Rok Conte, wieczór Kloppa, dylemat Levy’ego

Nikt nie ogrywa Tottenhamu równie skutecznie jak sam Tottenham, należałoby powiedzieć po tym meczu – a przynajmniej jak Tottenham w pierwszej połowie. Oczywiście, sfrustrowani kibice tego zespołu mówić też pewnie będą o sędzim, wspominając popchnięcie Sessegnona przez Alexandra-Arnolda w polu karnym w pierwszej połowie (czy nie za coś podobnego wyleciał wczoraj Cancelo?) i niepodyktowany rzut wolny tuż przed linią pola karnego za kopnięcie Hojbjerga, ale nie przesadzajmy. Nie przesadzajmy, bo odciągnie nas to od wątku zasadniczego: dlaczego gospodarze znów zaczęli tak zachowawczo, dlaczego po raz kolejny w tym sezonie dali sobie wbić bramkę i dopiero wtedy rzucili się do odrabiania strat? Dlaczego nie spróbowali od pierwszej minuty zdominować wciąż, jak wiemy, niestabilny w tym sezonie Liverpool tak jak zrobili to w drugiej połowie, kiedy do odrobienia były już dwie bramki po katastrofalnym doprawdy błędzie Diera dającym Salahowi drugie trafienie?

Pod koniec piłkarze Jurgena Kloppa bronili się już desperacko, w ustawieniu 5-4-1 i kradnąc czas przy kolejnych zmianach. A Tottenham cisnął, obijał poprzeczkę, zmuszał Allisona do desperackich wybić, a czasem – jak przy główce Lengleta po jednym z rzutów rożnych – minimalnie chybiał. Tym razem na odrobienie strat zabrakło czasu.

Oczywiście okoliczności łagodzących i tłumaczących, dlaczego z początku wyglądało to tak, jak wyglądało, znalazłoby się trochę – choćby dwa wyczerpujące spotkania z minionego tygodnia, przeciwko Bournemouth i Olympique, w których także trzeba było gonić wynik i walczyć do ostatnich sekund. Kontuzje i wąska ławka – a raczej ograniczone zaufanie Antonio Conte do zmienników, bo np. w Premier League Włoch uparcie nie daje szans Bryanowi Gilowi, przekonany najwyraźniej, że młodemu Hiszpanowi brakuje jeszcze sił fizycznych na starcia z obrońcami; w europejskich pucharach tacy filigranowi zawodnicy chronieni są bardziej i Gil dostał kilkanaście minut więcej – i świetnie je wykorzystał. Dziś, po urazie i operacji Sona, przy wciąż niezdolnym do gry Richarlisonie i w obliczu ciągłych problemów Moury z zapaleniem ścięgna, Kane’owi w przedniej formacji partnerował Perisić, a drużyna przeszła na mniej sprawdzone przez Włocha (a w związku z tym mniej lubiane) ustawienie 3-5-2. Kulusevski był wprawdzie na ławce, ale po bardzo długiej przerwie odbył z drużyną zaledwie półtorej treningu; cudów po Szwedzie nie można się było spodziewać, a i tak po jego wejściu Tottenham wzmocnił jeszcze napór, on sam zaś – zaliczył kolejną w czasie swojego krótkiego pobytu w klubie asystę.

Okropnie, naprawdę, patrzy się na taki Tottenham jak z początku meczu. Albo na taki jak podczas pierwszych 45 minut w Marsylii. Reaktywny. Uciekający od odpowiedzialności w rozegraniu. Sprawiający wrażenie, że piłka go parzy. W dodatku jeszcze – jak przy pierwszym golu Salaha – niezdecydowany w doskoku do atakujących rywali; zanim pokonał bezradnego Llorisa, Egipcjanin miał nawet czas, by futbolówkę przyjąć. Wydawałoby się, że także po to Tottenham przechodził na 3-5-2, żeby ograniczyć Bobby’emu Firmino miejsce między liniami w momencie rozpoczynania takich akcji…

