Chochoł sarmackiej melancholii

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że tak właśnie mógł wyglądać pierwszy mecz Polaków na tym turnieju. Tylko że mówiąc w ten sposób, niczego się nie nauczymy.

Złudzenia są naszą radością i naszym cierpieniem – napisał kiedyś Józef Tischner, którego osiemnastą rocznicę śmierci dziś właśnie obchodzimy. Zastosowanie cytatu z Księdza Profesora do tego, co przeżyliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu dni (wliczając w to wygraną z Japończykami), wydaje się aż nazbyt łatwe. Przez długie miesiące czekania na mundial żyliśmy złudzeniami o świetnie przygotowanej reprezentacji, lekceważąc sygnały ostrzegawcze (takie choćby, że wielu kluczowych zawodników tej drużyny grało w trakcie minionych miesięcy mało bądź desperacko walczyło z czasem, by zdążyć się wykurować na najważniejszą piłkarską imprezę w życiu). Ba: żyliśmy nimi nawet po tym pierwszym, fatalnym i decydującym tak naprawdę o całej katastrofie meczu z Senegalem, w którym – upieram się – naprawdę: trenerski zamysł był dobry, a zagadką pozostaje jedynie, dlaczego piłkarze nie potrafili podjąć oczekiwanego od nich ryzyka, do czasu nieszczęsnego rykoszetu i samobójczej bramki Cionka wybierając bezpieczne podania między obrońcami. Cieszyliśmy się złudzeniami, a teraz cierpimy, tym bardziej, że kiedy było już po wszystkim, Polacy pokazali, że są jednak w stanie wygrać mecz na mistrzostwach świata. „Miałeś, chamie, złoty róg…” – można by przywołać cytat z ważnego dla Tischnera dramatu; dramatu, z którego pochodzi też symbol, na kanwie którego filozof z Łopusznej, a zarazem wieloletnia podpora redakcji „TP”, zbudował jeden ze swoich najważniejszych esejów.

„Chochoł sarmackiej melancholii”, krytyka naszych wad zbiorowych, traktuje w dużej mierze o polskiej apatii, o nostalgicznym poczuciu niespełnienia, nieokreślonym żalu po utraconej szansie, tułającej się po zakamarkach świadomości irracjonalnej nadziei, że owa szansa powróci, i pretensji do świata, który jest obwiniany za naszą porażkę (nie uwierzycie: w redakcyjnym archiwum znalazłem świetną analizę tego tekstu pióra Jarosława Gowina). Owa melancholia nie jest nastrojem przejściowym, ale stałym sposobem naszego zbiorowego istnienia. Nostalgiczny Sarmata pogrąża się we śnie, rezygnuje z walki – kiedy na boisku traci pierwszą bramkę, już się nie podnosi. Brak mu odwagi, której miejsce zajmuje „zadzierzystość”, poza na użytek innych, z których opinii na nasz temat czerpie poczucie własnej wartości. Pasuje, pasuje, jak cholera – może tyle się zmieniło przez prawie pół wieku, które upłynęło od chwili, kiedy Tischner pisał ten tekst, że nie winimy świata za porażkę na mundialu. Nie jest to wiele, ale zawsze jest to coś.

Mam wielką nadzieję, że nie ulegniecie kolejnemu złudzeniu i, ciesząc się z samego faktu wygranej z Japończykami, nie będziecie mówić, że to od początku mogło tak wyglądać. Dziś, tak samo jak podczas meczu z Senegalem również brakowało przecież ruchu z przodu, a w środku pola ziała dziura. Dziś, tak jak wtedy większość podań wymieniali między sobą obrońcy, również wtedy czasami obserwowaliśmy próbę (najczęśniej niecelnego) zagrania długiej piłki. Tak samo jak wtedy bolały zęby, kiedy patrzyło się na proste straty, w których dzisiaj prym wiódł, niestety, Jan Bednarek (niech was nie zmyli bramka, którą strzelił Japończykom: jeśli podczas pierwszej połowy meczu z Senegalem mówiło się, że elektryczny jest Cionek, cóż dopiero powiedzieć o dzisiejszych zachowaniach Bednarka w defensywie?). Senegalczycy zdobyli bramkę jako pierwsi, a Polaków sparaliżowało. Dziś jako pierwsi strzelili, po ćwiczonym pilnie stałym fragmencie gry, piłkarze Adama Nawałki: na boisku zrobiło się więcej miejsca, łatwiej było grać tak zwaną swoją grę, czyli kontratakować. Cały czas pewni awansu Japończycy przesadnie w tym jednak nie przeszkadzali. Nie wzięlibyśmy takiego wyniku, a nawet takiej – powtórzmy: dalekiej od ideału – gry na inaugurację? Atmosfera w drużynie nie poprawiłaby się, nie poniosłaby Polaków dalej w turniej, nie zintegrowałby zespołu fakt, że zwycięstwo zapewnił jeden z wchodzących dopiero do niego zawodników? Zielińskiemu nie grałoby się łatwiej ze świadomością, że także w reprezentacji potrafi zagrać świetną piłkę do przodu, choćby taką jak ta do Grosickiego, po którego podaniu doskonałą okazję zmarnował Lewandowski?

„Złudzenia są naszą radością i naszym cierpieniem”, powtórzmy. Polska nie zagrała dziś lepszego meczu niż dwa poprzednie. Japonia nie musiała się starać tak bardzo, jak w meczach z Kolumbią i Senegalem. Różnica między nią a naszymi poprzednimi rywalami, ze szczególnym uwzględnieniem Kolumbii, polegała na tym, że ona wygrać nie musiała. Cholernie trudno się z tym wszystkim pogodzić, ale nie ze względu na dzisiejsze zwycięstwo. „Przez jakiś szczególny zbieg przypadków świat kolorowej Utopii mógł się ucieleśnić – to znów Tischner, i aż trudno uwierzyć, że nie o mundialu w Rosji. – Rezolutność musiała się zdobyć na gest skorzystania z nadciągającej Okazji. Ale gestu nie było, najwyżej jakieś usiłowania. Tragiczny paradoks polega między innymi na tym, że właściwie nie wiadomo dlaczego”. Dlaczego, ach, dlaczego, mając jedyny taki mundial mając w życiu, pogrążyli się w drzemce? Dlaczego pozwolili, by nawet końcówka meczu z Japonią potoczyła się w tak letargicznej atmosferze?

Żeby było jasne: nie chcę cytatami z Tischnera zwalniać tej drużyny i jej selekcjonera od odpowiedzialności. Nie szukam kozłów ofiarnych, ale chciałbym wiedzieć, co się właściwie stało. Przyjmuję do wiadomości wszystkie te zdania, napisane w ciągu ostatnich paru dni przez kolegów (ani się obejrzałem, a sam zacząłem je powtarzać): że może zwyczajnie ta drużyna osiągnęła już swoje maksimum przed dwoma laty na Euro. Że dwa lata to w piłce nożnej epoka; w życiu piłkarza nawet jedna piąta kariery. To sir Alex Ferguson mówił o trzyletnich cyklach, a najtrudniejsze jest przejście między jednym cyklem a drugim. Wielu trenerów odpada właśnie wtedy – Adamowi Nawałce, jak wielu innym w tym fachu, zwyczajnie się nie powiodło przejście między jednym cyklem a drugim. Może, gdyby mistrzostwa świata odbywały się rok później, gra trójką obrońców na przykład byłaby lepiej przećwiczona, a zmiennicy tych, którzy przez tyle miesięcy leczyli kontuzje, lepiej wkomponowali się w drużynę… Złudzenia?

Nie jest łatwo po tym wszystkim bronić myśli, którą nosiłem przez ostatnie dni: że mianowicie Adam Nawałka powinien zostać. Bo wiecie: jestem zdania, że trenerzy piłkarscy zaliczają się tej, niemałej w końcu, kategorii ludzi, którzy potrafią uczyć się na błędach, więc lepiej, żeby polski selekcjoner mógł dokończyć to, co zaczął, samemu wyciągając wnioski. Tak w głębi to przecież on najlepiej wie, co zostało schrzanione. Nowy początek, co braliśmy choćby po odejściu Leo Beenhakkera, zamiast odrodzenia przynosi początek kolejnej smuty.

Tischner mówił, że z porażek wynosi się gorycz, z klęsk można wynieść honor i naukę. O honorze wolałbym już naprawdę nie mówić. Żeby jakaś nauka z tego była.

Kiedy nie wygrywają Niemcy

W meczu z Koreą Południową, niezależnie od wszystkich słów krytyki, jakie spadły po nich w ostatnich godzinach, Niemcy stworzyli wystarczająco wiele sytuacji, by wygrać.

Czekam i czekam na tekst, który wyjaśni przyczynę niemieckiej porażki – i takiego tekstu nie znajduję. Od chwili odpadnięcia Niemców z mundialu upłynęły już długie godziny, mecz z Koreańczykami, podobnie zresztą jak spotkania poprzednie, przenicowano na każdą stronę, dowiedzieliśmy się choćby i tego, że Mesut Oezil, który zdaniem wielu w ogóle nie powinien był wracać do pierwszego składu, wykonał w jego trakcie aż siedem podań kluczowych. Ciekawe. Podobnie jak ciekawe są uwagi o niezabraniu przez Joachima Loewa na mundial szybkiego i grającego bezpośrednią piłkę Leroya Sane z Manchesteru City. O tym, że selekcjonerowi Niemców nie udało się zintegrować w jeden zespół starych mistrzów i młode wilczki, z którymi wygrywał Puchar Konfederacji. Że byli zbyt pewni siebie, zbyt rozluźnieni, może zbyt już nasyceni, co jednak dziwne, zważywszy właśnie na liczbę młodych twarzy w drużynie. Że ci młodzi nie walczyli o swoje, z góry pogodzeni z rolą rezerwowych. Że kiepskie wyniki i kiepska forma prezentowana podczas przedmundialowych sparingów nie zdołały ich przebudzić. Że – zwłaszcza w pierwszym meczu z Meksykiem, czemu z pewnością nie sposób odmówić słuszności – nie zadbali o należytą równowagę między defensywą a atakiem: że w trakcie meksykańskich kontrataków tych kilku obrońców nie miało wsparcia powracających graczy z pierwszych linii. Że zmian w składzie – szczególnie jednak przed meczem z Koreańczykami – było zbyt wiele, czego pośrednim dowodem były zresztą szybko, bo już w przerwie dokonywane korekty. Że, co brzmi wręcz niewiarygodnie, mieli aż nadmiar bogactwa i nie wiedzieli, jak go wykorzystać; że zgubił ich nadmiar równie dobrych, wydawałoby się, możliwości personalnych. Że – to będzie zresztą uwaga natury generalnej – nie od dziś wyczerpuje się w futbolu formuła oparta o sterylne posiadanie piłki; że już w czasach schyłkowej Barcelony Pepa Guardioli znajdowano na nią receptę, zwłaszcza gdy drużyna prowadząca grę robiła to w tak statecznym tempie, jak wczoraj Niemcy (uwierzycie, że w meczu z Koreą zagrali tylko jedną prostopadłą piłkę?!). Że, jednym słowem, zabrakło Sturm und Drang.

Chyba o żadnej innej drużynie nie przeczytałem tylu ciekawych tekstów, co właśnie o Niemcach –  spora w tym zasługa Michała Treli z „Przeglądu Sportowego”. Wydawali się symbolem nie tylko solidności i kreatywności, ale również nowoczesności – w jednym z artykułów Treli znalazłem historię o tym, jak przy pomocy serwisu WhatsApp sztab trenerski wymieniał się z zawodnikami filmami i informacjami na temat rywali, co pozwoliło zauważyć (zrobił to obrońca Jerome Boateng), że Cristiano Ronaldo ma tendencję do uciekania od obrońcy w określoną stronę zależnie od tego, w jaki sposób patrzył na nadlatującą piłkę, nade wszystko jednak: co integrowało grupę. Mieli wybitne indywidualności (naprawdę zbyt wiele?), z reżyserem gry i bohaterem meczu ze Szwedami Tonim Kroosem na czele. Mieli wybitnego trenera, o którym mówi się, że jest wdzięcznym partnerem rozmów pani kanclerz Angeli Merkel.

Dziwna rzecz: inaczej niż z Hiszpanią przed czterema laty, Włochami sprzed lat ośmiu czy nawet Francją sprzed lat szesnastu (wszystko to są drużyny, które jako obrońcy tytułu mistrzowskiego nie były w stanie wyjść z grupy na kolejnym turnieju), i inaczej niż z Polską na tym mundialu, trudno tu mówić o wyczerpaniu się jakiegoś naturalnego cyklu: większość reprezentantów Niemiec to wciąż zawodnicy, którzy mogą myśleć, że najlepsze lata kariery jeszcze przed nimi. Dlaczego więc?

Jak powiadam: przeczytałem o tym mnóstwo tekstów, a większość z nich analizowała problemy mentalne niemieckiej drużyny. Bardzo możliwe, że wszystko to prawda, ale mam też swoją cichą hipotezę. W meczu z Koreą Południową, niezależnie od wszystkich słów krytyki, jakie spadły po nich w ostatnich godzinach, Niemcy stworzyli wystarczająco wiele sytuacji, by wygrać. O tym, że nie padły gole, decydowały centymetry. To, że piłka spadła na szyję, a nie na głowę Matsa Hummelsa. To, że opadła na poprzeczkę, a nie tuż pod nią. To, że końcami palców sięgnął jej koreański bramkarz. Centymetry dzieliły Niemców od tego, by zrobić to, co zrobili tyle razy w życiu. Z komputerowej analizy tzw. oczekiwanych goli (opiera się o rachunek prawdopodobieństwa, z jakim strzał oddany z danego miejsca i w określonych okolicznościach kończy się bramką) wynikało, że powinni trafić do siatki co najmniej dwukrotnie.

Inna sprawa, że podoba mi się w Niemcach to, że rozmowa o odpadnięciu z turnieju odbywa się u nich w atmosferze wolnej od nagonki, a kwestia pozostania Joachima Loewa na posadzie selekcjonera będzie przede wszystkim jego własną decyzją. To akurat ważna lekcja dla nas: porażka i kryzys (zwłaszcza wolne od atmosfery polowania na czarownice) jest szansą na rozpoczęcie nowego etapu.

Argentyńska trzecia droga

Gdyby Messi kolejny raz samodzielnie wyciągnął swoich rodaków z kłopotów, oznaczałoby to zafałszowanie jakiejś fundamentalnej prawdy o piłce nożnej. Żeby Argentyna mogła wygrać mecz na tym mundialu, musiała w końcu stać się zespołem.

Sankt Petersburg, 21.14 czasu lokalnego. Na stadionie Kriestowskim znajdujący się niemal idealnie przy linii środkowej argentyński pomocnik Enver Banega zagrywa piłkę mniej więcej w okolice linii pola karnego. Futbolówka spada na lewe udo wbiegającego w lukę między nigeryjskimi obrońcami niskiego brodacza w koszulce w biało-niebieskie pasy, który kontroluje jej lot tak, by mogła zsunąć się na jego lewą stopę, a potem zacząć toczyć się przed nim. Brodacz robi krok, później drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty (przy tych trzech ostatnich zwalnia nieco, by dostosować swój bieg do tempa, z jakim piłka przesuwa się po murawie, a wraz z siódmym krokiem nadchodzi uderzenie jego prawą, czyli teoretycznie słabszą nogą. Piłka mija bramkarza i wpada do siatki, strzelec biegnie w stronę narożnika, gdzie klęka i podnosi wzrok ku górze. Nie widać, żeby się cieszył, choć ci, którzy go znają, powiedzą potem, że ten gol zdawał się zdejmować mu z pleców stukilogramowy ciężar. Mija sekunda, dwie, trzy, i dobiegają do niego koledzy. Leo Messi zdobywa wreszcie swoją bramkę na mistrzostwach świata w Rosji. Leo Messi znów ratuje Argentynę. Leo Messi, jak tylekroć przedtem, pozwala kibicom Albicelestes wierzyć, że to jeszcze nie koniec.

Chciałoby się napisać kiedyś o tym golu jeszcze bardziej szczegółowo. Chciałoby się zwrócić uwagę na cechujący go minimalizm. Na to, że nie było tu ani jednego zbędnego gestu, żadnej pogoni za estetycznym efektem, żadnego ozdobnika, z których słynie choćby wielki sportowy rywal Messiego, Cristiano Ronaldo. Że strzelec zrobił dokładnie tyle, ile trzeba. Tyle że to przecież nie ten gol zdecydował o awansie Argentyny.

I pewnie dobrze, że nie zdecydował, bo gdyby Messi kolejny raz samodzielnie wyciągnął swoich rodaków za uszy, oznaczałoby to zafałszowanie jakiejś fundamentalnej prawdy o piłce nożnej. Żeby Argentyna mogła awansować, musiała w końcu stać się zespołem – tym zapominającym o konfliktach i podziałach, na temat których tyle się mówiło w ostatnich dniach (najgłośniejsza plotka mówiła, że piłkarze doprowadzą do zwolnienia trenera jeszcze przed dzisiejszym meczem). Zespołem, który długo, choć bez trenera (natychmiast zszedł do tunelu), cieszył się wspólnie na boisku po ostatnim gwizdku sędziego, skądinąd odegrywającym w tym dramacie rolę równie wielką, jak strzelcy bramek. Argentyna musiała znaleźć równowagę: między koncepcjami przywiązanego do gry pressingiem szkoleniowca Jorge Sampaoliego, a obsesją złożenia na Messiego najpierw całej odpowiedzialności za dobór taktyki i drużyny, a potem na samą grę. W pierwszym meczu, z Islandią, można było odnieść wrażenie, że to Leo dobrał zawodników i ustawienie. W drugim, z Chorwacją, widać było, że zrobił to Sampaoli. Dziś, kiedy Argentyna zagrała w ustawieniu 4-3-3, doszło w końcu do syntezy.

Była to zresztą synteza nie tylko sampaolismo i messismo, ale także menottismo i bilardismo. Kiedy w dzisiejszym felietonie dla „Guardiana” Jorge Valdano, argentyński mistrz świata z 1986 roku i legenda Realu Madryt, zastanawiał się, co ważniejsze – talent czy huevas (mówiąc nieco eufemistycznie, chodzi w tym słowie o wykazywanie się odwagą i charakterem), było to echo odwiecznego sporu między zwolennikami przywiązanego do pięknej gry Cesara Luisa Menottiego, który zdobył dla Argentyny mistrzostwo świata w 1978 r., a wyznawcami pragmatyka Carlosa Bilardo, który triumfował osiem lat później. Trzeba pamiętać, że obecny selekcjoner, Jorge Sampaoli, pochodzi raczej ze szkoły tego, który zaproponował „trzecią drogę”, czyli Marcelo Bielsy.

