Archiwa kategorii: Champions League

Messi i Ronaldo, czyli tu i teraz

Nie wiem, czy też tak macie, ja tak miałem z całą pewnością aż do wczoraj: wychowany w kulcie przeszłości, pracujący w gazecie o siedemdziesięcioletniej historii karzeł na ramionach olbrzymów, tkwiłem w przekonaniu, że wszystko, co najlepsze, dokonało się zanim przyszedłem na świat. Najlepsza płyta w historii muzyki rockowej? No wiadomo: „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów. Najlepsze wykonanie „Pasji Mateuszowej”? Nagranie Nikolausa Harnoncourta z 1970 roku. Najlepsza książka o podróżowaniu? „Obrazy Włoch” Muratowa, z której każdy kolejny eseista wybierający się na Południe przepisuje pełnymi garściami. Najlepsi piłkarze w historii futbolu? Oczywiście Pele, a poza tym Puskas, Cruyff, Eusebio, Beckenbauer – z tych, co mogłem widzieć na własne, w miarę rozumiejące oczy, tylko Maradona ewentualnie mieściłby się na tej liście. Wszystko już było, „za moich czasów to były napady”, jak mówił na ulicy Pif-Paf City bohater jednego z komiksów także narysowanych dobre czterdzieści lat temu, czyli „Tytusa na Dzikim Zachodzie”. Czytaj dalej

Nie śmiejcie się z Boatenga

Com się nazachwycał, tom się nazachwycał (na portalu Sport.pl), a teraz dopada mnie smutek. Nie dlatego, że się tak szybko skończyło, że trwało tylko dziewięćdziesiąt minut zamiast całej nocy – dlatego, że uświadomiłem sobie nagle, jak duża część naszej energii pomeczowej idzie zwykle w szyderę z pokonanych. Rano zajrzałem na portale, żeby poczytać, co o tym arcygraniu napisali lepsi ode mnie, i zewsząd spadły na mnie kaskady memów, gifów, zdjęć, złośliwych komentarzy i dowcipów. Tym razem ich wątpliwym bohaterem był Jerome Boateng, ale przecież podobnych pechowców, wkręcanych w murawę przez piłkarskich geniuszy, znalazłoby się na pęczki przy niemal każdym meczu. W takiej formie jak wczorajsza, Messi zrobiłby to przecież każdemu – nie tylko obrońcy, który było nie było zdobywał dziesięć miesięcy temu mistrzostwo świata i który w finale mundialu kapitalnym wślizgiem pozbawił tegoż Messiego możliwości strzelenia bramki dla Argentyny.

Mam pisać, że Boateng nie jest byle ptysiem? Cytować z książki Martiego Perarnaua „Herr Guardiola” opowieść o tym, jak trener Bayernu uświadomił sobie nagle, że w ciągu kilku lat pracy w najlepszych klubach Niemiec i Anglii jego podopieczny nigdy nie był uczony gry defensywnej w sensie organizacji linii, ustawiania się itd., przez cały ten czas polegając wyłącznie na swoim instynkcie? Mówić o tym, jak w ostatnich miesiącach wciąż tylko 26-letni obrońca Bayernu poszedł do przodu? Przypominać, że w trakcie finału mistrzostw świata niejeden dziennikarz właśnie jego uznawał piłkarzem meczu? A może przypominać podobne szyderstwa,z którymi zderzali się nasi ulubieńcy, np. Jerzy Dudek w Liverpoolu czy Łukasz Fabiański w Arsenalu? Czy ich późniejsze występy nie przekonywały aż nadto dobitnie, że nie mieliśmy do czynienia z ofiarami losu?

Czytaj dalej

Uniesione brwi Carlo Ancelottiego (konkurs)

carlettoErnst Happel, Otmar Hitzfeld, Jupp Heynckes, José Mourinho, Carlo Ancelotti: trenerzy, którzy zdobywali Puchar Europy z więcej niż jednym klubem. Bob Paisley i Carlo Ancelotti: trenerzy, którzy zdobywali go trzy razy. Carlo Ancelotti: jedyny, który jako piłkarz i trener sięgał po niego pięciokrotnie (Frank Rijkaard wygrywał cztery razy, Pep Guardiola trzy). A przecież jeśli ktokolwiek dziś pyta o najsłynniejszych trenerów świata, najczęściej padają nazwiska Guardioli i Mourinho. No, może znajdzie się jakiś zagorzały anglofil, który wspomni jeszcze Alexa Fergusona, a futbolowi hipsterzy upierać się będą, że na przykład Guardioli nie byłoby bez lekcji pobieranych u Marcelo Bielsy. Owszem, jest także Louis van Gaal, który – pytany czy nie – sam się upomni o miejsce na panteonie. Wiele się mówi także o młodych, Jurgenie Kloppie i Diego Simeone. Zobaczcie sami: zdołałem już wymienić siedem nazwisk i założę się, że mógłbym jeszcze jakieś dorzucić, umieszczając Carlo Ancelottiego dopiero gdzieś u dołu pierwszej dziesiątki. Czas na uniesienie brwi po raz pierwszy: opowieść o najbardziej utytułowanym człowieku w historii europejskich pucharów jest opowieścią o człowieku najbardziej niedocenionym.

Unosimy te brwi, jeśli dobrze pamiętam, siedem razy – kilka powyższych zdań jest tylko pierwszym akapitem tekstu, który znalazł się w książeczce dołączonej do autobiografii obecnego trenera Realu, opublikowanej właśnie przez wydawnictwo SQN pod tytułem „Nienasycony zwycięzca”. Przyznam, że pożarłem tę książkę tak, jak sam Carlo Ancelotti pożarłby tortellini – pożarłem, zrozumiałem, że istnieje trzecia droga między Guardiolą a Mourinho, a potem spróbowałem tę trzecią drogę opisać. Jeśli chcecie i Wy dołączyć się do uczty, możecie wziąć udział w konkursie. Czytaj dalej

Północny Londyn, czas zmian

A gdybym znalazł w dzisiejszych gazetach analizy porównawcze problemów, które trapią Arsenal i Tottenham (tak, tak, przy pełnej świadomości dysproporcji między tymi dwoma zespołami: jedni od lat w Lidze Mistrzów, drudzy bezskutecznie się do niej dobijają; jedni zaczynają sezon mierząc w mistrzostwo, drudzy w czwarte miejsce), to tyleż bym się nie zdziwił, co miałbym ochotę pisać polemiki.

Nie zdziwiłbym się, bo porównania narzucają się same: obie drużyny poniosły właśnie bolesne klęski w Europie i obie na własne życzenie. W obu łatwo wskazać winowajców: nieskutecznych Soldado i Giroud, rozkojarzonych i nieruchawych Mertesackera i Fazio (Vertonghena bym mimo wszystko oszczędził, choć podarował Fiorentinie drugą bramkę). W obu kwestionować można decyzje trenerów: w przypadku Wengera zbyt otwartą taktykę, umożliwiającą rywalowi przeczekanie pierwszej presji i znalezienie przestrzeni do wyprowadzenia szybkiego ciosu, przy kompletnym braku asekuracji; w przypadku Pochettino zbyt dużą rotację w składzie, a zwłaszcza pozostawienie na ławce rezerwowych Kane’a, Walkera, Masona czy Dembele. Mówił przed meczem Wenger, że Monaco jest jak niebezpieczny gad, który zaczaja się gdzieś w zaroślach gotów, by zabić – ale jego piłkarze wyszli na boisko, jakby mieli wypędzać żaby z kałuży leżącej pośrodku drogi. W pierwszej połowie spotkania w Londynie Fiorentina gubiła się przy szybkiej grze Kogutów, wczoraj jednak akcje Tottenhamu toczyły się zbyt jednostajnie – spowalniane w środku pola przez grzejącego zwykle ławę Stamboulego. Czytaj dalej

Miałeś, chamie, Ligę Mistrzów

Z podobnym wydarzeniem w polskim futbolu dawno nie mieliśmy do czynienia: w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, najbardziej prestiżowych i najlepiej honorowanych przez sponsorów rozgrywek klubowych na świecie, Legia rozgromiła Celtic. Grając z niespotykanym od dawna polotem, Polacy pokonali Szkotów u siebie 4:1, a na wyjeździe dołożyli kolejne bramki, zwyciężając 2:0. Problem w tym, że na ostatnie 4 minuty rozstrzygniętego już spotkania rewanżowego z ławki rezerwowych wszedł piłkarz, który nie miał prawa pojawić się na boisku: Bartosz Bereszyński. W poprzednim sezonie dostał czerwoną kartkę, za co zdyskwalifikowano go na trzy mecze, i nie zakończył jeszcze odbywać kary (Legia zagrała wprawdzie od tamtej pory więcej spotkań, ale na część z nich Bereszyński nie został zgłoszony, a tylko w takim przypadku władze europejskiej piłki liczą upływ zawieszenia).

Ten formalny drobiazg, niedopatrzenie, niczyja zła wola ani próba oszustwa, poskutkowały nałożeniem na warszawski klub walkowera: w związku z występem nieuprawnionego piłkarza wynik drugiego meczu został zweryfikowany na korzyść Szkotów, którzy w związku z tym awansowali do ostatniej rundy eliminacji. Mają się w nim zmierzyć z klubem ze Słowenii, będącym – jak pozostałe losowane w tej rundzie – w zasięgu warszawiaków. Pomyśleć tylko: gdyby w Legii robotę papierkową prowadzono z należytą starannością, grałaby dalej. A grając dalej, mogłaby liczyć zyski w dziesiątkach milionów złotych: za sam udział w meczach IV rundy otrzymałaby 2 mln euro, za awans do kolejnej fazy rozgrywek do klubowej kasy wpłynęłoby zaś co najmniej kolejne 8,6 mln euro. Występy w Lidze Mistrzów (od 19 lat niedostępne polskim drużynom) są Świętym Graalem futbolu, obiektem westchnień nie tylko kibiców, trenerów i piłkarzy, ale także klubowych prezesów i księgowych.

Kibiców, trenerów i piłkarzy oczywiście żal, choć trudno dzielić z nimi sposób, w jaki wyrażają emocje – w trywialnej regulaminowej decyzji organizatorów rozgrywek („Twarde prawo, ale prawo”…) doszukując się antypolskiego czy antylegijnego spisku albo represji za chuligańskie wybryki na trybunach w poprzednich sezonach. Trudno akceptować rasistowskie czy seksistowskie (kierownikiem drużyny, z całą pewnością nie jedynym odpowiedzialnym za zamieszanie, jest kobieta) obelgi, jakie się przy okazji pojawiają. Ale najtrudniej pogodzić się ze świadomością, że błąd – popełniony w Polsce, w Warszawie, nie w centrali UEFA i nie w Glasgow – jest jednym z tak wielu w państwie, którego minister mówi, że istnieje tylko teoretycznie.

Oto, dlaczego będziemy pisać o karze dla jakiegoś klubu nie tylko na piłkarskim blogu, ale i w kolejnym numerze „Tygodnika Powszechnego”, nawet świadomi niechęci, z jaką wielu czytelników darzy tę dyscyplinę sportu i zajmujących się nią ludzi. Nie o sport tu idzie. Po pierwsze, Legia jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek – przedsiębiorstwem obracającym pokaźnym budżetem (114 mln zł przychodów w 2013 r., według Ernsta & Younga) i zatrudniającym zapewne grubo ponad setkę pracowników. Po drugie, wystarczy podczas urlopu otworzyć byle gazetę lokalną (jeśli akurat nie ma się dostępu do strony internetowej z raportami Najwyższej Izby Kontroli), by znaleźć dziesiątki przykładów beztroski, z jaką nad Wisłą traktujemy obowiązujące procedury. Skutki nie zawsze są tak tragiczne, jak w Smoleńsku czy np. pod Szczekocinami, gdzie w marcu 2012 r. zderzyły się pociągi, albo w Katowicach, gdzie w 2006 r. zawaliła się hala, albo pod Nowym Miastem, gdzie w nieprzystosowanym do przewozu ludzi busie jechało 18 osób – ale zawsze bolą, niechby nawet kibiców.

Z ekonomią już sobie nieźle radzimy. Kiedy pora na kolejny stopień wtajemniczenia: procedury? A jeśli nie procedury, to choćby elementarne dbanie o własne poczucie bezpieczeństwa? Mieczysław Grydzewski zwykł mówić, że świetnie wie, iż „Pana Tadeusza” napisał Słowacki, ale zawsze woli sprawdzić. Ech…

Atletico według Tony’ego Gatlifa

1. Wszyscy mówią „decima, decima”, ale to musi być tekst o innej madryckiej drużynie. Przy całym uznaniu dla Realu, który po raz dziesiąty wygrał najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie, spełniając marzenia kibiców i zaspokajając ambicje prezesa Florentino Pereza (aby osiągnąć cel, latem 2013 r. po raz kolejny walczył o transferowy rekord, czyniąc sprowadzanego z Tottenhamu Walijczyka Garetha Bale’a prawdopodobnie najdroższym piłkarzem świata); przy nadzwyczajnym szacunku dla Carlo Ancelottiego, który potrafił wylać oliwę na wzburzone przez Jose Mourinho madryckie fale, który znalazł wspólny język z miejscowymi supergwiazdami: Ronaldo, Casillasem czy Ramosem, który wkomponował do drużyny wspomnianego Bale’a, okiełznał Pepe, przyznał należne miejsce Modriciowi i niebywale rozwinął świetnego wczoraj di Marię – dziś trzeba pisać o klubie mniejszym i uboższym, będącym o kilkadziesiąt zaledwie sekund od wygranej w finale Ligi Mistrzów, a wcześniej potrafiącym sprzątnąć sprzed nosa Realu i Barcelony mistrzostwo Hiszpanii.

Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 bukmacherzy przyjmowali zakłady, że Atletico zdobędzie mistrzostwo kraju i wygra Ligę Mistrzów po kursie 6560:1 – a gdyby nie gol Sergio Ramosa już w doliczonym czasie gry finału tejże Ligi Mistrzów, dający podopiecznym Ancelottiego wyrównanie i przedłużający mecz o dogrywkę, w której wycieńczone Atletico nie dało już rady, musieliby wypłacać takie wygrane. Podobne rzeczy nie zdarzały się od lat: akurat w hiszpańskiej piłce hierarchia wydawała się ustalona. Jeśli nie Real, to Barcelona, jeśli nie Barcelona, to Real – ten duopol, symbolizowany tyleż przez piłkarskie wielkości, co biznesowe marki Messiego i Ronaldo, został nieoczekiwanie rozbity, i to przez drużynę, której wartość rynkowa jest wielokrotnie mniejsza: piłkarzy Realu wycenia się na 521,9 milionów euro, Atletico zaś – zaledwie na 79,05 milionów.

Niemiłosiernie nadużywana metafora o kopciuszku podbijającym książęce salony w tym przypadku nie znajduje zastosowania nie tylko ze względu na fakt, iż nie wypada się tu posługiwać zużytymi metaforami. Wszystko bowiem można powiedzieć o drużynie Atletico, ale nie to, że przypomina zahukaną dziewczynę z macoszynej kuchni.

2. Piłka nożna w wykonaniu Atletico Madryt – drużyny kierowanej przez Argentyńczyka Diego Simeone, przed laty boiskowego zabijaki, który w 1998 r. doprowadził prowokacyjnym zachowaniem do wyrzucenia z boiska Davida Beckhama podczas mundialu we Francji – bywała opisywana przy pomocy obrazów zapożyczanych z filmów Quentina Tarantino i Roberto Rodrigueza. „Waleczni, bezwzględni, cyniczni, na mecz wychodzą z nożami w zębach” – pisał o nich Rafał Stec w świetnym szkicu „Pies wojny”. „Ilekroć patrzę na Atletico, w prześladujących mnie kinofilskich skojarzeniach wracają twarze z »Dzikiej bandy« Peckinpaha, »Wściekłych psów« Tarantino czy »Maczety« Rodrigueza, z tytułową rolą Danny’ego Trejo – łudząco podobnego do argentyńskiego trenera i rutynowo już reprezentującego na ekranie buchający, nieokiełznany testosteron” – kontynuował autor „A jednak się kręci”, zastrzegając wszakże, że skojarzenia są niedokładne, bo „w madryckim sposobie gry nie ma miejsca na ślepą, furiacką brutalność (Peckinpah) lub przymrużenie oka (Tarantino, Rodriguez)” – że ten gang zabija na zimno, „odmierzając agresję w jej niezbędnych ilościach”.

Otóż właśnie: brutalności Atletico nie wypada demonizować; ważniejszy od wykalkulowanych fauli jest zawsze pressing, o rzadko spotykanej intensywności, a także błyskawiczne przejście z obrony do ataku. Jeśli już pozostać przy skojarzeniach kinofilskich, bardziej niż Tarantino przypomina mi się Tony Gatlif, z którego obrazów, takich jak „Vengo”, „Transylwania” czy „Exils”, postać Diego Simeone wydaje się wyjęta. „W każdym z tych tytułów czuło się podobną energię: ten sam powiew wolności i anarchii. Wszędzie spotykaliśmy bohaterów, których najbardziej wyrazistą cechą była jakaś nieposkromiona »dzikość w sercu«, pozwalająca im pozostać takimi, jakimi chcą, na przekór zmieniającemu się światu” – pisała kiedyś o Gatlifie Anita Piotrowska w „Tygodniku Powszechnym”. O intensywność więc tu chodzi, jak w tych scenach z filmów romsko-algierskiego reżysera, które dokumentują dzikie, plebejskie flamenco. Intensywność zarówno gry w piłkę, jak przeżywania, a także kontaktu ze zwykłymi ludźmi: wielokrotnie w trakcie wczorajszego meczu z Realem trener Atletico podnosił się z ławki nie po to, by wejść w relację ze swoimi piłkarzami, przekazać im instrukcje, dokonać korekt w taktyce, ale żeby jakimś gestem trafić do tysięcy tych, którzy przyjechali za jego zespołem na finał do Lizbony. To był ludowy bohater, próbujący odnaleźć się na europejskich salonach i ostatecznie z nich wyproszony – odesłany na trybuny przez sędziego po incydencie z Varanem. Tyleż outsider, człowiek wykorzeniony i odrzucany przez bogaty świat, co na dobre i złe zakorzeniony w swojej rodzinnej wspólnocie. Zawsze będę pamiętał, jak po meczu z Barceloną zabrał na konferencję prasową całą swoją ekipę. „Chciałem dzielić tę radość z moimi ludźmi” (miałbym ochotę przetłumaczyć: z moim ludem) – tłumaczył.

