Archiwa tagu: Tottenham

Futbol jest uśmiechnięty

1. Miałem już napisany tekst, wiecie? Taki, w którym było głównie o wdzięczności za piękną przygodę. Za to, że mając nóż na gardle w fazie grupowej (po trzech kolejkach na koncie zaledwie punkt, pierwszy mecz, ten z Interem na wyjeździe, przegrany, mimo prowadzenia jeszcze pięć minut przed końcem) potrafili się pozbierać, strzelić dwa gole w ostatnim kwadransie meczu z PSV, przegrywanym od pierwszych chwil, potem wygrać z Interem u siebie i w samej końcówce urwać punkt Barcelonie na Camp Nou, w walce o ćwierćfinał dać popis w starciu z Borussią, w końcu zaś poradzić sobie z Manchesterem City u siebie – mimo karnego dla gości i mimo kontuzji Kane’a umieć wygrać 1:0. To naprawdę było coś, za co można było być wdzięcznym nawet dzisiaj i nawet gdyby mecz na Etihad zakończył się kompromitacją – w każdym przypadku zresztą wytłumaczalną: kontuzjami tylu kluczowych graczy, brakiem transferów w dwóch kolejnych okienkach, potwornie długim sezonem zawodników, z których trzynastu do początku lipca grało jeszcze w Rosji na mundialu itp., itd.

2. No ale cóż mam napisać teraz, kiedy pierwszy raz za mojego życia drużyna, której kibicuję, awansowała do półfinału Ligi Mistrzów (w którym – choć to zupełnie inna historia – nie jest całkiem bez szans), i to w dodatku awansowała w stylu zaprzeczającym wszystkim towarzyszącym jej od lat narracjom? Dziś piłkarze Tottenhamu, choć stracili gola na samym początku meczu, nie spuścili głów i natychmiast zdołali podnieść się po ciosie. Dziś piłkarze Tottenhamu, choć natychmiast po wyjściu na prowadzenie pozwolili sobie strzelić drugą bramkę, dając rywalom nadzieję na to, że odrobienie reszty strat jest kwestią czasu, zdołali dowieźć do przerwy wynik wciąż gwarantujący awans. Dziś piłkarze Tottenhamu, choć stracili najlepszego w tym sezonie środkowego pomocnika (naprawdę napisałem to zdanie o Moussie Sissoko…) i musieli opierać grę w środku pola na Allim, który tydzień temu złamał rękę w dwóch miejscach, a dziś podaniami do kolegów zajmował się równie pilnie jak uważaniem, by na nią nie upaść, na Wanyamie, który dopiero w sobotę zagrał pierwszy raz w tym roku w podstawowym składzie, oraz na Eriksenie, który, przyznacie chyba, w tym meczu nie zachwycił – także po tym ciosie ani myśleli spuścić głowę. Dziś piłkarze Tottenhamu znów nie mieli na szpicy Kane’a, ale najwyraźniej wcale go nie potrzebowali, bo Son strzelił dwie bramki, a wprowadzony pod koniec pierwszej połowy Llorente (brawa dla Pochettino za odważną decyzję: że po kontuzji Sissoko wpuścił na boisko napastnika, zamiast przejść np. na grę trójką obrońców) wepchnął tę najważniejszą – w sposób zresztą kompletnie nieortodoksyjny, bo udem; zabawne zresztą, bo Hiszpan w sobotnim meczu z Huddersfield nie wykorzystywał lepszych sytuacji i wydawało się, że jako napastnik jest zablokowany, a tu proszę. Dziś piłkarze Tottenhamu – drużyny, której przed laty sędziowie nie uznawali bramek takich jak Mendesa z Manchesterem United (piłka była dobry metr za linią, gdy wygarniał ją Roy Carroll) albo przeciwko której uznawali gole takie jak Lamparda (piłkę Assou-Ekotto wybijał sprzed linii) – mieli szczęście do decyzji arbitrów. Mauricio Pochettino wygłosił w trakcie tego sezonu kilkanaście tyrad przeciwko VAR-owi, ale gdyby nie VAR, przeżuwałby właśnie największe rozczarowanie w trenerskiej karierze, podejmując się zarazem misji niemożliwej – pozbierania wykończonej psychicznie i fizycznie, zdziesiątkowanej kontuzjami drużyny, do walki z tym samym rywalem o obronienie miejsca w pierwszej czwórce Premier League. A tak, zamiast największego rozczarowania, większego jeszcze od tego sprzed roku z Juventusem, cieszy się największym triumfem. Ciekawe skądinąd, czy Chiellini oglądał – ten Chiellini, co to dawał do zrozumienia, że Tottenham ma w zwyczaju wywracać się na ostatniej prostej… I ciekawe, czy Guardiola pamięta, jak mówił kiedyś, że Tottenham jest drużyną jednego piłkarza, Kane’a mianowicie.

Nie był to więc Tottenham, o którym tyle smutnych opowieści napisałem w życiu. Co więcej: nie był to Tottenham zasługujący na komplementy natury czysto piłkarskiej. Liczbą strat przy wyprowadzaniu piłki, niepotrzebnych fauli, krycia na radar, dziur i braku asekuracji na skrzydłach (aż trzy gole padły właśnie po akcjach prawą i lewą stroną), pomyłek z gatunku tej Eriksena przy nieuznanym ostatecznie golu Sterlinga w doliczonym czasie gry, albo Wanyamy również w doliczonym czasie gry, kiedy po odbiorze piłki zamiast podać do któregoś z pokazujących się kolegów po prostu wykopał ją na aut, można by obdzielić kilka meczów tej drużyny. Zwłaszcza kiedy się ma w pamięci dyscyplinę i koncentrację, jaką imponowali w pierwszym spotkaniu oraz w pojedynkach z Borussią, trudno nie było uznać tego za odrobinę niecodzienne.

3. No ale przecież nie mogę po takim meczu marudzić, prawda? Nie mogę ostatkiem sił zauważać, że Manchester City zasługiwał na awans, że stworzył mnóstwo sytuacji, że próbował do samego końca, jak nie lewą, to prawą, a jak nie skrzydłami, to środkiem, że przy Aguero, Sterlingu i zwłaszcza de Bruyne nawet znakomita zwykle para stoperów Alderweireld-Vertonghen wyglądała na uczniaków. Nie mogę pisać, że w środku tego szaleństwa przynajmniej opanowanie i trzy asysty belgijskiego rozgrywającego City zasługiwały na lepszy koniec. Nie mogę wdawać się w rozważania o szukającym doskonałości Guardioli, którego drużyna faktycznie gra niemal doskonale, ale również potrafi się zdekoncentrować w dwóch-trzech sytuacjach – nie pierwszy zresztą raz w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Wszyscy wiemy, że Laporte rozgrywa piłkę lepiej niż którykolwiek z obrońców Tottenhamu, ale co zrobił przed drugim golem Sona? I jak się zachował przy pierwszej bramce Koreańczyka?

Nie mogę marudzić z dwóch powodów: po pierwsze, jeśli w piłce nożnej najważniejsze są prawdziwe, głębokie emocje, jakich dostarcza jej oglądanie, ten mecz zapewnił ich aż nadto. Po drugie, mówiąc bardzo po prostu: to była i jest jedna z najpiękniejszych piłkarskich nocy w moim życiu. Ostatni raz w półfinale największego europejskiego pucharu drużyna, której kibicuję, była 57 lat temu – nie żyję tak długo. Owszem, widziałem już tak broniącego Llorisa, widziałem tak strzelającego Sona i tak walczących wszystkich pozostałych, słyszałem też Mauricio Pochettino mówiącego, że jego piłkarze są bohaterami. Czego nie słyszałem i nie widziałem, to Mauricio Pochettino, który tak bardzo by się cieszył.

4. Bo w gruncie rzeczy o radości i uśmiechu najbardziej chciałem dziś pisać. Kiedy w ramach starań o certyfikat bezpieczeństwa dla nowego stadionu Tottenham organizował na nim spotkania testowe, z niepełną jeszcze frekwencją, jednym z nich był mecz legend tego klubu z dawnymi gwiazdami Interu. Siła by mówić o wzruszeniu, jakie ogarniało na widok Ginoli, Klinsmanna, Gascoigne’a, Berbatowa czy Keane’a, biegających znów w koszulkach z kogutem w herbie, ale to prowadziłoby nieuchronnie do konkluzji, że kibicowanie w gruncie rzeczy polega na rozpamiętywaniu pięknej przeszłości, fantazjowaniu o przyszłości i szykowaniu się na nieuchronne porażki w czasie teraźniejszym. Tym, co najbardziej podobało mi się w spotkaniu legend było więc nie to, że wracałem dzięki niemu do chwil, w których byłem taki młody i w których przyszłość widziałem w tak jasnych barwach – miałem raczej wrażenie, że nigdy dotąd nie widziałem meczu, w którym tak wielu biegających po boisku zawodników robiłoby to z takim uśmiechem.

Myślę czasem, że oglądam mecze Tottenhamu ze swoimi najbliższymi – i o tym, jaki obraz siebie im wtedy pokazuję. Spięty, zestresowany, zapominający o oddychaniu, ponury i pełen najgorszych przeczuć, tak na wszelki wypadek, żeby mniej bolało, uśmiecham się bardzo rzadko. Zapewne: i dziś miałem mnóstwo powodów do przyjmowania swojej tradycyjnej postawy, na końcu jednak był i jest uśmiech. W czasie teraźniejszym, nie na widok wyblakłego zdjęcia z dawno minionej złotej epoki. Podczas półfinałów – z Ajaksem, który napisał przecież najpiękniejszą historię tej edycji Ligi Mistrzów – zamierzam się uśmiechać od ucha do ucha.

Lads, it’s Tottenham

To było naprawdę wspaniałe i jeśli Mauricio Pochettino mówił kilka razy w trakcie tego sezonu o konieczności zrobienia przez Tottenham ostatniego kroku – tego, który dzieli drużynę od europejskiej elity – to dzisiaj jego piłkarze pokazali, że wciąż jest to możliwe. Że wciąż drzemią w nich rezerwy. Że są w stanie zagrać naprawdę dojrzałe spotkanie. Że nie tracą łatwo głowy i nie pękają w obliczu przeciwności. Że chociaż mają pod wiatr, idą.

Ten mecz był w gruncie rzeczy jak metafora całego sezonu, w którym lista problemów, z którymi przyszło się mierzyć Tottenhamowi była wyjątkowo długa nawet jak na standardy tego klubu. Przypomnijmy pokrótce: trzynastu zawodników pierwszego składu do początku lipca grających na mundialu. Brak wzmocnień w ciągu letniego i zimowego okienka transferowego – a w tym zimowym jeszcze odejście Dembele. Stadion, który miał być oddany we wrześniu, otwarty dopiero przed tygodniem – a w związku z tym konieczność grania na Wembley, na którym ani piłkarze, ani (zwłaszcza) kibice nie czuli się tak naprawdę u siebie. Spekulacje na temat przyszłości Mauricio Pochettino w kontekście zamieszania w Manchesterze United i Realu. Pomundialowy kryzys i alkoholowy eksces Llorisa. Kontuzje, kontuzje, kontuzje – z tymi najważniejszymi oczywiście, Harry’ego Kane’a.

Typowy ze mnie kibic Tottenhamu, nieprawdaż? Nasza drużyna dopiero drugi raz w historii gra w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, w pełni zasłużenie wygrywając z zespołem i lepszym, i bogatszym, i bardziej doświadczonym, a ja zaczynam od skarg na to, jak mamy ciężko i pod górkę. Z drugiej strony jednak wciąż mam w pamięci, że pierwszy godny zapamiętania incydent w tym spotkaniu to była VAR-owska analiza zakończona rzutem karnym dla Manchesteru City i że niezależnie od wygranej dziś bitwy, bój rewanżowy, a może i wojnę o pozostanie w pierwszej czwórce Premier League trzeba będzie toczyć bez Harry’ego Kane’a, bo wejście Fabiena Delpha w jego kostkę wyglądało naprawdę paskudnie i wygląda na to, że kapitan reprezentacji Anglii nie zagra już do końca sezonu. Dwa dobre powody, żeby spuścić głowy i się załamać – w obu przypadkach obrócone na korzyść.

No dobra, poszukajmy innej metafory. Może mogłaby nią być akcja bramkowa? Fakt, że Son nie przyjął czysto piłki, że gonił ją ostatkiem sił, że wygarnął ją jakimś cudem zza linii bocznej, a potem wypracował sobie pozycję strzelecką i trafił – bynajmniej nie jakoś pięknie – pod brzuchem Edersona? Nie był to, przyznacie, gol, który pokazywać będą do znudzenia w reklamówkach Ligi Mistrzów – ot, Koreańczyk wywalczył go tak, jak jego koledzy cały sukces w dzisiejszym spotkaniu: walcząc do upadłego.

