Archiwa tagu: Chelsea

Arcymistrz, który przegrywa sam ze sobą

Największy paradoks tego finału? Pep Guardiola nie przegrał z Thomasem Tuchelem. Przegrał sam ze sobą. Co gorsza: kolejny już raz w meczu o tak wielką stawkę.

To powtarzający się wątek w opowieściach o szkoleniowcu Manchesteru City: jest człowiekiem, który dobrych pomysłów ma aż nadto, a w związku z tym – jak to ujął kiedyś jeden z najwnikliwiej obserwujących jego karierę dziennikarzy Marti Perarnau – bywa człowiekiem, który we wszystkie swoje pomysły wątpi. W ciągu ostatnich kilku lat pracy w Monachium i Manchesterze zdobywał, owszem, mistrzostwa kraju, a jego drużyny wspinały się na szczyty wyrafinowania, jednak w starciach pucharowych, kiedy o losach pojedynku z którymś z rywali miało zdecydować 90 czy 180 minut, zwyczajnie przekombinowywał. Zmieniał nagle ustawienie, niespodziewanie proponował podopiecznym rozwiązania, których od jakiegoś czasu nie ćwiczyli, dokonywał nieoczekiwanych zmian w składzie. Co ważne: za każdym razem teoretycznie miał słuszność, na papierze spójności jego koncepcji nie sposób było czegokolwiek zarzucić, kiedy ogłaszano skład wyjściowej jedenastki albo obserwowano pierwsze minuty meczu eksperci z uznaniem kiwali głowami, ostatecznie jednak… nic z tego nie wychodziło. Tak było w starciach jego Bayernu z Realem Ancelottiego (nieoczekiwane przejście na niećwiczone wcześniej ustawienie 4-2-4 i oddanie rywalom tak zawsze ważnej dlań kontroli nad środkiem pola nazwał największą wtopą w swoim życiu; pytanie, czy ta wczorajsza nie była jeszcze większa?), tak było w pojedynkach Bawarczyków z Barceloną Luisa Enirique, kiedy zemściła się na nim decyzja o wystawieniu naprzeciwko Messiego, Suareza i Neymara trójki kryjących indywidualnie obrońców, tak było w bojach Manchesteru City z Liverpoolem Kloppa, Tottenhamem Pochettino, a w końcu przed rokiem z Olympique Lyon Garcii. Szczerze mówiąc po pierwszej połowie kwietniowego meczu z PSG Pochettino wydawało się, że przygoda Guardioli z Ligą Mistrzów i tym razem skończy się na półfinałach, na drugą połowę wyszedł jednak kompletnie inny Manchester City – i zdołał odwrócić losy niepomyślnie układającego się spotkania. W starciu z Chelsea Tuchela już zrobić tego nie zdołał.

Tak, owszem, nie mylą się Państwo. Zamiast pisać o starciu drużyn, ewentualnie o konfrontacji zawodników, piszę najpierw o pojedynku trenerów. Z początku myślałem, że to tylko moja obsesja, w dodatku związana z wiekiem: mam tyle lat co Guardiola, a i od Tuchela dzieli mnie tylko kilkanaście miesięcy, więc widzę, że im starszy jestem, im dłużej oglądam piłkę nożną i im więcej o niej czytam, tym częściej myślę o niej jako o świecie, w którym zmagają się nie jacyś tam piłkarze czy jakieś tam kluby, a właśnie trenerskie umysły. Tak, to musi być kwestia wieku: będąc pięćdziesięciolatkiem trudno już udawać, nie tylko przed światem, ale i przed samym sobą, że mogłoby się biegać równie szybko jak Sterling, podawać równie wizjonersko jak de Bruyne, łapać równie pewnie jak Mendy, robić wślizgi tak ofiarnie jak Kante czy choćby pudłować jak Werner. Będąc mężczyzną w średnim wieku z żadnym piłkarzem się już nie utożsamisz, jedynie, co ci ewentualnie pozostało, to myślenie, że mógłbyś zasiąść na ławce i nimi pokierować – cóż innego zresztą robisz wtedy, kiedy spędzasz długie godziny grając w Football Managera?

Przyznają Państwo jednak, że rozegrany wczorajszego wieczora finał jak mało który w najświeższych dziejach futbolu – przynajmniej spośród meczów najwyższej rangi – sprzyjał takiemu podejściu. Jego głównym tematem nie była przecież konfrontacja największych gwiazd futbolu (owszem, w rankingach najlepszych rozgrywających de Bruyne znalazłby się bardzo wysoko, wśród stoperów z pewnością wyróżniano by Diasa, a wśród defensywnych pomocników – Kante, spisywanego już skądinąd na straty za kadencji dwóch poprzedników Tuchela w Chelsea, ale gdzie im wszystkim do popularności i ekscytacji, jaką budzą starcia Messiego, Ronaldo, Lewandowskiego, Mbappe czy Haalanda?), nie była nim także konfrontacja najsłynniejszych drużyn świata (Real, Barcelona, Manchester United czy Liverpool miały w tym sezonie swoje kłopoty), postawiłbym nawet ryzykowną tezę, że nie była nim także konfrontacja największych pieniędzy (w sumie to pocieszające, że można było w półfinale Ligi Mistrzów wystawić drużynę za pół miliarda euro i przegrać, bo się niechlujnie ustawiło mur…).

