Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

A kiedy tylko zaczynamy się obawiać, my, cyniczni i żądni wierszówek dziennikarze, że zabraknie nam tematów, kiedy zaczynamy się obawiać, że kiedyś przestaniemy nadążać za zmieniającą się tak szybko rzeczywistością, że nazwiska kolejnego młodego zdolnego juniora już nie zapamiętamy albo po wejściu jeszcze jednego inwestora z dalekich krajów staniemy się jeszcze bardziej wyalienowani, wtedy pojawia się on. Niezawodny. Niezastąpiony. Jedyny. Dostawca hedlajnów. Producent bon motów. Specjalista od wywoływania burz w szklance wody, czyli tego, co media lubią najbardziej. José Mário dos Santos Félix Mourinho.

Tak, przyznaję od razu na wstępie: zawsze kiedy zdarza mi się pomyśleć o nim krytycznie, pierwsze, co przychodzi mi do głowy dla zaznaczenia dystansu, to użycie jego imion i nazwiska w pełnym brzmieniu. Tani chwyt, wiem, ale wiele jego sztuczek również do najkosztowniejszych nie należy.

Weźmy choćby tę ostatnią, z wczoraj, kiedy winą za bezbramkowy remis w spotkaniu, które przez tyle dziesięcioleci należało w Anglii do najgoręcej wyczekiwanych klasyków, menedżer Manchesteru United ustawiający swoją drużynę ultradefensywnie (napisał ktoś o formacji 4-5-dużo zielonego-1) obarczył… trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa. To Niemiec jest winien temu, że dziesiątki milionów widzów na całym świecie wynudziło się jak mopsy, a jego podopieczni oddali zaledwie jeden strzał. Jest winien, bo… nie zechciał mu otworzyć drzwi do zwycięstwa.

Oczywiście zgadzamy się z Mourinho w kwestii tego, że pojęcie „atrakcyjny mecz” jest mocno relatywne. Że spotkania, w których pada grad bramek często przyjmuje się ze wzruszeniem ramion, zwłaszcza jeżeli są wynikiem katastrofalnie niekompetentnej gry obronnej, a nie jakiegoś naprawdę nadzwyczajnego (patrz pod Manchester City-Stoke) kunsztu w kreowaniu sytuacji ofensywnych. Że – z drugiej strony – bezbramkowe remisy mogą przyprawiać o dreszcze ekscytacji, a każdy dokonany w ich trakcie trenerski manewr, zmianę ustawienia i wywołaną nią reakcję przeciwnika, dyskutować można w nieskończoność. Inna sprawa, że definicję atrakcyjności Mourinho dopasowuje do ostatniego rywala: ile razy słyszeliśmy, że ktoś, kto zagrał z nim na 0:0 (albo na 0:1, bo przecież zagęszczając szyki obronne nie przestał myśleć o okazji do kontry) „parkował autobus we własnym polu karnym” albo grał „dziewiętnastowieczny futbol”?

Nie w tym jednak problem, bo przy okazji pomeczowej rozmowy z dziennikarzami trener Manchesteru United wyłożył w gruncie rzeczy swoje credo. W najciekawszym tekście tego weekendu pisze o tym Miguel Delaney na stronach sportowych „Independenta”.

Oto cała filozofia Mourinho, która – co warto zauważyć – nie stosuje się tylko do meczów z rywalami z górnej półki. Futbol reaktywny. Czekanie, aż przeciwnik wykona ruch, pozwalający zareagować. Zacznie np. atakować na tyle odważnie, że stworzy na boisku przestrzeń, w którą będą mogli wślizgnąć się jego zawodnicy; że popełni błąd, który będzie można wykorzystać. „Czekałem, aż Jurgen coś zmieni – mówił dziennikarzom Portugalczyk. – Czekałem, aż ruszy do przodu, ale on cały czas trzymał na boisku trzech silnych pomocników [chodzi o Cana, Winjalduma i Hendersona] i miał kontrolę nad środkiem pola, gdzie ja wystawiłem tylko Herrerę i Maticia. Sami widzicie, jak to jest: gracie u siebie i niczego nie zmieniacie? No nie wiem. Myślę, że tak naprawdę nieźle sobie poradził. Czekałem na jego ruch, ale on nie pozwolił doprowadzić do przełomu w meczu”.

Delaney zwraca uwagę na prostą rzecz: przełom w meczu jest, wedle Mourinho, efektem ruchu rywala. To on musi zrobić krok, żebyśmy my mogli ruszyć do przodu. Coś podobnego miało miejsce również w spotkaniach, podczas których MU gromiło West Ham, Swansea, Everton i Crystal Palace: pierwszy gol Czerwonych Diabłów zmuszał tamte drużyny do wykonania jakiegoś ruchu. Na nic innego Mourinho nie czekał.

Analiza dziennikarza „Independenta” kończy się pytaniem, co jeśli rywale nie wykonają tego ruchu – a mecz z Liverpoolem dostarcza odpowiedzi, że wtedy kończy się 0:0 (inna sprawa, że bez świetnego de Gei, zwłaszcza broniącego nogami uderzenie Matipa po rzucie rożnym, goście nie zdołaliby wywieźć z Anfield czystego konta). W tekście pojawia się również sugestia, że do mistrzostwa kraju nie wystarcza gromienie drużyn z dolnych rejonów tabeli – punkty trzeba zdobywać także (zwłaszcza?) w meczach z rywalami do tytułu. W tym sensie oczywiście spotkanie z zespołem o tak nieszczelnej obronie jak ostatnio Liverpool, jest spotkaniem, w którym o komplet punktów powinno być łatwiej niż np. w meczu z Tottenhamem czy Manchesterem City.

Wymieniłem te dwie akurat drużyny, bo ich trenerów można chyba postawić na przeciwległym biegunie. Owszem, śledzenie ruchów rywala jest ważne, ale kluczem jest to, co zrobimy sami – a jeśli to, co robimy, efektów nie przynosi, skorygowanie strategii. Mówiąc żargonowo, jeśli Mourinho jest reaktywny, oni są proaktywni.

Pełna zgoda, że pojęcie „atrakcyjności” jest względne. Patrząc na Tottenham Pochettino, utrzymujący się w meczu z Bournemouth przy piłce 73 proc. czasu gry, mozolnie klecący swoje akcje, próbujący wydziergać jakiś jeden czy drugi schemat, a w końcu wygrywający dzięki niewielkiej korekcie ustawienia (i dzięki Christianowi Eriksenowi), nie potrafię dostrzec w tym atrakcyjności. Znam też męczącą twarz drużyn Guardioli. A jednak uważam, że nie ma innej drogi do wygranej niż wzięcie samemu odpowiedzialności za ów – jak zechciał to ująć José Mário dos Santos Félix Mourinho – przełom w meczu.

Kto się będzie śmiał ostatni?

PS. Piękna książka się ukazała, a ja miałem zaszczyt napisać do niej wstęp. Jeśli chcecie o niej porozmawiać, przyjdźcie we środę do Faktycznego Domu Kultury. Zapraszam.

2 myśli nt. „Atrakcyjny mecz wedle Jose Mourinho

  1. Pablo NUFC

    Podpisuję się dwoma rękami. Cały Jose. Wystarczyło żeby się wczołgać do Champions League. W tym sezonie też pewnie się uda to powtórzyć. Może nawet efektowniej (Lukaku strzeli więcej niż Ibra). Tylko co z tego? Jakbym chciał pójść jego śladem w biznesie to bym już albo splajtował albo był w głębokiej d… Wygrywają ci, którzy nie czekają na ruch konkurencji. I dlatego wierzę, że w tym sezonie (w końcu) będzie to ktoś z duetu MC i Spurs. Choć przyjdzie kryzys i City na pewno dostaną zadyszki. Ale sezon jest długi.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *