Derbowe deja vu

Można by na przykładzie ostatniego tygodnia napisać analizę upadku klubu, który w ciągu kilku zaledwie sezonów z finalisty Ligi Mistrzów stał się drużyną środka tabeli. Można by raz jeszcze skrytykować decyzje zarządu, który w poszukiwaniu następcy Mauricio Pochettino dał się skusić wczorajszemu blaskowi Jose Mourinho zamiast poszukać jakiegoś progresywnego szkoleniowca w Niemczech. Można by raz jeszcze wskazywać na impet, jakiego nabrała Chelsea (pogromca Tottenhamu z ubiegłej niedzieli) po wiosennej zmianie trenera – fascynować się statystykami wygranych meczów i czystych kont, szczelnością defensywy, kreatywnością środka pola, szybkością i siłą ataku. Można by także zauważać średnią wieku Arsenalu (pogromcy Tottenhamu z dzisiaj) – mówić, że przyszłość jest przed tą drużyną, nawet jeśli, ekhem, wciąż jeszcze w środku pomocy wystawia Granita Xhakę. Depresyjny nastrój, jaki odczuwam, niezwiązany jest bynajmniej ze śmiercią najlepszego strzelca w dziejach Tottenhamu, Jimmy’ego Greavesa, pięknie żegnanego przez trybuny podczas obu meczów derbowych. Chodzi raczej o podobne poczucie, jak to, które towarzyszyło mi podczas ostatniego meczu Tottenhamu Mourinho w Lidze Mistrzów (wiele wody upłynie zarówno w Wiśle, jak w Tamizie, kiedy zobaczymy kolejny…), przeciwko RB Lipsk Nagelsmanna: że życie jest gdzie indziej, gdzie indziej są futbolowe trendy i przyszłość. Po stronie rywali.

Owszem: tydzień temu z Chelsea drużyna w tym mniej więcej zestawieniu zagrała dobre 45 minut, a rywale potrzebowali wejścia Kante i szybko strzelonej bramki z rzutu rożnego, by w drugiej połowie narzucić swoje warunki. Ale dzisiaj? W najważniejszym dla kibiców meczu derbowym? Zagrać od pierwszej minuty aż tak żenująco? Naciskać rywali aż tak nieporadnie? Zostawić mu aż tyle przestrzeni między liniami? Ruszać się aż tak ślamazarnie, aż tak długo zwlekać z podaniem?

Zapewne pomysłem na grę w tym meczu był wysoki pressing i próba narzucenia rywalowi swoich warunków – tak, jak to się odbyło w pierwszej połowie z Chelsea (no chyba, że chodziło o zagrywanie długich piłek od obrony do Kane’a i liczenie, że jakoś to będzie…). To właśnie z nieudanego wysokiego pressingu wziął się pierwszy gol dla gospodarzy. Ale późniejsze bramki, po kontratakach, sprawiały wrażenie oddawanych za darmo. NIkt z zawodników Tottenhamu w tej pierwszej połowie nie sprawiał wrażenia człowieka, który wiedziałby, co robi. Dele i Ndombele, którzy, jak się zdaje, mieli stanowić o kręgosłupie drużyny, przypominali pasażerów na gapę, daremnie starających się ukryć przed obliczem kontrolera: nie dość, że samemu nie próbowali dryblingów czy podań, to nie wracali za mijającymi ich przeciwnikami. Trzej najważniejsi gracze ubiegłego sezonu – Hojbjerg, Son i Kane – tracili piłki, podawali niecelnie, nie byli w stanie wygrać żadnego z indywidualnych pojedynków. Niech nikogo nie zwiedzie fakt, że ostatecznie skończyło się 3:1, a w drugiej połowie Tottenham mógł mieć karnego i tylko kapitalna interwencja Ramsdale’a, zbijającego futbolówkę na poprzeczkę po strzale Moury, uratowała gospodarzy przed kolejnym golem. Tutaj w piłkę grała tylko jedna drużyna – a raczej tylko jedna drużyna zdawała się wiedzieć, co robi i jaki scenariusz realizuje. Mikel Arteta z pewnością oglądał mecze Tottenhamu ustawianego w systemie 4-3-3 i wymyślił sposoby na ominięcie rachitycznych dość pułapek, jakie ów system stwarza. Jakie mecze oglądał Nuno Espirito Santo – doprawdy nie wiem.

Jasne, zaledwie 16 dni temu portugalski trener odebrał nagrodę dla menedżera miesiąca. W ciągu tych 16 dni jego piłkarze stracili jednak 9 goli w Premier League, a ich statystyki nie tylko strzelonych bramek, ale i wykreowanych szans, o przebiegniętym dystansie nie mówiąc – należą do najgorszych albo zwyczajnie są najgorsze w ekstraklasie. Wygląda na to, że Espirito Santo jest w rozdarciu: instynkt nakazywałby mu pragmatyczne uszczelnianie defensywy i liczenie na kontry, tak jak to robił jego sławetny poprzednik i jak sam często ciułał punkty w Wolverhampton, ale tak zwany etos nowego klubu, oczekiwania pracodawcy, kibiców i dziennikarzy zmuszają go do myślenia o grze bardziej ofensywnej. Efekt? Drużyna nie ma struktury ani po jednej, ani po drugiej stronie boiska, a ci, którzy powinni być jej liderami – zawodzą.

Doprawdy, nie przemawia przeze mnie kibicowska frustracja z powodu przegranych derbów. Zdanie, że podczas każdego kolejnego ataku Arsenalu w pierwszej połowie pomocnicy Tottenhamu nie wiedzieli, co robić, staram się napisać w miarę obiektywnie – mam zresztą wrażenie, że będzie je można przeczytać w każdej pomeczowej relacji, a jedyną różnicą między formułującymi je sprawozdawcami będzie metaforyka, mająca unaocznić tym, którzy nie oglądali, rozmiar wyrwy ziejącej w tym miejscu boiska po stronie gości. Ileż piłkarze Arsenalu mieli przestrzeni podczas każdej kolejnej szarży? Jak niewielu podań potrzebowali, by przebić się pod bramkę Llorisa? Nawet w polu karnym Tottenhamu w zasadzie nie byli atakowani.

Napisanie dziś tekstu o zespole z White Hart Lane wydaje się najłatwiejszym zadaniem świata. O fatalnych statystykach już wspomniałem. Wystarczy dodać jeszcze parę zdań o przedsezonowej sadze transferowej Harry’ego Kane’a – i o tym, że kolejnym myślącym o odejściu był trzymany długo poza kadrą Ndombele. A potem rozpisać się nieco o farsie związanej z wielomiesięcznym poszukiwaniem trenera – i o tym, że nieszczęsny Nuno nie był ani pierwszym, ani nawet trzecim czy czwartym wyborem. W razie wolnego miejsc można sięgać jeszcze głębiej, np. do decyzji o zwolnieniu Mourinho na parę dni przed finałem Pucharu Ligi.

Co do mnie, wracam po raz kolejny w miejsce, w którym Daniel Levy dziękuje za pracę Mauricio Pochettino, a wcześniej nie wspiera go na rynku transferowym, kiedy jeszcze drużyna zdawała się jeszcze funkcjonować. Napisałem kiedyś, że prezes uczy się na błędach, ale za ten akurat płaci bardzo wysoką cenę, a co gorsza – płacą ją wszyscy kibice tej drużyny. Myśmy już przecież byli w tym miejscu, znamy smak takich porażek z tym rywalem – ale przez tych parę lat z Maurycym zdążyliśmy się odzwyczaić.

PS Nie naśmiewałem się z Mikela Artety, kiedy Arsenalowi nie szło.

Z Kane’em albo i bez Kane’a

Spokojnie, to tylko Manchester City. I bynajmniej nie chodzi o to, że mowa o mistrzu Anglii, seryjnym zwycięzcy, wystawiającym po transferze Jacka Grealisha najdroższą wyjściową jedenastkę w dziejach Premier League, mającym jednego z najlepszych trenerów świata itd. Z Manchesterem City potrafił wygrywać nie tylko Tottenham Mauricio Pochettino, ale także Tottenham Jose Mourinho, więc sukces tej drużyny w pierwszym meczu za kadencji Nuno Espirito Santo wypada przyjąć z należytą wstrzemięźliwością. W początkowej fazie sezonu wpadki będą się zdarzać najlepszym, zwłaszcza po okresie przygotowawczym, który dla każdej z gwiazd biorących udział w mistrzostwach Europy i Copa America zaczynał się kiedy indziej – niektórzy z występujących na tych turniejach do końca mają za sobą dopiero parę dni treningów i trudno ich uznać za w pełni gotowych gotowych do gry. W dodatku podczas pierwszego kwadransa meczu goście stworzyli sobie tyle czystych sytuacji, że trudno nie myśleć o scenariuszu alternatywnym: po wykorzystaniu przez Cancelo czy Fernandinho jednej z nich grają już z poczuciem pełnego komfortu, ich akcje zazębiają się coraz bardziej, a kapitulacja zdemoralizowanych nieobecnością swojego lidera i ikony, będącego przedmiotem tylu spekulacji w kontekście transferu do City Harry’ego Kane’a, staje się bezwarunkowa.

