Archiwa tagu: Alli

Historia pewnej piosenki

Wraca do domu, futbol wraca do domu. Im dalej w turniej, tym obecność tej piosenki robi się intensywniejsza, a jej tytułowa fraza – bardziej wszechobecna. Dlaczego w ogóle tak się przywiązałem do banalnego w gruncie rzeczy kawałka?

Z pewnością wiele by można napisać o tym, jak bardzo ten utwór jest kiczowaty i że w ogóle piłka nożna zasługuje na lepszą oprawę dźwiękową (oparty na motywie z Haendlowskiego „Zadok the Priest” hymn Ligi Mistrzów jest wyjątkiem potwierdzającym regułę), z drugiej strony przecież jego autorom udało się uchwycić ów dziwny słodko-gorzki stan, w którym znaduje się kibic, rozpięty między kompletnym brakiem złudzeń a nieprzemijającą nadzieją, nawet jeśli wydaje się ona kompletnie wbrew logice; stan zawieszony gdzieś między czasem przeszłym, w którym Banks bronił, wślizg Moore’a był idealnie obliczony, Gascoigne wydawał się najlepszy na świecie, Lineker i Shearer strzelali gola za golem, Stuart Pearce, zwany pieszczotliwie „Psycho”, wrzeszczał na całe gardło, a przyszłością, w której niejaki Harry Edward Kane otrzymuje Order Imperium Brytyjskiego, a Gareth Southgate – tytuł szlachecki.

Nieważne zresztą, czy piosenka jest dobra, czy nie. To przecież jak z głosem komentatora, który – bez znaczenia, jak byłby fatalny, jak bardzo nie potrafiłby czytać gry czy myliłby nazwiska – z czasem staje się nierozerwalnie związany z najważniejszymi kibicowskimi emocjami (pewnie dlatego zresztą w rozbiegówce „Football’s coming home” słyszymy także głosy sprawozdawców i komentatorów dawnych angielskich meczów). Oto dlaczego dla tylu kibiców reprezentacji Anglii mistrzostwa świata w Rosji będą na zawsze kojarzyć się z tamtym kawałkiem z 1996 roku, odgrzanym po dwóch latach i będącym od tamtej pory nieusuwalnym elementem futbolowej kultury popularnej. Silna strona tego skojarzenia polega na tym, że  historia, o której tu mówimy, nadal może się skończyć cierpieniem i łzami.

Inna sprawa, że od czasu, gdy kojarzeni raczej z rejestrem komediowym David Baddiel i Frank Skinner układali tekst „Three Lions”, mieszcząc w nim nazwiska legend angielskiej piłki, doczekaliśmy się nowych bohaterów. Dziś znalazł się wśród nich Harry Maguire, który podobnie jak jego kolega z defensywy John Stones, zdobył swojego pierwszego gola dla Anglii właśnie na mistrzostwach świata. Dołączył do Jordana Pickforda, który swoją obroną karnego w meczu z Kolumbią uratował turniej dla Anglików, a dziś ratował go po raz drugi, tuż po przerwie znakomicie broniąc główkę Marcusa Berga, wkrótce po golu Allego zatrzymując świetny strzał Classona, a w 72. ponownie Berga (gdyby kontaktowy gol Szwedów padł natychmiast po wyjściu Anglików na dwubramkowe prowadzenie, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej). Do Jordana Hendersona, którego piłki z głębi pola mogłyby się podobać największym cofniętym rozgrywającym naszych czasów, z Andreą Pirlo na czele. Do najlepszego na tym turnieju prawego obrońcy/wahadłowego – piszę to z pełną świadomością, jak duża jest konkurencja – imponującego i w defensywie, i w akcjach ofensywnych (jak ważne było jego przedostatnie podanie przy bramce Allego…) Kierana Trippiera. Do Harry’ego Kane’a, którego każde zejście do środka pola kończyło się znakomitym rozegraniem.

Kolejnym, o którym powinno się śpiewać pieśni, jest Dele Alli. Chłopak, który przez cały ubiegły sezon był przedmiotem niekończących się debat angielskiej prasy: któremu zarzucano, że nurkuje i wymusza rzuty karne, i który jakże łatwo dawał się sprowokować rywalom do wejścia w jakąś pyskówkę; chłopak, którego przez całą, fantastycznie rozwijającą się karierę ścigały demony trudnego dzieciństwa i którego charakter „dzikiego konia” od zawsze znajdował się pod ochroną argentyńskiego trenera Tottenhamu Mauricio Pochettino, niewahającego się określić go w pewnym momencie najlepszym dwudziestojednolatkiem we współczesnym futbolu; chłopak, który poprzednich meczów na tym turnieju nie dogrywał i który nawet dziś wydawał się nie w pełni sił. Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, płomienny romans z popularną w Anglii modelką itd., podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś kolejny raz udowodnił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii.

Przed mundialem Alli obiecywał, że wytrzyma ciążącą na nim presję i nie będzie robił żadnych głupstw – jak widać, dotrzymuje słowa. Co więcej: udowadnia, że bramki w meczach o największym ciężarze (dla Tottenhamu strzelał i w spotkaniach z Manchesterem United, i z Manchesterem City, i z Chelsea, i z Liverpoolem, i z Arsenalem, i z Realem Madryt w końcu) to jego specjalność.

O tym nierobieniu głupstw, o panowaniu nad emocjami, ale zarazem o ich bezpiecznym wyrażaniu, chciałoby się napisać osobny tekst. O pracy doktor Pippy Grange, psycholożki zatrudnionej przez angielską federację i towarzyszącej Anglikom w Rosji, wspominałem w jednym z poprzednich tekstów. Należałoby do tego dodać akapit o wytworzonej przez Garetha Southgate’a kulturze otwartości, z jaką w tej grupie młodych ludzi mówi się o sprawach trudnych. Trudno mi sobie wyobrazić, by za czasów poprzedniego selekcjonera Sama Allardyce’a lewy obrońca Danny Rose z taką otwartością i przy takim wsparciu kolegów i sztabu szkoleniowego, mógł zwierzać się dziennikarzom z depresji, która dopadła go przed rokiem, gdy leczył kontuzję. Otwartość w kontaktach z mediami, odwrotność przyjmowanej tak często przez inne federacje strategii oblężonej twierdzy, to skądinąd kolejna cecha charakterystyczna nowej Anglii.

Najbardziej niezwykłe w awansie piłkarzy Southgate’a do półfinału wydaje się to, że został osiągnięty tak gładko – długie minuty meczu ze Szwedami wydawały się toczyć w tempie przedsezonowego sparingu, Anglicy kontrolowali boiskowe wydarzenia i w większości przypadków radzili sobie dobrze z prezentowaną przez rywali grą długą piłką – a jedynym powodem do frustracji ich kibiców była nieskuteczność świetnie skądinąd dochodzącego do pozycji strzeleckich i umiejętnie poruszającego się między liniami rywala Raheema Sterlinga. On na miejsce w piosence musi chyba jeszcze zaczekać.

Plik three_lions_footballs_coming_home_official_video

Dlaczego w ogóle tak się przywiązałem do banalnego w gruncie rzeczy kawałka? Spójrzcie na towarzyszący jej teledysk sprzed lat. Chłopcy, który ją wówczas śpiewali i chłopcy, którzy biegali wówczas po boisku, są podtatusiałymi pięćdziesięciolatkami: mają siwe włosy, wielkie brzuchy i nie są w stanie dopędzić odjeżdżającego z przystanku autobusu. Ich poprzednicy, którzy pamiętali jeszcze, albo którzy tworzyli wielkie sukcesy angielskiej piłki (czy chodzi tylko o piłkę angielską, odpowiedzcie sobie sami…), dobiegają osiemdziesiątki, a niektórzy już nie żyją. Z trzydziestu lat cierpienia zrobiło się pięćdziesiąt. Moda, która wówczas obowiązywała, wydaje się taka śmieszna. Muzyka, której słuchają ich dzieci, jest kompletnie inna.

A oni ciągle wierzą.

Dele Alli jako pibe

Powiedziałem sobie, że radykalnie ograniczę pisarstwo futbolowe do czasu, aż skończę tłumaczenie „Aniołów o brudnych twarzach”, ale tym razem nie zdzierżyłem, zwłaszcza że temat ściśle się łączy z tematyką przekładanej przeze mnie książki. Wpadam na chwilę, by zwrócić waszą uwagę na pewną fundamentalną różnicę kulturową, która ujawniła się w debacie po jednej z ostatnich wypowiedzi Mauricio Pochettino, tej mianowicie, w której mówił, że w piłce nożnej chodzi o to, żeby w taki czy inny sposób nabrać rywala. I że o to w gruncie rzeczy chodzi również w futbolowej taktyce: żeby zmylić przeciwnika, przykładowo udać, że zagra się w prawo, po czym zejść na lewo.

Rzecz w tym, że definicję „nabierania przeciwnika” trener Tottenhamu rozciąga na takie zachowania, jak niedawny nur Dele Alliego w polu karnym Liverpoolu. Pochettino nie kwestionuje, że mieliśmy w tym przypadku do czynienia z naruszeniem przepisów i godzi się z karą, którą nałożono na jego coraz bardziej kontrowersyjną gwiazdeczkę, przestrzega jednak przed nadmiernym skupieniem się na takich – jak to nazywa – detalach i przed zamienieniem sportu, który wszyscy kochamy, w sztywną strukturę. „Piłka nożna to kreatywny sport”, powiada, a przy okazji wbija szpilę moralizującym w tych dniach na całego Anglikom, przypominając, że podczas mundialu w 2002 r. sam padł ofiarą sztuczki Michaela Owena, który wymusił na sędzim jedenastkę, choć kontakt angielskiego napastnika z grającym wówczas na środku argentyńskiej obrony obecnym trenerem Tottenhamu, był minimalny. Czytaj dalej

Tottenham, czyli pochwała sportu zespołowego

Tak, wiem, znacie to na pamięć, wasze kluby od lat grają w Lidze Mistrzów, a czasem nawet w niej zwyciężają, słowem: mieliście takich wieczorów setki, a przeróbki Haendlowskiego hymnu słuchaliście nie tylko przy rozkręconych na full kaloryferach późnej jesieni, ale także przy otwartych oknach i lubym szmerze majowego deszczyku. Dla Tottenhamu to wszakże dopiero trzeci sezon w Champions League i jeśli dobrze liczę (dokładając rundę eliminacyjną za kadencji Harry’ego Redknappa) dwudzieste spotkanie. W sumie trudno się dziwić, że nie zdążyłem się przyzwyczaić.

Ale nie tylko ja się nie przyzwyczaiłem, oni też. Grali, jakby to był najważniejszy mecz w życiu. Walczyli o każdą piłkę w tempie zaiste szalonym. Próbowali, przyspieszali, ryzykowali. Że można złapać kontuzję, jak to się przytrafiło Alderweireldowi? Że się nie uda zagranie z pierwszej piłki? Że ktoś przetnie podanie? No trudno, następnym razem może się uda, a jeśli wyniknie z tego jakaś bieda, to można liczyć na kolegów: że zaasekurują i nic groźnego się nie stanie.

Jest tutaj do napisania pochwała sportu zespołowego. Nie mógł się Pep Guardiola pomylić bardziej, określając Tottenham mianem „tej drużyny Harry’ego Kane’a”. Owszem, Cristiano Ronaldo przesądzał w pojedynkę losy niejednego meczu, owszem, wciągał swoją reprezentację za uszy do finału Mistrzostw Europy, ale nawet on w kluczowym momencie schodził z kontuzją i musiał liczyć na to, że koledzy dadzą radę. Dziś Portugalczyk również był osamotniony, a raczej właśnie: miał przeciwko sobie drużynę. Czytaj dalej