Oglądaliśmy ten mecz, fascynowaliśmy się nim, pisaliśmy o nim i czytaliśmy, przede wszystkim z związku ze starciem dwóch trenerów. Mówiliśmy o nim jak o – być może dziwnej nieco, bo rozgrywanej przy pomocy dwudziestu dwóch (jeśli nie liczyć rezerwowych) zaskakująco ruchliwych figur – partii szachów, zaplanowanej i rozgrywanej przez dwóch arcymistrzów. Każdy z pionów, gońców wież czy hetmanów (im dłużej obracam w głowie szachową metaforę, tym łatwiej przypasować mi te określenia do poszczególnych piłkarzy) pełnił przecież na boisku rolę wymyśloną mu i starannie wytrenowaną przez Pepa Guardiolę i Thomasa Tuchela, rozgrywka miała swoje etapy, a momenty improwizacji czy zdania się na błysk geniuszu jednostki były rzadkie – tu wszystko miało się odbyć w ramach struktury, kluczowe było pilnowanie pozycji i przesuwanie całych formacji w skoordynowany sposób, nawet jeśli murawa stadionu w Porto pozbawiona było wyrysowanych na boisku treningowym sektorów, tak kluczowych dla juego de posicion Guardioli, i równie ważnych dla zwycięskiego wczoraj Tuchela.

Nie wykluczam zresztą, że powrót do metafory szachowej zawdzięczam lekturze tekstu Raphaela Honigsteina na portalu The Athletic, jednego z kaskady świetnych artykułów, jakie ukazały się w prasie całego świata przy okazji finału – i tekstu, do którego wielu innych dziennikarzy zajmujących się futbolem w tych dniach nawiązywało, bo zaiste: obraz pogrążonych w wielogodzinnej dyskusji w monachijskim barze trenującego wówczas Bayern Pepa Guardioli i pracującego w Mainz Thomasa Tuchela wydaje się równie inspirujący, jak obraz pogrążonych w równie intensywnej rozmowie żółtodzioba Guardioli z Marcelo Bielsą w górskiej posiadłości tego ostatniego pod Santa Fe. Przysłuchujący się monachijskiej dyspucie szczęśliwcy – opowiadający Honigsteinowi, jak Katalończyk z Niemcem puszczali w ruch solniczki i pieprzniczki, by imitowały ustawienia zawodników w jakichś meczach sprzed lat – mówili o niej jak o iluminacji, jakby niczego dotąd o futbolu nie wiedzieli, choć przecież jeden pełnił w Bayernie funkcje dyrektorskie, a drugi był asystentem trenera.

Chyba nigdy dotąd nie było więc meczu, w którym uwagę do tego stopnia skupiano by na szkoleniowcach. Owszem, boje Guardioli z Mourinho miewały wymiar apokaliptyczny, w Hiszpanii zwłaszcza, ale tam od biedy można było mówić także o konfrontacji Messiego z Ronaldo – i w ogóle gwiazd na boisku biegało jakby więcej niż dzisiaj. W dodatku o spotkaniu Guardiola – Tuchel można było mówić również w kategoriach spotkania mistrza z uczniem: Niemiec często się do doświadczeń Katalończyka odwoływał, a i w grze jego kolejnych drużyn po odejściu z Moguncji fascynację juego de posicion dawało się zauważyć. Zresztą nawet i w czasach, kiedy prowadził ów niewielki, jak na późniejsze miejsca pracy zespół, jego współpracownicy zauważyli, jak spędzał długie godziny, analizując schematy rozegrania poszczególnych akcji przez drużyny Guardioli. A o jego oku do szczegółu mówi inne świadectwo z tamtego czasu, złożone przez dyrektora sportowego Moguncji Christiana Heidla, który zauważył kiedyś, jak zatrudniany przez niego trener klęczał na murawie austriackiego ośrodka treningowego, gdzie przygotowywali się do sezonu, wąchał i mierzył wysokość trawy, by następnie namawiać swoich szefów, by natychmiast zatrudnili faceta, który dbał o tak perfekcyjne przygotowanie boisk.