Spokojnie, to tylko Manchester City. Oglądaliśmy to już tyle razy. Mają okazje, stwarzają sytuacje, dominują, imponują rozmachem rajdów po skrzydle Sterlinga, dryblingiem Grealisha, wizjonerstwem De Bruyne (kiedy pojawił się na boisku, przegrywającym piłkarzom Guardioli jakby ktoś podał dopalacze), stałymi fragmentami, po których stoperzy wchodzą w pole karne rywala – a potem dają się zaskoczyć szybkim atakiem i przegrywają. Z drugiej jednak strony wypada przecież oddać Tottenhamowi, że pomysł na grę Espirito Santo różnił się zasadniczo od czystego negatywizmu z czasów Jose Mourinho. Że nie było tutaj wyłącznie oddania inicjatywy, murowania bramki i czyhania na błąd – że była walka podejmowana znacznie wyżej, że było dużo więcej pressingu, odbiorów i przechwytów, a w związku z tym dużo więcej akcji kończonych strzałami w porównaniu z czasami poprzedniego trenera z Portugalii.

Łatwo się w takim momencie chwali młodych wychowanków, takich jak Skipp czy wybrany zasłużenie piłkarzem meczu Tanganga, doskonale radzący sobie na prawej obronie ze Sterlingiem i Grealishem, wygrywający wiele pojedynków jeden na jednego, a jeśli faulujący, to przecież nie na tyle ostro, by zobaczyć żółtą kartkę. Trudniej docenić występ kogoś takiego, jak Dele Alli: krytykowanego przez Mourinho i dzielącego opinię kibiców, bo jego błyskotliwe sztuczki prowadziły nieraz do strat. Anglik przepracował solidnie całe lato i efekty widać: na nowej pozycji, jednego z dwójki biegających między polami karnymi pomocników w ustawieniu 4-3-3, miał w nogach po zakończeniu spotkania najwięcej kilometrów, najlepiej wypadał także w statystykach czysto pressingowych. Zapewne w przyszłości obejrzymy także niejedną siatkę czy zgranie z klepki w jego wykonaniu, wczoraj jednak od jego przechwytu zaczynała się niejedna kontra Tottenhamu. A piłkarzy grających o niebo solidniej niż w czasach Mourinho było więcej, że wymienię tylko zazwyczaj nierównych, że będę eufemistyczny, Diera, Sancheza czy Reguliona.

Kluczem do zwycięstwa okazała się oczywiście szybkość, z jaką gospodarze potrafili przejść z obrony do ataku. Siła i kunszt, z jakimi Bergwijn i tytanicznie pracujący Moura umieli podholować piłkę w okolice pola karnego przeciwnika – a potem skuteczność Sona, który (co słusznie podkreślił po meczu Espirito Santo) już w pierwszej połowie znajdował się na świetnych pozycjach, tylko nie kończył akcji strzałem. Oraz, co z perspektywy kibica najprzyjemniejsze, zbiorowy wysiłek całej drużyny, w której pracę w defensywie rozpoczynali naprawdę zawodnicy ofensywni – co zresztą w końcu pełne trybuny White Hart Lane doceniały głośnym aplauzem.

O nowym trenerze Tottenhamu mówi się, że podobnie jak jego portugalski mentor lubi wznosić wokół swoich drużyn mury oblężonych twierdz – być może więc zamieszanie wokół przedłużającej się nieobecności Kane’a podczas okresu przygotowawczego pozwoliło mu zbudować wokół reszty zawodników przekonanie, że mają światu coś do udowodnienia (pamiętacie, jak Guardiola nazwał kiedyś Tottenham „zespołem Harry’ego Kane’a”? od tamtej pory często przegrywa z Tottenhamem grającym… bez Harry’ego Kane’a). Ale nie psychologiczne gierki zdecydowały wczoraj o sukcesie jego nowych podopiecznych, tylko koncentracja, waleczność i wyrachowanie – rozumiane jako potrzeba wyczekania na odpowiedni moment, by zaatakować, ale także jako umiejętność bezpiecznego dogrania meczu już po objęciu prowadzenia. Zauważmy: Hugo Lloris przez zaskakująco wiele minut pozostawał w tym spotkaniu bezrobotny. Zauważmy też: wypuszczanie z ręki prowadzenia było fatalną cechą Tottenhamu za czasów poprzednika, a o kończeniu meczów mocniejszym akcentem Espirito Santo mówił przed tygodniem po sparingu z Arsenalem.

Choć więc niby to tylko Manchester City, w dodatku na takim etapie sezonu, że o żadnych uogólnieniach nie może być mowy; choć przed nowym dyrektorem sportowym Fabio Paraticim (skądinąd: zasiadającym w trakcie meczów na ławce z całą drużyną i sztabem szkoleniowym) wciąż niejedno wyzwanie, bo takiego Auriera czy Sissoko naprawdę wypadałoby sprzedać, sprowadzając w zamian jeszcze jakiegoś obrońcę czy, ekhem, napastnika; choć wciąż nie wiadomo, jakie koszulki we wrześniu przywdziewać będą Kane oraz niepracujący na treningach wystarczająco ciężko Ndombele, trudno mi się było wczoraj wieczorem nie uśmiechać od ucha do ucha – mniej więcej tak, jak to robi pewien sympatyczny Koreańczyk. Tottenham jako twardy orzech do zgryzienia – poproszę o więcej.

Eryk szalony

Dopiero w dniu jego odejścia dotarła do mnie oczywista prawda: Erik Manuel Lamela był Tottenhamem. Nie tylko dlatego, że jak na współczesne standardy spędził tu wyjątkowo dużo czasu: całe osiem sezonów, które zaczynały się jeszcze w pełnym zawiedzionych ostatecznie (jak to zwykle bywa w przypadku dziejów tej drużyny) nadziei okresie rządów Andre Villasa-Boasa, kiedy to nie tyle młody portugalski menedżer, co raczej dyrektor sportowy Franco Baldini postanowił wydać pieniądze z transferu Garetha Bale’a na siódemkę piłkarzy – oprócz Lameli byli to Eriksen, Chadli, Soldado, Capoue, Chiriches i Paulinho, z których świetnie spisujący się wcześniej w Romie Argentyńczyk został w klubie najdłużej. Przede wszystkim dlatego, że opisując jego pobyt w Tottenhamie ma się wrażenie, iż opisuje się sam klub.

W gruncie rzeczy wystarczyłoby wspomnienie tej jednej jedynej niedzieli sprzed kilku zaledwie miesięcy, 14 marca 2021. Derbowy mecz z Arsenalem zaczął na ławce rezerwowych, pojawił się na boisku w 19. minucie na miejsce kontuzjowanego Sona, szybko strzelił cudowną bramkę – fantastyczne uderzenie raboną tego, co tu kryć, w gruncie rzeczy wyłącznie lewonożnego zawodnika, zostało później okrzyknięte golem sezonu – następnie zaś obejrzał dwie żółte kartki, a jego drużyna przegrała 2:1. Było w tym przecież wszystko, z czym Tottenham nam się kojarzy; piękno indywidualnego zrywu, można by wręcz powiedzieć: błysk geniuszu – i ostateczne fiasko. Trud, który idzie na marne. Piękno, które przemija. Niespełnienie.

Był Erik Lamela Tottenhamem, bo tyleż zachwycał, co frustrował. Bo o nikogo chyba kibice tej drużyny nie potrafili pokłócić się tak zażarcie. Bo jak tu zważyć: na jednej szali cudowne bramki (raboną strzelił także z Asterasem Tripoli, w październiku 2014), fantastyczne dryblingi, niestrudzony pressing, zaciętość wślizgu; na drugiej zaś wyjątkowo irytujące straty, zapamiętanie w akcji indywidualnej, kiedy prosiło się o podanie, skłonność do teatralnych sztuczek (a może należałoby powiedzieć o tym: viveza?), która doprowadziła sędziego Anthony’ego Taylora do pokazania czerwonej kartki Martialowi w wygranym 6:1 przez Tottenham meczu z Manchesterem United, a także nieregularność, wymuszoną oczywiście głównie trapiącymi go kontuzjami. Długo prześladowały go problemy z biodrami; nie grał w piłkę ponad rok i przeszedł dwie operacje.

Jak na ofensywnego pomocnika strzelał za mało bramek (37), asystował (47) zbyt rzadko. Jak na osiem lat pobytu w klubie rozegrał za mało spotkań (257). Jak na zawodnika aspirującego do klasy światowej, jego chaotyczność i brawura wydawały się dyskwalifikujące. Z drugiej strony na każde wspomnienie tego, jak zapamiętale holował piłk, zwłaszcza jak turlał ją przed sobą lewą stopą, jak podrywał drużynę do walki jakimś kaskaderskim wślizgiem, jak toczył po boisku szalonym wzrokiem, a także – nie ukrywajmy – jak malowniczo się nosił poza nim, mam uśmiech na twarzy. Najzwyczajniej w świecie: był jednym z tych piłkarzy, których uwielbiam – i pełna świadomość wszystkich jego wad mojego uwielbienia nie zmniejsza. Nie jestem pewien, czy potrafię zdefiniować tę kategorię zawodników, do której się zalicza – z pewnością nienależących do najlepszych w drużynie, niebędących jej największymi gwiazdami, niepodbijających świata – ale faktem jest, że mam pełną szafę ich koszulek.