Jeśli mówić o aktorach, to równie dobrze jak Danny’ego Trejo, można przypominać pojawiającego się u Gatlifa Birola Ünela, znanego również z „Głową w mur” Fatiha Akina. Wszędzie tu chodzi o trzewia, o namiętność i gorączkę, o niemal paradokumentalną intensywność dziania się, nieuchronnie zmierzającą w klęskę i mrok.

3. Wznoszę swoje cante jondo na temat Atletico, bo żaden inny zespół nie wniósł w zakończony właśnie sezon europejskiej piłki tyle energii i pasji. Grupa kilkunastu zabijaków (kadra nie była tak liczna jak kadry potentatów – zamiast rotować składem w trakcie wyczerpującego sezonu, Simeone stawiał wciąż na tych samych zawodników, doskonale się wprawdzie rozumiejących, ale z czasem coraz bardziej zmęczonych) w drodze do finału Ligi Mistrzów nie przegrała ani jednego spotkania, eliminując Porto, Milan czy Barcelonę. Im dalej w sezon, tym jednak robiła się szczuplejsza. W finale nie mógł zagrać Arda Turan, a Diego Costa wytrwał zaledwie dziewięć minut – nie pomogła tajemnicza kuracja maścią z końskiego łożyska, aplikowaną przez serbską cudotwórczynię. Simeone dokonywał kolejnych zmian i w końcówce kontuzjowany obrońca Juanfran musiał kuśtykać po boisku, byle tylko drużyna nie grała w dziesiątkę. Ostatnich kilkanaście minut, jak zauważył Michał Zachodny, przypominało już jazdę nie tyle „na rezerwie”, co na oparach paliwa.

Ale wznoszę je także dlatego, że wszystko wskazuje na to, iż mamy oto kolejną we współczesnym futbolu opowieść o niespełnieniu. Jak z innym „klubem ludowym”, niemiecką Borussią Dortmund, bijącą się przed rokiem w finale Ligi Mistrzów z Bayernem i przegrywającą z nim w lidze, z roku na rok wykrwawianą na rynku transferowym, pozbawianą a to Kagawy, a to Goetzego, a to Lewandowskiego – Atletico, które zdołało się podnieść po odejściu Radamela Falcao, będzie zapewne musiało znaleźć zastępców dla Courtois i dla Diego Costy, obu wzywanych do Londynu przez Jose Mourinho, a być może także dla znakomitego wczoraj Koke. Porównanie z Borussią jest zresztą niedokładne – zespół Jürgena Kloppa nie może wprawdzie rywalizować na rynku transferowym z potentatami, ale od kilku lat nie pieniędzy mu nie brakuje. Atletico jest zadłużone, osobną kwestią są jego relacje z funduszami inwestycyjnymi. „Nawet wielkie sukcesy – pierwsze od 18 i 40 lat – mogą być zapowiedzią nie lepszych, ale gorszych czasów. Na szczyty dostawało się wiele klubów, lecz utrzymać się na nich jest znacznie ciężej” – przestrzega Łukasz Godlewski i trudno mu nie przyznać racji.

Atletico Madryt, Tony Gatlif i flamenco. Brakuje tylko wina – może być nawet z Andaluzji.

Manchester jak Everton

Trochę więcej argumentów w ostatnich tygodniach przemawia za Davidem Moyesem, nieprawdaż? Owszem, pogromy z Liverpoolem i Manchesterem City przydarzyły się właśnie w tym czasie, ale przeplecione zwycięstwami nad Aston Villą, West Hamem, a zwłaszcza Olympiakosem. Owszem, gol Schweinsteigera nadal czyni Bayern faworytem dwumeczu, ale w starciu z Bawarczykami spodziewano się raczej miazgi i upokorzenia podobnego do tych, które stały się udziałem Czerwonych Diabłów w starciu z najlepszymi drużynami Premier League; tego, że goście zabiorą gospodarzy na karuzelę (żeby użyć słów sir Aleksa Fergusona po jednym z finałów Ligi Mistrzów z Barceloną), a nie w pełni honorowego remisu po popisie wreszcie zorganizowanej gry obronnej.