Nie odbierając niczego perfekcjonizmowi Tuchela – i nie przestając zazdrościć Romanowi Abramowiczowi instynktu, jakim wykazał się zaledwie pięć miesięcy temu zwalniając z pracy Franka Lamparda, a następnie powierzając drużynę Niemcowi – nie sposób jednak nie zauważyć, że Guardiola przegrał ten mecz na własne życzenie. W tegorocznej edycji Ligi Mistrzów tylko raz się zdarzyło, by w środku pomocy MC nie wystąpił któryś z defensywnych pomocników, Fernandinho lub Rodri, a o tym, żeby podopieczni Guardioli do tego stopnia nie panowali nad boiskowymi wydarzeniami, nie było mowy jeszcze nigdy. Owszem, nie byłoby wygranej Chelsea bez heroizmu defensywy, a zwłaszcza bez nadzwyczajnej koncentracji nieustannie nadążającego za Sterlingiem i zawsze trafiającego w piłkę Reece’a Jamesa. Po drugiej stronie niemal równie dobrze z Mahrezem radził sobie Chilwell, a jeśli nawet ofensywnym graczom City udawało się jednak wedrzeć w pole karne, wahadłowych zespołu Tuchela asekurował któryś ze stoperów; nawet kontuzja Thiago Silvy nie zakłóciła funkcjonowania tego mechanizmu. A ile przechwytów zapisał na swoje konto i ile następnie akcji swojej drużyny rozpoczął najlepszy na boisku Kante? Ileż to lat upłynęło od czasu, gdy Claudio Ranieri żartował na temat tego piłkarza, że potrafi wyrzucić piłkę z autu, a następnie dobiec do niej jako pierwszy?

Guardiola widział to wszystko, ale nie reagował. Nie dokonał zmiany po kwadransie, kiedy oczywiste już było, jak niebezpieczne są wyjścia Chelsea i ile zamieszania wywołuje w jego defensywie tyleż nieskuteczny strzelecko, co fenomenalnie znajdujący sobie miejsce między rywalami Werner. Nie był w stanie – jak w drugiej połowie paryskiego półfinału – odzyskać kontroli nad meczem. Fernandinho pojawił się dopiero po godzinie gry, zmiana ta wywołana była zresztą kontuzją de Bruyne i akcje City stawały się już w tej fazie meczu coraz bardziej mechaniczne. Czy to też jedna z trenerskich wad Guardioli, programującego mózgi swoich podopiecznych do tego stopnia, że – jak pisze w „Dziedzictwie Barcelony” Jonathan Wilson – pod wielką presją nie są już w stanie zdobyć się na jakiś przejaw samodzielności?

Pep Guardiola. Człowiek, który z powodzeniem wymyśla piłkę nożną na nowo i przesuwa granice tego, co w niej możliwe. Człowiek, który od dekady nie wygrał Ligi Mistrzów i, szczerze mówiąc, nie wygląda na to, by miał wygrać w przyszłości, nawet jeśli sprowadzi sobie do Manchesteru jeszcze Harry’ego Kane’a.

Czyny i słowa

Dwudziestego siódmego stycznia, w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu, londyński klub piłkarski Chelsea zamieścił na Twitterze pewien film. Pokazując wypełnione po brzegi trybuny stadionu Stamford Bridge, na którym rozgrywa swoje mecze, stawiał pytanie, co by było, gdyby wszyscy ci ludzie świetnie bawiący się tam ludzie nagle… zniknęli. I co by było, gdyby nagle zniknęła cała ludność Londynu. Klubowe gwiazdy – zarówno z drużyny męskiej, jak żeńskiej, czarnoskórzy na równi z białymi, Anglik tak samo jak włoska legenda klubu, będący obecnie asystentem trenera Gianfranco Zola – w najprostszych na świecie słowach tłumaczyły, że w czasie Holokaustu zamordowano sześć milionów niewinnych ludzi. Mężczyzn, kobiet i dzieci. Rodzin, takich jak moja i twoja. Mówili także – każdy w swoim języku – że różnorodność jest czymś, co wzbogaca i czyni nas silniejszymi. Że nie ma wśród nas (w naszej wspólnocie, w naszym społeczeństwie) miejsca na dyskryminację. Że trzeba powiedzieć „nie” antysemityzmowi.

Chelsea – wypada dodać, choć fani angielskiej piłki wiedzą to nie od dziś – jest klubem, którego część kibiców ma z antysemityzmem problem. Na którego stadionie (albo w metrze, podczas drogi na stadion) zdarza się słyszeć piosenki o tym, jak lokalny rywal Tottenham jedzie sobie do Auschwitz, gdzie Hitler go zagazuje. Nie są to oczywiście pieśni śpiewane przez pracowników klubu, nie skandują ich ani nie promują w mediach społecznościowych piłkarze, a i większość fanów Chelsea podobne zachowania potępia – jednak trudno ich nie usłyszeć, i klub nie udaje, że ich nie słyszy. Przed każdym meczem z Tottenhamem na stronie internetowej Chelsea albo w sprzedawanych na stadionie programach pojawiają się przypomnienia, że hasła podżegające do nienawiści na tle rasowym nie są i nie będą przez klub tolerowane. Jeśli do antysemickiego ekscesu mimo to dojdzie, potępienia są ostre i jednoznaczne, a kary (z dożywotnim zakazem stadionowym włącznie) surowe.

Grający przez wiele lat na Stamford Bridge jeden z symboli drużyny Frank Lampard już w 2011 roku stał się twarzą antydyskryminacyjnego filmu skierowanego do kibiców – przygotowanego zresztą przez również poczuwającego się do związków z Chelsea satyryka, Davida Baddiela. W zeszłym roku z wielką pompą zainaugurowano z kolei kampanię „Say no to antisemitism”, w której komitecie honorowym, kierowanym przez prezesa Chelsea, zasiedli Ronald Lauder, a także przedstawiciele Światowego Kongresu Żydów, muzeów żydowskich oraz organizacji upamiętniających ofiary Holokaustu i zajmujących się walką z dyskryminacją. Jeden z ocalałych z Zagłady, Harry Spiro, odwiedził klubowy ośrodek treningowy, by opowiedzieć piłkarzom i sztabowi szkoleniowemu o swoich przeżyciach, inna ocalała, Mala Tribich (podobnie jak Spiro przeszła m.in. przez getto w Piotrkowie) spotkała się z grupą kibiców. Listę wydarzeń związanych z utrwalaniem pamięci o Zagładzie i walką z antysemityzmem, w które zaangażowani są piłkarze i działacze Chelsea, mógłbym mnożyć.

Dlaczego o tym piszę? Nie tylko dlatego, że natrafiłem wczoraj na wiadomość, iż prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko kilku kibicom Wisły Kraków, hajlującym w trakcie ubiegłorocznego meczu z Miedzią Legnica, a kiedy pozwoliłem sobie skomentować ten fakt na Twitterze, nieźle oberwałem od fanów Białej Gwiazdy. Także dlatego, że wystarczająco długo chodzę po ulicach Krakowa, by wiedzieć, że klub z Reymonta – podobnie jak Chelsea właśnie – ma problem z antysemityzmem jakiejś części swoich kibiców.

Chcę być dobrze zrozumiany: nie piszę o klubie i jego pracownikach, nie piszę o piłkarzach, piszę o jakiejś części kibiców. Dla mnie jednak wystarczająco zauważalnej, bym – w imię wiary w społeczną odpowiedzialność futbolu – ośmielił się podsunąć nowym władzom Wisły pomysł na stawienie problemowi czoła. Widziałem kilkanaście dni temu znakomity film, który przygotowali, by fani klubu wykupili karnety na rundę wiosenną. Film apelujący do emocji, wzruszający, operujący językiem wartości, pokazujący ciągłość tradycji. Film zmuszający do refleksji nad tym, czym jest prawdziwa rodzina i prawdziwa odpowiedzialność? Czym jest poświęcenie i duma? Czym wierność? Obejrzałem go właśnie po raz kolejny i jestem przekonany, że nic nie stoi na przeszkodzie, by nakręcono sequel, z tymi samymi bohaterami nawet, w równie prostej formie mówiący, że trzy ćwiartki wieku po Auschwitz i kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz antysemityzm jest obrazą dla rozumu i serca.

Wiele się dzisiaj mówi o nowym otwarciu w Wiśle. O wiarygodności kierujących nią ludzi. O wielkim geście Jakuba Błaszczykowskiego, który wsparł klub w dramatycznym momencie (jemu zresztą, po latach spędzonych w Dortmundzie, nie trzeba tłumaczyć, jaką rolę piłkarze mogą i powinni odgrywać w kampaniach antydyskryminacyjnych, i że piłka z faszyzmem nigdy nie idą w parze). Może to dobry moment, by przy Reymonta zrobiono jeszcze jedną dobrą rzecz. Nie mam złudzeń, że dzięki temu antysemityzm od razu przestanie być problemem Wisły, Krakowa i Polski, ale na Błoniach na pewno będzie się oddychało trochę lżej.

Cudowny chłopak

Najlepsze, że oni wcale nie grali dobrego meczu, a raczej, że wielu z nich zagrało poniżej poziomu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Dembele był wolniejszy niż zwykle – zamiast przenosić akcje sprzed własnego pola karnego pod bramkę rywali, w pierwszej połowie gubił się i wikłał w bezproduktywnych raczej zwarciach. Osamotniony po lewej stronie Davies zostawiał Mosesowi hektary wolnego miejsca (Alonso w pierwszej fazie meczu również zaskakująco łatwo przedzierał się prawą). Sona w zasadzie nie było – ani wtedy, gdy grał na środku, ani po zmianie pozycji z Lamelą i zejściu na prawą. O postawie Llorisa przy golu dla Chelsea nie ma co nawet mówić (to był jego czwarty błąd w tym sezonie, skutkujący utratą gola, tylko Begović i, ekhem, Cech, zrobili więcej), a Sanchez, jak zwykle, interwencje kapitalne i ofiarne przeplatał chwilami gapiostwa; po tym, jak Alderweireld grał już nie tylko w Pucharze Anglii, ale i meczach reprezentacji Belgii, w meczu o taką stawkę doprawdy wolałbym widzieć raczej jego.

Widać z tego, że problemy Chelsea są dużo poważniejsze – zarówno te natury ogólnej, kryzysu formy ostatnich miesięcy i spekulacji wokół przyszłości trenera, jak bieżące, związane choćby z nieobecnością w wyjściowym składzie Courtois i Pedro czy brakiem wartościowych zmienników na ławce. O podaniach Fabregasa można powiedzieć mnóstwo dobrego, ale nikt się chyba nie spodziewał, że Hiszpan będzie w stanie nawiązać walkę z niezmordowaną drugą linią Tottenhamu. Również Hazard, często podwajany przez rywali, odbijał się od nich jak piłeczka. O akcji, która przyniosła gościom wyrównanie warto byłoby mówić nawet bez arcydzielnego uderzenia Eriksena: o tym, jak Davies z Allim przycisnęli Mosesa przed polem karnym Chelsea, jak odwojowali piłkę i jak z sytuacji beznadziejnej zrobiła się znakomita. Podobnie komplementować można tytanicznie pracującego Lamelę: żaden inny zawodnik nie miał tylu wślizgów, żaden inny nie biegał tak między rywalami, żaden inny, dodajmy, nie używał tak często łokci w sytuacjach nieoczywistych. To dziś jedna z kluczowych różnic między tymi dwiema drużynami – ta północnolondyńska kolejny już sezon świetnie wie, co robi, i o co gra. Od tamtej „bitwy na Stamford Bridge”, kiedy goście stracili panowanie nad sobą i resztki szans na odebranie Leicester mistrzostwa kraju, minęła epoka; szczerze mówiąc ów mecz wydaje się równie odległy jak tamten sprzed 28 lat, ostatni wygrany tutaj przez Tottenham w lidze. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że w składzie Chelsea nie ma już tych wszystkich speców od ogrywania Tottenhamu; speców, których symbolem mógłby być chociażby John Terry. Coś pękło, coś się skończyło.

Zostawmy jednak Chelsea z jej kłopotami, niechże na ratunek przychodzą Guus Hiddink albo Carlo Ancelotti. Skupmy się na tym, o którym głośno było przez cały miniony tydzień, z racji tego, że w reprezentacji Anglii pierwsze skrzypce grali inni zawodnicy, i że jej selekcjoner uznał za stosowne przestrzec go w kwestii miejsca w wyjściowej jedenastce podczas zbliżających się mistrzostw świata. Zauważmy: jeśli zsumować gole i asysty z tego sezonu, Dele Alli ma ich 24, o 6 więcej od tego, który wypchnął go ze składu Anglików, Jessego Lingarda. Czy naprawdę można mówić o słabszej formie piłkarza, który zdobywa bramki w momentach i meczach absolutnie kluczowych, wszystko jedno – z Realem, czy z Chelsea? Który wykazuje się takim opanowaniem, taką koordynacją i taką techniką, zarówno obiegając Azplicuetę i dochodząc do długiego, przypominającego nieco podania Alderweirelda, zagrania Erica Diera, jak potem przyjmując piłkę i następnie przerzucając ją nad Caballero? Który odnajduje się później w polu karnym, jako pierwszy dopadając do piłki, przekładając ją – mimo gęstniejącego tłoku – z prawej na lewą nogę i strzelając trzeciego gola dla Tottenhamu? Jeśli pisze się o nim z powodów czysto sportowych, czyli pomijając wszystkie te symulacje i zwarcia z rywalami, i zostawiając na boku jego życie osobiste, podkreśla się zwykle zamiłowanie do sztuczek miłych dla oka – tych wszystkich zakładanych rywalom siatek czy zagrań piętą – ale dziś Mauricio Pochettino mówił, że jego największy talent polega na zaatakowaniu pola karnego z drugiej linii. O tym, jak Argentyńczyk prowadzi swoją młodą gwiazdkę, jak konsekwentnie ją wspiera na konferencjach prasowych po kolejnych żółtych kartkach za symulowanie, jak mobilizuje go mówiąc choćby, że uważa go za najlepszego 21-latka na świecie, można by napisać niejedno. Dziś Alli zagrał setny mecz w Premier League – spotkałem gdzieś statystykę, mówiącą, że w trakcie tych stu spotkań przyłożył się do sześćdziesięciu bramek dla Tottenhamu. Ciąg dalszy nastąpi.

O ileż przyjemniej niż o jednostkach mówić jednak o drużynie. Pochettino opowiadał po meczu, że w przerwie skupił się na znalezieniu piłkarzom lepszych pozycji – tak, żeby ściślej współpracowali, szybciej operowali piłką, byli nieco bardziej agresywni i lepiej przechodzili z fazy obrony do ataku (w tym punkcie w trakcie pierwszej połowy Chelsea niewątpliwie biła ich na głowę). Dobre to było: przejście Eriksena z lewej do środka, Lameli z prawej na szpicę, Allego z „dziesiątki” na lewą stronę i Sona ze szpicy na prawą; żeby wygrać, nie trzeba było wcale Harry’ego Kane’a. Mit, że mamy do czynienia z zespołem jednego piłkarza, runął już jakiś czas temu, ale dziś padły kolejne: o niezdobytym Stamford Bridge, o tym, że Tottenham ma kiepskie wyniki w meczach z bezpośrednimi rywalami, i że Alli jest w kiepskiej formie. Niby wiem, że z tą drużyną wszystko wydaje się możliwe, niemniej zaryzykuję to zdanie: wygląda na to, że trzeci rok z rzędu zagra w Lidze Mistrzów – w Anglii tylko Manchester City w tym czasie prezentuje podobną formę, a inwestycji obu drużyn nie sposób przecież porównać. On jest magikiem, ty wiesz, śpiewają kibice o Mauricio Pochettino i mają cholerną rację.

Chelsea-Arsenal, czyli mistrzostwo jest gdzie indziej

Momenty były. Akcja Iwobi-Bellerin, efektowna wymiana z pierwszej piłki, zakończona niecelnym strzełem Welbecka. Akcja Ramsey-Bellerin i uderzenie Lacazette’a, obronione przez Courtois. Uderzenia Ramseya w słupek i nieudana dobitka Lacazette’a. Doskonałe podanie Fabregasa do Pedro i dobra interwencja Czecha. Jeszcze lepsza interwencja Czecha już w drugiej połowie, po solowej akcji wprowadzonego kilka minut wcześniej Hazarda. Parę podań Fabregasa, przecinających linie obronne Arsenalu. KIlka pojedynków Moraty z – naprawdę dobrym dziś – Mustafim. Jak zwykle pracowity w środku pola Kante.

Że hit rozczarował? No, zależy kogo. Po pierwsze, wiadomo: gole są przeceniane. Po drugie, gdybym był kibicem Arsenalu, zachwycałbym się tym, jak ciężko potrafią pracować dla drużyny Iwobi, Welbeck i Lacazette, i jak skoncentrowani mogą być (szkoda, że tak rzadko…) podczas walki o środek pola Ramsey i Xhaka. Zważcie: ten remis nie został przez Chelsea podarowany, został przez Arsenal wywalczony, i to wywalczony bez kontuzjowanego Ozila i z pozostawionym na ponad godzinę na ławce Sanchezem. Może nawet można zaryzykować zdanie, że nieobecność Niemca tak naprawdę przysłużyła się Kanonierom, że etos pracy defensywnej u Ozila od bardzo dawna pozostaje w zaniku. Taki Arsenal – wciąż potrafiący zagrać efektowną akcję z pierwszej piłki (patrz szarże Bellerina), solidny w defensywie i agresywny w walce o piłkę, o czym przekonywali się mocno poturbowani Pedro czy Moses, mógłby daleko zajść, gdyby… no, gdyby nie był Arsenalem właśnie. Czytaj dalej

Ani słowa o Wembley, czyli dlaczego Tottenham przegrał z Chelsea

Najgorsza w kibicowaniu Tottenhamowi, to znaczy temu nowemu Tottenhamowi, temu od Pochettino, a nie temu, który pamiętam z poprzedniego ćwierćwiecza, jest konieczność przyglądania się czasem, jak marnuje się tyle ciężkiej pracy. W mecz z Chelsea przecież włożono tyle wysiłku, stworzono tyle sytuacji, tyle się nabiegano i tyle czasu utrzymywano się przy piłce, a przy tym wykorzystano tyle pieczołowicie wypracowywanych na treningach schematów… wszystko nadaremnie.

Ani słowa o Wembley. To nie ze względu na rozmiar boiska przegrali, choć jest o pięć metrów dłuższe i o metr szersze niż White Hart Lane (może prędzej ze względu na atmosferę, którą daremnie usiłował podkręcić puszczany z głośników bęben…), ba: powiedziałbym raczej, że choć istotnie w pressingu trzeba na tym stadionie nabiegać się więcej, to jego rozmiar powinien także sprzyjać rozwinięciu skrzydeł, całkiem dosłownie zresztą, bo akcji oskrzydlających w wydaniu Tottenhamu było jak na lekarstwo, a Trippier dośrodkował w pole karne bodaj tylko raz. Dlaczego zatem przegrali? Czytaj dalej

Przewodnik po Premier League, v. 17/18

Mistrzostwo gdzieś w Manchesterze, zostawmy na razie na boku kwestię, po której jego stronie. Rozczarowanie w północnym Londynie – też na razie pomińmy, gdzie dokładnie (najprawdopodobniej zresztą i tu, i tu). W Liverpoolu w obu przypadkach dobrze: na miarę możliwości czy wręcz powyżej oczekiwań. W sercu Londynu rozczarowanie, bo przecież tytułu nie da się obronić…

Piszę ten przewodnik po raz dziesiąty i po raz dziesiąty, zanim przechodzę do sedna, przeglądam jego stare wydania, a w nich – wszystkie swoje pomyłki w prognozach. Rekordowe były oczywiście te sprzed dwóch lat, kiedy (w doskonałym eksperckim gronie skądinąd) jako faworyta do mistrzostwa wskazywałem Chelsea, a murowanego kandydata do spadku widziałem w Leicester, tymczasem dziesięć miesięcy później to Leicester sięgało po tytuł, a Chelsea, już bez Jose Mourinho, dźwigała się jakoś z walki o utrzymanie, by ostatecznie skończyć sezon w środku tabeli. Ostatnim razem aż tak malowniczych wpadek nie było, ale przecież i tak spodziewałem się, że Mourinho ze Zlatanem i Pogbą osiągnie w lidze dużo więcej, i że trenerski debiut Guardioli na Wyspach również okaże się bardziej efektowny.