Był Tottenhamem, bo nigdy niczego nie wygrał, ale nie dało się go nie zauważyć i nie zapamiętać. Bo styl i serce do gry było dlań ważniejsze niż pragmatyzm i chłodna głowa. El coco Lamela que loco que está. Właściwie już zacząłem tęsknić.

Medytacja na zesłanie

Wielce to symboliczne, ale przespałem zatrudnienie przez Tottenham nowego trenera. I nie, nie sądzę, żeby chodziło po prostu o to, że przez poprzednie dwa dni pisałem po nocach długie teksty o klasykach Euro, meczach Hiszpanii z Chorwacją i Francji ze Szwajcarią, a potem o bynajmniej nie klasycznym spotkaniu Anglia-Niemcy. Pamiętam przecież czasy, w których na informację o zatrudnieniu nowego szkoleniowca czekałem z wytęsknieniem, siedząc przed komputerem i w kółko odświeżając klubową stronę internetową, żeby w końcu doczekać się oficjalnego potwierdzenia wyciekającej już tu i ówdzie informacji, i było to niezależne od stopnia zmęczenia, zobowiązań służbowych, a nawet – strach powiedzieć głośno – rodzinnych. Pamiętam nawet nieodległe dni, w których na wieść o tym, że Daniel Levy próbuje namówić na powrót do klubu Mauricio Pochettino właściwie nie odrywałem ręki od smartfona, nawet jeśli racjonalna część mnie wiedziała doskonale, że na ten powrót jest za wcześnie – że ani PSG nie pozwoli sobie na taki wizerunkowy uszczerbek, jak rozwiązanie umowy z trenerem zaledwie po sześciu miesiącach od zatrudnienia, ani sam Argentyńczyk, jako człowiek honorowy, nie będzie wymuszał dymisji – i że nie minęło wystarczająco wiele czasu, by i on, i jego niedawni jeszcze w sumie podopieczni nabrali wystarczająco wiele doświadczenia i umieli naprawdę zacząć od nowa.

W sumie to czas, który upływał mi od chwili zwolnienia José Mourinho, bardzo przypominał mi tych parę momentów w życiu, w których okoliczności zmuszały mnie do poszukiwań nowego mieszkania. Początkowa ekscytacja nadmiarem możliwości, zachwyt kilkoma fenomenalnymi propozycjami, które wszakże niemal natychmiast okazywały się być poza zasięgiem możliwości finansowych lub ktoś inny sprzątnął mi je sprzed nosa (dotyczy zwłaszcza Juliana Nagelsmanna), później stopniowe przymierzanie się do wyborów nieco mniej atrakcyjnych, ale wciąż do przyjęcia (był w tej kategorii Erik Ten Haag, był Brendan Rogers, był nawet Graham Potter) i narastający strach, że i tak skończy się w jakiejś ciemnej dziurze (Paulo Fonseca, a zwłaszcza Gennaro Gattuso).

Ostateczny wybór Nuno Espirito Santo – którego dwuletni zaledwie kontrakt również zdaje się wskazywać na pewną ostrożność umawiających się stron – należy do jeszcze jednej kategorii: przeżyjemy, ale z pewnością korzeni nie zapuścimy; podobnie zresztą myślałem o Antonio Conte. Patrząc na styl, w jakim grało Wolves, można wyobrażać sobie drużynę walczącą, grającą twardo i niełatwą do pokonania, dobrze zorganizowaną w obronie i potrafiącą kontratakować, ale w czasach pracy w Valencii, z którą awansował nawet do Ligi Mistrzów Espirito Santo umiał także stawiać na futbol, który od biedy można by zmieścić w kryteriach, jakie prezes Levy wymieniał jako mieszczące się w klubowym DNA: ofensywny, pełen rozmachu, sprawiający kibicom frajdę; także i w czasach Wolves były momenty, w których pod wodzą Portugalczyka drużyna atakowała szybko i wymieniała podania z pierwszej piłki. O tym, ile trudności sprawiał Tottenhamowi taki Adama Traore niejedno mógłby powiedzieć Jan Vertonghen, nawet jeśli w Lizbonie nie grożą mu już spotkania z tym piłkarzem.

O, proszę bardzo, macie mnie jak na dłoni. Jak z każdym nowym trenerem – robię wszystko, by dać Nuno Espirito Santo kredyt zaufania. Próbuję zapomnieć o jego zblatowaniu z Jorge Mendesem (równie dobre układy z portugalskim superagentem ma ponoć nasz nowy dyrektor sportowy, pracujący do niedawna w Juventusie Fabio Paratici) i nie myśleć, że Tottenham zamieni się teraz w kolejną przechowalnię dla zawodników ze stajni tego ostatniego. Próbuję nie myśleć, że ta nominacja nie jest z pewnością argumentem za pozostaniem w klubie dla Harry’ego Kane’a – szczerze mówiąc pewnie żadna by nie była. Próbuję nie myśleć, że w swojej istocie futbol Wolves przypominał jednak reaktywną piłkę Mourinho niż proaktywną Pochettino – wciąż stanowiącą dla fanów Tottenhamu wzorzec metra, jeśli idzie o najświeższą definicję klubowego DNA. Próbuję nie myśleć o całej tej farsie związanej z wielotygodniowym poszukiwaniem trenera, w której Espirito Santo nie był przecież ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim wyborem na liście priorytetów zarządu. Próbuję nie myśleć o tym, że po prostu był do wzięcia, a jego zatrudnienie nie wiązało się z płaceniem żadnemu klubowi odstępnego. Rozumiem pandemiczne ograniczenia, o których w niedawnym wywiadzie dla klubowej telewizji mówił Daniel Levy, tonując jakiekolwiek fantazje o daleko idących inwestycjach w drużynę: po tym, jak nawet Liga Europy spadła z listy zobowiązań i nadziei Tottenhamu na najbliższy sezon, straty do odrobienia są gigantyczne i tylko modlić się trzeba, by koronawirusowa Delta nie doprowadziła do kolejnego zamknięcia stadionów. Rozumiem nawet korporacyjną nowomowę, w jakiej Espirito Santo wita Paratici: że Portugalczyk potrafi się zaadaptować, że zaprowadzi w drużynie dyscyplinę i przywróci zdolność do ciężkiej pracy. Doszukuję się także pozytywów w pierwszych wypowiedziach nowego trenera: w jego entuzjazmie i obietnicach ciężkiej pracy. To, że nie obiecuje pucharów ani tytułów, zapisuję mu na plus. Jesteśmy po erze Mourinho, a ostatnich kilka miesięcy upłynęło nam w takim chaosie, że owo niespektakularne powitanie Portugalczyka wydaje się po prostu dowodem realizmu i trzeźwości: jego samego, jego nowych zwierzchników i naszej, kibiców, którzy z tym klubem przeszli niejedno. A więc: próbuję ducha nie gasić, tak jak to robiłem przecież przy każdej przeprowadzce. Próbuję nie zauważać, że słowo zawarte w tytule tego tekstu zawiera zarówno obietnicę nadejścia, jak i możliwość zsyłki. Niewiele się w sumie spodziewam, więc pewnie i niezbyt się rozczaruję – a kibicować będę, jak zawsze, całym sercem.

Najważniejsze jest życie

Podczas rozgrywanego w Kopenhadze meczu Dania-Finlandia zasłabł na boisku pomocnik gospodarzy Christian Eriksen. Mecz dokończono.

Każde słowo, jakie próbuję napisać, wydaje mi się teraz cytatem. Tytuł wziąłem na pewno od Marka Edelmana, skądinąd wielkiego lekarza i specjalisty od ludzkich serc. Być może zresztą nie ma słów, które można by powiedzieć i napisać po tym, jak się zobaczyło prowadzoną na boisku w Kopenhadze walkę o życie Christiana Eriksena. Nie ma słów, którymi można by w tej chwili oceniać sensowność kontynuowania meczu po tak krótkiej przerwie, jeszcze tego samego wieczora i mimo traumy, jaka stała się udziałem jego uczestników. Nie ma słów, którymi można by teraz analizować ów wznowiony mecz w kategoriach czysto sportowych, abstrahując od zasłabnięcia, które stało się przyczyną przerwy. Nade wszystko: nie ma słów, którymi można by dzisiaj dywagować nad tym, co spowodowało tak poważny kryzys zdrowotny zawodowego sportowca, wydawałoby się: mającego nadzwyczajną opiekę medyczną i od lat sprawiającego wrażenie jednego z najwytrzymalszych, a w czasach, kiedy grał w Tottenhamie, bijącego zwykle rekordy największej liczby przebiegniętych po boisku kilometrów. Nie ma słów, za pomocą których można by spekulować, czy jego organizm był przemęczony, czy może jednak nie, bo przecież podczas ostatnich miesięcy w Mediolanie wcale nie grał tak dużo. Wszystko to wydaje się kompletnie nie na miejscu, niestosowne, nieodpowiedzialne wręcz, bo przecież cóż my wiemy, żeby spekulować nad przyczynami kopenhaskiego dramatu.

Najważniejsze jest życie. I może jeszcze uczucia i emocje tych, dla których to życie jest najbliższe i najcenniejsze. Tych, którzy Christiana Eriksena kochają – to z myślą o nich jego koledzy i przyjaciele z drużyny otoczyli ekipę ratowniczą kordonem, by w chwili tak intymnej nie był podglądany przez kamerzystów i fotoreporterów. To zresztą jedna z lekcji, które chciałbym wynieść z tej dramatycznej historii: lekcję owej instynktownej solidarności, jaką wykazała się drużyna duńska, kompetencji i odwagi Simona Kjaera, który pierwszy rzucił się reanimować kolegę, a potem wraz z Kasparem Schmeichelem popędził uspokajać jego partnerkę. Lekcji solidarności także piłkarzy fińskich i kibiców obu zespołów, wysyłających w świat jednoznaczny sygnał, że są ważniejsze rzeczy niż jakaś tam piłka nożna i zwycięstwo ich ulubieńców. A w ślad za tym może jeszcze lekcję nieoceniania tych, którzy w sytuacji skrajnej nie przerwali transmisji odpowiednio szybko albo próbowali zagadać dramat. Nie byłem w tym studiu, nie wiem, czy bym potrafił. Widziałem zresztą i czytałem wielu dziennikarzy, którzy niemal natychmiast zaczęli w swoich kanałach dzielić się informacjami o tym, jak fachowo udzielać pierwszej pomocy.

Okładka „Przeglądu Sportowego” z 18 kwietnia 2019 r.

Bo najważniejsze jest życie. Wiadomości, które płyną ze sztabu duńskiej federacji mówią, że Christian Eriksen żyje, że mówi i że chciał, by koledzy grali dalej. Jak dobrze. Jakie to jest dobre życie, chciałoby się dodać, jakie spełnione i piękne: i na łonie rodziny, i na boisku. Akurat ja mam mnóstwo sportowych powodów, by być za nie wdzięcznym: jego 226 meczów w Premier League w barwach Tottenhamu, 571 sytuacji wypracowanych kolegom, 62 asysty (cztery sezony z rzędu z ponad dziesięcioma na koncie…), a do tego 51 goli, z czego 23 z dystansu… Ważne bramki w angielskiej ekstraklasie i Lidze Mistrzów, gole z rzutów wolnych (Łukasz Fabiański pamięta jeszcze z czasów Swansea…), odbiory i przechwyty na połowie rywala… Wśród moich najcenniejszych pamiątek kibicowskich jest zresztą okładka „Przeglądu Sportowego” ze zdjęciem, na którym jest obok Sona – z meczu, po którym Tottenham awansował do półfinału Ligi Mistrzów – i na którym tak pięknie się uśmiecha. A po finale Ligi Mistrzów została mi koszulka z numerem 23 i nazwiskiem Eriksen na plecach.

Ale najważniejsze jest życie. Nie kariera, puchary czy sława piłkarza. Nie wspomnienia i pamiątki kibica. Nie medialny cyrk wokół wielkiej futbolowej imprezy. Nie pytania o dalszy ciąg kariery 29-letniego Duńczyka. Nie rozliczenia związane z okolicznościami, w których mecz został dokończony. To jeszcze jedna z lekcji, jaką dziś dostaliśmy – najważniejsza.

Arcymistrz, który przegrywa sam ze sobą

Największy paradoks tego finału? Pep Guardiola nie przegrał z Thomasem Tuchelem. Przegrał sam ze sobą. Co gorsza: kolejny już raz w meczu o tak wielką stawkę.

To powtarzający się wątek w opowieściach o szkoleniowcu Manchesteru City: jest człowiekiem, który dobrych pomysłów ma aż nadto, a w związku z tym – jak to ujął kiedyś jeden z najwnikliwiej obserwujących jego karierę dziennikarzy Marti Perarnau – bywa człowiekiem, który we wszystkie swoje pomysły wątpi. W ciągu ostatnich kilku lat pracy w Monachium i Manchesterze zdobywał, owszem, mistrzostwa kraju, a jego drużyny wspinały się na szczyty wyrafinowania, jednak w starciach pucharowych, kiedy o losach pojedynku z którymś z rywali miało zdecydować 90 czy 180 minut, zwyczajnie przekombinowywał. Zmieniał nagle ustawienie, niespodziewanie proponował podopiecznym rozwiązania, których od jakiegoś czasu nie ćwiczyli, dokonywał nieoczekiwanych zmian w składzie. Co ważne: za każdym razem teoretycznie miał słuszność, na papierze spójności jego koncepcji nie sposób było czegokolwiek zarzucić, kiedy ogłaszano skład wyjściowej jedenastki albo obserwowano pierwsze minuty meczu eksperci z uznaniem kiwali głowami, ostatecznie jednak… nic z tego nie wychodziło. Tak było w starciach jego Bayernu z Realem Ancelottiego (nieoczekiwane przejście na niećwiczone wcześniej ustawienie 4-2-4 i oddanie rywalom tak zawsze ważnej dlań kontroli nad środkiem pola nazwał największą wtopą w swoim życiu; pytanie, czy ta wczorajsza nie była jeszcze większa?), tak było w pojedynkach Bawarczyków z Barceloną Luisa Enirique, kiedy zemściła się na nim decyzja o wystawieniu naprzeciwko Messiego, Suareza i Neymara trójki kryjących indywidualnie obrońców, tak było w bojach Manchesteru City z Liverpoolem Kloppa, Tottenhamem Pochettino, a w końcu przed rokiem z Olympique Lyon Garcii. Szczerze mówiąc po pierwszej połowie kwietniowego meczu z PSG Pochettino wydawało się, że przygoda Guardioli z Ligą Mistrzów i tym razem skończy się na półfinałach, na drugą połowę wyszedł jednak kompletnie inny Manchester City – i zdołał odwrócić losy niepomyślnie układającego się spotkania. W starciu z Chelsea Tuchela już zrobić tego nie zdołał.

Tak, owszem, nie mylą się Państwo. Zamiast pisać o starciu drużyn, ewentualnie o konfrontacji zawodników, piszę najpierw o pojedynku trenerów. Z początku myślałem, że to tylko moja obsesja, w dodatku związana z wiekiem: mam tyle lat co Guardiola, a i od Tuchela dzieli mnie tylko kilkanaście miesięcy, więc widzę, że im starszy jestem, im dłużej oglądam piłkę nożną i im więcej o niej czytam, tym częściej myślę o niej jako o świecie, w którym zmagają się nie jacyś tam piłkarze czy jakieś tam kluby, a właśnie trenerskie umysły. Tak, to musi być kwestia wieku: będąc pięćdziesięciolatkiem trudno już udawać, nie tylko przed światem, ale i przed samym sobą, że mogłoby się biegać równie szybko jak Sterling, podawać równie wizjonersko jak de Bruyne, łapać równie pewnie jak Mendy, robić wślizgi tak ofiarnie jak Kante czy choćby pudłować jak Werner. Będąc mężczyzną w średnim wieku z żadnym piłkarzem się już nie utożsamisz, jedynie, co ci ewentualnie pozostało, to myślenie, że mógłbyś zasiąść na ławce i nimi pokierować – cóż innego zresztą robisz wtedy, kiedy spędzasz długie godziny grając w Football Managera?

Przyznają Państwo jednak, że rozegrany wczorajszego wieczora finał jak mało który w najświeższych dziejach futbolu – przynajmniej spośród meczów najwyższej rangi – sprzyjał takiemu podejściu. Jego głównym tematem nie była przecież konfrontacja największych gwiazd futbolu (owszem, w rankingach najlepszych rozgrywających de Bruyne znalazłby się bardzo wysoko, wśród stoperów z pewnością wyróżniano by Diasa, a wśród defensywnych pomocników – Kante, spisywanego już skądinąd na straty za kadencji dwóch poprzedników Tuchela w Chelsea, ale gdzie im wszystkim do popularności i ekscytacji, jaką budzą starcia Messiego, Ronaldo, Lewandowskiego, Mbappe czy Haalanda?), nie była nim także konfrontacja najsłynniejszych drużyn świata (Real, Barcelona, Manchester United czy Liverpool miały w tym sezonie swoje kłopoty), postawiłbym nawet ryzykowną tezę, że nie była nim także konfrontacja największych pieniędzy (w sumie to pocieszające, że można było w półfinale Ligi Mistrzów wystawić drużynę za pół miliarda euro i przegrać, bo się niechlujnie ustawiło mur…).

Oglądaliśmy ten mecz, fascynowaliśmy się nim, pisaliśmy o nim i czytaliśmy, przede wszystkim z związku ze starciem dwóch trenerów. Mówiliśmy o nim jak o – być może dziwnej nieco, bo rozgrywanej przy pomocy dwudziestu dwóch (jeśli nie liczyć rezerwowych) zaskakująco ruchliwych figur – partii szachów, zaplanowanej i rozgrywanej przez dwóch arcymistrzów. Każdy z pionów, gońców wież czy hetmanów (im dłużej obracam w głowie szachową metaforę, tym łatwiej przypasować mi te określenia do poszczególnych piłkarzy) pełnił przecież na boisku rolę wymyśloną mu i starannie wytrenowaną przez Pepa Guardiolę i Thomasa Tuchela, rozgrywka miała swoje etapy, a momenty improwizacji czy zdania się na błysk geniuszu jednostki były rzadkie – tu wszystko miało się odbyć w ramach struktury, kluczowe było pilnowanie pozycji i przesuwanie całych formacji w skoordynowany sposób, nawet jeśli murawa stadionu w Porto pozbawiona było wyrysowanych na boisku treningowym sektorów, tak kluczowych dla juego de posicion Guardioli, i równie ważnych dla zwycięskiego wczoraj Tuchela.

Nie wykluczam zresztą, że powrót do metafory szachowej zawdzięczam lekturze tekstu Raphaela Honigsteina na portalu The Athletic, jednego z kaskady świetnych artykułów, jakie ukazały się w prasie całego świata przy okazji finału – i tekstu, do którego wielu innych dziennikarzy zajmujących się futbolem w tych dniach nawiązywało, bo zaiste: obraz pogrążonych w wielogodzinnej dyskusji w monachijskim barze trenującego wówczas Bayern Pepa Guardioli i pracującego w Mainz Thomasa Tuchela wydaje się równie inspirujący, jak obraz pogrążonych w równie intensywnej rozmowie żółtodzioba Guardioli z Marcelo Bielsą w górskiej posiadłości tego ostatniego pod Santa Fe. Przysłuchujący się monachijskiej dyspucie szczęśliwcy – opowiadający Honigsteinowi, jak Katalończyk z Niemcem puszczali w ruch solniczki i pieprzniczki, by imitowały ustawienia zawodników w jakichś meczach sprzed lat – mówili o niej jak o iluminacji, jakby niczego dotąd o futbolu nie wiedzieli, choć przecież jeden pełnił w Bayernie funkcje dyrektorskie, a drugi był asystentem trenera.

Chyba nigdy dotąd nie było więc meczu, w którym uwagę do tego stopnia skupiano by na szkoleniowcach. Owszem, boje Guardioli z Mourinho miewały wymiar apokaliptyczny, w Hiszpanii zwłaszcza, ale tam od biedy można było mówić także o konfrontacji Messiego z Ronaldo – i w ogóle gwiazd na boisku biegało jakby więcej niż dzisiaj. W dodatku o spotkaniu Guardiola – Tuchel można było mówić również w kategoriach spotkania mistrza z uczniem: Niemiec często się do doświadczeń Katalończyka odwoływał, a i w grze jego kolejnych drużyn po odejściu z Moguncji fascynację juego de posicion dawało się zauważyć. Zresztą nawet i w czasach, kiedy prowadził ów niewielki, jak na późniejsze miejsca pracy zespół, jego współpracownicy zauważyli, jak spędzał długie godziny, analizując schematy rozegrania poszczególnych akcji przez drużyny Guardioli. A o jego oku do szczegółu mówi inne świadectwo z tamtego czasu, złożone przez dyrektora sportowego Moguncji Christiana Heidla, który zauważył kiedyś, jak zatrudniany przez niego trener klęczał na murawie austriackiego ośrodka treningowego, gdzie przygotowywali się do sezonu, wąchał i mierzył wysokość trawy, by następnie namawiać swoich szefów, by natychmiast zatrudnili faceta, który dbał o tak perfekcyjne przygotowanie boisk.

Nie odbierając niczego perfekcjonizmowi Tuchela – i nie przestając zazdrościć Romanowi Abramowiczowi instynktu, jakim wykazał się zaledwie pięć miesięcy temu zwalniając z pracy Franka Lamparda, a następnie powierzając drużynę Niemcowi – nie sposób jednak nie zauważyć, że Guardiola przegrał ten mecz na własne życzenie. W tegorocznej edycji Ligi Mistrzów tylko raz się zdarzyło, by w środku pomocy MC nie wystąpił któryś z defensywnych pomocników, Fernandinho lub Rodri, a o tym, żeby podopieczni Guardioli do tego stopnia nie panowali nad boiskowymi wydarzeniami, nie było mowy jeszcze nigdy. Owszem, nie byłoby wygranej Chelsea bez heroizmu defensywy, a zwłaszcza bez nadzwyczajnej koncentracji nieustannie nadążającego za Sterlingiem i zawsze trafiającego w piłkę Reece’a Jamesa. Po drugiej stronie niemal równie dobrze z Mahrezem radził sobie Chilwell, a jeśli nawet ofensywnym graczom City udawało się jednak wedrzeć w pole karne, wahadłowych zespołu Tuchela asekurował któryś ze stoperów; nawet kontuzja Thiago Silvy nie zakłóciła funkcjonowania tego mechanizmu. A ile przechwytów zapisał na swoje konto i ile następnie akcji swojej drużyny rozpoczął najlepszy na boisku Kante? Ileż to lat upłynęło od czasu, gdy Claudio Ranieri żartował na temat tego piłkarza, że potrafi wyrzucić piłkę z autu, a następnie dobiec do niej jako pierwszy?

Guardiola widział to wszystko, ale nie reagował. Nie dokonał zmiany po kwadransie, kiedy oczywiste już było, jak niebezpieczne są wyjścia Chelsea i ile zamieszania wywołuje w jego defensywie tyleż nieskuteczny strzelecko, co fenomenalnie znajdujący sobie miejsce między rywalami Werner. Nie był w stanie – jak w drugiej połowie paryskiego półfinału – odzyskać kontroli nad meczem. Fernandinho pojawił się dopiero po godzinie gry, zmiana ta wywołana była zresztą kontuzją de Bruyne i akcje City stawały się już w tej fazie meczu coraz bardziej mechaniczne. Czy to też jedna z trenerskich wad Guardioli, programującego mózgi swoich podopiecznych do tego stopnia, że – jak pisze w „Dziedzictwie Barcelony” Jonathan Wilson – pod wielką presją nie są już w stanie zdobyć się na jakiś przejaw samodzielności?

Pep Guardiola. Człowiek, który z powodzeniem wymyśla piłkę nożną na nowo i przesuwa granice tego, co w niej możliwe. Człowiek, który od dekady nie wygrał Ligi Mistrzów i, szczerze mówiąc, nie wygląda na to, by miał wygrać w przyszłości, nawet jeśli sprowadzi sobie do Manchesteru jeszcze Harry’ego Kane’a.

Miałeś, Daniel, złoty róg

Miałeś, Daniel, czapkę z piór. MIałeś drużynę, która grała regularnie w Lidze Mistrzów i biła się o mistrzostwo kraju. Miałeś drużynę komplementowaną przez cały piłkarski świat i taką, za którą kibice stali murem. Miałeś trenera, którego komplementowano równie silnie, a kochano jeszcze bardziej. Nie płaciłeś im zbyt dobrze, ładnych paru prezesów w Premier League wydawało pieniądze ręką dużo bardziej lekką niż Ty, ale wszyscy to rozumieli: budowałeś stadion i to był na tamten moment priorytet w rozwoju klubu. Taki był zresztą element dealu, związanego z uczestnictwem w Twoim projekcie – także Mauricio Pochettino wiedział, podpisując, a potem przedłużając z Tobą umowę, że musi przede wszystkim pracować z tymi piłkarzami, których przejął po Timie Sherwoodzie i Andre VIllas-Boasu; że musi wesprzeć ich w rozwoju i że musi również bacznie przyglądać się młodzieży, która trenuje w akademii, tak samo zresztą, jak robił to w Southamptonie. Chętnie przyznaję: przez kilka lat ten model sprawdzał się znakomicie. W drugim roku pracy Pochettino – z pewnością za wcześnie, zważywszy na fazę rozwoju jego zespołu – Tottenham walczył o mistrzostwo z Leicester, w trzecim, bijąc rekord zdobytych punktów w Premier League, ustąpił w tabeli jedynie Chelsea. Później jednak (nawiasem mówiąc po kończącym poprzedni sezon meczu z Leicester, równie rozrywkowym, jak dzisiejszy) przyszedł sierpień 2018 roku, ten pierwszy w dziejach, w którym nie przeprowadziłeś ani jednego transferu, choć tak wiele mówiło się wtedy na przykład o sprowadzeniu Jacka Grealisha.

Czy to był ten moment, Daniel? Czy to wtedy klub zamiast piąć się nadal wzwyż, skręcił na ścieżkę, która doprowadziła go w miejsce, które zajmuje dzisiaj: z awansem do niechcianej przez nikogo Ligi Konferencji, bez prawa gry w Lidze Europy, bez trenera i z najlepszym zawodnikiem, ba, klubową legendą otwarcie mówiącą, że chciałaby walczyć o najwyższe cele, na co tutaj się nie zapowiada? Czy to wtedy właśnie trzeba było zrobić coś, na co i tak musiałeś się zdecydować kilkanaście miesięcy później, wydając dziesiątki milionów na Ndombele czy Lo Celso, a potem przeprowadzając kolejne transfery, których życzył sobie José Mourinho (o odprawie dla Pochettino, lukratywnym kontrakcie Portugalczyka i kolejnej odprawie dla tego ostatniego już nie wspominam)? Czy to wtedy trzeba się było rozejrzeć za następcą mającego wkrótce wyjechać do Chin Moussy Dembelego, znaleźć defensywnego pomocnika na miejsce borykającego się z kontuzjami Wanyamy i zwiększyć rywalizację na bokach obrony? Kiedy przypominam sobie wypowiedź Jamiego Carraghera, już podczas pobytu Mourinho w klubie, że był taki czas, kiedy Tottenham Pochettino od mistrzostwa Anglii dzieliły dwa transfery, a teraz brakuje mu pięciu, by w ogóle myśleć o wskoczeniu na poziom Tottenhamu Pochettino, zastanawiam się, czy to nie właśnie tamtą chwilę miał na myśli.