Zanim jednak doszło do syntezy, Argentyńczycy musieli cierpieć. Mascherano, ten rzeczywisty kapitan drużyny sprzed czterech lat (Messi pełnił wówczas rolę „cichego lidera”, a szatnią rządził, przemawiając do kolegów choćby przed finałową dogrywką właśnie Mascherano), który tyle razy podrywał drużynę do walki, jest już cieniem siebie, a jego strata piłki na własnej połowie jeszcze w pierwszej fazie spotkania wróżyła późniejsze kłopoty. Zgoda: takich incydentów, jak ten, po którym sędzia Cakir podyktował karnego dla Nigerii, oglądaliśmy w trakcie każdego meczu kilkanaście, ale, po pierwsze, przepisy zawsze stanowiły, że w takich przypadkach sędzia powinien podyktować rzut karny (dziesięć lat temu zrobił to Howard Webb w meczu Polska-Austria na Euro), po drugie zaś, w dobie VAR można się liczyć z tym, że będą karane częściej niż dotąd. (Na marginesie: mniej oczywista była druga sędziowska decyzja – ta, po której Nigeryjczycy nie dostali drugiej jedenastki, choć argentyński obrońca dotknął piłki ręką we własnym polu karnym. Oglądający tę scenę na powtórce arbiter zobaczył, że wcześniej Rojo główkował – uznał więc, że ręka była przypadkowa. Zagranie ręką to skądinąd wysoce argentyński temat…)

Mnóstwo razy w trakcie tego meczu miałem wrażenie, że argentyńska historia znów się powtarza. Po karnym dla Nigerii słyszałem już te głosy gazet z Buenos Aires, o byciu moralnymi zwycięzcami, o krzywdzie i spisku międzynarodowym, który uniemożliwił im wyjście z grupy. Po tym, jak Higuain nie wykorzystał w pierwszej połowie doskonałego podania Messiego, uderzając w bramkarza (najpierw piłką, potem kolanem), a w drugiej połowie huknął w trybuny po dośrodkowaniu z lewego skrzydła, przypomniały mi się jego niewykorzystane sytuacje w finałach mundialu sprzed czterech lat i Copa America 2015. Kiedy czas płynął, zmiany nie przynosiły efektów, a Argentyńczycy raz za razem pudłowali (gol Rojo padł po ich pierwszym celnym strzale w drugiej połowie!), miałem wrażenie, że ścigające ich przez tyle lat demony, dopadną ich po raz kolejny. Nawet wulgarne gesty Maradony na trybunach nie były żadną nowością: kiedy jako trener zdołał rzutem na taśmę awansować z reprezentacją na mundial w RPA, w rozmowie z dziennikarzami zachował się równie haniebnie.

W końcu jednak Argentyna stała się zespołem. I w końcu zaczęła zarówno walczyć, jak grać w piłkę. Banega (dlaczego wcześniej nie wychodził w pierwszym składzie?), oprócz asysty przy golu Messiego, popisał się kapitalnym podaniem do di Marii. Asysta Mercado przy bramce Rojo również była fantastyczna. Kiedy Leo Messi wskoczył na plecy strzelca, jakby pokazywał w ten sposób, że zagra w następnej rundzie zawdzięczając to nie tylko własnemu geniuszowi, ale także kolegom i trenerowi. Po meczu wprawdzie mieszał w to wszystko jeszcze Boga („Wiedziałem, że jest z nami i że nas nie opuści” – mówił w rozmowie z dziennikarzami), o ile jednak znam się na teologii, akurat Bóg pozostał w tym meczu neutralny.

Oglądał Lukę Modricia.

Zanim upolujemy czarownice

Polska odpada z turnieju i nikt nie będzie po niej płakał. Prostych odpowiedzi o przyczynę klęski się jednak nie spodziewajcie.

A kiedy już ucichnie rechot i umilkną narzekania, kiedy ze ścian naszych domów i z telewizyjnych ekranów znikną reklamy z udziałem polskich reprezentantów, kiedy grono Całkiem Niezłych Dawnych Piłkarzy i Wielce Zasłużonych Trenerów (tych samych, którzy przekonywali, że jedziemy po medal, a przynajmniej po awans do ćwierćfinału) wyliczy wszystkie przyczyny polskiej klęski, kiedy przestaniemy stosować do niej wielkie kwantyfikatory i odczytywać przez jej pryzmat wszystkie przywary Umiłowanej Ojczyzny Naszej, może znajdzie się czas na to, żeby poczuć zwyczajny żal. W moim przypadku: żal piłkarzy, którzy pełni nadziei jechali na najważniejszą imprezę sportową w życiu, którzy drugi raz takiej szansy już nie otrzymają, i którzy ponieśli klęskę porównywalną, o ile nie większą z tymi, które spotykały ich poprzedników w 2002 czy 2006 roku.

Oczywiście bardzo chciałbym wiedzieć, dlaczego tak się stało. Zgrupowania trwały za długo? Kontuzja Glika naruszyła delikatną równowagę w drużynie? Zawodnicy, którzy pojechali do Rosji z poczuciem, że i tak nie zagrają ani minuty, zasiali w zespole atmosferę rozprężenia? Przy ustalaniu taktyki na Senegal trenera zawiódł, przyznajmy to po raz ostatni przed dymisją: nos na ogół tak niezawodny? Liczba zmian w składzie przed drugim meczem, niewątpliwa próba ratowania tego turnieju, okazała się jednak zbyt wielka? Plotek płynących ze zgrupowania płynie co niemiara, nie ma sensu ich tutaj przytaczać, niejedną pewnie przeczytacie w najbliższych dniach w miejscach z pewnością o wiele lepiej wyspecjalizowanych w plotkach niż „Tygodnik Powszechny”.

Ja, przywiązany jednak do poglądu, że futbol jest grą opinii i organicznie niechętny polowaniu na kozły ofiarne, chciałbym mimo wszystko pobronić decyzji selekcjonera – zarówno o wyjściu na Senegal w ustawieniu o wiele bardziej ofensywnym niż dotychczas przećwiczone (indywidualne błędy przy obu bramkach nie były przecież efektem doboru taktyki, a pretensje, jakie mieliśmy po meczu polegały przede wszystkim na niepodjęciu ryzyka i wybieraniu wyłącznie bezpiecznych rozwiązań), jak zwłaszcza o daleko idących zmianach w składzie i ustawieniu przed drugim meczem na turnieju. Decyzja o posadzeniu na ławce Milika była przecież oczywistością, a Błaszczykowski po spotkaniu z Senegalem nie wydawał się zdolny do gry przez dziewięćdziesiąt minut. Nieobecność Grosickiego? Przy przejściu na grę trójką z tyłu również miała sens, a samo przejście na rę trójkę i dołożenie Góralskiego w środku pola przy pressingu Kolumbijczyków brzmiało sensownie, pozwalało też uwolnić Zielińskiego od konieczności cofania się zbyt głęboko w poszukiwaniu piłki. Ryzyko było oczywiście na skrzydłach, ale po to też była dwójka defensywnych pomocników, żeby asekurować zapędzających się do przodu wahadłowych. Reprezentacja ćwiczyła grę w ten sposób, poszczególni piłkarze grali w ten sposób w klubach, nie mówimy tutaj o odkrywaniu piłkarskiej Ameryki.

Przyznajmy: w pierwszej fazie meczu wszystko działało. Była agresja w walce o piłkę, był pressing, było wygrywanie drugich piłek, a nawet odbiór na połowie rywala (stąd szansa Zielińskiego w 18. minucie), a przede wszystkim była asekuracja i naprawianie błędów – jak przy pierwszej groźnej kontrze Kolumbii w 21. minucie, albo przy akcji Ariasa minutę później. Albo jak w 24. minucie, kiedy Piszczek wybijał piłkę spod nóg Jamesa po tym, jak Pazdan wcześniej źle ocenił jej lot.

Do czasu jednak. Z każdą kolejną minutą Polacy ruszali się coraz mniej, Quintero znajdował miejsce między ich liniami, Cuadrado zaczął wygrywać pojedynki z osamotnionym już w tej fazie na lewej stronie Rybusem. Bramka po pierwszym celnym strzale Kolumbijczyków była efektem niezablokowanego dośrodkowania i zgubienia krycia przez środkowych obrońców. W tym miejscu faktycznie selekcjonera faktycznie bronić nie potrafię: wygląda na to, że kondycyjnie reprezentacja nie była przygotowana do turnieju równie dobrze jak dwa lata temu na Euro.

Druga połowa przypominała już czasy legendarnych podsumowań, wygłaszanych swego czasu przez Dariusza Szpakowskiego gdzieś około sześćdziesiątej minuty meczu. Hektary wolnego miejsca przed Cuadrado, jego dogrania do Falcao czy Jamesa – i szczęście Polaków, bo Kolumbijczycy (przypomnijmy na wszelki wypadek: gwiazdy światowego futbolu, porównywalne czy przerastające nasze, prowadzeni przez szkoleniowca z ogromnym doświadczeniem – także uczącego się na własnych błędach, popełnionych podczas mundialu z Argentyną) nie wykorzystywali dogodnych sytuacji. Struktura, która istniała w ciągu pierwszych minut meczu, była już tylko wspomnieniem.

Już słyszę te ataki. Ich pierwszym celem będzie oczywiście Adam Nawałka, krytykowany tym ostrzej, im bardziej malowniczo kreowano jego wizerunek hiperprofesjonalisty, przygotowanego w każdym calu na każdy możliwy rozwój wypadków. Drugim – niewidoczny podczas tego turnieju, dziś głównie przewracający się na murawę przy starciach z obrońcami Robert Lewandowski, zatrzymany przez Ospinę i w sytuacji sam na sam po długiej piłce od obrony, i po strzale z dystansu. Trzecim – okrzyknięty przez „Guardiana” polskim Kevinem de Bruyne inteligentny rozgrywający Napoli Piotr Zieliński. Czwartym – niewątpliwie zbyt elegancki jak na przeciętny gust przywiślański Grzegorz Krychowiak.

Wszystko się we mnie wzdraga przed dołączeniem do tego chóru. Przez długie miesiące i tygodnie przed turniejem z ust jego koryfeuszy nie słyszeliśmy, jeśli się nie mylę, przekonujących kontrpropozycji. Peszko miał grać? Kontuzjowany Glik? 4-4-2 miało być, żeby przez środek pola Kolumbijczycy przedostawali się równie łatwo jak Senegal?

Owszem, ja też mam pretensje do Adama Nawałki. Polegają na tym, że zbyt długo pozwolił nam żyć pięknym marzeniem. Przebudzenie było, nie powiem, przykre. Jest mi, nie powiem, żal. Wyrażenie wdzięczności za postęp, jaki ta reprezentacja zrobiła od czasu poprzednika zakrawa już na ułańską szarżę, więc w tym miejscu postawię kropkę. Kompanów do polowania na czarownice szukajcie gdzie indziej.

Mundial 2018: siła spokoju

Historia dzisiejszego zwycięstwa Niemców nad Szwedami jest oczywiście historią z morałem. Morałem, który stosuje się do jutrzejszego meczu Polaków.

Piłka to taki sport, w którym grają dwadzieścia dwie osoby (jeśli ktoś dostanie czerwoną kartkę to dwadzieścia jeden), a na końcu dzieją się najpiękniejsze rzeczy. W doliczonym czasie gry, kiedy jedni w zasadzie powinni być już pewni zwycięstwa, a drudzy ze spuszczonymi głowami szukać najlepszych wytłumaczeń klęski – w przypadku Niemców tym straszliwszej, że dotyczącej aktualnych wciąż mistrzów świata – los nagle się odwraca. W jedną sekundę ktoś niweczy wysiłek dziewięćdziesięciu kilku minut. W jedną sekundę ktoś, kto przez dziewięćdziesiąt kilka minut bił głową w mur, nagle czuje, że mur rozsypał się w gruzy. Jak to napisał Dariusz Kosiński, jakby nie było, teatrolog? „Piękno piłki nożnej, które w tym momencie zbliża się do porażającego piękna greckiej tragedii, polega właśnie na tym, że trwające długo wysiłki mogą zostać w każdej chwili zniweczone, a los (nazwa używana tu w pełni świadomie i jak najsłuszniej) zawsze może się odwrócić”.

Tylko żeby tak mogło się stać, trzeba w to wierzyć. Dać losowi szansę. Czasami robiąc dokonując zmiany personelu i ustawienia, czasami trwając przy swoich przekonaniach na temat słuszności obranego stylu gry. Akurat w przypadku Niemców kluczem do sukcesu okazało się jedno i drugie – i nie ma w tym wcale sprzeczności.

Zmiana polegała na posadzeniu na ławce aż czterech zawodników z przegranego meczu z Meksykiem, z czego dwóch – Sami Khedira i Mesut Ozil – wydawało się należeć do kategorii nieusuwalnych. Trwanie przy swoim to wciąż gra oparta o posiadanie piłki i cierpliwe rozgrywanie akcji na połowie przeciwnika, próba „wzięcia go na karuzelę”, jak powiedział kiedyś sir Alex Ferguson o doświadczeniu rywalizacji z Barceloną Guardioli. W ciągu pierwszych dziesięciu minut Niemcy wymienili 122 podania, dosłownie wjeżdżając w szwedzkie pole karne – i znów narażając się przy tym na kontry, z których jedna mogła (a może wręcz powinna była) zakończyć się rzutem karnym i czerwoną kartką dla Boatenga, druga zaś dała Szwedom prowadzenie po golu Toivonena. Czy tylko ja odniosłem wrażenie, że strzelec bramki (przez cały sezon ligowy we Francji nie trafił ani razu, a tu pokonał bramkarza mistrzów świata) był zaskoczony tym, co się stało?

Niemcy w każdym razie nie wyglądali na wytrąconych z równowagi. Ich selekcjoner, Joachim Loew, wydawał się spokojny zarówno kiedy schodził na przerwę przy stanie 0:1, jak kiedy na drugie czterdzieści pięć minut wprowadzał na boisko Mario Gomeza, dokonując przesunięć poszczególnych zawodników w ofensywie (Muller z prawej do środka, Werner na lewo, co okazało się później jednym z kluczy do zwycięstwa), i wtedy, kiedy Reus zdobywał wyrównującą bramkę, i przez następne minuty, kiedy niemieckie oblężenie szwedzkiej bramki nie przynosiło kolejnych efektów. Nawet wtedy, gdy Boateng wyleciał ostatecznie z boiska (sprawiedliwości stało się zadość?), pozostawał niewzruszony. No, może gdy Olsen bronił główkę Gomeza, a potem Brandt trafiał w słupek, wzniósł oczy ku niebu, ale nadal czekał na kolejną szansę – podobnie jak jego piłkarze. Jest jednym z licznych paradoksów futbolu, że zwycięstwo Niemców zapewnił zawodnik, do którego można by mieć pretensje o słabszą grę – Toni Kroos.

Historia tego zwycięstwa jest historią z morałem także z powodu, nazwijmy to, polskiego kontekstu. „Dlaczego miałbym stracić wiarę w moich kluczowych piłkarzy? – mówił Loew na przedmeczowej konferencji. – Moje fundamentalne zaufanie do nich nie zostało naruszone przez jeden mecz. Oczywiście, jeden czy drugi może trafić na ławkę, ale wciąż im ufam, ponieważ wciąż prezentują bardzo wysoki poziom. Formułowanie do nich pretensji byłoby fatalne. Oczywiście, że tego nie zrobię”.

Dla mnie ten komunikat jest jasny: posadzenie na ławce rezerwowych zawodnika rangi, dajmy na to, Piszczka czy Błaszczykowskiego (Oezil rozegrał 26 meczów z rzędu na wielkich turniejach w wyjściowej jedenastce…), nie oznacza wotum nieufności i nie jest dowodem na to, że selekcjoner popadł w histerię czy stracił głowę. On zna swoich piłkarzy, wie, co potrafią, ale też ile mogą dać ci, którzy dotąd uchodzili za zmienników – i którzy, w przypadku Niemców, tak świetnie wypadli na ostatnim Pucharze Konfederacji. Odświeżenie drużyny, której trzon grał ze sobą zbyt długo, było błogosławione. A przecież nie odbywało się w atmosferze szukania winnych i polowania na czarownice. Oezil i Khedira wciąż pozostają drużynie potrzebni.

Loew mówił jednak coś jeszcze: „Nie ma powodów, byśmy po jednej porażce stracili wiarę w nasze idee. To i owo poprawimy, ponazywamy błędy, ale nie zmienimy stylu gry”. O tym, jak zawahanie się w trakcie turnieju może być kosztowne, przekonał się w półfinale Euro 2012 – drugi raz tego błędu nie popełnił. Po cichu myślę wprawdzie, że czasy drużyn aż tak przywiązanych do gry opartej o posiadanie piłki już przeminęły, ale o tym zdążymy jeszcze podyskutować przy okazji następnych rund. Na razie myślę, że polskiego stylu gry w meczu z Senegalem tak naprawdę nie zobaczyliśmy, więc zamiast go zmieniać, Adam Nawałka może go po prostu piłkarzom przypomnieć.

Raport o stanie niewiary

To jest naprawdę mocne przeżycie, czytać i oglądać w tych dniach komentarze na temat polskiej reprezentacji. Ci sami ludzie, którzy przekonywali nas, że do Rosji jedziemy po medal, ci sami, którzy nasładzali się bliskością z Grześkiem, Wojtkiem, Arkiem, Kubą czy nawet Robertem, albo jeżdżą teraz po polskich piłkarzach jak po łysych kobyłach, albo odwracają się do nich plecami. Zjawisko nie dotyczy wyłącznie świata tabloidów (te mają zresztą swoją aferę – ich zdaniem to skandal, że dzień po przegranym meczu reprezentanci Polski poszli na basen, a Arkadiusz Milik, któremu były piłkarz Kowalczyk życzył w jednym z internetowych shows złamania ręki, dał się sfotografować z uśmiechem na ustach): ekipa tygodnika „Polityka” na przykład, która dopiero co zapowiedziała ustami swojego przyozdobionego reprezentacyjnym szalikiem naczelnego, że będzie wspólnie oglądać mecze naszej grupy, po pierwszej porażce wycofuje się z inicjatywy.

Jasne: Polacy zagrali słabo. Przegrali mecz. Tylko że przecież z perspektywy kibica przegrany mecz to najnormalniejsza rzecz na świecie. Każdy, kto związał swoje serce z jakąś drużyną wie, że nawet jeśli przez jakiś czas idzie jej naprawdę dobrze, to prędzej czy później (nie ukrywajmy: raczej prędzej niż później) przydarzy jej się kryzys. Istota kibicowania polega wtedy na tym, by nadal być z tą drużyną – by piłkarze wciąż czuli wsparcie, a nie mieli graniczące z pewnością poczucie, że za chwilę zostaną wyszydzeni, wyśmiani, obrzuceni błotem.

Istota komentowania piłki, dodajmy, polega na próbie zrozumienia przyczyn porażki, a nie na schlebianiu najniższym instynktom odbiorców.

Od wtorkowego wieczoru usłyszałem kilka prób odpowiedzi na pytanie, co się stało. Niektóre pochodziły z ust trenera, piłkarzy i ludzi z ich zaplecza: zaraz po meczu zarówno Adam Nawałka, jak Robert Lewandowski narzekali na niepodjęcie przez drużynę ryzyka. Z tego, co mówili, wynikało, że problemem nie była zmiana ustawienia, tylko to, że – przynajmniej do końca pierwszej połowy – drużyna wybierała jedynie bezpieczne rozwiązania. Wojciech Szczęsny w rozmowie z Pawłem Wilkowiczem tłumaczył, że Senegal zmusił reprezentację do ataku pozycyjnego, który Polakom od dawna nie leży. Michał Zachodny zamieniał nasze niedobre wrażenia z tego meczu na liczby (aż 54 proc. podań w poprzek boiska, tylko 13 prób dryblingu – najgorszy wynik od listopada 2014 r., najwięcej podań od Pazdana do Zielińskiego, co pokazuje, jak głęboko musiał się cofać rozgrywający, mikra liczba akcji Lewandowskiego, oznaczająca zamknięcie środkowej strefy przez Senegalczyków, itd., itp.). Nie oni jednak nadawali ton rozmowom na temat tego, co się stało na stadionie Spartaka i co czeka nas w niedzielę.

Pokusa, żeby diagnozować kondycję polskiego społeczeństwa przy pomocy futbolu, jest oczywiście duża – że jest to nie tylko możliwe, ale też uprawnione pokazał choćby Jonathan Wilson pisząc „Aniołów o brudnych twarzach”, czyli piłkarską historię Argentyny. Pokusie tej uległ także we wrześniu 2013 roku Andrzej Duda, deklarując na Twitterze, że „stan polskiego sportu, zwłaszcza gier zespołowych, jest smutnym odzwierciedleniem stanu polskiego państwa”, co dziś rzecz jasna obraca się przeciw obozowi politycznemu prezydenta RP. Nie będę ukrywał, że i mnie pociąga przyjrzenie się polskim neurozom przez pryzmat tego rzucania się od ściany do ściany – najpierw słynnego „pompowania balonika”, a później wdeptywania w ziemię tych, którzy „po raz kolejny nie spełnili oczekiwań”. Czy wszystkie te rojenia o potędze, wraz z ich późniejszym odreagowywaniem, nie są świadectwem jakiegoś gigantycznego braku pewności siebie? Tego, że tak naprawdę nie wierzymy ani w reprezentację Polski, ani w samych siebie?

Nie śledzę polskiej reprezentacji z tak bliska, jak robi to wielu moich kolegów, autorów licznych książek i niezliczonych tekstów na jej temat. To na podstawie tych książek i tekstów, a przede wszystkim na podstawie przebiegu eliminacji do tego i poprzedniego turnieju, oraz samych mistrzostw Europy we Francji, wyrobiłem sobie nienajgorszą opinię na temat tworzącego drużynę Nawałki „pokolenia Erasmusa” czy „pokolenia >>chcę więcej<<” – choć jako człowiek raczej niedzisiejszy miałem także przez cały czas, i mam nadal, wątpliwości związane ze sposobem obecności tego pokolenia w mediach społecznościowych; po porażce z Senegalem przydałby się tu chyba reset, a nie (jak to robił np. Sławomir Peszko) wchodzenie w internetowe polemiki. Nie uważałem ich za kandydatów do medalu, nie zachwycałem się wysokim miejscem w rankingach, ale przecież nie zakładałem (i wciąż nie zakładam), że w Rosji będziemy obserwować kolejną z polskich katastrof. Dlatego najważniejsze pytanie, jakie dziś sobie zadaję, brzmi: dlaczego to „pokolenie >>chcę więcej<<” wydawało się sparaliżowane podczas pierwszego meczu jedynej tak naprawdę imprezy – każdy piłkarz zdaje sobie przecież z tego sprawę – na której można przejść do historii futbolu? I czy można to zmienić?

Moja hipoteza brzmi następująco. Problem nie leży po stronie piłkarzy i trenerów, którzy nie zmienili się w ciągu dziewięćdziesięciu minut z ludzi wybitnych w beznadziejnych patałachów, tylko po naszej stronie. Do uzdrowienia jest toksyczna relacja między kibicami a reprezentacją. Nie może być tak, że wiążemy z tą grupą zawodników wszystkie nasze, niemożliwe do zaspokojenia gdzie indziej fantazje, tylko po to, żeby chcieć spalić ją na stosie przy pierwszym potknięciu.

Innymi słowy: wydaje mi się (zwłaszcza że podobny mechanizm obserwowałem przy okazji kilku ostatnich turniejów reprezentacji Anglii, w której dająca sobie radę w klubach grupa piłkarzy wychodziła na boisko ze strachem w oczach, sparaliżowana tym, co w przypadku niepowodzenia zrobią z nimi media i kibice), że przyczyną tego, iż „nie zadziałały głowy”, było ulokowane gdzieś w tyle tychże głów przekonanie, że jeśli podejmą ryzyko, o które apelował trener, i coś broń Boże pójdzie nie tak, staną się wylęgarnią memów.

Messi bez pomocy

„Argentyńczycy to neurotyczne społeczeństwo, którego członkowie czują się niespełnieni i odczuwają potrzebę działań autodestrukcyjnych”, napisał kiedyś eseista i ekonomista Enrico Udenio, i cytat ten, zamieszczony w książce „Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarskiej historii Argentyny” Jonathana Wilsona, pasuje jak ulał do tego, co zobaczyliśmy dzisiaj podczas meczu w Niżnym Nowgorodzie. Pytanie tylko, czy frazę o działaniach autodestrukcyjnych możemy ograniczyć jedynie do bramkarza Willy’ego Caballero (gdyby nie kontuzja Sergio Romero pozostałby oczywiście na ławce rezerwowych), który sprezentował Chorwatom pierwszą bramkę, czy rozszerzyć – w pierwszym rzędzie na selekcjonera Jorge Sampaoliego, który mając do dyspozycji najlepszego piłkarza świata i grupę innych, w większości świetnych zawodników, nie potrafił zbudować z nich drużyny.

W jednym z wywiadów przed mistrzostwami świata Sampaoli mówił, że Messi jest absolutnie niedotykalny – w sensie, że pozostaje kluczowym punktem drużyny – i że „jego wizja jest o wiele bardziej rozwinięta niż nasza”. Po zakończeniu tego turnieju będziemy musieli się jednak zastanawiać, czy nie lepiej byłoby i dla legendarnego piłkarza Barcelony, i dla jego kolegów z reprezentacji, by nie zmieniał decyzji o zakończeniu występów w drużynie narodowej (pamiętam oczywiście, że gdyby nie jego świetna gra w meczu z Ekwadorem na zakończenie eliminacji, Albicelestes mogliby w ogóle do Rosji nie pojechać…). Przykład Szwecji, która zaczęła mundial od zwycięstwa, choć grała bez Zlatana Ibrahimovicia, pokazuje, że w sporcie zespołowym można poradzić sobie nawet bez narodowej ikony.

Jorge Sampaoli – obok Caballero i niewidocznego w meczu z Chorwacją Messiego – główny kandydat na argentyńskiego kozła ofiarnego, jest uczniem Marcelo Bielsy, zwolennikiem intensywnej gry, agresywnego pressingu i wysoko ustawionej linii obrony. Jako selekcjoner Albicelestes musiał iść jednak na rozliczne kompromisy. Po pierwsze, jego środkowym obrońcom brakowało szybkości, a w związku z tym nie mogli grać wysoko. Po drugie, musiał znaleźć miejsce dla Messiego. Do gry w pierwszym spotkaniu wydelegował drużynę z czwórką obrońców – czyli w ustawieniu, które bardziej odpowiadało piłkarzom – ale w efekcie tylko zremisował z Islandią, a Argentyńczycy niemal w każdej akcji próbowali złożyć odpowiedzialność za wygranie meczu na barki Messiego. Dziś Argentyna zagrała trójką z tyłu i – przynajmniej do pierwszej bramki strzelonej przez Chorwatów – próbowała walczyć jako zespół, choć za cenę wyjątkowej swobody, jaką mieli rywale na skrzydłach i niemal całkowitej izolacji swojego kapitana, który mówił trenerowi przed turniejem, że za taką formacją akurat nie przepada. Tak źle, i tak niedobrze.

Napisałem o tym mnóstwo słów, a przełożyłem jeszcze więcej, a i tak najlepiej ujął to ktoś inny. Martin Caparros, autor „Głodu” i – nawiasem mówiąc – gość tegorocznego festiwalu Conrada, w wywiadzie dla „Przekroju”, na temat różnicy między Messim a Maradoną powiedział tak: „Diego sprawiał wrażenie, jakby potrzebował pomocy. I cały naród chciał mu pomóc. Gdy biegł z piłką, my wszyscy, 43 miliony Argentyńczyków, biegliśmy razem z nim i mu pomagaliśmy. Messi niczego od nas nie potrzebuje. Nie jesteśmy mu potrzebni. Od dziecka jest w jednym z największych klubów świata, który gra porywający futbol. Nie ma żadnych problemów w życiu prywatnym, nie jest narkomanem, nie przyjaźni się z mafiosami i gangsterami… Maradona nawet dziś, wiele lat po zakończeniu kariery, wciąż potrzebuje pomocy Argentyńczyków”.

Tylko czy na pewno Lionel Messi nie potrzebował pomocy rodaków? Po meczu z Islandią, kiedy wszyscy reprezentanci kraju szukali resetu biorąc udział w zorganizowanym przez federację rodzinnym przyjęciu z okazji Dnia Ojca, zamknął się w pokoju. „Jestem odpowiedzialny za to, co się stało”, mówił wcześniej dziennikarzom z ponurą miną. Dziś pewnie już tak mówić nie musi (nawet jeżeli rzut oka na tabelę tej grupy przydaje jego niewykorzystanemu karnemu jeszcze większego znaczenia), choć niemal każde zbliżenie na jego twarz, począwszy od tego pierwszego, kiedy zasłaniał dłonią oczy podczas argentyńskiego hymnu („Harry’ego Pottera boli blizna”, skomentowała moja żona) wskazywało, że udział w tym meczu naprawdę sprawia mu ból.

W tekście, jaki napisałem do ostatniego numeru „Tygodnika Powszechnego” cytuję znamienną wypowiedź Carlesa Rexacha, a więc człowieka, który przed laty sprowadził Messiego do Barcelony (znamienną nie tylko w kontekście Messiego, ale np. naszego Roberta Lewandowskiego): niezależnie od związanego z upływem lat starzenia się organizmu, z każdym kolejnym rokiem zwiększa się ciążąca na zawodniku presja, a zmniejsza się radość, jaką daje udział w sportowym widowisku. „Gdy masz 20 lat, grasz z pełną swobodą – mówi Rexach. – Wygłupiasz się, ile tylko dusza zapragnie. Potem stopniowo spada na ciebie odpowiedzialność za wygrywanie meczów. Musisz wygrywać je w pojedynkę”.

Zjawisko to, towarzyszące Messiemu od lat, obserwowaliśmy podczas mistrzostw świata w Brazylii, zwłaszcza gdy w trakcie finału (z wysiłku? ze stresu?) wymiotował na boisko. Obserwowaliśmy i w Rosji. Z pierwszego meczu zapamiętałem jego zlaną potem twarz, kiedy w samej końcówce wykonywał rzut wolny, który mógł Argentyńczykom dać prowadzenie (trafił w mur). Narzucający się kontrast z Cristiano Ronaldo, uspokajającym oddech przed swoim rzutem wolnym z ostatniej minuty meczu z Hiszpanią, nie mógł być większy. Z meczu dzisiejszego zostanie mi w głowie ta zasłonięta dłonią twarz podczas hymnów i smutne oczy po drugim golu Chorwatów. Znamienne: Luka Modrić strzelił właśnie jedną z najpiękniejszych bramek na tym turnieju, a realizator transmisji, zamiast pokazywać chorwacką radość, skupiał się na argentyńskim bólu.

Zaiste można to zrozumieć, choć przecież trudno pominąć milczeniem fantastyczny mecz Chorwatów; mecz, który kazałby widzieć w ich w gronie faworytów turnieju, gdyby nie prezenty, jakie środkowi obrońcy – Dejan Lovren zwłaszcza – dawali rywalom. O sile tej drużyny świadczy fakt, że świetny w Realu Kovacić tutaj jest tylko rezerwowym. O kompetencji trenera świadczy fakt, że potrafi znaleźć miejsce na boisku i dla Rakiticia, i dla – ustawionego tu wyżej niż w Realu, fenomenalnie odnajdującego się między argentyńskimi liniami – Modricia; Sampaoli nie potrafił wymyślić, jak zmieścić w jednej drużynie Messiego i Dybalę.

O tym, jak wielkim graczem jest Luka Modrić chciałoby się napisać więcej, ale wszystko wskazuje to, że w trakcie tego turnieju będziemy mieli jeszcze okazję. Inaczej niż z Messim.

Zakład Nawałki

Najgorsze nie były błędy, najgorsze było kilkanaście minut spuszczonych głów i opuszczonych ramion po tym, jak się zdarzyły. Wciąż jeszcze jest czas, by je naprawić.

No więc ze mną było tak, że mecz oglądałem nie na stadionie, nie w biurze prasowym, redakcji, knajpie czy w strefie kibica, ale w domu, otoczony wianuszkiem dzieci z podwórka. I powiem wam, że było to uzdrawiające doświadczenie, choć żeby było możliwe, musiałem pójść na kompromis i zgodzić się na śledzenie boiskowych wydarzeń wraz z komentarzem jutubera o imieniu Izak.

Było to uzdrawiające doświadczenie, bo należało do gatunku tych przywracających proporcje. Dzieciaki nie płakały, nie obwiniały trenera, że przeszarżował z ultraofensywnym ustawieniem, nie winiły piłkarza, który ni stąd, ni zowąd w komentarzach internautów nagle z Polaka stał się Brazylijczykiem, nie mówiły o pechu. Wiedziały, owszem, o kontuzji Glika i w trakcie drugiej połowy któreś z nich zapytało, czy gdyby nie ta gra w siatkonogę zagrałby dzisiaj, naprawiając błędy Cionka i duetu Krychowiak-Bednarek. Owszem, kibicowały Pazdanowi, o którym wiedzą, że ma dom gdzieś niedaleko, ale kiedy już wszystko się skończyło, poprzypinały rolki i poszły pojeździć po okolicznych uliczkach, a może po prostu posiedzieć przy kapliczce pod lasem i pogadać o swoim prawie nastoletnim już życiu, którego skądinąd kompletnie już nie rozumiem. Świat się nie zawalił, wojna nie została przegrana, pułkownik Struś nie skapitulował na Kremlu.

Oczywiście nie zamierzam utrzymywać, że nic się nie stało. Z perspektywy takiego Roberta Lewandowskiego na przykład była to życiowa szansa. O tym, że to właśnie na mistrzostwach świata tak naprawdę zapisuje się najważniejsze karty piłkarskiej historii mówiło wielu z nich w przedmundialowych rozmowach, ale napastnik Bayernu, wśród zawodników grających z numerem „dziewięć” na koszulce z pewnością jeden z dwóch-trzech najlepszych na świecie, musiał odczuwać to wyjątkowo silnie. Ma 29 lat, za cztery lata jego kariera będzie powoli dobiegała końca, jeśli ma kiedykolwiek pokazać się na mundialu, jest to jego pierwsza i ostatnia szansa.

Szkoda także Kuby Błaszczykowskiego – nie tak powinien wyglądać setny mecz w kadrze piłkarza, który tyle miesięcy walczył o to, by móc w ogóle wystąpić na tym mundialu, który tyle razy podrywał tę reprezentację do walki i ratował przed najgorszym (czy dziś również zdołałby ją poderwać, gdyby nie uraz w pierwszej połowie?). Szkoda Rybusa, który po lewej stronie zagrał całkiem niezły mecz. Szkoda Grosickiego, który starał się, jak mógł, i który w końcówce zagrał kapitalną piłkę na głowę Krychowiaka. Szkoda Zielińskiego, który próbował grać swoją grę, nawet ryzykując niecelne podania.

Najłatwiej w tej sytuacji szukać kozła ofiarnego, zwłaszcza że nie urodził się nad rowem, w którym płynie mętna rzeka. Mówiono przed meczem, że Glika powinien zastąpić Bednarek, nie Cionek. Ekscytowano się kilkoma występami młodego gracza Southamptonu w Premier League (doprawdy: kto je widział, wie, że nie było się tak znowu czym ekscytować). Tyle że zachowanie Bednarka przy drugiej bramce nie pozwala, niestety, myśleć, że wiele straciliśmy nie oglądając go od pierwszej minuty. A rykoszety zdarzały się najlepszym obrońcom świata.

To nie przez błąd Cionka („Cionek do Brazylii”, czytałem nawet w komentarzach czynionych na bieżąco na Twitterze, i to wychodzących spod palców cenionych dziennikarzy sportowych) Polacy przegrali mecz. Nawet na tym mundialu przekonywaliśmy się, że błędy defensywy można naprawić – zrobił to wczoraj Harry Kane, dzięki temu, że Anglicy mieli dobrze opracowane rzuty rożne, robili to także – na zmianę, szczerze mówiąc – Hiszpanie i Portugalczycy. Problemem było to, że nie było komu się za naprawianie zabrać. Przez całą pierwszą połowę nie było płynności, za to były proste straty. Nie było skrzydeł, zwłaszcza – co było jednak dość nieoczekiwane – prawego. Wspomniany już Zieliński próbował wziąć odpowiedzialność za rozgrywanie akcji, ale zbyt często podawał niecelnie. Milik tracił piłkę za piłką. Lewandowski schodził do środka, szukał rozegrania z kolegami, ale był za daleko od bramki. W drugiej połowie, kiedy reprezentacja wróciła do bardziej naturalnego dla siebie w ostatnich czasach ustawienia z trójką obrońców, wyglądało to lepiej – szarpnął Lewandowski, Piszczek doszedł do dobrego podania Rybusa – aż do drugiego błędu, który na kilkanaście kolejnych minut podciął im skrzydła. Z mojej perspektywy najgorsze było chyba właśnie to: tych kilkanaście minut opuszczonych głów i mocno niepewnej miny trenera Nawałki przy stanie 2:0. Widywałem w swoim życiu drużyny, które odrabiały taką stratę.