Na początek proszę więc czytających o to samo przymrużenie oka i dystans, jakie cechują piszącego – zwłaszcza że trudno o precyzyjne prognozy na dwa tygodnie przed zakończeniem okienka transferowego. Inna sprawa, że wiele czołowych klubów dokonywało kluczowych zakupów jeszcze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego (ale też przed „efektem Neymara”, który zapewne uruchomi drugą falę transferowego szaleństwa w największych klubach Europy – gdy piszę te słowa Liverpool ostro oświadcza, że nie odda Barcelonie Coutinho, ten zaś prosi ponoć o wpisanie na listę transferową) i że generalnie po wydarzeniach ubiegłorocznych liga wydaje się znacznie bardziej przewidywalna. Jeśli o Premier League w ogóle można wypowiedzieć takie zdanie, wypowiedzmy je teraz, na samym początku, zanim zdążymy pożałować – chodzi w każdym razie o to, że inaczej niż w poprzednim sezonie we wszystkich najważniejszych klubach pracują trenerzy, którzy zdążyli już zapuścić korzenie: poznać zarówno Premier League w ciągu pełnego sezonu, jak poznać klub i piłkarzy. I że niemal wszystkie największe gwiazdy przystępują do rozgrywek wypoczęte, bez jakiegoś dodatkowego wakacyjnego turnieju typu mundial czy Euro w nogach (pamiętam oczywiście o udziale Sancheza w Pucharze Konfederacji i o tym, że swoje turnieje rozgrywali też zawodnicy młodzieżówek, którzy jednak w większości dopiero walczą o miejsca w wyjściowych jedenastkach swoich drużyn). Do objazdowego cyrku, w którym wzięły udział wszystkie czołowe drużyny, podróżując po Azji i Ameryce w poszukiwaniu na tych wschodzących piłkarsko rynkach zaplecza promocyjno-finansowego, wszyscy zdążyli już przywyknąć – trudno więc uznać, by ktoś z ich powodu miał teraz wyraźnie słabszy start do sezonu.

Wszyscy zdążyli też przywyknąć do napięć Mourinho-Guardiola albo rozważań o końcu kariery Arsene’a Wengera. Co ważniejsze, wszyscy pogodzili się również chyba z faktem, że Anglia jest wyspą: znakomicie opłacani piłkarze i trenerzy obchodzącej z wielką pompą jubileusz ćwierćwiecza Premier League grają jednak w – zgoda, nadmuchanej z najkosztowniejszego mydła (aż dwanaście z trzydziestu najbogatszych klubów świata, ujmowanych w rankingu Deloitte’a reprezentuje angielską ekstraklasę), ale jednak bańce, poza którą toczy się prawdziwe życie. I nie mam na myśli tylko głośnych transferów, wyników, jakie drużyny z Anglii osiągały ostatnimi czasy w Lidze Mistrzów, albo przepaści, jaka – zwłaszcza w pierwszej połowie – dzieliła w meczu o Superpuchar Europy Manchester United od Realu. Po ciekawostki taktyczne, po świeżość trenerskiej myśli, po intensywność, z jaką rozgrywane są mecze, coraz częściej zaglądać trzeba np. na boiska Bundesligi.

Co nie znaczy przecież, że będziemy się nudzić. Że faworyci nie będą tracić punktów na boiskach jakiegoś Bournemouth, Burnley czy Huddersfield. Że mecze kończone wynikami 4:3 czy 5:4 należeć będą do rzadkości. Że walka o tytuł króla strzelców nie będzie równie zacięta jak przed rokiem. Że Mauricio Pochettino, kolejny raz wydając znacznie mniejsze pieniądze na zakupy (na razie nie wydał ani funta!) i pensje, nie pokaże potentatom, że sztuka trenowania ma równie wielki sens jak sztuka kupowania. Że nie kłócić się będziemy o decyzje sędziów (VAR zostanie wprowadzony na razie w meczach Pucharu Anglii; będą za to surowsze kary za nurkowanie)…

Do rzeczy jednak.

Czytaj dalej

Jamnik, szafa i Marshall Janson

What a difference a day makes, Mauricio. Przecież gdybym miał pisać tekst o Twoim Tottenhamie jeszcze przed wczorajszym półfinałem Pucharu Anglii, krztusiłbym się od komplementów i bombardował czytelników statystykami. Przypominałbym np., że Twoi piłkarze strzelili 97 goli w 46 meczach (rok temu w 53 spotkaniach bramek było 95; po Chelsea, w meczu 47., jest ich już 99). Albo że 71 punktów w 32 meczach to już o punkt więcej niż w całym poprzednim sezonie. Albo że Kane trzeci rok z rzędu przebił sufit dwudziestu bramek, stając w jednym szeregu z Henrym, Shearerem i van Nistelrooyem, a jeśli idzie o liczbę 69 bramek w 110 meczach – zrównał się z Suarezem. Zauważałbym jednak, że ciężar strzelania goli nie spoczywa tylko na nim – dwa razy kontuzjowany, był godnie zastępowany przez kolegów. Licząc wszystkie mecze Anglik ma przecież 26 goli i 5 asyst, Alli – 20 goli i 11 asyst, Son – 13 goli i 8 asyst, Eriksen zaś – 11 goli i 20 asyst (żaden piłkarz z pięciu czołowych lig Europy nie ma w tym sezonie tylu ostatnich podań, co Duńczyk). Pisałbym też, że Twoi podopieczni ośmiokrotnie strzelali po cztery bramki w meczu ligowym. I że na White Hart Lane nie przegrali w Premier League ani razu (prawdziwa twierdza: 19 wygranych, 2 remisy, gole 60-11 i 14 czystych kont). Że mają różnicę bramek 46 na plus. Że siedem meczów ligowych z rzędu ostatni raz wygrali w 1967 roku. Czytaj dalej