Wiem, do historycznego występu drużyny w finale Ligi Mistrzów pozostawał jeszcze rok, ale ów sensacyjny rajd przez stadiony Dortmundu, Manchesteru i Amsterdamu, zaciemniał obserwację oczywistego dość faktu, że już od stycznia 2019 drużyna wyraźnie dołowała w Premier League. Zresztą czytałeś na pewno – zbyt wytrawnym jesteś biznesmenem, by nie uczyć się od mistrzów zarządzania – obserwację Aleksa Fergusona, że cykl odnoszenia sukcesów przez zespół trwa cztery lata. W przypadku drużyny Pochettino akurat tyle upływało właśnie latem 2018 i w gruncie rzeczy powinieneś być wdzięczny Maurycemu, że tak pięknie potrafił go przedłużyć. Inna sprawa, że Ferguson nigdy by na coś podobnego nie pozwolił: Szkot wiedział, że nowy impuls jest potrzebny nawet kiedy w momencie wdrażania zmian wszystko wydaje się iść w najlepszym porządku i na pierwszy rzut oka ruszanie czegokolwiek wydaje się wręcz zbędne.

Kiedy zasiadasz sam w ciszy swojego gabinetu, kiedy próbujesz zapomnieć o protestach kibiców, coraz głośniej domagających się Twojej dymisji i niemogących wybaczyć Ci fatalnego zauroczenia José Mourinho oraz zaangażowania w niesławny projekt Superligi, z pewnością jesteś w stanie przypomnieć sobie argumenty, dla których postępowałeś tak, a nie inaczej. Księgowo wszystko się pięknie dopinało. Stadion był prawie gotowy. Przychody z Ligi Mistrzów, kontrakty sponsorskie, umowy telewizyjne spowodowały, że klub wdarł się do pierwszej dziesiątki najbogatszych na świecie. Miałeś swoją globalną markę, dogadywałeś z Amazonem szczegóły filmu, który miałby wypromować ją jeszcze szerzej. Byłeś, owszem, wdzięczny, Maurycemu. Szczodrze go wynagradzałeś. Podwyżki dawałeś zresztą także Harry’emu – żaden z nich nigdy nie narzekał na Twoją hojność. A jednak coś przegapiłeś i kiedy, naciskany przez Pochettino, grzmiącego na konferencjach prasowych, że aby zrobić ostatni krok do wielkości klub musi zacząć inaczej działać na rynku transferowym, sięgnąłeś w końcu do klubowej kasy – było już za późno. Po przegranym finale odszedł Eriksen, trenera i większość grającej zbyt długo razem drużyny dopadło poczucie wypalenia, Ndombele zaś adaptował się powoli, a Lo Celso złapał kontuzję: zabrakło czasowego bufora, z jakim do zespołu wkomponowuje się nowych zawodników; zwłaszcza do zespołu grającego i trenującego w tak specyficznym stylu, jak u Pochettino.

Niewykluczone, że zabrakło też cierpliwości, kiedy jesienią 2019 drużyna była w potężnym kryzysie, kiedy przegrała z Bayernem, kiedy kontuzjował się Lloris i kiedy zmiana trenera wydawała się najprostszym rozwiązaniem. Zawsze chciałeś zatrudnić José Mourinho, prawda? W trakcie kilku scen serialu Amazonu słałeś mu spojrzenia wręcz miłosne. Może trudno się dziwić, że nie wytrzymałeś nerwowo – choć przykład, z jakim w ostatnich tygodniach Liverpool Jurgena Kloppa wyszedł z wcześniejszego kryzysu, z pewnością mógłby być dla Ciebie pouczający. Kibice, jeśli jeszcze pamiętasz, raczej nie domagali się wyrzucenia Maurycego…

MIałeś, Daniel, złoty róg. To była naprawdę piękna przygoda. Wydaje się niewiarygodne, ale równe dwa lata temu Twoi piłkarze szykowali się do gry w finale Ligi Mistrzów. Jestem pewien, że pamiętasz to jeszcze lepiej niż ja – choć ja też byłem wtedy w Madrycie i choć wieczór w Amsterdamie, zaledwie dwa lata i dwa tygodnie temu, uważam za najpiękniejszy piłkarsko wieczór w moim życiu. Problem w tym, że myśl o powrocie w tamto miejsce wydaje się dziś kwestią równie realną, jak to, że po Arbacie znów przespaceruje się Puszkin. Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno, jak śpiewał Okudżawa (a przecież mi żal…). A co przyniesie przyszłość? Sam powiedz: od kiedy Chelsea zatrudniła Tuchela, a Bayern sięgnął po Nagelsmanna, każda kolejna kandydatura nowego szkoleniowca, jaką rozważasz, wydaje się kandydaturą nierealną, niedoskonałą, w najlepszym razie przejściową albo skrajnie ryzykowną, a Ty nie bardzo już możesz pozwolić sobie na ryzyko – nie tylko sportowe, także (w świetle długów, pandemii, pustych trybun, braku zysków wygenerowanych przez dobrą grę drużyny) ekonomiczne. W gruncie rzeczy mam nieodparte wrażenie, że kiedy osiem lat temu z Tottenhamu odchodził Gareth Bale (mam nadzieję, że po jego dzisiejszym wejściu z ławki zrobisz coś, żeby nie odchodził ponownie…), ba: kiedy siedem lat temu drużynę przestawał prowadzić Tim Sherwood, mieliśmy więcej powodów do optymizmu niż dziś, nawet jeśli na King Power Stadium grupa zatrudnianych przez Ciebie – i przez wiele minut sprawiających wrażenie, jakby widzieli się po raz pierwszy – zawodników zdołała jednak wygrać.

Tak naprawdę Ci nie zazdroszczę. Kibicuję Twojemu klubowi tak długo, że kryzys taki, jak obecny, jest dla mnie stanem naturalnym, do niczego innego nie przywykłem, nic innego nie pamiętam, to epoka Pochettino wydaje mi się tak naprawdę jakąś pogodową anomalią, a nie dzisiejszy bałagan i chaos. Ale Ty? Z Twoimi ambicjami i wizją? Z Twoim skrywanym starannie pragnieniem naszej akceptacji, bycia kochanym i docenionym za wszystkie swoje trudy? Był taki czas, w którym się wydawało, że zastałeś Tottenham drewnianym i zostawisz murowanym – i że będziesz miał kiedyś pomnik przed stadionem i trybunę swojego imienia na nim. Ale teraz? Czapkę wicher niesie do Manchesteru, róg huka po Paryżu. Ostał ci się ino sznur.

(W dramacie Wyspiańskiego w tym momencie pieje kogut, ciekawe, czy ten z klubowego herbu. Mimo dramatycznych wołań Jaśka nikt się nie budzi).

PS Za dwa tygodnie premiera „Światła bramki”. Książkę z solidnym rabatem (i Lucasem Mourą na okładce) można zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Czy Harry Kane musi odejść

Najbardziej zaskakujące w przecieku na temat woli odejścia Harry’ego Kane’a z Tottenhamu wydaje się tak naprawdę to, że ktokolwiek jest zaskoczony. Można, owszem, zastanawiać się, czy puszczenie tego przecieku akurat przed ostatecznymi rozstrzygnięciami generalnie spisanego na straty sezonu jest fortunne („Nie mógł poczekać tydzień?”, pytają ponoć poirytowani członkowie klubowego zarządu, słusznie obawiając się, że przygotowania do meczów z Aston Villą i Leicester mocno się skomplikują), ale z drugiej strony fakt, iż drużyna bije się już tylko o prawo gry w Lidze Europy – i że nawet tego nie jest pewna – pokazuje oczywistość konkluzji, do jakiej doszedł najlepszy dziś napastnik Anglii. W maju 2021 roku, mając niemal 28 lat, będąc w świetnej formie i ciesząc się zupełnie dobrym zdrowiem, Harry Kane naprawdę nie ma na co czekać. Mówił zresztą wprost, odbierając kilka tygodni temu nagrodę dla najlepszego piłkarza Londynu, o słodko-gorzkim uczuciu, jakie wiąże się z przyjmowaniem takich wyróżnień – i o tym, że chciałby wreszcie coś wygrać z drużyną.

O tym, co spotkało go w ostatnich miesiącach w Tottenhamie, pisałem tu wiele. Pobyt Jose Mourinho w klubie nie trwał wprawdzie aż tak długo, ale podziały w zespole dało się już odczuć. Drużyna robiła katastrofalne błędy w obronie, wypuszczała prowadzenia w wygrywanych meczach. Jej kluczowi zawodnicy nie pracowali wystarczająco ciężko na treningach i w trakcie spotkań, i dotyczy to niestety, także, największych gwiazd, takich jak Bale, Dele Alli czy Ndombele. Po części był to efekt przestarzałych metod szkoleniowych nadmiernie skupionego na rywalach Portugalczyka, ale wszystkiego nie da się zrzucić na trenera. Występ w Lidze Europy zakończył się kompromitacją w Zagrzebiu, walka o Puchar Ligi – finałowym rozczarowaniem. Nadziei, że w przyszłym roku może być znacząco lepiej – na razie nie widać.