Momentami było to jak oglądanie Evertonu Moyesa, ale przecież nie jest to żadna wada: groźnie kontratakujący i twardy w obronie tamten Everton jak mało która drużyna angielskiej ekstraklasy potrafił wsadzać kije w szprychy silniejszych rywali (zresztą i MU za czasów Fergusona potrafiło to zrobić, ścierając się z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów, w 2008 r.). Momentami było to też jak oglądanie pamiętnych starć Chelsea z Barceloną, szczęśliwie zakończonych dla angielskiej drużyny – również dlatego, że twarzami tamtego sukcesu były starzejące się gwiazdy drużyny spisywanej na straty. Tyle razy narzekaliśmy ostatnio na Rio Ferdinanda, a dziś zagrał niemal perfekcyjnie – tylko raz jeden dając się zgubić Mandżukiciowi zgrywającemu piłkę do wchodzącego w głębi pola Schweinsteigera. Po prostu perfekcyjnie zagrał Namanja Vidić.

Decyzja o wzmocnieniu drugiej linii (przed własnym polem karnym biegali Carrick, Fellaini i Giggs, potem Walijczyka zmienił Kagawa, ale także Rooney i Valencia cofali się w okolice bramki de Gei) była słuszna. Bayern, zgodnie z oczekiwaniami, zdominował ten mecz, momentami będąc prawie 80 proc. czasu przy piłce. Posiadanie piłki to jednak nie wszystko. Piłkarze Guardioli pięknie operowali futbolówką po tym, jak odbierali ją gospodarzom jeszcze na ich połowie, cudnie wychodzili na pozycje, fantastycznie wymieniali się między sobą rolami, słowem: robili to, czego od nich oczekiwaliśmy, tyle że mało która ich akcja kończyła się strzałem. Strzelali gospodarze – dwie wyborne okazje, na początku meczu i w końcówce pierwszej połowy miał Danny Welbeck (kolejny raz wypada wyrazić szacunek Michaelowi Coxowi, który przewidywał taki właśnie scenariusz, ataków na początku i na końcu, przywołując starą marketingową strategię emitowania tej samej reklamy w pierwszej i ostatniej fazie bloku ogłoszeniowego, żeby skuteczniej dotrzeć do głów klientów). Jedną sytuację Anglik wywalczył sobie sam, przyjmując trudne podanie od Valencii, mijając Javiego Martineza i strzelając bramkę – nie wiem nadal, czy nieuznaną z powodu ręki, czy z powodu zbyt wysoko uniesionej nogi, bo oba powody były tyleż do uwzględnienia, co do niezauważenia przez sędziego – jak zauważył Graham Poll, sędzia zachował się dobrze, choć jego angielscy koledzy w Premier League pewnie puściliby grę. Drugą sytuację Welbeck zawdzięczał podaniu Rooneya i błędowi Boatenga (pisywaliśmy tu i ówdzie, że Bayern ma słabe punkty, zwłaszcza kiedy jego obrońcy znajdą się pod presją), ale – będąc sam na sam i mając za dużo czasu na decyzję, został zatrzymany przez Neuera. Moyes na pomeczowej konferencji twierdził wprawdzie, że w meczu o taką rangę podobne sytuacje trzeba wykorzystywać, ale ja grę Welbecka chciałbym pochwalić – jego ruchliwość, zdolność do ucieczki spod krycia i zmuszenia rywala do błędu. Podobnie zresztą chciałbym pochwalić Thomasa Müllera, nawet jeśli dopiero jego zejście – zmiana „fałszywej dziewiątki” na prawdziwą – zaowocowała bramką dla Bayernu.

Z wyborów Moeyesa na ten mecz nie bronił się właściwie tylko Fellaini – a dlaczego, pisze osobno na Sport.pl Michał Zachodny. W kluczowym momencie Belg odpuścił Schweinsteigera, wbrew oczekiwaniom nie wygrywał pojedynków główkowych, był chaotyczny. Fantastycznie grał za to Phil Jones, najpierw na prawej, potem na lewej obronie, nie zawiódł de Gea, raz czy drugi przydał się Valencia, Carrick po nerwowym początku odzyskał spokój, a o seniorach ze środka obrony już wspominałem. Oczywiście cud w Monachium zapewne się nie wydarzy, piłkarze Guardioli – nawet bez Martineza i Schweinsteigera – pozostaną nadludźmi, ale w najbliższy weekend samolotu z antymoeysowskim banerem nad Old Trafford raczej bym się nie spodziewał. Czasem warto być cierpliwym: tak dobrze przygotowanego Manchesteru United jeszcze w tym sezonie nie oglądaliśmy.