Intensywność, z jaką Tottenham rozegrał mecz z Manchesterem City, była kluczem do zwycięstwa. Pochettino podjął ryzyko: zamiast trójki środkowych obrońców, która z pewnością zapewniałaby większą asekurację Trippierowi i Rose’owi, wystawił duet Vertonghen-Alderweireld, a przed nimi wykonujących tytaniczną pracę Winksa i Sissoko. Z pewnością miał ułatwione zadanie, bo Guardiola dokonał zbyt wielu zmian w składzie gości (na ławce zostali de Bruyne i Sane!) – choć z drugiej strony szkoleniowca Manchesteru City tłumaczyć może fakt, że jego podopieczni rozgrywali w sobotę półfinał Pucharu Anglii i nie mieli zbyt wiele czasu na regenerację. Kiedy jednak o ułatwionym zadaniu mówimy: czy tylko ja jeden miałem wrażenie patrząc na podchodzącego do rzutu karnego Aguero, że wiem, w który róg strzeli?

Mnóstwo krytyk spadło na Hugo Llorisa w związku z okolicznościami, w jakich przed tygodniem padł zwycięski gol dla Liverpoolu – dziś zresztą, po strzale Sterlinga, również nie łapał piłki, tylko odbijał ją przed siebie. Ale rzut karny obronił już po raz trzeci w tym sezonie, i w ogóle nie ulega kwestii, że to jemu zawdzięczamy fakt, że przygoda z Ligą Mistrzów wciąż nie chce się skończyć. Dziś równie wiele pochwał przyjąć powinien doskonale radzący sobie ze Sterlingiem Trippier: całkiem niedawno podczas spotkania z tym samym rywalem prawy obrońca Tottenhamu wypadł fatalnie, dziś był jednym z najlepszych na boisku, miał najwięcej wślizgów i odbiorów, a przecież hasał także pod bramką Edersona, dośrodkowując i podając pod nogi kolegów. Bohaterów w drużynie było jednak więcej – cała formacja defensywna i wspomniany duet środkowych obrońców, ale także Eriksen (wyjąwszy stałe fragmenty gry) i Alli, harujący ciężko Son, obijany niemiłosiernie od pierwszych minut – City grało dziś naprawdę ostro – Kane…

Naprawdę napisałem, że to było wspaniałe? No tak, jasne: nie był to ładny mecz. Rwane tempo było efektem tyleż fauli, co pressingu obu drużyn, niewielka liczba sytuacji bramkowych była efektem koncentracji obu defensyw. Z drugiej strony jednak: kiedy słuchało się trybun, można było mieć wrażenie, że widowisko jest kapitalne. Mówił wprawdzie w poniedziałek de Bruyne, że nie sądzi, by stadion mógł odegrać tu jakąkolwiek rolę, bo każdy zespół ma przecież swój stadion i swoich kibiców, ale Son na przedmeczowej konferencji wdał się z tym poglądem w polemikę, tłumacząc, że on i jego koledzy przez niemal dwa lata grali faktycznie na wyjeździe. Otóż i w ubiegłą środę z Crystal Palace, i dziś z Manchesterem City, na nowym White Hart Lane było tak głośno, że zawodnicy mieli kłopoty z usłyszeniem się nawzajem – i bynajmniej na to nie narzekali.

To, że jest się u siebie ma oczywiście swoje zalety, ale nawet najpiękniejszy stadion i najbardziej zażarty doping nie wystarczy, żeby wygrać mecz. Dla mnie więc wspaniałe było przede wszystkim to, ile serca, charakteru i woli walki zobaczyłem u piłkarzy prowadzonych przez Mauricio Pochettino. Oni nie dość, że wiedzieli, co mają robić, to jeszcze potrafili to zrobić. Lads, it’s Tottenham, to brzmi dumnie – napiszę to zdanie, nawet jeśli miałbym tego gorzko pożałować.

Nam się to zwycięstwo po prostu należało.

Nieżółta ściana

Nie jest to, delikatnie rzecz ujmując, najlepszy sezon w karierze Hugo Llorisa. Kilka zawalonych bramek, kilkadziesiąt fatalnych wykopów, po których kolejni rywale zyskiwali świetne sytuacje, nawet przed tygodniem do jego postawy w trakcie meczu z Chelsea (zwłaszcza do tego, jak się dał zaskoczyć Pedro przy krótkim słupku), można by mieć niejedno zastrzeżenie. Do tego jeszcze pamiętny skandal, kiedy to jego – kapitana mistrzów świata i kapitana Tottenhamu, uważanego za wzorowego ojca rodziny i świetnie prezentującego się w mediach – przyłapano na jeździe po pijanemu, a potem rozpisywano się na temat torsji, jakie dopadły go w trakcie kontroli drogowej. Wśród fanów Tottenhamu nie stał się wprawdzie kozłem ofiarnym na miarę – w pierwszej fazie sezonu, bo teraz francuski pomocnik jest jednym z naszych ulubieńców – Moussy Sissoko, ale temat zastąpienia go w bramce przez Paolo Gazzanigę pojawiał się na forach niejeden raz.

Dobrych kilka tygodni temu Hugo Lloris udzielił jednak tak zwanego szczerego wywiadu. Opowiadał o tym szczególnym uczuciu wydrążenia, jakie dopadło go po wygranym mundialu. O tym, że zakończony wielkim sukcesem miesiąc intensywnych emocji pozbawił go właściwie energii życiowej. Że po powrocie z Rosji całymi dniami nie był w stanie wstać z łóżka. Nie mówię, że to tłumaczy pijacką wpadkę, ale z pewnością daje jakiś kontekst tych niełatwych miesięcy, w trakcie których musiał w sobie znaleźć nową motywację.

Musiał znaleźć i chyba znalazł. Kto wie, jak potoczyłyby się losy tego rewanżu, kto wie, czy Tottenham nie rozsypałby się po pierwszym ciosie, za którym poszłyby kolejne, gdyby nie seria interwencji Llorisa w pierwszej połowie. Oczywiście ton nadał Jan Vertonghen, fantastycznie blokujący strzał Reusa już w jedenastej minucie, ale kluczowe były zdarzenia z okolicy trzydziestej minuty, kiedy kapitan Tottenhamu najpierw zatrzymał strzał Weigla, potem odbił uderzenie Guerreiro, a chwilę później jeszcze Sancho. Interwencja Llorisa po uderzeniu Alcacera pozwalała schodzić na przerwę z bezbramkowym remisem, a odbicie nogami próby tego samego piłkarza w końcówce meczu pozwoliła zachować czyste konto w całym spotkaniu.

Tylko dwadzieścia pięć procent posiadania piłki w pierwszej połowie, ciągłe oblężenie, płynne akcje Borussii – to zdecydowanie nie tak miało wyglądać. Oczywiście trudno nie zauważyć zmiany ustawienia, dokonanej przez Pochettino jeszcze w pierwszej połowie – przejścia z 3-4-1-2 na 5-4-1, które wyhamowało impet gospodarzy. Trudno nie cieszyć się z ostatnich kilku minut przed przerwą, kiedy to po raz pierwszy w tym meczu goście potrafili dłużej pograć piłką. Trudno nie zachwycić się skutecznością Kane’a, który miał jedną jedyną okazję i wykorzystał ją z zimną krwią. Trudno nie komplementować koncentracji pozostałych członków bloku defensywnego, trudno nie zauważyć, że gracze Tottenhamu w zasadzie nie faulowali, a zwłaszcza nie robili tego na własnej połowie, że ich błędy ani razu nie doprowadziły do strzału graczy Borussii, że mieli pięćdziesiąt cztery odbiory, trzydzieści pięć wślizgów, piętnaście przechwytów i sześć bloków. Trudno nie zachwycać się harówką Sissoko między dwoma polami karnymi – i trudno nie docenić faktu, że to po jego podaniu Kane pozbawił Borussię resztek nadziei. Trudno nie pamiętać (przypominał to zresztą poirytowany Pochettino w mediach), że kolejny raz musieli grać mając na odpoczynek o dobę mniej od rywala, że dla wielu z nich był to czwarty mecz w ciągu dziesięciu dni – a już w sobotę trzeba grać z Southamptonem, by bronić zagrożonego miejsca w pierwszej czwórce Premier League, być może zresztą czyniąc to bez zawieszonego po awanturze z sędzią Deanem Pochettino na ławce. Co jednak najważniejsze, i co Pochettino bez przerwy próbuje klarować dziennikarzom na coraz dłuższych konferencjach prasowych: takie mecze wygrywa się przede wszystkim w głowach. Hugo Lloris z pewnością miał dziś głowę na karku.

Tottenham w ćwierćfinale Ligi Mistrzów – kiedy zdarzyło się to Harry’emu Redknappowi, nie potrafiłem przestać blogować. Miarą postępu jest chyba to, że kiedy dziś awansował po raz kolejny, poważnie się zastanawiałem, czy jest o czym pisać. Chwilo, trwaj.

Egzamin dojrzałości

Był taki moment w czasie wczorajszego otwartego treningu Tottenhamu, kiedy Mauricio Pochettino przekazał prowadzenie zajęć swoim asystentom, zszedł z murawy i usiadł samotnie na ławce, dobrych kilkadziesiąt metrów od tego, co się działo. „Myślałem, zastanawiałem się, patrzyłem, jak to działa beze mnie – tłumaczył później dziennikarzom. – Wszystko było już przygotowane, mieliśmy wcześniej spotkanie i wytłumaczyłem, czego możemy się spodziewać po Borussii. Pokazaliśmy drużynie, co jeszcze może poprawić, a potem podałem skład, w którym jutro zagramy. Wszystko zostało już zrobione, poza paroma drobiazgami, które mieliśmy przećwiczyć już bez obecności mediów.”.

Wróciła do mnie ta scena w trakcie drugiej połowy meczu z Borussią, jeszcze przy stanie 1:0, ale w chwili, gdy Tottenham wydawał się już kontrolować grę. Wszystko naprawdę zostało przygotowane, wszyscy wiedzieli, co mają robić i, po dokonanych w przerwie korektach, zwyczajnie to robili. Dawno nie widziałem równie dojrzale grającego Tottenhamu jak w ciągu tych czterdziestu pięciu minut, które zaczęły się golem strzelonym dokładnie tak, jak strzela się Borussii – po dośrodkowaniu, a zakończyło się ciosami, które wedle wszelkich oznak na niebie i ziemi powinny okazać się rozstrzygające o losach dwumeczu. O ile jeszcze w pierwszej połowie sporo było błędów, niepotrzebnych strat – także przed własnym polem karnym, gdzie np. debiutujący w Champions League Juan Foyth zaplątał się w niepotrzebny drybling – i niedokładności, w ciągu drugich czterdziestu pięciu minut Hugo Lloris (dzięki którego bajecznej interwencji po rzucie rożnym w 44. minucie wciąż utrzymywał się wynik remisowy; wypada oddać Borussii, że była w tej fazie meczu lepsza) w zasadzie nie miał nic do roboty.

Zaprawdę powiadam Wam: śpieszcie się kibicować Tottenhamowi. Od półtora roku bez własnego stadionu, z odraczaną z miesiąca na miesiąc perspektywą przeprowadzki na nowy obiekt, od roku bez wzmocnień, od miesiąca bez kluczowego duetu Harry Kane – Dele Alli, z szeregiem pomniejszych kontuzji, dzięki czemu bohaterem meczu został dzisiaj grający jako wahadłowy Jan Vertonghen (normalnie na tej pozycji zagraliby Rose lub Davies; Belg szybki nie jest, ale dośrodkować potrafi), z mnóstwem spekulacji na temat przyszłości trenerskiej Mauricio Pochettino (Real? Manchester United?), z zawieszonym rozmowami kontraktowymi Christiana Eriksena, z nieporównanie gorszą sytuacją finansową w porównaniu z angielskimi potentatami, a do tego jeszcze z historią, która ewidentnie była przeciwko nim, bo w pucharach historia niepowodzeń tej drużyny i tego szkoleniowca dopiero co wydłużyła się dzięki porażkom w FA Cup i Carabao Cup, a i w Lidze Mistrzów przed rokiem zespół zdołał odpaść kontrolując już przebieg wydarzeń w rywalizacji z Juventusem („To jest Tottenham, wiedzieliśmy, że spękają” – coś takiego mówił potem Giorgio Chiellini). Rozgrywający najtrudniejszy sezon z tych, w których prowadzi go Pochettino: praktycznie bez okresu przygotowawczego, bo aż dziewięciu zawodników pierwszego składu grało do końca na mundialu, z licznymi kontuzjami, z meczami wygrywanymi raczej mozolnie niż przekonująco, nagle odstawił coś takiego jak to drugie czterdzieści pięć minut z Borussią. Zaiste, rację miał argentyński trener, mówiąc przed meczem, że już nie będzie narzekał na niekorzystny kalendarz i fakt, że rywale odpoczywali dwadzieścia cztery godziny dłużej: że popatrzył w oczy podopiecznych i widział w nich energię i chęć gry. Że jest szansa na kolejny magiczny europejski wieczór, po ubiegłorocznych starciach z Realem czy – inną przecież zupełnie pod Peterem Boszem – Borussią, albo tamtych gier z zespołami z Mediolanu, jeszcze w epoce Harry’ego Redknappa.