Bądźmy szczerzy: jedyne, co czeka Harry’ego Kane’a w Tottenhamie w sezonie 2021/22, to uczestniczenie w mniej lub bardziej bolesnym okresie przebudowy, w dodatku póki co nie wiadomo przez kogo dokonywanej, choć wiadomo, że kilka świetnych nazwisk na rynku trenerskim odpadło z wyścigu, a każde kolejne z pojawiających się na medialnej karuzeli wydaje się obarczone wieloma znakami zapytania; szczerze mówiąc ten wpis podszyty jest również frustracją, że nie tylko Nagelsmann czy Ten Haag, ale także Rodgers wydaje się być poza zasięgiem obecnych możliwości klubu (ledwo utrzymującego Brighton w Premier League Pottera trudno uznawać za kolejne wcielenie Mauricio Pochettino, a tzw. duże nazwiska, np. Allegri, podobnie jak Mourinho średnio pasują do wizerunku tej drużyny). Wiadomo też, że klub jest zadłużony bardziej niż niejeden z rywali, że pandemia uderzyła go mocniej (a to w związku z utratą spodziewanych zysków z biletów na otwarty dopiero co stadion), podobnie jak kolejny już brak awansu do Ligi Mistrzów. Wiadomo, że jeśli nowy szkoleniowiec przyjdzie i będzie chciał myśleć o wzmocnieniach, najpierw będzie musiał pozbyć się kilku piłkarzy. Mówienie, że wrócą z wypożyczeń Skipp czy Sessegnon, owszem, raduje serce kibica, ale z perspektywy takiego Kane’a znaczy pewnie niewiele. Podobnie jak spekulowanie, czy Bale zostanie na jeszcze jeden sezon.

Lojalności Kane’a do Tottenhamu nikt kwestionować nie może. Tego, ile dał klubowi w ciągu minionej dekady również. Ale perspektywy na White Hart Lane ma takie, że naprawdę jedyne, co może brać pod uwagę jako argument za pozostaniem, to fakt, iż coraz mniej brakuje mu do pobicia rekordu Jimmy’ego Greavesa i stania się najlepszym strzelcem w dziejach Tottenhamu. Czy taki tytuł jest w stanie zrównoważyć mistrzostwa czy puchary kraju albo wygraną w Lidze Mistrzów? Pytanie wydaje się retoryczne.

Zupełnie inną kwestią jest to, czy ewentualnego kupca będzie stać na sprowadzenie Kane’a – i czy Tottenham będzie musiał go sprzedać. Do końca obecnego kontraktu Anglika pozostają trzy lata (pamiętacie jeszcze, jak świetlana wydawała się przyszłość, kiedy go podpisywał?), choć „The Athletic” twierdzi, że zawarł z prezesem Levym dżentelmeńską umową, iż po tym sezonie będzie mógł odejść. Marka zawodnika i regularność, z jaką zdobywa bramki, a przy tym zasięg i precyzja jego podań, które znalazły w tym roku odzwierciedlenie w liczbie asyst, fakt, że mamy do czynienia z kapitanem reprezentacji kraju, wzorowy wizerunek ojca rodziny, sportowe ambicje i wychwalany przez wszystkich profesjonalizm – to jest kapitał, który w przełożeniu na brytyjskie funty daje wartość z pewnością przekraczającą sto, może nawet sięgającą stu pięćdziesięciu milionów. Mało który klub w Europie i na Wyspach może w obecnych warunkach pozwolić sobie na wydanie podobnej kwoty, zwłaszcza, że na kontynencie mówi się również o transferach Haalanda i Mbappe. Niewątpliwie bez klasycznej „dziewiątki” od dawna gra Manchester City i niejeden obserwator zastanawia się dziś, czy to Kane nie jest brakującym ogniwem, oddzielającym ostatnią budowlę Pepa Guardioli od doskonałości. Ale to, że Daniel Levy zrobi wszystko, by nie sprzedać Kane’a któremukolwiek z rywali z Premier League wydaje się równie oczywiste jak to, że Kane ma dobre powody, by odejść. 

Krótko mówiąc: jeśli chce zostać mistrzem kraju już, teraz, jak jego niedawni koledzy, Walker czy Eriksen, a nie na święty nigdy, Harry Kane odejść musi. Musi przestać liczyć, że prezes sprowadzi do klubu trenera, który już, teraz będzie w stanie dorównać jego ambicjom i profesjonalizmowi. Musi odłożyć na jakiś czas wspomnienia o strzelonym w derbach „golu w masce”, o pierwszej bramce z Shamrock Rovers, czy o pierwszym hattricku z Asterisem Trypolis (to wtedy stanął w bramce, po czerwonej kartce Llorisa, i wpuścił gola po rzucie wolnym rywali)… naprawdę ściska mi się teraz gardło i nie chcę już tych sentymentów ciągnąć, przypominając sobie jak ów niezgrabny nieco z początku młodzian stawał klubową ikoną.

Przed nami typowe gorące lato. W przypadku kibica Tottenhamu, przynajmniej tego z dłuższym stażem niż czasy „nowego, wspaniałego świata” – typowo ponure.

Nasza wiara niezachwiana

Najgorsze w kibicowaniu jest to, że się wierzy. Zawsze i bez względu na okoliczności. Żeby nie wiem, jak przekonujące argumenty podpowiadał rozum, żeby nie wiem, jak bogate było doświadczenie – wierzy się i tyle. Pamięta się wszystkie porażki i klęski – wierzy się. Pamięta się wszystkie zwariowane okoliczności ostatnich dni, zwolnienie trenera, który (cokolwiek mówić o preferowanym przezeń stylu gry) potrafił z Guardiolą wygrywać nawet w tym sezonie oraz postawienie na jego miejscu żółtodzioba, który kariery trenerskiej w zasadzie jeszcze nie zaczął, a z niejednym grającym dziś zawodnikiem przegrywał parę lat temu rywalizację o miejsce w składzie – wierzy się tym bardziej. Pamięta się o kontuzji Harry’ego Kane’a i o tym, że nawet w piątek nie trenował jeszcze z drużyną – wierzy się mimo wszystko. Przychodzi taki ranek, jak dzisiejszy, i przynosi ze sobą prawdziwą goń myślową z rozmaitymi szczęśliwymi scenariuszami. Że natchnieni zmianą trenera, że ostatnia szarża Bale’a, że Dele wszystkim pokaże, na co go stać, że błąd obrońców City naciskanych przez Sona i Lucasa (prawie się udało Mourze, który raz czy drugi odebrał piłkę przeciwnikom i wystartował do kontry), że kontra właśnie albo stały fragment, a w końcu, że rok bieżący kończy się na cyfrę jeden, do tej pory zaś, jak Tottenham wygrywał jakieś puchary, to zwykle działo się to właśnie w takim roku… Głowa pracuje nieustannie, a żeby zająć czymś ręce trzeba ugotować obiad z trzech dań albo wyszlifować stare palety, z których robi się mebel do ogródka, i kiedy mecz się zaczyna, to już nie tylko się wierzy, ale nawet zaczyna się mieć coś w rodzaju pewności.

Tak, ten dziwny rodzaj pewności jest jeszcze gorszy niż wiara. Ogląda się finał Pucharu Ligi, widzi się miażdżącą różnicę klas między obiema drużynami, widzi się łatwość, z jaką City rozgrywa swoje akcje, uciekającego lewą stroną Sterlinga, czarującego po prawej Mahreza czy biegającego w środku Fodena, widzi się te wszystkie podania de Bruyne i Gundogana albo to, jak świetnie ustawia się Fernandinho oraz ile dają wejścia Cancelo z lewej obrony do środka, i jest się na to kompletnie odporny, ba: im dłużej to trwa, im więcej szans marnują piłkarze Manchesteru City, im bardziej bohatersko blokują ich strzały Dier z najlepszym chyba na boisku Alderweireldem albo im częściej broni Lloris, tym więcej ma się tego kompletnie irracjonalnego poczucia, że właśnie dzisiaj się uda. Minuty płyną i zamieniają się w kwadranse (zaiste dopiero po kwadransie Tottenham jest w stanie pierwszy raz wyjść z własnej połowy), a wynik wciąż wydaje się korzystny, decyzje o wyborze wyjściowej jedenastki – odważne, bo przecież na ławce zostali bohater ze środy Bale i niepodważalny w tym sezonie gracz pierwszego składu Ndombele – wydają się uzasadnione, nawet decyzji o wprowadzeniu na boisko Walijczyka i Sissoko można by bronić, bo skoro w końcówce liczy się na to, że ten pierwszy wyczaruje coś z niczego, to potrzebny jest i ten drugi, by zapewnić nieco więcej wsparcia w defensywie Aurierowi. Na plus Masonowi zalicza się także i to, że mimo pressingu City nakazuje swoim tymczasowym podwładnym rozgrywanie piłki od obrony – i że mimo nieobecności Ndombele zdarzają się nawet chwile, kiedy w ten sposób udaje się przeprowadzić piłkę do strefy ataku, a raz czy drugi rywale muszą ratować się faulem (zwłaszcza ratować się faulem musi Laporte, który obejrzał żółtą kartkę jeśli nie przy trzecim, to na pewno przy drugim stanowczo zbyt ostrym wejściu w Lucasa). Oraz to, że młodzian podrywa się z ławki i wdaje się w spór z Guardiolą po jednym ze spięć między piłkarzami na boisku – tak, żeby było jasne, iż jego zawodnicy mogą mieć w nim oparcie i że ewentualny nacisk na sędziego nie będzie efektem jedynie tego worka medali, który domyślnie towarzyszy przy każdym wyjściu na murawę trenerowi Manchesteru City.