Cień Wielkiego Szkota

Gdybym był jednym z tych młodych, łatwo się rumieniących publicystów zajmujących się na co dzień komentowaniem polskiej polityki, napisałbym pewnie, że lektura dzisiejszej porannej prasy była „porażająca”. Manchester United odniósł najważniejsze zwycięstwo pod wodzą Davida Moyesa, a z nagłówków, leadów i śródtytułów kolejnych tekstów bije nazwisko Aleksa Fergusona. To było podobno w jego stylu, przy użyciu jego taktyki i jego piłkarzy – czytam peany pod adresem poprzednika i robi mi się zwyczajnie żal następcy. Ma chłop sukces, rzeczywiście jak dotąd największy, bo odniesiony z nożem na gardle (mecz z Bayerem Leverkusen w fazie grupowej nie odbywał się pod aż taką presją), awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, i co? I wszystko to zasługa tego czerwononosego pryka wpatrującego się weń w milczeniu z dyrektorskiej loży? Naprawdę?

Czytam jeszcze raz teksty z ostatnich paru dni. Czego w nich nie znajduję… Rzekomą awanturę Moyes-Giggs. Pogłoski o zdejmowaniu przez kibiców transparentu „Wybrany”. Szeroko omawianą wypowiedź trenera juniorów Evertonu Kevina Sheedy’ego, że obecny trener MU na Goodison Park nie interesował się młodymi piłkarzami. Plotki o zainteresowaniu prezesów klubu Luisem van Gaalem. Nawet poniedziałkowe relacje z konferencji prasowej Davida Moyesa hojnie ilustrowano – odpowiednio komentując – zdjęciem, na którym za plecami menedżera MU jest fotografia drużyny triumfującej pod wodzą jego poprzednika.

Zwyczajnie nie kupuję tej narracji. Jasne: pierwszy sezon Davida Moyesa należy uznać za spisany na straty, między jego MU a Liverpoolem Brendana Rodgersa ziała w niedzielę przepaść, a spośród wszystkich ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów to drużyna mistrza Anglii wydaje się rywalem najbardziej pożądanym. Powodów, dla których tak to wygląda, jest jednak mnóstwo – nie sposób sprowadzić ich do formuły, że ten wiatr okazał się zbyt silny na Moyesowską wełnę. Część z nich wiąże się, niestety, ze spadkiem po Fergusonie, część z tym, że w trakcie, gdy Moyes i dyrektor Woodward mościli się dopiero w nowych fotelach, wszyscy rywale na potęgę się zbroili – o tych i innych powodach obecnych kłopotów MU pisałem już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Wczoraj zresztą, przygotowując po meczu tekst dla Sport.pl, sięgnąłem po inne porównanie: pierwszych miesięcy Davida Moyesa na Old Trafford z pierwszymi miesiącami Brendana Rodgersa na Anfield. On również nie od razu dopracował się dzisiejszej zwycięskiej formuły, a zanim ją znalazł, próbował wielu ustawień i piłkarzy. Chłoszcze się Moyesa za transfer Fellainiego (tu również warto się wstrzymać z oceną, skoro przez wiele miesięcy Belg leczył kontuzję), ale przecież Rodgers nabywał m.in. – oddanego już do Sunderlandu – Fabio Boriniego albo Luisa Alberto czy Iago Aspasa.

Mój problem polega pewnie na tym, że nie lubię skrajnych sądów i pozornie łatwych rozwiązań. Moja rzeczywistość rzadko okazuje się „porażająca”, odcienie szarości wolę od czerni i bieli. We wczorajszym meczu MU widziałem tyleż energię ofensywy, co defensywne rozchełstanie – i wcale nie uważam, że oglądaliśmy jakiś przełomowy mecz w najnowszych dziejach drużyny z Old Trafford. Uważam natomiast, że także w jego świetle winni jesteśmy Davidowi Moyesowi dwie rzeczy: powstrzymanie się z bilansem co najmniej do jesieni, kiedy po kolejnym okienku transferowym będzie można powiedzieć „sprawdzam” deklaracjom o tym, że wie, co zamierza (i tak jestem minimalistą, skoro w przypadku Fergusona czekano prawie cztery lata…), oraz nienadużywanie nazwiska poprzednika, kiedy taktykę na wygrany mecz opracował ktoś inny.

Ten nieszczęsny przepis

O obu meczach Ligi Mistrzów pisałem dla Sport.pl – osobno o starciu Manchester City-Barcelona, osobno o Arsenal-Bayern. Wpadam jednak na chwilę, poruszony informacją, że przepis, który odmienił losy obu spotkań – nakazujący sędziemu pokazanie czerwonej kartki piłkarzowi, który będąc ostatnią instancją udaremnia za pomocą faulu oczywistą okazję bramkową – zostanie najprawdopodobniej zmieniony podczas obrad futbolowego Sanhedrynu już za nieco ponad tydzień. Wpadam, bo choć jestem ogromnie przywiązany do idei poszanowania prawa (nie tylko na boisku zresztą) jako porządkującej nasz świat – z tym akurat przepisem zawsze miałem problem. Rzut karny był przecież w przypadku obu tych spotkań karą potężną (niezależnie od tego, czy Alaba strzelił, czy nie), podobnie jak potężną karą w innej sytuacji mógłby być rzut wolny i żółta kartka dla winowajcy. Można się zresztą zastanawiać – i zapewne w tę stronę pójdą refleksje decydentów – czy z pokazywania czerwonej kartki nie zrezygnować tylko w przypadku faulu w polu karnym.

Faktem jest, że ani Manchester City, ani (zwłaszcza) Arsenal nie miały grając w dziesiątkę najmniejszych szans. Że ani Szczęsny, ani Demichelis nie faulowali z premedytacją. I że w jakimś sensie decyzje sędziów – jakkolwiek niewątpliwie zgodne z przepisami – zabiły widowisko. Tylko czy „argument z widowiska” powinien w reformowaniu piłki być brany pod uwagę? A nie bywał już, na przykład wtedy, gdy zakazywano bramkarzom łapania piłki w ręce po podaniu od obrońcy?

Niniejszym otwieram dyskusję. A jak w marcu przepisy zostaną zmienione, piłkarzy MC i Arsenalu będzie mi żal jeszcze bardziej.

Dyrygent się znalazł

Wyrafinowany dyrygent, jedynie przebrany za barbarzyńcę – może to jeszcze chciałbym dopowiedzieć do tych paru akapitów, które wrzuciłem przed chwilą na Sport.pl po meczu Borussii z Arsenalem. Tam było głównie o tym, jak poniedziałkowy wywiad Jürgena Kloppa dla „Guardiana”, zawierający porównanie Arsenalu do orkiestry („lubią mieć piłkę, rozgrywać, podawać, ale w sumie brzmi to dość cicho, nieprawdaż?”) i wyznanie, że on sam preferuje heavy metal, zawładnęły medialną narracją. Tu chciałbym jeszcze wyznać, że na metaforę zespołu heavy metalowego kompletnie się nie nabieram. Wszystko, co robią piłkarze Kloppa, jest przecież starannie skomponowane i perefekcyjnie zorkiestrowane. Pressing i czyhanie na kontratak w meczach z Arsenalem tak samo, jak – powiedzmy – ustawienie 3-3-1-3 w meczu z Napoli. Miguel Delaney, w którego dzisiejszym wpisie na blogu ESPNpotwierdziłem wiele swoich intuicji, pisze o doskonałym zrównoważeniu między „reaktywnym” stylem Jose Mourinho, a „proaktywnym” stylem hiszpańsko-katalońskim. I nawet jeśli triumf Arsenalu na Westfalenstadion oraz skomplikowana sytuacja Borussii w grupie Ligi Mistrzów osłabiają nieco moc tej opinii, z pewnością jesteśmy daleko od nieskoordynowanego hałasu.

Zgoda, Jürgen Klopp nie przypomina, jak Arsene Wenger, Philippe’a Herreweghe, wyrafinowanego dyrygenta przybliżającego światu bachowskie arcydzieła. Widziałem jednak przed rokiem podczas festiwalu Misteria Paschalia, jak Stefano Montanari prowadził Accademię Bizantina. Miał, owszem, wojskowe buty, był niezbyt starannie ubrany i zachowywał się jak chuligan, ale z całą pewnością dynamiczny, dziki i nieokiełznany w jego interpretacji utwór był dziełem Antonio Vivaldiego. Klasyka, pozostając klasyką, ma wiele oblicz. Żadne nie jest nudne, mało które bywa ciche. Zobaczcie zresztą sami, jak można ją traktować: