasu, gdy się urodziła. Chwila nie była odpowiednia, by zastanawiać się, czy jego klub – występujący w finale Champions League dopiero pierwszy raz – może powtórzyć tę przygodę przed osiągnięciem przez dziewczynkę dojrzałości.

Tak, to jest historia uniwersalna, choć właśnie na przykładzie Liverpoolu najlepiej można pokazać, że legendy jakiegoś klubu nie tworzą słynne mecze i wielkie gwiazdy (pal już licho, czy piłkarskie, czy trenerskie), tylko ludzie, którzy wiążą z nim swoje serce na dobre i złe. Ludzie, których poczucie wspólnoty trwa przez pokolenia (widziałem w drodze na stadion podpierającego się laską, sędziwego fana, prowadzonego pod rękę przez mężczyznę w sile wieku, najpewniej syna; widziałem dziewczynkę z rodzicami, widziałem kobietę w zaawansowanej dość ciąży, przytuloną do starszej siostry) i które pozwala przetrwać nawet doświadczenia tak straszliwe, jak tragedia na stadionie Hillsborough, gdzie w 1989 r., na skutek potwornych zaniedbań brytyjskiej policji, doszło do wybuchu paniki i tumultu, w którym zginęło 96 osób. Żaden triumf w finale Ligi Mistrzów nie zmieni faktu, źe to tamta katastrofa jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach Liverpoolu – a następujące po niej dekady walki o dobrą pamięć ofiar – walki z załganymi politykami i manipulowanymi przez nich mediami, zakończone przeprosinami premiera i sądowymi wyrokami zaledwie parę lat temu – zajmują miejsce w tej opowieści przed jakąkolwiek kroniką boiskowych czy ekonomicznych sukcesów. Lekcja futbolu widzianego przez pryzmat Hillsborough nie jest, nie może być zafałszowana.

Wszystko to, o czym próbuję tu opowiadać, zawiera się skądinąd w pieśni rozbrzmiewającej nad madryckim stadionem przed i po meczu: ukochanego jeszcze przez Billa Shankly’ego sentymentalnego kawałka ze starego musicalu „Carousel” Ricarda Rodgersa i Oscara Hammersteina, a mającego w nim służyć pocieszeniu strapionej wdowy. Mniejsza o cukierkową interpretację zespołu Gerry and the Peacemakers (ach, te gusta piłkarskich trenerów…), tysiące gardeł i tak ją zawsze zagłuszają. Ważniejsze są słowa o tym, że idąc przez burzę, trzeba mieć wysoko uniesioną głowę, bo na końcu jest złote niebo i srebrna pieśń skowronka; że trzeba iść przez wiatr i deszcz, nawet gdy marzenia się rozwieją, i że nie można tracić nadziei, bo nigdy nie idzie się samemu.

Jest taka siła

Jestem, jak państwo się już zorientowali, kibicem Tottenhamu – a przecież czuję się w prawie, by w tę madrycką noc śpiewać hymn Liverpoolu. Taka jest moja opowieść o kibicowaniu i taka jest moja opowieść o życiu, z którym to kibicowanie się splata. Jest taka siła, która pozwala podnosić się po porażce i zaczynać po raz kolejny (fani Tottenhamu zrobili to od razu po końcowym gwizdku, z dumą śpiewając załamanym i płaczącym piłkarzom z Londynu „Oh, When the Spurs Go Marching in”). Jest taka siła, która pozwala wierzyć, że cuda są możliwe (o ile, jak trzeźwo zauważa Mauricio Pochettino, wcześniej włożysz w nie wystarczająco wiele pracy…). Jest taka siła, która pozwala nie narzekać, że w pierwszej połowie twoich ulubieńców ewidentnie zjadała trema (liczba niedokładnych podań, zresztą w wykonaniu obu drużyn, była bodaj rekordowa w dziejach finałów Champions League), a w drugiej poderwali się do walki zbyt późno. Siła, która pozwala odpędzić mogące być źródłem frustracji poczucie, że rywale byli ewidentnie w zasięgu, a w zamian po prostu dziękować za wspaniałe przeżycia, które stały się twoim udziałem w ciągu tych kilkudziesięciu godzin w Madrycie – należało do nich również opisywane tu wczoraj nieoczekiwane spotkanie na Paseo de Recoletas trenera Tottenhamu przy porannej kawie – albo wcześniej, podczas ćwierfinału w Manchesterze i półfinału w Amsterdamie, kiedy drużyna ani myślała kapitulować, walcząc o sukces do ostatnich sekund, podobnie zresztą jak dzisiaj, tyle że wówczas szczęśliwie. 

Oczywiście, Pochettino mówił niejeden raz, że finału Ligi Mistrzów się nie rozgrywa, tylko wygrywa – a tego jego pikarze wczoraj zrobić nie potrafili, nawet jeśli Argentyńczyk szykował ich do meczu wraz z motywacyjnym guru Xesco Esparem, proponując nawet dla dodania odwagi chodzenie po rozżarzonych węglach. Cytowanie korzystniejszych dla Tottenhamu statystyk posiadania piłki, celnych strzałów itd., mija się z celem – podobnie jak spekulowanie, którzy z zawodników odejdą teraz z klubu i czy również trener będzie nadal chciał tu pracować, skoro z pewnością nie dostanie tych „narzędzi”, pozwalających rywalizować z najlepszymi finansowo. Lepiej przypomnieć ideę, do której jeszcze przed meczem trener londyńczyków zdołał przekonać działaczy UEFA: żeby na pamiątkowym zdjęciu, wykonywanym tradycyjnie przed rozpoczęciem spotkania, nie było tylko zawodników wyjściowej jedenastki, ale cała drużyna, z rezerwowymi włącznie, którzy przecież także przyczynili się do tego, że ta wspaniała podróż trwała tak długo.