Uważajcie na głowy

Tragiczny wypadek z udziałem Ryana Masona (podczas meczu Chelsea-Hull zderzył się głowami z Garym Cahillem, stracił przytomność, a później okazało się, że ma pękniętą czaszkę) w wielu miejscach przedstawia się jako… sukces Premier League: mówi się o wzorowym działaniu służb medycznych, błyskawicznym transporcie do szpitala, udanej operacji, a nawet perspektywach powrotu 25-letniego piłkarza na boisko. W tle pozostaje pytanie o – również poszkodowanego – Gary’ego Cahilla. Trenerowi Chelsea, Antonio Conte, wypsnęło się na pomeczowej konferencji, że jeszcze w przerwie meczu jego kapitan po zderzeniu z piłkarzem Hull nie czuł się dobrze („After the first half, it wasn’t really good with Gary, but we decided to continue with him”).

Dla mnie te słowa przeczą propagandzie, którą uruchomiono po wypadku na Stamford Bridge. Czytaj dalej

Drużyna Tottenhamu w listopadzie

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która – w szczęśliwych zresztą okolicznościach – zdobywa wyrównującą bramkę podczas wtorkowego meczu Ligi Mistrzów z Monaco, po czym… traci kolejnego gola od razu po wznowieniu gry od środka. Pamiętna analiza Gary’ego Neville’a (pokazującego, jak kiedyś po rozpoczęciu drugiej połowy meczu z Newcastle pogrążeni w rozmowach piłkarze Tottenhamu poprawiali jeszcze ochraniacze i getry, gdy na ich bramkę sunął mający zakończyć się golem atak) zyskała właśnie nowy kontekst. Równie przykry.

Tottenham to jednak stan umysłu. Pokażcie mi drugą taką drużynę, która w meczu z liderem tabeli, będącym w dodatku w nadzwyczajnej formie (sześć zwycięstw z rzędu, i to bez utraty bramki) dominuje przez czterdzieści kilka minut, by nagle odpuścić krycie jednego zawodnika, dać sobie strzelić gola do szatni i roztrwonić tym samym cały włożony wcześniej wysiłek.

Może to listopad, może to krakowski, mocniejszy zdecydowanie od londyńskiego, smog, ale czarno widzę. Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, po tym, jak rywale się rozpędzili i jeszcze rozpędzają, Tottenham ma problemy, jakich pod tym trenerem jeszcze nie miał. Czytaj dalej

Mourinho na tarczy

W mającej się za chwilę ukazać po polsku biografii Cristiano Ronaldo pióra Guillema Balague’a (wpadam tu tylko na chwilę, robiąc sobie przerwę w pisaniu tekstu o Portugalczyku, którego za paręnaście dni nie obejrzymy z trybun przy Łazienkowskiej) natrafiłem na zdanie, że nie ma złych piłkarzy, lecz jedynie tacy, którzy nie pasują do zespołu, co zresztą jak nikt inny potrafił rozpoznawać Alex Ferguson. Zastanawiam się, czy zdanie to daje się zastosować także do trenerów – nie ma złych, są jedynie tacy, którzy nie pasują do pewnych klubów, i czy będzie się ono stosowało do Jose Mourinho i Manchesteru United. Jesteśmy bowiem w momencie zaiste fascynującym: wszystkie narracje na temat Portugalczyka, napisane przed i w pierwszych tygodniach sezonu (czy nie miał to aby być sezon bitwy o Anglię, której najważniejsze epizody rozegrają się w Manchesterze?), rozsypują się na naszych oczach, a co będzie dalej, nie wiemy. Wiemy jedynie, że jego metody (chwilowo?) nie działają; że solidność defensywy na przykład, tak dająca się we znaki w poniedziałek graczom Liverpoolu, w meczu z Chelsea zdawała się być jedynie odległym wspomnieniem, podobnie jak niezła gra Pogby we czwartek w meczu z Fenerbahce czy świetna forma strzelecka Ibrahimovicia z pierwszych tygodni sezonu. Okazuje się, że problemów Mourinho ma dużo, dużo więcej niż to, co zrobić z Rooneyem, i chyba nie wszystkie da się wytłumaczyć spiętrzeniem meczów w kalendarzu, tym, że misternie utkany plan na ten mecz spruł się doszczętnie już w 29. sekundzie, albo tym, że sędzia nie wyrzucił z boiska Davida Luiza. Czytaj dalej