Zestawiając drużynę ofensywnie (skądinąd w tym składzie personalnym grającą wspólnie po raz pierwszy) Adam Nawałka podjął ryzyko – być może wbrew swoim naturalnym instynktom. Gorzej, że w pierwszej fazie meczu jego piłkarze nie wyglądali na takich, którzy również są gotowi ryzyko podejmować. Jakby chcieli przeczekać i zobaczyć, co się stanie. Tylko że mundial (a szerzej: cała piłkarska kariera) trwa zbyt krótko, żeby się dało go przeczekać.

Dzieciakom z podwórka chciałem powiedzieć po meczu właśnie to, że warto ryzykować, że błędy się zdarzają i że można się dzięki nim czegoś nauczyć. Ale one to chyba wiedzą. Wczoraj się między sobą śmiertelnie pokłócili i już nigdy się mieli do siebie nie odzywać, dzisiaj wspólnie oglądali mecz. Życie toczy się dalej. W niedzielę trzeba – i doprawdy można, zobaczyliśmy to dziś po południu – wygrać z Kolumbią.

Opowieść o prawdziwym piłkarzu

To nie jest tylko tak, że Anglia od dawna desperacko potrzebowała takiej historii – od dawna potrzebowała jej piłka nożna. Bo historia Harry’ego Kane’a to jest dobra historia.

Mecz Anglików z Tunezyjczykami był tak typowy dla najnowszej historii reprezentacji Anglii, że w 90. minucie miało się właściwie ochotę zajrzeć do własnego archiwum tekstów i wyciągnąć dowolny, opisujący losy tej drużyny podczas wielkich turniejów. Obiecujący początek (nie było dotąd na mundialu w Rosji drugiej drużyny, która potrafiłaby stworzyć sobie tyle sytuacji bramkowych w pierwszej połowie…), fantazja, rozmach i płynność, gol dający prowadzenie, a później idiotyczny błąd, po którym rywale wykonują rzut karny, i długie minuty nerwowości, bicia głową w mur, unikania odpowiedzialności, zmęczenia i coraz intensywniejszego wrażenia deja vu. Co okaże się przyczyną niepowodzenia tym razem? Może wołgogradzkie muszki, włażące piłkarzom do ust i uszu przez całe niemal spotkanie? Jakie gorzkie dowcipy na temat obiecujących jak nigdy i niespełniających obietnic jak zawsze Anglików przeczytamy jutro w londyńskich gazetach?

O tym, że nie przeczytamy żadnego, zdecydował 24-letni kapitan reprezentacji Anglii, napastnik Tottenhamu Harry Kane, strzelający już w doliczonym czasie gry swoją drugą bramkę w tym meczu. Bramkę dającą zwycięstwo.

Rób swoje

Ja się zazwyczaj słabo nabieram na opowieści o piłkarzach będących po jasnej stronie mocy, a już szczególnie się jeżę w przypadku, gdy serwują nam je rekiny rynku reklamowego. W przypadku Harry’ego Kane’a kampania koncentrująca się na słowach „Loan, Loan, Loan, Loan, Lane, Lion, Leader” wydaje się jednak oddawać istotę rzeczy. Ponieważ tak się składa, że mamy do czynienia z piłkarzem wychowanym przez klub, któremu od blisko trzech dekad kibicuję, piłkarzem, który – mimo iż z pewnością oglądają go największe kluby świata, z Realem Madryt na czele – po raz kolejny przedłużył właśnie kontrakt, nową umowę z Tottenhamem zawierając do 2024 roku; ponieważ chodzi o piłkarza, który nie ukrywa, że inspiruje go przypadek Francesco Tottiego, przez całą swoją karierę grającego w jednym klubie, czuję się osobą właściwą do mówienia o kapitanie Anglików.

Kiedy zdobył setnego gola w Premier League, on sam zresztą zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Zaczynała się tak: miał osiem lat, szedł przez park z ojcem, który ni stąd, ni zowąd oznajmił, że ma mu coś ważnego do powiedzenia. Była to wiadomość, że szkółka Arsenalu, w której wówczas trenował, nie jest nim zainteresowana. Dobrze pamięta reakcję taty: to, że go nie skrytykował, tak samo zresztą, jak nie skrytykował tych, którzy podjęli decyzję w sprawie jego przyszłości. Pan Patrick Kane nie dawał synowi do zrozumienia, że się nie nadaje, nie okazywał wściekłości i rozczarowania, nie nakładał dodatkowej i zupełnie zbędnej presji. Po prostu otoczył chłopca ramieniem i powiedział, że najważniejsze, żeby dalej robił swoje i że znajdą mu inny klub. Dwa lata później Harry Kane trafił do akademii Tottenhamu, któremu zresztą kibicowała cała jego rodzina i w którym grał jego idol, Teddy Sheringham.

To jest dobra historia, bo kiedy opowiadał ją jako zdobywca setki goli w Premier League (dziś ma ich już 108 w 153 występach – świetna statystyka; w reprezentacji ma 15 goli w 25 meczach), wspominał też chwile, w których myślał, że nie zdobędzie ani jednego. Miał dziewiętnaście lat – niejeden jego rówieśnik był już gwiazdą Premier League – i od dwóch lat tułał się po wypożyczeniach do niższych lig. Nawet tam nie zawsze mieścił się w wyjściowej jedenastce: czy mógł marzyć o tym, że stanie się podporą nie tylko klubu z ekstraklasy, ale też reprezentacji kraju? Przy okazji poznawał, jak wspomina, prawdziwe życie, przyglądając się ludziom, dla których wizja spadku z drugiej do trzeciej ligi oznaczała groźbę radykalnego ograniczenia i tak niewielkich na tym poziomie zarobków czy wręcz bezrobocia. Przestawał być dzieciakiem.

Nie przejmuj się tym, co o tobie mówią

„Robić swoje” musiał wyjątkowo długo. Pierwszy raz na ławce rezerwowych Tottenhamu znalazł się w październiku 2009, debiutował – w meczu Ligi Europy – w sierpniu 2011. Na to, by Tim Sherwood, nadzorujący jego rozwój w młodzieżówce, zaczął na niego stawiać już będąc tymczasowym trenerem, musiał czekać jeszcze dwa i pół roku. U obecnego trenera, Mauricio Pochettino, również zaczynał jako rezerwowy: Argentyńczyk ostatecznie przekonał się do niego po wygranej z Aston Villą w listopadzie 2014 r., kiedy to również strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie (był to zresztą gol bardzo szczęśliwy, bo Anglik wykonywał rzut wolny i trafił w mur, a piłka po rykoszecie zmyliła bramkarza i wpadła do siatki).

Przez wszystkie te lata, tak jak wtedy w parku z ojcem, nie myślał, że coś jest nie tak. Nie zniechęcał się. I ciężko pracował. Pracujący wówczas z napastnikami Tottenhamu świetny przed laty snajper Les Ferdinand opowiadał, że nigdy w życiu nie spotkał juniora, który tyle pracy wkładałby w swój rozwój, a bramkarz Brad Friedel dorzucał wspomnienie Kane’a, wypraszającego u niego dodatkowe pół godziny po treningu, by mógł poćwiczyć rzuty wolne. Dobrze pamiętam, jak podczas pierwszych występów w Tottenhamie miał kłopoty z przyjęciem piłki, jak nie potrafił ustać na nogach w starciu z obrońcami: kiedy patrzę na miejsce, w którym jest dzisiaj, czuję, że wręcz powinienem o tym przypominać. Wątpili przecież w niego w zasadzie wszyscy. Po świetnym sezonie 2015/16 pytali, czy będzie umiał powtórzyć to w sezonie kolejnym. Otóż powtórzył. Rok później wątpili, czy będzie potrafił pokazać się w Lidze Mistrzów. Otóż potrafił. Dwa lata później chcieli wiedzieć, czy da radę zagrać dobry mecz na mundialu. Otóż dał.

Trzymaj nogi na ziemi

Napisałem kiedyś, że aby w pełni oddać fenomen Harry’ego Kane’a, trzeba by w zasadzie pióra socrealisty – i z perspektywy Wołgogradu wypada to zdanie powtórzyć. Kapitan Anglików nie ma w sobie nic z celebryty, nie imprezuje, nie sfotografowano go z żadną modelką ani nie złapano na paleniu pod prysznicem. Z wyglądu i uczesania przypomina bardziej bohatera filmu epoki kina niemego niż współczesnego piłkarza; lekko parafrazując Jonathana Wilsona można by powiedzieć, że Harry Edward Kane mógłby zagrać w nim rolę jednego z tych dzielnych pilotów dwupłatowca, którzy nigdy nie wrócili z wyprawy przeciwko Czerwonemu Baronowi. Mamy tu prostego chłopaka, który liczbą strzelonych goli w jednym roku przebił Lewandowskiego, Ronaldo czy Messiego. Mamy opowieść o skromności (za każdym razem mówi, ile z jego goli jest zasługą drużyny – dzisiaj też zresztą mnóstwo roboty przy jego bramkach odwalili koledzy, a on „tylko” dostawiał nogę i głowę; z drugiej strony zaczynał przecież pressing Anglików i robił, co mógł, by stwarzać także sytuacje kolegom), normalności (twardo chodząca po ziemi żona, koleżanka jeszcze z dzieciństwa, żadna tam WAG, jedno dziecko na świecie, drugie w drodze…), wierze we własne siły (nigdy nie martwi go to, że spudłował – zaraz wykorzysta następną okazję…).

Jasne, to była tylko Tunezja. Jeszcze nic się nie stało, jeszcze nie wyszli z grupy. Z drugiej strony: nie potknęli się na pierwszej przeszkodzie, w następnych meczach powinno więc być łatwiej. No i mają Harry’ego Kane’a. Jeśli ktoś na tym turnieju rozegrał typowo angielski mecz, byli to przegrywający z Meksykiem Niemcy.

Harry Potter nie był sam

Dlaczego Leo Messi nie wygrał meczu dla Argentyny? Bo mecze wygrywają drużyny, nie najgenialniejsi nawet piłkarze. Bo Messi gra najlepiej wtedy, kiedy ma z kim grać.

Po tym, co wczoraj zrobił Cristiano Ronaldo, pytanie było tylko jedno: jak odpowie Leo Messi. Nie czy Argentyna pokona Islandię (bo że wygra, każdy niedzielny kibic dałby sobie rękę uciąć), ale jaki będzie kolejny rozdział trwającej już dekadę rywalizacji między dwoma największymi piłkarzami naszych czasów. Skoro Portugalczyk zdołał strzelić trzy bramki faworyzowanym (nawet jeśli na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju opuścił ich trener) Hiszpanom, ile goli zdobędzie Argentyńczyk w meczu z debiutującym na mistrzostwach świata Kopciuszkiem z wulkanicznej wyspy, której liczba mieszkańców pozwalała się zastanawiać, co by było, gdyby na mundial wysłały swoją reprezentację dwie dzielnice Krakowa?

Otóż Argentyna nie wygrała z Islandią, a Messi nie strzelił ani jednej bramki, ba: nie wykorzystał nawet rzutu karnego. I, szczerze mówiąc, trudno tu mówić o zaskoczeniu. Dlaczego?

Po pierwsze, opowieści o Kopciuszku z Islandii, jakkolwiek miło się je powtarza, wyczerpały już swój narracyjny potencjał. Ileż to razy zachwycaliśmy się fenomenalnymi kibicami, których gromkie i wzmacniane oklaskami „Huh!” zachwycało nas już podczas Euro 2016? Ileż to razy powtarzaliśmy, że Heimir Hallgrímsson jest dentystą, Birkir Mar Saevarsson pracuje w fabryce soli, a najlepszy dziś na boisku Hannes Thor Halldórsson próbował swoich sił z kamerą wideo? Że na mecze we Francji pojechał co dziesiąty Islandczyk? Mówiąc o wyspie piłkarskiego cudu trzeba przecież zauważyć, że za tym cudem stoi całkiem racjonalne zachowanie władz kraju i piłkarskiej federacji: program budowy boisk pod dachem, umożliwiający granie cały rok, i doinwestowanie szkolenia młodzieży (nadreprezentacja piłkarzy w populacji, aż 7 proc. zarejestrowanych w związku, o czym również często się mówi, to jedno, ale drugie, i może nawet ważniejsze, to nadreprezentacja świetnie wyszkolonych trenerów). Drużyna, którą dziś obejrzeliśmy, to efekt tamtej reformy sprzed lat; drużyna, dodajmy, grająca ze sobą bardzo długo i świetnie się rozumiejąca (siedmiu z tych, którzy zagrali z Argentyną od pierwszej minuty, grało też dwa lata temu na Euro, gdzie zaszło aż do ćwierćfinału); już nie pamiętam, gdzie przeczytałem, że niewielka liczba ludności też może działać jako islandzki atut, bo młodsi najzdolniejsi szybko zaczynają się ze sobą zgrywać, a żaden talent nie przejdzie niezauważony.

Innymi słowy: Islandia to drużyna doświadczona i przetarta w bojach, ćwierćfinalista Euro i pogromca Holandii czy Anglii, z przećwiczoną od dawna taktyką, z żelazną ambicją, a zarazem swobodą, zrodzoną z poczucia, że nic nie musi, ale może wszystko, z groźnymi stałymi fragmentami gry (dalekie wyrzuty z autu!), broniącą się nisko, rezygnującą z prób utrzymywania się przy piłce (Albicelestes mieli ją bodaj przez 80 proc. czasu gry), ewentualnie czekającą na okazję do kontry. Argentyna nie będzie na tym turnieju ostatnią drużyną, która przez dziewięćdziesiąt minut walić będzie głową w islandzki mur. I trudno będzie Islandczykom trafić na rywala, który biegać będzie więcej, walczyć bardziej zażarcie, wślizgi wykonywać z większym poświęceniem.

Po drugie, Argentyna. Pogrążona w chaosie od miesięcy, fatalna w eliminacjach, które skończyły się szczęśliwie tak naprawdę tylko dzięki błyskowi geniuszu Messiego w październikowym meczu z Ekwadorem. Z trenerem Jorge Sampaolim, uczniem Marcelo Bielsy, a więc arcykapłana intensywności i wysokiego pressingu, ale niemającego tak naprawdę personelu do realizowania tych swoich naturalnych instynktów. Ile eksperymentów w ustawieniu nie przeprowadziłby Sampaoli, dwóch rzeczy nie zmieni: jego środkowi obrońcy są wolni jak pociąg na linii Katowice-Kraków i sami gubią się pod pressingiem, a obecność Messiego w drużynie jest tyleż błogosławieństwem, co problemem.

Po trzecie więc, Messi. Kiedy czyni się te wszystkie porównania z Ronaldo, a także z przyglądającym się mu dziś z trybun moskiewskiego stadionu Maradoną, zapomina się o jednym. Portugalczyka bycie w centrum uwagi nakręca, on uwielbia sytuacje, w których wszystko od niego zależy. Z Maradoną było trochę podobnie, z tą może różnicą, że Argentyńczyk najlepiej grał napędzany przez bronca (w slangu Buenos Aires słowo to, utworzone z odwrócenia sylab w cabrón, bękart, określa rodzaj gorzkiej energii rodzącej się z wściekłości lub rozczarowania). Messi funkcjonuje najlepiej jako część dobrze naoliwionej maszyny, w której odpowiedzialność za grę jest rozłożona na wiele osób. Oto, dlaczego przez lata idealnie pasował do Barcelony, gdzie rozkwitał u boku innych „małych wielkich ludzi” – Xaviego, Iniesty, później zaś doskonale uzupełniał się z Suarezem i Neymarem. O Argentynie, i na boisku, i poza nią, wiele można powiedzieć, ale nie to, że jest świetnie naoliwioną maszyną.

Cytowałem już w innych miejscach obserwację Kena Early’ego, że kiedy Messi dostaje piłkę w Barcelonie, podaje do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać ją po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje piłkę, pozostali stają i czekają, aż zrobi coś wyjątkowego. Było w meczu z Islandią niemało sytuacji, w których lepiej ustawiony zawodnik Albicelestes rezygnował z próby oddania strzału i szukał wzrokiem dobrze pilnowanego Messiego. On zaś zdawał sobie sprawę, jaka na jego barkach spoczywa odpowiedzialność – nawet otoczony przez trzech, czterech rywali, próbował znaleźć sobie pozycję do oddania strzału. Ściślej biorąc: strzelał aż jedenaście razy, w tym z rzutu karnego. To, że nie trafił, zdominuje opowieści o tym meczu, w którym przecież tak naprawdę robił, co mógł: dryblował, próbował stwarzać sytuacje kolegom, nie bał się piłki, szukał jej wręcz, cofając się do środka boiska…

Wypada chyba w tym momencie zapowiedzieć tekst, który o Messim napisałem do najbliższego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Piszę w nim sporo o jego osamotnieniu, cytując zdanie Jonathana Wilsona z „Aniołów o brudnych twarzach”: „Być może po prostu taki ma charakter, choć kusząca byłaby interpretacja, że to jego geniusz izoluje go od otoczenia: że uświadomił sobie, iż potrafi robić coś, czego nikt inny nie potrafi, że to odróżnia go od innych, a może nawet nakłada jakiś rodzaj odpowiedzialności”. W innym miejscu, również zestawiając go z Ronaldo, mówię o Portugalczyku jako kimś w rodzaju Supermana, o boskim ciele i nadnaturalnych zdolnościach, Argentyńczyka zaś porównuję do Harry’ego Pottera, z jednej strony bardziej zwyczajnego, z drugiej, jak Piotruś Pan, na zawsze pozostającego w świecie dzieciństwa. Dziś bym dodał, że nie byłoby żadnego z cudów Pottera bez pomocy Hermiony Granger i Rona Weasleya.

Innymi słowy w tym, co mówi nam dzisiejsza (rzekoma?) niedoskonałość Messiego, i w tym, co mówi nam dzisiejszy (niekwestionowany) sukces Islandii, widzę najpiękniejsze oblicze piłki nożnej: jej zespołowość.