Nie wiem, dla kogo zarezerwować najefektowniejsze przymiotniki. Dla rutyniarza Llorente, który w końcówce zrobił swoje, dobijając rywali, a który przez tyle miesięcy grzał ławę, po kontuzji zaś Kane’a odzyskiwał czucie piłki bardzo powoli? Dla Koreańczyka Sona, który po powrocie z wakacyjnego turnieju był tak naprawdę cieniem siebie i dopiero pod koniec października, kiedy klub zwolnił go z kolejnego wyjazdu do Azji, przepracował solidnie dwa tygodnie i od tej pory strzela gola za golem, stając się jednym z kandydatów do tyłu piłkarza roku w Premier League? Dla Llorisa, który dopiero co otworzył się przed dziennikarzami w sprawie pomundialowego wypalenia, co tłumaczyło w części późniejszy wybryk alkoholowy, a który i dziś, i w niedzielę z Leicester, w kluczowych momentach meczu ratował drużynę? Dla Sissoko, przez tyle miesięcy obiektu kibicowskiej szydery, a obecnie uwielbienia? Dla młodzieńców: zarówno przez klub wychowanych, Winksa czy siedzącego na ławce Skipp, jak tych przysposobionych, jak stoperzy Sanchez i znakomicie czujący się z piłką Foyth (ta akcja z pierwszej połowy, zakończona szansą Eriksena, ech…)? Dla rutyniarzy, jak bezbłędny Alderweireld czy rozgrywający mecz życia Vertonghen? Dla obieżyświatów, którzy zdołali się w tę drużynę wkomponować, jak Moura czy Aurier? Dla Mauricio Pochettino, który nie tylko stworzył z nich taki piękny byt zbiorowy, który uczynił z nich lepszych piłkarzy, ale także – dziś pokazał to po raz kolejny – potrafił do nich przemówić, kiedy nie idzie? Nie był to pierwszy raz w tym sezonie, kiedy korekty dokonane w przerwie (a także – jak wyjawił Pochettino – szybkie analizy akcji na wideo, dokonane w szatni) okazały się kluczem do sukcesu: Tottenham nie tylko lepiej wytrzymał mecz kondycyjnie, ale skuteczniej grał pressingiem, wyżej się bronił i lepiej operował piłką.

Pięknie rozwinęła się ta drużyna. Zaprawdę, śpieszcie się ją kochać, bo właśnie zdała maturę i jest to zupełnie legalne (bo – niepotrzebne skreślić – może jeszcze wywrócić się w rewanżu). Łapcie chwilę, bo po wakacjach zgłoszą się bogatsi wujkowie i będzie trzeba się rozstać. Przynajmniej będziecie potem opowiadać, że kibicowaliście Tottenhamowi w czasach Pochettino.

Kane i kwestia szacunku, czyli dlaczego będę płakał po Pochettino

W 20118 roku Harry Kane rozegrał 62 spotkania. W roku 2019 zaczął występy już 1 stycznia, od meczu z Cardiff, 8 stycznia powinien pojawić się na boisku w półfinałowym spotkaniu Pucharu Ligi z Chelsea, a w niedzielę, 13 stycznia, w arcyważnym ligowym starciu z wygrywającym mecz za meczem dzięki zmianie trenera Manchesterem United. Doprawdy, wydawało się, że nie ma żadnego powodu nie tylko do tego, żeby Kane grał w piątkowy wieczór w Pucharze Anglii przeciwko Tranmere Rovers, ale w ogóle, żeby ruszał się z domu w kilkusetkilometrową podróż na północ. W okresie świątecznym terminarz spotkań ułożył się tak, że Tottenham grał najczęściej ze wszystkich zespołów czołówki Premier League, a ze względu na kontuzje rotacja w składzie była mniejsza niż można się było spodziewać. Sportowcy też są ludźmi, potrzebują odpoczynku, a kiedy dać im odpocząć, jeśli nie w spotkaniu z drużyną występującą na co dzień trzy ligi niżej? Czytaj dalej

Camp Nou, lekcja wychowawcza

Awansu do fazy pucharowej nie dały Tottenhamowi jakieś efektowne akcje i sztuczki. Zamiast nich pokazali charakter, a pierwsze niepowodzenia ich nie zniechęciły.

To nie była tak naprawdę kwestia umiejętności, choć akcja, która przyniosła Tottenhamowi wyrównanie była naprawdę przedniej jakości. Rozpoczęło ją rozbicie ataku Barcelony na prawym skrzydle i odbiór Rose’a, później było wycofanie piłki do Llorisa i wymiana dwóch podań przez obrońców, a potem uniknięcie pressingu gospodarzy dzięki zagraniu do Eriksena – precyzyjnemu i szybkiemu, równie jak późniejszy przerzut Duńczyka do Lameli. Te dwa podania przez środek, wykorzystujące luki między graczami Blaugrany, były tak naprawdę kluczem do tego, co stało się potem – to dzięki nim Lamela mógł podać do pokazującego się po lewej stronie Kane’a, ten zaś wyłożyć piłkę do Lucasa – ale tutaj każdy kolejny ruch był niezbędny, każdy odbywał się w idealnym tempie i synchronizacji, a całość mogła stanowić ilustrację filozofii, którą od czterech i pół roku wprowadza w Tottenhamie Mauricio Pochettino: walczymy o piłkę, rozgrywamy od obrony, szukamy wolnych miejsc na boisku, stawiamy na płynność i nie boimy się ryzyka. Ważniejszy od umiejętności i od stylu (były w ciągu tych czterech i pół roku momenty, w których Tottenham grał piękniej i lepiej, były i takie, w których zostawił na boisku jeszcze więcej wysiłku – przypominają mi się choćby zwycięstwa nad Realem w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów albo nad Manchesterem City w Premier League w pierwszym sezonie Guardioli na Wyspach) był jednakowoż charakter. Czytaj dalej

Lubię, kiedy Tottenham

Oto przyczynek do portretu psychologicznego kibica tej drużyny: jego ulubieńcy rozgrywają właśnie najlepszy mecz w sezonie, a on przez pierwsze cztery akapity marudzi, jak mają ciężko.

Wciąż jeszcze jest tak, że po meczu takim, jak wczorajszy pojedynek derbowy z Chelsea żałuję, że nie włączyłem nagrywarki, a potem zaczynam rozglądać się po sieci, czy ktoś może nie nagrał i nie udostępnia. Niby ostatnie pięć lat obfitowało w wiele równie przyjemnych doświadczeń, a i wcześniej zdarzało się, że Tottenham w pięknym stylu zwyciężał w derbach albo szerzej: w spotkaniach z drużynami uznawanymi za faworytów (jednym z najbardziej niezwykłych nagrań w mojej kolekcji jest to z meczu z Arsenalem z kwietnia 2010 r., kiedy debiutujący Danny Rose wrzucił Almunii piłkę za kołnierz – niezwykłość potęguje fakt, że w ramach żałoby po katastrofie smoleńskiej Canal Plus transmitował tamten mecz bez żadnego komentarza – słychać tylko odgłosy stadionu, a w prawym górnym rogu widać specjalną żałobną sztrajfę), a przecież nie przywykłem, ba: szybko o takich przyjemnościach zapominam. Jeśli więc szydzono czasem z Tottenhamu, że po byle wygranej w meczu ligowym z Chelsea czy Arsenalem potrafi wypuścić pamiątkowe DVD, to rzec można: rozpoznał rynek. Tu wciąż się nie wygrywa ligi ani pucharów, tu wciąż się nie zwycięża rutynowo, tu wciąż żyje się w obawie przed najgorszym, a aktualnie najgorsze jest podkupienie trenera przez któregoś z europejskich gigantów.

Inna sprawa, że gdy w przerwie wczorajszych derbów próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem ukochaną mą drużynę grającą tak dobrze, miałem niejaki problem. W tym sezonie na pewno nie: owszem, mają najlepszy start w dziejach występów w Premier League, ale dzięki zwycięstwom szczęśliwym, wymęczonym i najczęściej jednobramkowym – takim, podczas których o wynik trzeba drżeć do końca i o zdominowaniu rywala nie ma mowy. W sezonie poprzednim? Wygrana z Chelsea na Stamford Bridge była przyjemna (i też godna nagrania, bo na wyjazdowe zwycięstwo w lidze fani Tottenhamu czekali prawie 30 lat), ale był to już czas schyłkowego Antonio Conte, jeśli już to raczej zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów przychodziłoby tu na myśl, generalnie jednak wypadałoby się cofnąć o jeszcze jeden rok, do sezonu 2016/17, kiedy nawet Manchester City Guardioli nie był w stanie dać tu rady.

Ciekawe zresztą: był to ostatni sezon na White Hart Lane, sezon bez porażki w lidze na własnym stadionie – sezon, o którym przed wczorajszym meczem mówił także Mauricio Pochettino, żałując, że podczas późniejszych wypraw na Wembley Tottenham stracił aurę „niezwyciężonych”. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach wrażenie, że kto nie idzie naprzód, ten się cofa, było dojmujące: przyjeżdżali tu piłkarze Liverpoolu i Manchesteru City, z którymi jeszcze niedawno drużyna walczyła jak równy z równym, o ile nie lepszy, a wrażenie, że teraz są już o dwie-trzy długości do przodu było dojmujące. To dlatego właśnie spór między Garym Nevillem i Jamiem Carragherem w studio Sky Sports po meczu z MC wybrzmiewał tak donośnie: wszyscy, którzy oglądamy tę ligę od dłuższego czasu mamy (jak Neville) wrażenie, że nigdy za naszego życia Tottenham nie grał tak dobrze, nigdy nie miał w sobie tyle waleczności i charakteru, a zarazem (jak Carragher) zdajemy sobie sprawę, że przy tych ograniczeniach budżetowych, kosztach budowy stadionu, kredytach w związku z tym zaciągniętych itd., nie zdoła przebić sufitu: tutaj wydanie tylu pieniędzy, co w pozostałych pięciu klubach angielskiej czołówki, zwyczajnie nie wchodzi w grę.

Czy można się więc dziwić, że przed meczem z niepokonaną dotąd Chelsea optymizmu wokół klubu było jak na lekarstwo? Podsumujmy: stadion nieukończony i nie wiadomo, kiedy będzie ukończony, brak wakacyjnych wzmocnień, pomundialowa plaga kontuzji (aż dziewięciu graczy Tottenhamu zostało na mistrzostwach świata do samego końca) i perspektywa wypalenia, zwłaszcza u Harry’ego Kane’a, który jako kapitan reprezentacji dźwiga na sobie podwójną odpowiedzialność. Gapiostwo w meczach Ligi Mistrzów. Pijaństwo Llorisa. Problemy w końcówkach spotkań, a w tle jeszcze wspomniane już pytanie, co właściwie pozwala wierzyć, że trener tej klasy wytrzyma z tym całym bałaganem kolejny rok? Nie tylko w Madrycie trawa dla Pochettino byłaby bardziej zielona, a możliwości budowania drużyny większe.

Macie tu portret psychologiczny kibica Tottenhamu w pigułce. Jego drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz sezonu, i to nie tylko pod względem wyniku czy prestiżu, jaki się z nim wiąże, ale przede wszystkim stylu, a on marudzi już przez cztery akapity, jak ciężki jest jego los. Zupełnie, jakby nie widział tego, co wydarzyło się wczoraj na Wembley, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dwudziestu paru minut, podczas których wydawało się, że Chelsea zostanie zadeptana i zmieciona z powierzchni ziemi. Czytaj dalej

Mili, fajni, przegrani

Okoliczności łagodzące znamy na pamięć, a po raz kolejny wyłożył je przed meczem Jamie Carragher w Monday Night Football. W ciągu tych kilku lat drużyna trenowana przez Mauricio Pochettino zdobyła najwięcej punktów w lidze po Manchesterze City i Chelsea, mimo iż wydała 500 milionów mniej niż aktualny mistrz Anglii, 400 milionów mniej niż Chelsea i Manchester United, a jeśli idzie o stosunek inwestycji do dochodów – przeznaczała na nowych zawodników od 150 do prawie 500 milionów funtów mniej niż pozostała czołowa piątka. O budżecie płacowym Carragher nie wspominał, ale powszechnie wiadomo, że Daniel Levy płaci gorzej niż prezesi zarówno wielkiej piątki, jak i niejednej drużyny ze środka tabeli Premier League. Nie wspomniał też, że w ciągu tych kilku lat pracy Pochettino nauczył grać w piłkę i wypromował całkiem sporą grupę zawodników, z czego w pierwszym rzędzie skorzystała reprezentacja Anglii. Że tego lata musiał przygotowywać zespół do sezonu pozbawiony aż dziewięciu podstawowych zawodników – tylu grało w półfinałach mundialu, a przecież do tego można doliczyć jeszcze kilku występujących na rosyjskich boiskach w fazie pucharowej i Sona, który pojechał na Puchar Azji. W dodatku okienko transferowe zakończyło się klapą – klub nie zdołał sprzedać tych, którzy mieli zrobić miejsce na nowe nabytki. Tego, jak demobilizujące jest przedłużające się granie na nieswoim stadionie i niepewność, kiedy zostanie otwarty nowy obiekt, możemy się jedynie domyślać. Jeśli nie postawię w tym miejscu kropki, gotów jestem dojść do wniosku, że rekordowy dorobek punktowy po dziewięciu kolejkach był właściwie cudem, który powinniśmy fetować, a nie frustrować się porażką z ligowym potentatem.

Za okoliczność łagodzącą mógłbym właściwie też uznać to, jak grali. Jak walczyli, zwłaszcza w drugiej połowie. Jak ograniczali płynność akcji Manchesteru City, który owszem – stworzył kilka świetnych sytuacji, ale dużo mniej niż zwykł czynić w ostatnich miesiącach. Jak po długim okresie bicia głową w mur sami zaczęli stwarzać okazje. W gruncie rzeczy mógłbym dwa ostatnie mecze, z PSV i z MC, skwitować zdaniem o rosnącej formie Tottenhamu, mógłbym, gdyby nie ta drobna okoliczność, że oba skończyły się kiepskimi wynikami.

„Są mili i fajni, ale i tak im wlejemy” – zechciał skomentować swego czasu Roy Keane i choć od tamtej pory Mauricio Pochettino włożył mnóstwo pracy w to, żeby jego podopieczni nie byli już tacy mili, druga część zdania byłego kapitana Manchesteru United pozostaje boleśnie aktualna. Jeszcze boleśniejsze są okoliczności, w jakich dochodzi do tego „wlania” (tak, wiem, że ugrzeczniłem i ocenzurowałem frazę Keane’a) – dochodzi do niego mianowicie na własne życzenie. Nie dzięki jakiemuś fenomenalnemu zrywowi rywala – raczej na skutek prezentu, jaki otrzymał.

Czym bowiem, jeśli nie prezentem, było zagranie Toby’ego Alderweirelda pod nogi szarżującego przeciwnika przy pierwszej bramce PSV? Czym, jeśli nie prezentem, było niecelne podanie do tyłu najlepszego skądinąd wówczas na boisku Christiana Eriksena, po którym Hugo Lloris wybiegł z bramki, sfaulował rywala i wyleciał z boiska z czerwoną kartką? Czym, jeśli nie prezentem, było zachowanie Trippiera przy dzisiejszej akcji bramkowej Manchesteru City (prawy obrońca Tottenhamu źle ocenił tor lotu piłki zagranej przez Edersona do Sterlinga)? Ile takich prezentów jeszcze obejrzeliśmy, nawet jeśli nie przyniosły rywalom kolejnych bramek – np. w 38. minucie, gdy zagrywający do tyłu Sissoko podarował rywalom rzut rożny, albo w 46. minucie, kiedy przed własnym polem karnym piłkę tracił Dembele, albo trzy minuty później, gdy Lloris zagrywał pod nogi Aguero i Dier musiał faulować napastnika MC? To, jak Hugo Lloris w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zamienił się w tykającą bombę, jest skądinąd osobnym tematem: Francuz dziś także świetnie zbił na słupek uderzenie Mahreza, ale przy każdym jego wykopie serca kibiców Tottenhamu podchodziły im do gardeł.

Dzień dzisiejszy zapamiętamy nie dlatego, że w 23. minucie Sissoko wyprowadzał kontrę czterech piłkarzy Tottenhamu na dwójkę obrońców City i zamiast podać do Lameli, Lucasa bądź Kane’a pozwolił obrońcy rywalowi wybić piłkę, i nie tylko dlatego, że w 80. minucie po dograniu Allego Lamela strzelił ponad bramką, choć większość z nas zdołała już krzyknąć „gol” (być może i tu okolicznością łagodzącą mógł być stan zrytej przez zawodników NFL murawy). Nie zapamiętamy go dzięki waleczności Sancheza, ambicji Sissoko czy klasy podań rezerwowego Winksa. Zapamiętamy go, bo właśnie tego dnia Real Madryt zwolnił Julena Lopeteguiego i Mauricio Pochettino stał się jednym z najpoważniejszych kandydatów na jego następcę. Tottenham jest miły i fajny, ale nie ma zbyt wielu argumentów, pozwalających zatrzymać Argentyńczyka, który jeszcze przed nadejściem informacji z Madrytu wyznał, że nigdy w czasie swojego pobytu w Londynie nie czuł się równie kiepsko. W sumie trudno mu się dziwić: wykonał mnóstwo roboty, ale nie miał tych kilkuset wolnych milionów, które spoczywały na kontach MC czy Liverpoolu, i drużyny, które jeszcze rok czy dwa lata temu ogrywał, dziś znalazły się już poza jego zasięgiem. Kto stoi w miejscu, ten się cofa, powiadają. Co było do udowodnienia.

Zobaczyć Messiego i przegrać

O tym, że się widziało Argentyńczyka, faktycznie można opowiadać wnukom. Ale dla Tottenhamu to marne pocieszenie.

Im jestem starszy, tym częściej myślę, że pewne okazje się już nie powtórzą. Zwłaszcza w piłce nożnej nie ma zdania bardziej mylącego niż „zawsze jest następny mecz”. Następnego meczu nie będzie, a jeśli nawet się wydarzy, to już dla innej drużyny, w innym składzie i z innym trenerem (tylko kibice, nieszczęśni, zostaną ci sami). Ta miała swoją szansę właśnie dzisiaj.

I nie, nie kupuję prostych usprawiedliwień: pomundialowym zakłóceniem przygotowań, brakiem transferów czy kontuzjami kluczowych zawodników. Owszem, z Eriksenem, Allim, Vertonghenem czy nawet Dembelem w środku pola Tottenham z pewnością wyglądałby na bardziej poukładany. Ale nawet nieobecni nie powstrzymaliby Llorisa przed pochopnym wyjściem już w drugiej minucie meczu – wyjściem, które spowodowało, że misternie tkany na ten mecz plan taktyczny rozsypał się jak domek z kart.

Oczywiście: Tottenham nie miał w składzie Leo Messiego. Argentyńczyk wydawał się być w tym spotkaniu zawodnikiem z innej planety. Pal licho dwa gole i pal licho dwa słupki z początku drugiej połowy – wystarczy wspomnieć o wszystkich jego kluczowych podaniach, tnących linię północnolondyńskiej obrony z precyzją chirurgicznego skalpela. Minimalizm Messiego jest czymś niebywałym: biega mało, w zasadzie nie przyspiesza, ale i tak wypatrzy fragment wolnej przestrzeni nawet między piątką próbujących go powstrzymać przeciwników, po czym wykona jeden absolutnie niezbędny ruch. Mauricio Pochettino miał rację po raz kolejny, mówiąc na przedmeczowej konferencji, że tego piłkarza nie da się tak po prostu zatrzymać: że jedyne, co można zrobić, to starać się być jak najbliżej niego i pomagać sobie nawzajem, tak by, broń Boże, nie zostawał w pojedynku jeden na jednego – a kiedy to wszystko się już zrobi, to potem opowiadać wnukom, że miało się przywilej grania przeciwko Messiemu. Zaprawdę, będzie o czym opowiadać, nawet bez wspominania woleja Rakiticia, który zapamiętam jako jedną z najpiękniejszych bramek strzelonych za mojej pamięci Tottenhamowi.

Ale z drugiej strony, jakkolwiek naiwnie to zabrzmi: Tottenham miał ochotę do gry. Nie tylko przez dziewięćdziesiąt sekund pressingu, jakie upłynęło do gola Coutinho, i nie tylko po bramce Kane’a. Zwłaszcza przez kwadrans po golu Lameli można było odnieść wrażenie, że wyrównanie wisi w powietrzu. To gospodarze grali wówczas szybciej i stwarzali sytuacje bramkowe. Były rzuty rożne, był zablokowany strzał Lucasa. Było jedno czy dwa podania Winksa (był też, dodajmy, jego kapitalny odbiór piłki szarżującemu Messiemu; w ogóle młody Anglik niemal nie tracił piłek w tym meczu i po nerwowym początku radził sobie coraz lepiej). Później jednak Sissoko dał Barcelonie kolejny prezent i dlatego trudno mi teraz szukać pozytywów, chwalić waleczność, cieszyć się, że Kane w końcu zaczął trafiać, i tak dalej. Sissoko, skądinąd, próbował także strzału na bramkę Ter Stegena, wkrótce po wejściu na boisko – trafił hen, daleko, w trybuny, a kamera pokazywała fanów Tottenhamu, którzy nie wyglądali na wściekłych czy sfrustrowanych: śmiali się po prostu, bo niczego innego się po Francuzie nie spodziewali.

Najbardziej przykre jest chyba to, że nawet gdyby ten mecz skończył się wynikiem 2:3, i tak miałbym wrażenie, że obie drużyny dzieliła różnica klasy. I że analizując występ gospodarzy nie muszę wchodzić w jakieś taktyczne niuanse – wystarczy, że ograniczę się do naprawdę najprostszych odruchów piłkarskich. Nie tracić piłki na własnej połowie. Nie podawać pod nogi rywali. Nie zostawiać im miejsca. Wracać za swoim zawodnikiem. Geniusz Messiego jest niekwestionowany, ale równie niekwestionowane jest to, że Katalończycy wygrali dziś dzięki prezentom.

Kolejnej szansy nie będzie.

Stary, niedobry Tottenham

No więc moje życie składa się dokładnie z takich meczów, a wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilku lat, było jedynie – przyjemnym, nie przeczę – odstępstwem od normy.

Drużyna, której kibicuję, rozgrywa nieostrożnie piłkę na własnej połowie tylko po to, by w końcu zagrać pod nogi przeciwnika – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Liverpoolem. Drużyna, której kibicuję, nawet jeśli fortunnie wychodzi na prowadzenie, nie potrafi później kontrolować wydarzeń na boisku i ostatecznie przegrywa – z Interem wyglądało to dokładnie tak samo, jak z Watfordem. Drużyna, której kibicuję, ma trenera, który popełnia błędy: o ile zostawienie w domu dużo grających podczas mundialu, w pierwszej fazie sezonu i podczas przerwy na reprezentację Trippiera i Alderweirelda można zrozumieć, trudno nie pytać, dlaczego nie dołączył do nich Kane, skoro gołym okiem widać, w jakiej jest formie (w pierwszej połowie spotkania z Interem, po dobrym podaniu Eriksena, był sam na sam z Handanoviciem, wyminął go, ale następnie potknął się o własną nogę), a kiedy już został zmieniony, to czemu przez niewysokiego Danny’ego Rose’a, skoro w końcówce można było się spodziewać wrzutek Interu w pole karne. To drugi rezerwowy, Harry Winks, dał się przeskoczyć Matiasowi Vecino, a po jego wejściu na boisko Tottenham przestał stwarzać kolejne sytuacje i otworzył skrzydłowym Interu drogę w stronę bramki Vorma. Uwierzcie: mógłbym tak ciągnąć te narzekania i ciągnąć.

Mógłbym też oczywiście szukać usprawiedliwień. Tłumaczyć, że przygotowania do sezonu były w związku z mundialem wyjątkowo ciężkie – że taki Kane zagrał w minionym roku sześćdziesiąt siedem meczów, a odpoczywał zaledwie trzy tygodnie (owszem, dwa lata temu sezon też był ciężki, ale z Euro Anglia odpadła jednak wcześniej, a i jego organizm nie był wówczas tak intensywnie eksploatowany). Że, oprócz Trippiera i Alderweirelda, w Mediolanie brakowało kontuzjowanych Allego i Llorisa. Że fakt, iż wciąż nie wiadomo, kiedy nowy stadion zostanie otwarty, musi działać destabilizująco na cały klubowy organizm. Że w wakacje nie było transferów – co nie oznacza tylko braku wzmocnień, ale po prostu fakt, że szatnia nie została przewietrzona. Ci piłkarze naprawdę grają ze sobą już bardzo długo, mają prawo być zmęczeni sobą i trenerem.

Tylko czy brak transferów albo nieotwarty stadion mogą tłumaczyć fakt, że jeden w drugiego obrońcy Tottenhamu ociągali się dzisiaj, podobnie jak w sobotę z Liverpoolem, z rozgrywaniem piłki i w końcu podawali ją pod nogi rywali? Że w sumie podczas tych dwóch spotkań tracili piłkę przez odbiory przeciwnika albo własne niecelne zagrania aż dwieście osiem razy? Że znów stracili bramkę po stałym fragmencie gry? Że znów dali sobie strzelić gola głową? Że Mauricio Pochettino zaklina rzeczywistość, mówiąc o okrucieństwie futbolu i o tym, że jego drużyna zasłużyła na więcej? Jeśli to naprawdę był, jak upierał się trener na konferencji, najlepszy mecz sezonu, to cóż my właściwie za sezon oglądamy? Owszem, po przypadkowym golu Eriksena Tottenham (zwłaszcza wprowadzony z ławki Lucas) stworzył jeszcze kilka sytuacji, ale nie powiedziałbym, że kontrolował grę – a poza tym do tej pięćdziesiątej trzeciej minuty grał naprawdę fatalnie.

Nie mam pojęcia, co się dzieje za kulisami. Metaforę z przedmeczowej konferencji Pochettino (w iście argentyńskim iście stylu mówił, że trudno powiedzieć, czy samo doświadczenie gry w Lidze Mistrzów pozwala coraz lepiej radzić sobie w tych rozgrywkach, czyniąc porównanie z krową, która od dziesięciu lat patrzy z pastwiska na przejeżdżający pociąg, ale nie potrafi powiedzieć, o której godzinie ów pociąg przejeżdża) rozumiem w ten sposób, że o sukcesie decyduje mnóstwo czynników, a samo doświadczenie nie wystarczy. Nie mogę jednak nie zauważyć, że kiedy piłkarze Interu strzelali bramki, jego podopieczni patrzyli na nich jak cielę na malowane wrota. Wiem, bo znam ten obraz aż za dobrze.