Przy wszystkich wyrzekaniach na ukryte w tej grze patologie (dawałem im zresztą wyraz w poprzedniej korespondencji), wspomnienie o tym finale Ligi Mistrzów będzie wspomnieniem doświadczanego i na stadionie – choćby wtedy, gdy zawodnicy Liverpoolu utworzyli szpaler, by oklaskiwać idących po odbiór srebrnych medali piłkarzy Tottenhamu – i na ulicach miasta, pomiędzy zwykłymi kibicami, ducha fair play. Futbol, proszę państwa, nie jest okrutny, nawet jeśli w jednym z pomeczowych komentarzy jeden z najbardziej zasłużonych trenerów w historii tej dyscypliny, Francuz Arsene Wenger upierał się, że owszem, jest. Futbol jest piękny, a siła, o której tu piszę, to miłość.

Liga Mistrzów: powrót niewinności

Gdybym znów mógł mieć czterdzieści lat mniej i gdybym mógł jeszcze raz zakochać się w piłce nożnej, chciałbym, by stało się to właśnie w tym roku w Madrycie.

Mam oczywiście czterdzieści lat więcej i widzę, jakie to wszystko nieoczywiste. Zdaję sobie sprawę z tego, na ile zjawisk muszę przymknąć oko, by skontaktować się z tamtym pierwszym dziecięcym zachwytem. Że muszę przejść do porządku dziennego nad dominacją pieniądza, powodującą, że w pięciu największych ligach Europy po mistrzostwo kraju sięgają zazwyczaj drużyny najbogatsze, że tak zwaną wierność klubowym barwom u piłkarzy determinuje zwykle wysokość kontraktów, że popularność piłki starają się wykorzystywać szemrani nieraz politycy czy przedsiębiorcy. Że od kilku lat Liga Mistrzów jest sponsorowana przez kremlowski de facto Gazprom, że finał Ligi Europy odbył się w śpiącym na ropie Azerbejżdżanie, gdzie większość fanów drużyn, które w nim wystąpiły, Chelsea i Arsenalu, dotrzeć nie była w stanie – tak mało było lotów, a podróż tak daleka. Że poprzedni mundial zorganizowano w Rosji, a kolejny będzie w Katarze. Że arabscy właściciele Manchesteru City czy Paris Saint-Germain czynią z futbolu narzędzie soft power, bimbając sobie przy okazji z zasad finansowego fair play. Że kiedy w madryckim metrze włączam się w rozmowy ze zjeżdżającymi na finał Ligi Mistrzów fanami z Londynu i Liverpoolu, najważniejszym tematem ich wyrzekań („naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowacie” – pamiętacie nieśmiertelną frazę Nicka Hornby’ego…) jest oburzenie skandalicznie wysokimi cenami biletów oraz tym, że kluby nie kwapią się, by choć w części je refundować (Liverpool i Tottenham na awansie do finału zarobiły po siedemdziesiąt milionów euro, zwycięzca dostanie jeszcze trzy-cztery miliony dodatkowej premii), a zarazem tym, że mniej niż połowa biletów na sześćdziesięcioośmiotysięczny stadion została rozprowadzona wśród fanów obu drużyn, a lwia część przypadła tak zwanej rodzinie UEFA („UEFA jest jeszcze okropniejsza niż Boris Johnson”, mignął mi gdzieś transparent fanów jadących na ten mecz spod Liverpoolu). Że kolejne pomysły na reformę Champions League i utworzenie elitarnej superligi zmierzają do tego, by dominację najbogatszych jeszcze umocnić – by nie dochodziło do „niemiłych” niespodzianek w stylu kryzysu formy, a związku z tym przegranej i przedwczesnego z punktu widzenia speców od marketingu odpadnięcia z rozgrywek tuzów o kalibrze Realu Madryt. Że jedna z ikon dzisiejszego futbolu, Cristiano Ronaldo, mierzy się z zarzutem gwałtu, dokonanego przed kilkoma laty w USA i że mimo mocnych publikacji tygodnika „Der Spiegel” na ten temat wciąż nie przestaje się cieszyć statusem jednego z herosów tego świata. Że ikona kolejna, Leo Messi, ma na koncie wyrok za oszustwa podatkowe. Że rasizm, przemoc, seksizm, korupcja, hazard – i więcej jeszcze można by wymieniać plam na futbolowym słońcu, gdyby nie zarzut najcięższy, który odnalazłem w wydanej dopiero co książce Pawła Mościckiego, „Lekcje futbolu”.

„Dziś, podobnie jak wczoraj, piłka buduje fałszywe poczucie spotkania tam, gdzie wcale do niego nie dochodzi, pozoruje wzajemny szacunek dokładnie wtedy, gdy wokół panuje wyzysk, a własną rolę zafałszowuje podwójnie, bo przedstawia samą siebie jako narzędzie pokoju i solidarności, choć rządzące nią reguły opierają się na bezwzględnej maksymalizacji zysku i dobrze ilustrują najbardziej szokujące wymiary współczesnej gospodarki kapitalistycznej” – pisze autor „Lekcji futbolu”, a każdy zajmujący się piłką trochę bardziej niż sporadycznie, wie, jak bardzo potrafią to być zdania prawdziwe. Fałszywe łzy nad sprawami błahymi przy równoczesnej obojętności na rozgrywające się w świecie dramaty, złudne poczucie, że stadion daje jakąś możliwość katharsis albo że możliwe jest na nim doświadczenie braterstwa czy sprawiedliwości – doprawdy upierać się po takiej lekturze, że w piłce można się zakochać, wydaje się świadectwem opisywanej skądinąd i przez Mościckiego niedojrzałości.

A przecież tu jestem. I chciałbym przekonać czytelnika, że można o piłce myśleć, mówić i pisać inaczej. Że nie o niedojrzałość tu chodzi, a o powrót niewinności.

Wszystko, co najlepsze

Zacznijmy od tego, że w sezonie 2018/19 do finału Ligi Mistrzów nie awansowały drużyny najbogatsze, ba: niejeden powiedziałby, że nie awansowały drużyny najlepsze. Zanim jeszcze Tottenham wyszedł z grupy, Barcelona dała mu solidną lekcję futbolu; w Premier League londyńczycy zajęli wprawdzie wysokie czwarte miejsce, ale po drodze przegrali aż trzynaście spotkań, z czego wiele z ligowymi średniakami. Zanim do finału dostał się Liverpool, on także musiał uznać w pierwszym meczu półfinałowym wyższość drużyny z Katalonii, w której zwłaszcza Leo Messi pokazywał, że w dziejach futbolu nie było zawodnika wybitniejszego.

To nie jest bynajmniej dygresja. Ten sezon Messiego bowiem, przyjemność patrzenia nie tylko na bramki – zdobywane także dzięki wykonywanym z nieprawdopodobną precyzją rzutom wolnym – ale również na tnące linie obrony przeciwnika pod zdumiewającymi kątami podania, z jednej strony minimalizm, z drugiej absolutna konieczność każdego ruchu argentyńskiego lidera Barcelony („Najlepszą lekcją futbolu, jaką dostaliśmy w ostatnim czasie było patrzenie nie na to, jak Messi porusza się z piłką, ale na to, co robi bez niej” – mówił po porażce z Katalończykami trener Tottenhamu, skądinąd rodak Messiego Mauricio Pochettino), to jeden z argumentów za tym, że w piłce nożnej można zakochać się właśnie tu i teraz. Dzieliłem się kiedyś na swoim blogu zdumieniem – zdumieniem człowieka pracującego w gazecie o siedemdziesięciopięcioletniej historii i wychowywanego w kulcie przeszłości, a w związku z tym długo tkwiącego w przekonaniu, że wszystko, co najlepsze, dokonało się zanim przyszedł na świat – po nagłym odkryciu, że to wcale nie musi być prawda. Że jakkolwiek piękne wydawały się historie opowiadane nam przez rodziców i dziadków, i jakkolwiek piękne są nasze własne wspomnienia z dzieciństwa, np. o „zwycięskim remisie na Wembley” („najlepszy mecz w historii polskiej piłki” – cóż za szkodliwa bzdura, nawet jeśli tamtemu spotkaniu zawdzięczamy fenomenalny reportaż Wiktora Osiatyńskiego…), to świat poszedł do przodu, bynajmniej na tym postępie nie tracąc. To nie Pele zatem, ani Puskas, Maradona czy nawet Cruyff (choć tutaj drży mi ręka), są najlepszymi piłkarzami w historii futbolu – najlepszego oglądamy na własne oczy w Barcelonie, dla której strzelił w tym sezonie Champions League aż dwanaście goli.

Duch drużyny

Niesamowitość tej historii i tego sezonu polega przy okazji na tym, że Leo Messiego nie obejrzymy w finale Ligi Mistrzów, tak samo zresztą jak nie obejrzeliśmy go w finale mundialu – do tego wątku zdążymy jednak dojść za chwilę. W tym miejscu zauważmy tylko, że na nieustanny rozwój piłki wpływają też czynniki obiektywne, związane na przykład z postępami medycyny sportowej i wiedzy o ludzkim organizmie, powodującymi, że zawodnicy są w stanie biegać coraz szybciej i atakować rywali z coraz większą siłą. Zarazem przecież o obliczu współczesnego futbolu nie decydują piłkarze, których największym atutem jest siła – i tu znowu wystarczy sięgnąć po przykład Messiego.

O obliczu współczesnego futbolu, przynajmniej w tej edycji Champions League, nie rozstrzygają także pieniądze. Wiem, ryzykowna teza, ale najlepiej bronili jej nieustraszeni młodzieńcy z najuboższego w tym gronie Ajaksu Amsterdam, w drodze do półfinału odprawiający z kwitkiem Real i Juventus, a i Tottenham – wprawdzie już dziesiąty na liście najbogatszych – ma budżet przy pieniądzach pokonanego w ćwierćfinale Manchesteru City nieporównywalnie mniejszy. Gdyby chcieć opisywać obu finalistów Champions League od strony ekonomicznej, to – po uznaniu finansowej hegemonii Liverpoolu, który mógł sobie pozwolić na kupienie środkowego obrońcy za 75 milionów funtów i bramkarza za 40 milonów – trzeba by powiedzieć, że oba są zarządzane wzorowo, a stabilności pozycji trenerów, profesjonalizmu wspierających ich sztabów (o tym, jak ekipa Jurgena Kloppa planuje wszystko w najdrobniejszych detalach, najlepiej świadczy informacja o osiemnastu różnych schematach rozegrania… wyrzutu piłki z autu) wszyscy pozostali mogliby się uczyć.

Co może ważniejsze: o obliczu współczesnego futbolu nie rozstrzygają także zimne kalkulacje. Piłka reaktywna, przeszkadzanie rywalowi i czekanie na jego błąd znalazły się w odwrocie, a będący symbolem takiej postawy słynny Jose Mourinho przed kilkoma miesiącami znów wylądował na bezrobociu. Grę Liverpoolu, przeprowadzającego swe ataki w tempie zaiste furiackim, a jeszcze gwałtowniej uganiającego się za rywalami po stracie piłki, określa się czasem mianem heavy metalu. Tottenham nie jest aż tak radykalny, ale Mauricio Pochettino nie na darmo jest wychowankiem arcykapłana pressingu Marcelo Bielsy – i także w północnym Londynie mnóstwo bramek pada po odebraniu piłki na połowie rywala. Jeśli chcesz osiągnąć sukces w futbolu AD 2019 musisz być odważny, musisz nie bać się ryzyka – i atakować.

Co zaś w ogóle najważniejsze: o tym, że w finale Champions League zagrają właśnie Tottenham i Liverpool rozstrzygnęło to, jakiego ducha drużyny zbudowali obaj trenerzy. Pochettino, z braku środków nie mogąc sobie pozwolić na sprowadzanie nowych piłkarzy, kluczowymi zawodnikami tegorocznej kampanii uczynił tych, których odejścia przed rokiem niejeden ekspert był pewien, zwłaszcza Moussę Sissoko. Fernando Llorente, którego gol strzelony Manchesterowi City pomógł awansować do półfinału i którego pojawienie się w drugiej połowie meczu z Ajaksem zrobiło przestrzeń dla zdobywcy trzech bramek Lucasa Moury, był od pierwszych dni w klubie jedynie zmiennikiem Harry’ego Kane’a, także Moura grywał w kratkę – ale kiedy już się pojawili na boisku, odegrali rolę decydującą (podobnie jak rezerwowy początkowo podczas starcia z Barceloną pomocnik Liverpoolu Winjaldum). Pochettino i Kloppa łączy także to, że obaj potrafią zrobić z powierzonych im zawodników lepszych piłkarzy – w obu drużynach nie brakuje nazwisk, które nawet średnio obeznany z futbolem kibic przypominać sobie będzie z wysiłkiem, ale które zebrane do kupy czynią jakość nie do zakwestionowania. 

Niemożliwe nie istnieje

No i w końcu: futbol dzisiejszych czasów pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Że nawet jeśli przegrałeś w pierwszym meczu 3:0, to jeśli mocno wierzysz w siebie i w przyjaciół swoich, możesz w rewanżu strzelić cztery bramki. Że potrafisz zdobyć trzy gole, choć masz na to tylko czterdzieści pięć minut. Że owszem: musisz ciężko pracować (obaj trenerzy finalistów mówią o tym bez przerwy), ale musisz także cieszyć się tym, czego doświadczasz – i dopuszczać także możliwość, że wydarzy się cud. Nawet Paweł Mościcki przyznaje, że „piłka nożna umie dziś mówić wielkie prawdy”, choć zastrzega, że „ujawnia je przede wszystkim wbrew samej sobie, a także wbrew duchowi czasu”.

Tylko czy o takich rzeczach pamięta się jeszcze, kiedy trzeba grać finał Ligi Mistrzów, na oczach nie tylko sześćdziesięcioośmiotysięcznej widowni na stadionie, ale także miliarda zapewne widzów w telewizji czy w internecie? Na ostatniej przedmeczowej konferencji Maurucio Pochettino mówił, że w stresie u piłkarzy włącza się często mechanizm „jazdy na autopilocie” i zachowywania się w taki sposób, by dać sobie poczucie jak największego psychicznego komfortu (czyli np. nieryzykowania jakichś niebanalnych zagrań albo strzałów z dystansu, uchylania się od odpowiedzialności, podawania do najbliższego itd.), tymczasem kluczem do zwycięstwa może być tylko granie z wewnętrzną wolnością, którą trener Tottenhamu zestawił z wolnością uganiającego się za piłką siedmio-, ośmio- czy dziewięciolatka.

Jak się wmyśleć w to zdanie, stawką wieczornego finału będzie więc odzyskanie przez futbol utraconej niewinności. A obrazki z piątkowego wieczora na ulicach Madrytu pozwalają wierzyć, że nie jest to niemożliwe: w okolicy stacji metra Chueca sam widziałem grupy kibiców Liverpoolu i Tottenhamu, które niestrudzenie odpowiadały sobie pieśnią na pieśń, ze śmiechem i bez agresji, a widziałem też takich, którzy wspólnie siedzieli przy kawiarnianym stoliku, likwidując plemienne podziały w duchu propozycji przedstawionej przez Pochettino władzom UEFA, by przed rozpoczęciem meczu nie robić pamiątkowych zdjęć tylko wyjściowym jedenastkom, ale całym drużynom łącznie z rezerwowymi, a najlepiej jeszcze przemieszanych tak, by na wspólnej fotografii nie było widać podziału klubowego. Strach, że w metrze możesz zostać zaatakowany za niewłaściwą koszulkę, tutaj nie znajduje zastosowania.

Historia pewnej fotografii

Dobrze, że właśnie temat kibicowania w wielu przedfinałowych relacjach wychodzi na pierwszy plan. Że owszem: czytamy wywiady z piłkarzami czy trenerami obu drużyn, ale największe wrażenie robią historie takie, jak Maksa Rushdena, dziennikarza angielskich stacji radiowych i telewizyjnych, który – po zakończeniu w Madrycie piątkowego dyżuru – rezygnuje z oglądania samego meczu z wysokości trybun stadionu Wanda Metropolitano i wraca do Cambridge, by usiąść na kanapie z ojcem, który nauczył go wszystkiego o kibicowaniu Tottenhamowi, a swoją wejściówkę oddaje jednemu ze zwykłych kibiców.

No dobra, dużo gadam, a przecież mam swoją własną opowieść o niewinności – i o cudzie. Przyleciałem do Madrytu z przesiadką w Barcelonie: wylądowałem na Barajas w piątek koło ósmej rano. Odstałem w kolejce po kilkudniowy bilet na metro, pojechałem linią numer osiem do końca, dość chaotycznie sprawdzając po drodze, w okolicy której stacji jest tak zwana fanzona kibiców Tottenhamu. Przesiadłem się na kolejne metro, zapominając przy okazji, dokąd mam właściwie dojechać, a gdy wreszcie się ogarnąłem i sprawdziłem, gdzie ta zona, przesiadłem się po raz kolejny, tym razem jednak wysiadłem jedną stację za wcześnie (wszystko, co tu opisuję, jest dla mnie – w kwestii programowania podróży i orientowania się w terenie ogarniętego aż do przesady – skrajnie niestandardowe). Wysiadłem więc, kupiłem sobie trochę czereśni, obejrzałem witrynę sklepu z nieprawdopodobnie kolorowymi pończochami, aż w końcu postanowiłem przysiąść w najbliższej knajpce na cafe con leche. W lokalu było jeszcze pustawo, więc wyjąłem komputer i zapisałem kilka pierwszych zdań tego tekstu, a kiedy wydało mi się, że zaczynam nadużywać gościnności, ruszyłem w dalszą drogę, kolejny raz gubiąc właściwy kierunek.

Naprawdę, opisuję zachowania dla mnie skrajnie niestandardowe, ale teraz już wiem, że wszystkie moje pomyłki zmierzały do tego, żebym mógł znaleźć się we właściwym miejscu o właściwej porze. „We właściwym miejscu” oznacza w tym przypadku Passeo de Recoletos, ciągnący się między Plaza de Colon z pomnikiem Kolumba – to tam miała się mieścić fanzona kibiców Tottenhamu, ale dopiero od sobotniego poranka, w tej kwestii też się pomyliłem – a Plaza de Cibeles, gdzie stoi fontanna Kybele. Mniej więcej pośrodku pasażu, w kawiarnianym ogródku między dwoma dość ruchliwymi arteriami, kątem oka dostrzegłem grupkę mężczyzn w t-shirtach Tottenhamu. Przez chwilę mi się wydawało, że jednym z nich jest asystent trenera tej drużyny, Jesus Perez, a drugim – szkoleniowiec bramkarzy Tony Jimenez.

Siedzieli tam wszyscy. Cały sztab szkoleniowy, z Mauricio Pochettino na czele. Siedzieli, pili poranną kawę, gadali, a ja nie namyślając się wiele podszedłem, przeprosiłem, przedstawiłem się krótko i poprosiłem o możliwość zrobienia wspólnego zdjęcia.

Nie będę udawał, że usiłowałem zrobić z nim wywiad, że zadałem któreś z fundamentalnych pytań z listy, którą na taką okoliczność każdy dziennikarz ma przecież przygotowaną. Myślałem o swoich dzieciach, które przecież kibicują mu z całego serca: że będę miał im co opowiadać, i ani się obejrzałem, jak sam znów stałem się takim dzieckiem. Wydukałem, że przyjechałem z Polski, że kibicuję Tottenhamowi od ponad trzydziestu lat, że w naszej rodzinie on sam stał się w ciągu ostatnich lat bardzo ważną postacią i że z całego serca życzę mu powodzenia w finale.

I wiecie, co się stało? Zdjęcie nie wyszło, a kiedy po chwili stwierdziłem ten żenujący fakt, raz jeszcze zebrałem się na odwagę, podszedłem do ich stolika po raz drugi i powiedziałem, że w emocjach nie nacisnąłem migawki i że akurat w radzeniu sobie z emocjami, i w dzieleniu się nimi Mauricio Pochettino jest najlepszym nauczycielem, jakiego kiedykolwiek miałem. A potem już siedziałem sobie na ławeczce z miękkimi nogami i miną wioskowego głupka (w języku Beatlesów należałoby powiedzieć „Fool on the hill”), patrząc jak oni dopijają kawę, a potem rozchodzą się w różne strony – sztab w stronę Plaza de Cibeles, on zaś, kompletnie bez ochrony, w Calle del Almte, gdzie po chwili robi sobie selfie z kolejnym szczęśliwcem. Teraz siedzę już zresztą na trawniku w parku Retiro i obczytuję się w historii Cafe Gijon – znanej już w XIX kawiarni, w której siadywali przed laty Camillo Jose Cela czy Truman Capote, a w której ja przypadkiem wpadłem na Mauricio Pochettino.

Przypadkiem? A czy przypadkiem czytałem przedwczoraj jeszcze raz reportaże sportowe Wiktora Osiatyńskiego, myśląc o tym, jakim był szczęściarzem, mogąc na Wimbledonie podchodzić do tamtych słynnych tenisistów? No więc ja też jestem szczęściarzem. Nie myślę wcale, jak wypadłem, ani co kto o mnie pomyśli, ba: nie myślę o meczu, który mam za paręnaście godzin obejrzeć, nie denerwuję się ani trochę, a że poza tym nie bardzo potrafię nazwać zdobyte właśnie doświadczenie – może więc powtórzę tylko to zdanie, które zapisałem jako pierwsze:, że gdybym mógł być młodszy o czterdzieści lat i mógł znów zakochać się w piłce nożnej, chciałbym, żeby stało się to w tym właśnie roku w Madrycie.

Liga Mistrzów: trzydzieści lat marzeń

Jest coś zwyczajnie prorockiego w okładkowym haśle ostatniego numeru „Tygodnika”:  „po 30 latach marzeń” nie dość, że jadę na finał Ligi Mistrzów jako wysłannik redakcji, w której przepracowałem niemal całe to trzydziestolecie, to jeszcze jadę oglądać drużynę, z którą właśnie przed trzema dekadami związałem swoje serce. 

Po trzydziestu latach marzeń, które zaczynały się jeszcze za żelazną kurtyną, dziś, na pokładzie samolotu do Madrytu, nagle staje mi przed oczami cała ta historia, mająca swój początek w zatłoczonym krakowskim autobusie, kiedy w poniedziałkowy ranek, w drodze z Prądnika Czerwonego do V liceum usiłowałem rozłożyć egzemplarz sportowego dziennika „Tempo”, by na jednej z końcowych stron odnaleźć wynik tułającej się gdzieś w III lidze Cracovii, a kiedy mi się nie udało, zatrzymałem wzrok na stronie ostatniej, która tradycyjnie zawierała informacje o meczach ligi angielskiej. Dziwnym zrządzeniem losu prowadzący ją dziennikarz, nazwiskiem Krzysztof Mrówka, znalazł gdzieś informacje o spotkaniu Pucharu Anglii, w którym występował zespół o malowniczej nazwie Tottenham, i podał nie tylko wynik czy strzelców bramek, ale także składy i krótki opis boiskowych wydarzeń. Czytając, odniosłem wrażenie, że o kilku występujących tam zawodnikach już słyszałem, może też trochę (byłem doprawdy nieletni) rozśmieszała mnie językowa zabawa, każąca myśleć o londyńskim zespole „to ten cham”, może zaczynały mi dźwięczeć w uszach rymujące się nazwiska graczy drugiej linii Hoddle-Waddle, w każdym razie od tamtego poniedziałku próbowałem już w miarę regularnie sprawdzać, jak sobie radzą.

Nie było to bynajmniej proste w czasach bez internetu czy telewizji kablowej – w czasach informacji reglamentowanych tak dokumentnie, że niekiedy nawet desperackie telefony do redakcji „Tempa” nie pozwalały się dowiedzieć, jak właściwie w miniony weekend poszło Tottenhamowi. Nawyk sprawdzania zaczął zresztą w międzyczasie zmieniać się w coś więcej, a któregoś razu licealny kolega, mający to szczęście mieć krewnych za granicą, podzielił się nie tylko puszką gazowanego napoju, ale i egzemplarzem bogato ilustrowanego magazynu sportowego: nazwiska zaczęły otrzymywać twarze. Na razie tyle musiało wystarczyć – reszta była nieustającą pracą wyobraźni, w pewnym momencie (zresztą podczas wyjazdu na zimowe ferie do ciotki nad Bałtyk, gdzie miałem wkuwać czytanki o kołchozowych myśliwych do poprawki z rosyjskiego) prowadzącą nawet do stworzenia swojej własnej Ligi Mistrzów, wprowadzenia do niej zarówno Cracovii i Tottenhamu, a potem pisania fikcyjnych relacji z meczów tych drużyn.

Historia niespełnień

To będzie w przyszłości ważny wątek – kibicowanie splatające się z pisaniem, ale też kibicowanie splatające się z myśleniem (lub nie) o rzeczywistości, radzeniem sobie z nieuniknionymi rozdarciami i chodzeniem na kompromisy. Weźmy na przykład rok 1989, kiedy transmitowany akurat przez komunistyczną telewizję półfinał rozgrywek, które Ligą Mistrzów miały stać się dopiero za jakiś czas – między słynnym Milanem i jeszcze słynniejszym Realem Madryt – rozgrywano w dniu zakończenia obrad Okrągłego Stołu, a ja ani myślałem się martwić tym, że mogę nie zdążyć go obejrzeć w związku z przedłużającą się przerwą w pokazywanych również przez TVP rozmowach między władzą a opozycją. Tak, w tej kibicowskiej historii był moment, w którym od wielkiego Milanu z van Bastenem, Rijkaardem i Gullitem w składzie (o Maldinim nie wspominając), ważniejsza była drużyna Solidarności, z Wałęsą, Mazowieckim i Kuroniem (o Turowiczu nie wspominając) – i cieszę się, że mogę go wspominać na chwilę przed okrągłą rocznicą 4 czerwca.

Oglądanie Tottenhamu w ostatnich miesiącach PRL-u nie wchodziło rzecz jasna w grę. Może i dobrze, bo historia kibicowania tej drużynie miała się wkrótce okazać historią niespełnień. Pojawiające się w niej czasem wielkie gwiazdy futbolu – w ciągu tych 30 lat byli to na przykład Gary Lineker, Paul Gascoigne, Jurgen Klinsmann, David Ginola, Luka Modrić czy Gareth Bale – pokładane w nich nadzieje spełniały rzadko albo w pojedynkę nie były w stanie dokonać cudów. Chłopiec z krakowskiego autobusu zdążył w tym czasie stać się mężczyzną, co oznaczało także uświadomienie sobie, do jakiego stopnia kibicowanie stało się dlań czynnością zastępczą, pozwalającą uciekać przed prawdziwym życiem. Z perspektywy lat potrafię już przyznać, że najbardziej w życiu bałem się o swoją przyszłość nie tylko wtedy, gdy na tynieckim cmentarzu uczestniczyłem w pogrzebie Jerzego Turowicza, ale i kiedy na walijskim stadionie moja drużyna przegrywała w półfinale Pucharu Anglii mecz z Arsenalem i traciła szanse na awans do europejskich pucharów, co oznaczało konieczność pogodzenia się z odejściem kolejnej gwiazdy, kapitana drużyny i reprezentanta Anglii, niejakiego Sola Campbella.

Pomysł, by tę historię zacząć opisywać, by spróbować nadać jej sens przy pomocy zasłyszanej (podczas meczu finałowego Ligi Mistrzów, a jakże – jednego z najsłynniejszych w dziejach tych rozgrywek, między Manchesterem United a Bayernem w 1999 roku) formuły „Futbol jest okrutny” i by upierać się przez lata, że jest to formuła uniwersalna, opisująca doświadczenie każdego kibica każdej drużyny pod słońcem, był z pewnością terapeutyczny. Zarazem: jak każda powtarzane zbyt często sformułowanie, fraza „Futbol jest okrutny” (będąca tytułem najpierw prowadzonego przeze mnie bloga, później książki) niosła w sobie jakąś sztywność, z upływem czasu coraz bardziej uwierającą.

Wszystko jest możliwe

Momentów przełomowych byłoby w tej historii sporo. Niektóre płynęły ze zmianami polityczno-cywilizacyjnymi: Polska stała się niepodległym krajem, można już w niej było kupić zagraniczną prasę, pojawiła się telewizja satelitarna, a wraz z nią możliwość obejrzenia meczu ukochanej drużyny – po dziesięciu latach kibicowania zapośredniczonego przez lekturę, tamten, przegrany oczywiście mecz z Manchesterem United w sierpniu 1997 roku zapowiadał się jak randka z dziewczyną poznaną dekadę wcześniej na kolonii. Pojawił się internet, a wraz z nim klubowa strona, transmisje radiowe i streamy ze spotkań, których na satelicie nie oferowano. Pojawiła się możliwość wyprawy na stadion, w moim przypadku wciąż odkładana na czas, kiedy dzieci dorosną.

Bo zmiany szły także w życiu, gdzie kibicowanie wskoczyło w końcu na właściwe miejsce – zamiast manią, uciążliwą obsesją czy sposobem na ucieczkę od codziennych problemów – stało się opowieścią o więzi i wspólnocie, która zresztą wcale nie musi się zwracać przeciwko „onym”, rywalom z dzielnicy czy innego miasta. Stało się opowieścią o pięknie zbiorowego wysiłku, znajdującym odzwierciedlenie nie tylko na boisku, ale i w wielu innych dziedzinach życia (weźmy na przykład redagowanie pisma). Stało się historią brania odpowiedzialności, na przykład za własne promieniowanie ojcostwa – od lękliwego zakładania, że synowie znajdą sobie inne, fajniejsze zespoły do kibicowania, do przyjęcia do wiadomości, że bycie wzorem i punktem odniesienia polega też na dzieleniu się sposobem, w jaki przyjmuje się zwycięstwa i porażki drużyny, której kibicujemy wspólnie, i smakowania tej frajdy, którą niesie wspólne oglądanie z tymi, których się kocha. Stało się wreszcie opowieścią o przekraczaniu własnych ograniczeń i wierze w to, że kiedy bardzo się starasz, kiedy masz wiarę w siebie i przyjaciół swoich, tak naprawdę wszystko jest możliwe. Nie tylko na boisku.

To pewnie najważniejsza zmiana, jaka się dokonała w ciągu tych trzydziestu lat. Kiedy chłopiec się zorientował, że kibicowanie Tottenhamowi będzie raczej drogą przez mękę i wystawianiem się na ciągłe pośmiewisko, na zmianę barw klubowych było już za późno: trudno to pojąć, a jeszcze trudniej opisać, ale łatwiej zmienić pracę, miejsce zamieszkania, nawet wyznanie i życiowego partnera, niż drużynę, z którą się związało. Robiąc więc dobrą minę do złej gry, znosiłem więc kolejne ciosy: poza stadionem wspomniane już odejścia piłkarzy, którzy uznawali, że trawa na innych boiskach okaże się bardziej zielona, na ich miejsce zaś przyjścia zawodników, o których opowiadało się później z mieszaniną politowania i goryczy (był wśród nich, niestety, także polski akcent, niejaki Grzegorz Rasiak, którego nieuznany gol w debiucie – w meczu z Liverpoolem skądinąd, w 2005 roku – mógłby służyć za metaforę wszystkich kibicowskich rozczarowań, szczęście było wszak tak blisko…) czy inne fatalne decyzje klubowego zarządu, na przykład zwalniającego w chwili nagłego upustu frustracji kolejnych trenerów, którzy zdawali się tak dobrze zapowiadać. 

Czas odnaleziony

Na stadionach lista katastrof była tak duża, że przed jednym z meczów z drużyną, której kibicuję, słynny trener Manchesteru United sir Alex Ferguson zrezygnował z przedmeczowej odprawy, mówiąc do swoich piłkarzy trzy zaledwie słowa: „Lads, it’s Tottenham” (to jest Tottenham, chłopaki), wychodząc z założenia, że sami wiedzą, jak najlepiej ograć tę zbieraninę miłych, ale pozbawionych charakteru i woli walki zawodników. Było w tym coś więcej niż zwykła konieczność uznania, że inni są lepsi (albo że mają większe pieniądze, w świecie współczesnej piłki coraz częściej stanowiące gwarancję sukcesu) – w dziejach klubu zdarzyły się klęski o randze biblijnej plagi, jak ta w ostatniej kolejce sezonu 2005/06, kiedy szansy na grę w wymarzonej Lidze Mistrzów pozbawiło Tottenham zbiorowe zatrucie nieświeżą lazanią. Lista sędziowskich pomyłek, katastrofalnych kontuzji, nieodpowiedzialnych czerwonych kartek, kuriozalnych bramek samobójczych, ale też przegranych meczów, w których przewaga wydawała się nie do roztrwonienia, zmuszały fanów londyńskiego klubu do przywłaszczenia sobie zdania kibicującego skądinąd lokalnemu rywalowi pisarza Nicka Hornby’ego, że naturalny stan fana futbolu to gorzkie rozczarowanie.

Hornby, autor „Futbolowej gorączki”, zauważał także, że kibice nie uznają czasu teraźniejszego – żyją wyłącznie w mitycznym czasie przeszłym, karmiąc się wspomnieniami o meczach niegdyś, na przykład przed półwieczem albo jeszcze dawniej, wygrywanych (największe sukcesy Tottenhamu datują się na początek lat sześćdziesiątych XX stulecia), albo w czasie przyszłym, który ma w końcu przynieść odmianę złego losu. 

Rzecz w tym, że dla drużyny z północnego Londynu od pięciu mniej więcej lat istnieje jednak czas teraźniejszy: po trwającej kilkanaście sezonów trenerskiej karuzeli, uczący się na własnych błędach prezes Daniel Levy trafił wreszcie na właściwego człowieka, Argentyńczyka Mauricio Pochettino, ten zaś nie przyjął do wiadomości rzekomo zapisanych w klubowym DNA ograniczeń i zbudował drużynę, która nie dość, że po raz trzeci z rzędu gra w Lidze Mistrzów (a w przyszłym roku zagra również), to jeszcze zdołała awansować do jej finału.

Gole i łzy

Prorocki ten tytuł z okładki „Tygodnika Powszechnego”, bo o tym, że Tottenham zajdzie tak daleko, nie marzył chyba nikt. Do sezonu drużyna przystępowała niemal bez przygotowania (dziewięciu podstawowych zawodników grało jeszcze na ubiegłorocznym mundialu, kiedy reszta zespołów szykowała się już do rozgrywek angielskiej Premier League) i bez wzmocnień, bo w związku z budową stadionu trzeba było ograniczać wydatki. W dodatku oddanie nowego obiektu opóźniło się o wiele miesięcy: zamiast u siebie, Tottenham musiał wciąż grać na wynajmowanym Wembley. Tegoroczne występy w Lidze Mistrzów zaczęły się od feralnej – bo drużyna prowadziła już i straciła dwa gole w końcówce – porażki z Interem, potem na własnym boisku uległa Barcelonie, a kiedy kolejny raz roztrwoniła prowadzenie i tylko zremisowała z PSV Eindhoven, wydawało się, że jest już po wszystkim.

U Pochettino jednak „po wszystkim” nie istnieje – wymęczone zwycięstwa w rewanżach z Interem i PSV, a później remis (też zaczęli od szybko straconego gola…) z Barceloną pozwoliły awansować do fazy pucharowej rozgrywek, gdzie zagrali koncertowo z Borussią Dortmund (choć i tu nie obyło się bez momentów dramatycznych, heroicznej gry i obronionego karnego przez bramkarza Hugo Llorisa), później okazali się lepsi od najlepszej w tym roku angielskiej drużyny, Manchesteru City legendarnego trenera Pepa Guardioli (tutaj z kolei o awansie w siedmiobramkowym thrillerze zdecydowały dwie decyzje sędziego oglądającego sporne sytuacje na wideo: najpierw uznającego gola dla Tottenhamu, a w ostatnich sekundach meczu anulującego w związku z minimalnym spalonym bramkę mającą dać awans do półfinału zespołowi z Manchesteru). W półfinale piłkarze z Londynu ograli nieustraszonych – wcześniej wygrywających na przykład z Realem i Juventusem – młodzieńców z Ajaksu Amsterdam, mimo iż na 45 minut przed końcem rywalizacji byli od nich gorsi o trzy gole; tu również rozstrzygająca bramka padła w ostatnich sekundach spotkania. W stolicy Holandii będący wcześniej uosobieniem spokoju i samokontroli Mauricio Pochettino płakał na murawie rzewnymi łzami, a ja cieszyłem się, że można jeszcze obejrzeć w przestrzeni publicznej płaczącego mężczyznę.

Pamiątkowe zdjęcie

Niezorientowanym wypada wyjaśnić, że od czołowych klubów Europy – Realu, Barcelony, Manchesteru United, Manchesteru City, Paris Saint Germain, Bayernu, a także obecnego rywala w finale Ligi Mistrzów, Liverpoolu – dzieli tę drużynę finansowa przepaść. Że choć w kadrze jest kilka znanych nazwisk – kapitan mistrzów świata Lloris, kapitan reprezentacji Anglii, skądinąd wracający dopiero do zdrowia po kontuzji Harry Kane (jego występ w finale jest niepewny), duński rozgrywający Christian Eriksen – to o większości piłkarzy z Londynu trzeba powiedzieć, że w najważniejszym meczu europejskiej piłki klubowej nie wystąpią już nigdy. Co zresztą również stanowi kontekst w opowieści o sukcesie trenera Pochettino: Argentyńczyk zbudował zespół, w którym każdy się liczy, a przed wylotem do Madrytu mówił, że chce, by tradycyjne pamiątkowe zdjęcie przed pierwszym gwizdkiem zrobiono nie wybranej przez niego jedenastce, ale wszystkim, których zabrał na to spotkanie, także tym, którzy „tylko” usiądą na ławce rezerwowych. Inni kupują jak wariaci i bez opamiętania, on albo daje swoim piłkarzom czas, by (jak najlepszy w tym sezonie, będący pośmiewiskiem w dwóch poprzednik Moussa Sissoko) wkomponowali się w zespół albo wypatruje zdolnych młodzieńców w drużynach juniorskich.

Przed półfinałami z Ajaksem trener Tottenhamu chwalił rywali za to, że czują się wolni i potrafią „wyrazić się na boisku” również dlatego, że nikt na nich nie stawia; że mają w sobie niewinność, która pozwala powiedzieć po prostu „Chodźmy grać w piłkę”. Zapamiętałem ten cytat, bo wydawał mi się pasować do postawy jego własnych piłkarzy. Podobnie jak inne słowa Argentyńczyka: że owszem, wierzy w przeznaczenie, ale wsparte ciężką pracą. I że kiedy ciężko pracujesz, robiąc to, co kochasz, nie czujesz stresu, tylko pasję.

To rzadkość w wywiadach z trenerami, jakże często chowającymi się za jakąś taktyczną nowomową albo serwującymi dziennikarzom okołopiłkarskie banały typu „mecz ewidentnie się nam nie ułożył”. To rzadkość i jeszcze jeden powód, by doceniać pracę Argentyńczyka: w świecie, który mówienie o uczuciach i emocjach zdaje się uważać za tabu, on mówi niemal wyłącznie o nich. Doprawdy obstawanie przy kimś takim, że „futbol jest okrutny”, wydaje się kompletnie nie na miejscu.

Do gwiazd i jeszcze dalej!

Tak, wiedzę o tym, jak się wygrywa finały Ligi Mistrzów, posiedli w innych klubach. Owszem, w innych klubach mają środki, które pozwalają takie mecze wygrywać. Tottenham jednak nie przyjmuje tego do wiadomości – tak jak bohater Pixarowskiego „Toy Story”, niejaki Buzz Astral, którego zawołanie „Do gwiazd i jeszcze dalej!” w jednej z poprzednich rund Pochettino nieświadomie zacytował, nie przyjmował do wiadomości, że jest tylko zabawką i tak naprawdę latać nie potrafi.

Superman z okładki „Tygodnika Powszechnego” ma kulę u nogi, a jednak wzbija się w powietrze – po trzydziestu latach marzeń. Ja po trzydziestu latach marzeń kończę ten tekst w samolocie do Madrytu, a jeszcze zanim wyłączyłem telefon, dostałem z domu esemesa, że moi najbliżsi zdecydowali się jeszcze raz obejrzeć szaloną końcówkę meczu Tottenhamu z Ajaksem. Tak, to jest ten czas, kiedy nie myślę z nostalgią o przeszłości i udaje mi się nie robić wielkich nadziei na przyszłość: żyję chwilą.

PS. Opowieść o Liverpoolu i jego obecnym trenerze Jurgenie Kloppie, podobnie jak historię jego niemal tak samo sensacyjnego jak w przypadku Tottenhamu awansu do finału Ligi Mistrzów (w półfinale z Barceloną, mającą w składzie wielkiego Leo Messiego, odrobili trzybramkową stratę z pierwszego meczu), rówież daje się snuć w tonacji romantyczno-lirycznej. Pewnie okazja pojawi się w dniu jutrzejszym, coś trzeba w końcu zrobić z tym czasem wielkiego oczekiwania.

Podróż reporterska Michała Okońskiego do Madrytu, na mecz Tottenham-Liverpool, była możliwa dzięki uprzejmości banku Santander, oficjalnego sponsora Ligi Mistrzów UEFA.