No więc wierzy się tak i ma się pewność, że będzie dobrze, aż do osiemdziesiątej minuty, a potem okazuje się, że akurat w tym meczu futbol jest zwyczajnie sprawiedliwy. Serge Aurier, od tylu sezonów tykająca bomba na prawej obronie Tottenhamu, i tym razem fauluje głupio, niepotrzebnie i w wyjątkowo groźnym sektorze boiska. Rywale mają rzut wolny. De Bruyne dośrodkowuje. Laporte, tak, ten faulujący Laporte, wyskakuje w powietrze, gubiąc SIssoko. Manchester City zdobywa bramkę.

Co dzieje się potem w głowie kibica? To zależy, którego. Są tacy, którzy wracają na upatrzone z góry pozycje: mówią, że jednak nie trzeba było zwalniać Portugalczyka przed finałem, skoro także za jego następcy Tottenham został zepchnięty do defensywy. Są tacy, którzy mówią, że widać było u Kane’a zaległości treningowe. Są tacy, którzy wiedzą lepiej: Bale powinien wejść za faktycznie słabego Sona, a nie za Mourę, no i czemu Ndombele, nie zaś Sissoko? Są tacy, którzy mówią, że Tottenham miał swoje szanse, oprócz uderzenia Lo Celso z dystansu także akcję, po której Hojbjerg zbyt mocno zagrywał do Reguliona. Są wreszcie tacy, którzy mówią, że inaczej być nie mogło i cieszą się przy tym, że odzyskali swój Tottenham, bo mają oto zespół prowadzony przez chłopaka z samego serca dzielnicy i klubu, po którym widać było, że naprawdę mu zależy.

Co do mnie, nie odnajduję się do końca w żadnej z tych ról – no, może ta ostatnia jest mi stosunkowo najbliższa. Niby wciąż trochę się dziwię, że jestem kibicem Tottenhamu, ale wiem już, że za późno, by myśleć o zmianie tej sytuacji. Po cichu powiem wam nawet i to, że zastanawiam się, co będzie w trakcie pięciu ostatnich kolejek ligowych, a zwłaszcza po sezonie. Innymi słowy: znowu zaczynam wierzyć. Może to wcale nie jest najgorsza rzecz w tym całym kibicowaniu.

Siedemnaście miesięcy José Mourinho

Będzie krótko, bo długo było już o superlidze, a przecież trzeba jeszcze skończyć ostatnie korekty książki, no i w ogóle może napić się wina, niechże nawet będzie: portugalskiego, bo wiadomość, jaką mam tu skomentować, jest wiadomością dobrą i od dawna wyczekiwaną. Szczerze mówiąc: wyczekiwaną od 17 miesięcy, czyli od dnia, w którym José Mourinho został trenerem Tottenhamu. 

Stali czytelnicy bloga wiedzą: nie był moim faworytem, uważałem, że ze swoim przywiązaniem do reaktywnego futbolu i konfrontacyjnym sposobem pracy z zawodnikami nie pasuje ani do tego klubu, z jego tradycją piłki ofensywnej i cieszącej oko fanów, ani do tej konkretnej grupy piłkarzy, odziedziczonych po poprzedniku i nauczonych przez niego pewnego określonego sposobu gry i pracy. Argumenty, które przedstawiałem na poparcie tych zdań można wyszukać po blogowym tagu „Mourinho”; znajdzie się tam także jeden czy dwa wpisy, w których oddawałem Portugalczykowi sprawiedliwość, kiedy jesienią ubiegłego roku drużyna zdawała się nabierać rozpędu. Zbyt krótki był to jednak zryw, nawet jeśli dzięki niemu Harry Kane wciąż może zostać piłkarzem roku Premier League; on jeden zresztą w trakcie tego półtora roku nie obniżył lotów (owszem, momenty mieli też Son czy Ndombele, ale daleko im było do regularności kapitana reprezentacji Anglii) i w ostatnich godzinach myślałem również o tym, czy planując zwolnienie Mourinho prezes Levy nie wykonuje gestu uprzedzającego, mającego przekonać lidera, symbol i żywą legendę drużyny, że warto jednak nie rozglądać się za innym klubem, bo bałagan, jaki zapanował w ostatnich miesiącach w ośrodku treningowym Tottenhamu zostanie posprzątany.

To najprostszy sposób weryfikacji osiągnięć Mourinho w północnym Londynie: sprawdzenie, jak radzili sobie pod tym szkoleniowcem poszczególni zawodnicy. Czy stali się lepszymi piłkarzami, czy przebili się do reprezentacji swoich krajów, czy przeciwnie: wypadli z łaski swoich selekcjonerów, z tym angielskim na pierwszym miejscu oczywiście. Czy defensywa – na której niezawodności Portugalczyk opierał w poprzednich klubach swoje sukcesy, stała się nieco bardziej niezawodna. Czy kiedy drużyna obejmowała prowadzenie w meczu, była w stanie dowieźć je do końca. Czy umiała rozgrywać atak pozycyjny albo przeprowadzić jakiś koherentny pressing w meczach, podczas których rywal ani myślał się odsłonić, nadziać na kontrę, a następnie skapitulować. I co o tym wszystkim miał do powiedzenia on sam, z tygodnia na tydzień robiący podczas rozmów z dziennikarzami coraz bardziej tajemnicze miny, że wie, ale nie powie. Chociaż tyle, że w porównaniu z czasami Interu, Realu, drugiej Chelsea czy Manchesteru złagodniał nieco i nawet jego awantury nie miały już tak apokaliptycznego wymiaru jak niegdyś, ale miny, jakie na ławce robili ostatnio Dele czy Bale mówiły same za siebie (żeby było jasne: nie mówię, że piłkarze są w takich sytuacjach bez winy i z pewnością dwaj wymienieni mogliby patrząc w lustro przyznać szczerze, czy dawali z siebie wszystko drużynie, zwłaszcza kiedy przychodziło jej się bronić, czyli, ekhem, stanowczo zbyt często – ale ostateczną odpowiedzialność za ich zmotywowanie zawsze ponosi trener).

To też już kiedyś napisałem: Daniel Levy uczy się na błędach. Od tylu lat marzył o trenerze-celebrycie i kiedy w końcu było go na niego stać, spełnił swoje marzenie, ale teraz na powrót przyszedł do używania rozumu. Cenę zapłacił wysoką, może jednak spodziewane zyski z superligi sprawią, że nie będzie aż tak wysoka – i nawet perspektywa skończenia sezonu w środku tabeli Premier League nie wydaje się go przerażać. Jeśli obawiał się furii fanów w związku z dołączeniem do grupy rozłamowców w europejskiej piłce, jednym gestem zapewnił sobie także ich przychylność, bo zaprawdę: największym szczęściem Levy’ego i Mourinho było w ostatnich miesiącach to, że nie musieli się konfrontować z kibicami, zmuszonymi do oglądania tego, co jeszcze tak niedawno było ich ukochaną drużyną, z wysokości trybun. Obawy prezesa przed reakcją powracających na stadion fanów były jednym z powodów, które – zdaniem dziennikarzy The Athletic – skłoniły Levy’ego do bardziej zdecydowanych działań; cieszę się, że podnosiłem tę kwestię, podobnie jak i tę, że piłkarze narzekali na niską intensywność treningów oraz nadmierne skupienie w ich trakcie na rywalu. Nie żebym był znowu taki mądry – po prostu był to problem Mourinho w każdym kolejnym klubie, gdzie zamiast myśleć o wyrażeniu się na boisku jego podopieczni obawiali się raczej, że mogą zrobić coś nie tak. I gdzie jeśli drużynie przestawało się wieść, winni zawsze byli zawodnicy, nigdy trener.

Mimo wszystko jednak: siedemnaście miesięcy zleciało naprawdę szybko. Mourinho zostawia podzieloną szatnię, ale nie jest to jednak spalona ziemia po trzech latach nieustannych turbulencji. Ryanowi Masonowi, mającemu poprowadzić drużynę do końca sezonu – jako wychowankowi klubu i człowiekowi, którego karierę przerwała straszliwa kontuzja, a zarazem jednemu z ulubieńców Maurucio Pochettino – kibice przebaczą każdy błąd i każdą porażkę, w przekonaniu, że nawet jeśli powinie mu się noga, w wakacje może przyjść kolejny, oby lepszy szkoleniowiec niż José Mourinho. A w ciągu najbliższych paru dni przed finałem Pucharu Ligi powtarzać sobie będą opowieść o tym, jak to tymczasowy trener Roberto di Matteo wygrywał z Chelsea Ligę Mistrzów. Mourinho? Niechże już sobie idzie do Chin, gdzie dostanie jeszcze lepsze pieniądze niż w północnym Londynie, doprawdy nie będziemy mu żałować.

Stary ze mnie dureń, nic na to nie poradzę, ale napiszę i to: dawno nie czekałem na kolejny mecz swojej drużyny z taką ekscytacją.