Ci z państwa, którzy miewają okazję wysłuchiwać moich narzekań na Tottenham w studiu Viaplay albo na Twitterze, wiedzą, że jednym ze stałych wątków tychże jest kwestia obsady pozycji prawego wahadłowego. Podczas starcia z Liverpoolem Emerson Royal nie popisał się wprawdzie tak kuriozalnym zagraniem, jak ów strzał w meczu z Bournemouth, po którym piłka wylądowała na parkingu za stadionem, ale i tak jedno z dośrodkowań Brazylijczyk przeniósł daleko w okolicę narożnej chorągiewki. W obronie z – bardzo dobrym dziś skądinąd – Darwinem Nunezem radził sobie średnio, zwłaszcza w pierwszej fazie meczu i po części także za sprawą wspierającego tam Urugwajczyka Andy’ego Robertsona), w ataku był tradycyjnie chaotyczny… rozumiem, że nie widzimy wszystkiego, co dzieje się na treningach, ale w poprzednim sezonie w Championship Djed Spence naprawdę radził sobie w ofensywie zdecydowanie lepiej, zmiennik Brazylijczyka Doherty pokazał się również w tym spotkaniu, a przecież wśród opcji na tę pozycję mógłby być jeszcze brany pod uwagę Tanganga… Tak czy inaczej, to stroną Royala szły najgroźniejsze akcje gości w pierwszej połowie, kiedy zaś obie drużyny schodziły na przerwę miałem w uszach jedną z bardziej malowniczych ostatnio pieśni kibicowskich, „He can’t defend, he can’t attack / Emerson Royal is our wing-back”.

Nie jest oczywiście tak, że w ciągu tych pierwszych 45 minut Tottenham był kompletnie bez argumentów. Zdarzyło się, nie przeczę, dośrodkowanie Kane’a (grał niżej od Perisicia, próbując rozgrywać piłkę) i pierwsze uderzenie Chorwata w poprzeczkę. Był strzał Hojbjerga, przy którym Allison nie zdecydował się na łapanie piłki. Był ów incydent z Alexandrem-Arnoldem i Sessegnonem. Później jednak nastąpił ten fatalny moment dekoncentracji Diera i zamiast o kolejnych szansach na wyrównanie mówiliśmy już o misji niemożliwej: odrobieniu dwóch bramek w meczu z rywalem, z którym Tottenham nie wygrał od dwudziestu spotkań.

No dobrze, ale w końcu nastąpiło to drugie 45 minut, w którym tercet Bissouma-Hojbjerg-Bentancur kompletnie zdominował Thiago, Fabinho i Ellotta, a szanse Tottenhamu sypały się jedna za drugą: w ciągu pierwszych 7 minut po przerwie były aż cztery, przy posiadaniu piłki 70 do 30 proc. dla gospodarzy. W końcu Tottenham grał intensywnie, w końcu jego pressing skutkował stratami Liverpoolu na własnej połowie, w końcu podłączający się do akcji ofensywnych Dier nadrabiał z nawiązką to, czego nie dawał drużynie Emerson Royal, a o dośrodkowaniach Perisicia, jego strzałach i o tym, ile problemów sprawił Alexandrowi-Arnoldowi można by właściwie napisać osobny akapit. Chorwat przyszedł do klubu z kontuzją, ale teraz z meczu na mecz gra coraz lepiej.

Problem w tym, że Tottenham tych szans nie wykorzystywał aż do wejścia Kulusevskiego i bramki Kane’a, o której najsłuszniej w świecie mówił w pomeczowej analizie Łukasz Piszczek, że trzeba nie lada napastnika, żeby strzelić w tak trudnej pozycji. Do końca zostawało jeszcze wówczas 20 minut, Tottenham atakował, Liverpool starał się wybijać go z rytmu – i ostatecznie osiągnął swoje, mimo iż w samej końcówce Kane był tak blisko albo drugiego gola, albo obsłużenia coraz skuteczniejszego ostatnio pod bramką przeciwników, najlepszego chyba gracza pierwszej fazy sezonu – Rodrigo Bentancura.

Kontekstem tej porażki jest pierwsza rocznica pracy Antonio Conte w klubie – i Włoch na każdym kroku podkreśla nie tylko oczywistą skądinąd poprawę sytuacji Tottenhamu (kiedy zaczynał, odpadali z Ligi Konferencji Europy w fazie grupowej i byli na dziesiątym miejscu w tabeli Premier League, a pół roku później awansowali do Ligi Mistrzów; teraz przedarli się do fazy pucharowej Champions League, w Premier League zaś wciąż są na czwartym miejscu). „Dopiero zaczęliśmy ten proces” – mówił po meczu również w kontekście buczenia, jakie usłyszeli jego piłkarze schodząc na przerwę. Na wszystkich ostatnich konferencjach prasowych, wypuszczając zresztą ukryte strzały pod adresem Jurgena Kloppa, któremu zapamiętał krytykę stylu gry Tottenhamu, przypomina, ile lat zajęło szkoleniowcowi Liverpoolu zbudowanie drużyny na miarę walki o mistrzostwo kraju i triumf w Lidze Mistrzów; ile lat i ile transferów.

O potrzebie wzmocnień Conte mówi pytany i niepytany, podkreślając, że po ostatnich kontuzjach ma do dyspozycji tak naprawdę 13-14 piłkarzy – równie konsekwentny jest tylko w unieważnianiu pytań o przedłużenie kontraktu z Tottenhamem. Te naczynia są najwyraźniej połączone: Conte gotów jest zostać w Londynie na dłużej, mimo iż wciąż mieszka w hotelu; Conte docenia klasę, z jaką klub pożegnał zmarłego nagle jego przyjaciela, powiernika i eksperta od przygotowania fizycznego Gianpiero Ventrone – ale Conte wywiera presję na klub, chce dostać kolejne narzędzia, by móc rywalizować nie tylko z MU, MC, Arsenalem, Chelsea czy Liverpoolem, ale coraz mocniejszym Newcastle, coraz lepiej poukładanym Brightonem czy coraz ambitniejszą – o czym świadczy sprowadzenie Unaia Emery’ego – Aston Villą. „Jesteśmy daleko od pozostałych drużyn, przyzwyczajonych do wygrywania” – mówi, choć słuchając tego zastanawiam się, czy mając w składzie mistrza i wicemistrza świata, nie mówiąc o byłych graczach PSG, Juventusu czy Barcelony, oddaje swoim zawodnikom sprawiedliwość.

Ale presja, jaką Conte wywiera na Daniela Levy’ego wydaje się zrozumiała. Ze wszystkich pracujących pod tym prezesem szkoleniowców, żaden nie osiągnął tak wysokiego procentu wygranych meczów – przed dzisiejszym spotkaniem 58 proc., kiedy Mourinho i Redknapp mieli 53, Villas-Boas – 51, a Pochettino – 49. Żaden też nie pracował w klubie w tak korzystnym finansowo momencie – kiedy zbudowany stadion zaczął zarabiać, kiedy klub wrócił do Ligi Mistrzów, kiedy przed rozpoczęciem sezonu właściciel wpompował w niego dodatkowe środki i kiedy za chwilę może wpompować kolejne dzięki sprzedaży praw do nazwy tegoż stadionu. Oczywiście fani Tottenhamu przywykli do tego, żeby ich drużyna oprócz wyników (jakże często: zamiast wyników…) miała również styl, a styl pod Conte, zwłaszcza w tym roku pozostawia wyjątkowo wiele do życzenia, ale może elementem tego procesu, któremu mielibyśmy zaufać, będzie także i styl…

To temat przekraczający z pewnością rozmiar i tak obszernej blogowej notki, ale wypada nim zakończyć: jeśli Daniel Levy chce, by jego klub zrobił jeszcze jeden krok i znów znalazł się w gronie walczących o mistrzostwo kraju, faktycznie musi wspierać Antonio Conte w trakcie nie jednego, a kilku najbliższych okienek transferowych. Napisałem „jeśli”, bo przecież niewykluczone, że ów kapitalny biznesmen uzna, że zamiast kolejnych inwestycji lepiej to niewątpliwie świetnie prowadzone przedsiębiorstwo sprzedać.

3 komentarze do “Rok Conte, wieczór Kloppa, dylemat Levy’ego

  1. Quinque

    Mówiłem ten klub jest beznadziejny. Nie wiem jak można kibicować ekipie która od 15 lat nic nie wygrała. I która ledwo wyszła z grupy z takimi drużynami jak Eintracht, Marsylia czy Sporting

    Odpowiedz
  2. apps

    The Pikachu App is a free application that allows you to watch unlimited movies and TV shows. This app is available for Android and iOS users. It has a wide …

    Odpowiedz
  3. www

    Pikachu App is a free app with the help of which we get the option to watch Live TV, Movies, Sports, and Web Series. Pikachu App provides an …

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.