Archiwum kategorii: Champions League

Mecz, w którym nikt nie wygra

Dwanaście najbogatszych klubów piłkarskich zapowiedziało powołanie europejskiej superligi, z której nie można spaść – ale w której można świetnie zarobić, pod warunkiem, że jest się jednym z dwunastu. To jeden z największych kryzysów w dziejach futbolu.

Na początku wszyscy mają to samo marzenie. Bardzo często bierze się ono jeszcze z pierwszych lektur dzieciństwa, albo lepiej: z pierwszych doświadczeń dzieciństwa, wywiedzionych z jakiegoś placyku za blokiem, położonego na terenie czegoś, co – zanim wszystko zabudował jakiś deweloper – było ogródkiem jordanowskim. Spotykająca się tam gromada dzieciaków najczęściej nie jest wystarczająco liczna, by stworzyć drużynę, ale i tak nie przeszkadza jej to po powrocie do domu, kiedy już zdoła jako tako domyć nogi i opatrzyć poobcierane kolana, śnić o tym, że kiedyś w przyszłości zagra razem na Camp Nou, Maracanie albo (najlepiej) Wembley. Sytuacja pewnego biednego chłopa, chałupnika nazwiskiem Kłapacz, wydaje się o tyle prostsza, że ma jedenastu synów. Długo nie wie, co z nimi zrobić, aż wreszcie tworzy z nich drużynę. Ładny, równy kawałek łąki przy domu zamienia na boisko, sprzedaje kozę, kupuje dwie piłki i chłopcy rozpoczynają treningi. Najstarszy Janek, chłop jak drąg, idzie na bramkę, dwóch najmłodszych, Franka i Jurka, którzy byli drobni i zwinni, Kłapacz stawia na skrzydłach.

Żadnych marzeń

Tak, wbrew pozorom, streszczając pierwszy akapit „Klaupzubowej jedenactki” Eduardo Bassa, którą w przekładzie Zdzisława Hierowskiego i z ilustracjami Franciszka Seiferta Wielkopolska Księgarnia Wydawnicza opublikowała 72 lata temu w nakładzie 5000 + 500 egzemplarzy, jestem w samym centrum rozważań nad sensownością tworzenia przez dwanaście najbogatszych klubów świata tak zwanej Europejskiej Superligi.

I nie, nie chodzi tylko o to, że w powieści Bassa (o tym, że należałoby ją wznowić, wiekopomny tekst napisał kiedyś Marek Bieńczyk) jedenastu braci Kłapaczów zagra i wygra z Barceloną. Nawet gdyby jej się to nie przydarzyło, podobnie jak nie przydarzyło się to przecież bohaterom innej dla niejednego kibica z tej części Europy formacyjnej lektury, czyli Bahdajowskiego „Do przerwy 0:1” – sama możliwość takiego zdarzenia jest sednem sportowej rywalizacji, w której nie tylko można przejść wiele szczebli ligowej piramidy, ale i w jednym meczu ograć potentata, żeby nie wiem, jak wielka byłaby jego sława i wielkie pieniądze.

Otóż w świecie, do którego zmierza dziś futbol – a przynajmniej w świecie, który kreuje owych dwanaście Klubów Założycieli – podobne przypadki mają być niemożliwe. Niemożliwe ma być to, że ni stąd, ni zowąd zabawę prezesom kilkunastu, ekhem, superklubów popsuje jakieś Leicester, które w 2016 r. po szalonym sezonie i wbrew wszelkim spodziewaniom (bukmacherzy obstawiali 5000:1, tyle co za znalezienie żywego Elvisa) nie dość, że nie zechciało posłusznie spaść z angielskiej ekstraklasy, to jeszcze ją wygrało, awansując tym samym do przynoszącej największe jak dotąd zyski w europejskim futbolu, najchętniej oglądanej, organizowanej przez UEFA Ligi Mistrzów – i pozbawiając tym samym miejsca wśród elity jakiegoś potentata.

Mówiąc prościej: niemożliwe ma być to, że na piłkarski szczyt – tam, gdzie spoczywają najbardziej wymarzone w piłce klubowej trofea i powiązane z nimi pieniądze z premii od sponsorów czy praw do transmisji telewizyjnych – zdoła wspiąć się ktoś, kto wprawdzie chce bardziej, kto mocniej wierzy i jest odważniejszy niż pozostali, ale po prostu nie ma kasy.

Jasne, już teraz było to utrudnione, by nie rzec: niemal nieprawdopodobne. Jasne, przewaga finansowa tych wielkich powodowała, że dla większości małych i średnich drużyn sny o potędze pozostawały jedynie snami. Ale przecież wciąż się zdarzało. W sezonie 2018/2019 młoda – i chwilę później rozkupiona przez gigantów – drużyna Ajaksu Amsterdam, w rankingach najbogatszych tułająca się gdzieś w trzeciej czy czwartej dziesiątce, awansowała aż do półfinału Ligi Mistrzów, ogrywając po drodze najbogatszy w świecie Real i nieco tylko mniej zamożniejszy Juventus. W tym roku Juventus dostał baty od FC Porto, w ubiegłym z Manchesterem City poradzili sobie ubożsi krewni z Olympique Lyon; przykłady można mnożyć, pewnie najbardziej spektakularnymi są te z rozgrywek pomniejszych od Ligi Mistrzów, tzw. Ligi Europejskiej, gdzie dzisiejszy Klub Założyciel superligi, Tottenham, nie był w stanie poradzić sobie przed miesiącem z Dynamem Zagrzeb, a inny Klub Założyciel, Arsenal, do ostatnich chwil drżał o wynik dwumeczu ze Slavią Praga.

Rzecz w tym, że teraz podobne boje mają być już ostatecznie niemożliwe. Żadnych marzeń, chłopaki z ogródka jordanowskiego. Nie wpuszczą was na salony. Z superligi nie będzie się dało spaść, jak się jest Klubem Założycielem, a kryteria awansu do niej, tzn. rozszerzenia listy tworzących ją drużyn do dwudziestu, z pewnością zostaną skonstruowane tak, by żaden kopciuszek się nie prześlizgnął. Założenie sportowej rywalizacji, w której najlepsi wygrywają, najsłabsi odpadają, na ich miejsce czekają kolejni itd., ma zostać jednym ruchem unieważnione.

Kasa, misiu

Zdążyliśmy to już zasugerować: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. W piłce czasów pandemii jest ich znacznie mniej, w dodatku niektóre Kluby Założyciele (czuję, że będę tę frazę powtarzał, uparcie stosując wielkie litery, żeby podkreślić kuriozalność sytuacji, w której niektórym z nich do sportowej wielkości bardzo daleko) mają swoje kłopoty: wykosztowały się, jak Tottenham, na nowy stadion i nie dość, że nie mają spodziewanych zysków z biletów, to jeszcze kolejny sezon idzie im tak źle, że znowu nie awansują do Champions League i muszą ponosić koszty zwolnienia trenera-celebryty José Mourinho; skądinąd dziw bierze, że został w ogóle zatrudniony.

O tym, że podobnie kiepsko radzi sobie na boisku inny Klub Założyciel, Arsenal – już wspomniałem, w ogóle na sześć zakładających superligę angielskich klubów dzisiaj tylko dwa są pewne gry w przyszłorocznej Lidze Mistrzów, jeśli oczywiście będzie istniała. AC Milan pod górkę miał od dobrych paru lat, ale teraz w lidze włoskiej zajmuje drugie miejsce – o grę w Lidze Mistrzów nie musiałby się martwić, no ale w superlidze może zarobić więcej.

Podobnie Manchester United, Chelsea, przechodzący kryzys ubiegłoroczny mistrz Anglii i niedawny zwycięzca Ligi Mistrzów Liverpool, oraz pozostali – z największymi, jeśli idzie o tak zwaną moc marki, Realem i Barceloną na czele. W ligach krajowych i w Europie idzie im ze zmiennym szczęściem, zmieniają trenerów, drżą o przyszłość, a tutaj na wejście mają dostać – bagatela – trzy i pół miliarda euro do podziału; tyle, ile dzielą dziś WSZYSTKIE kluby występujące w europejskich pucharach. Kwota tym bardziej niebagatelna, że WSZYSTKIE Kluby Założyciele zakończyły sezon 2019/20 – z którego pochodzą ostatnie dane finansowe – na minusie, niektóre (jak Barcelona, Manchester City, Juventus, Milan) przekraczającym 150 milionów euro. O długach Barcelony mówi się, że przekraczają miliard euro.

Rzecz w tym, iż pozycję w świecie współczesnej piłki Kluby Założyciele mają taką, że ich prezesom wydaje się, iż mogą dyktować warunki. To trochę jak z Barceloną i grającym w niej Messim: jeśli szukająca dodatkowych źródeł finansowania drużyna wyrusza na zagraniczne tournee, ma dwie stawki za rozegranie meczu towarzyskiego, podstawową i czterokrotnie wyższą, jeśli zagra Argentyńczyk. Większość kibiców współczesnej piłki – zdają się rozumować twórcy superligi – nie jest już, jak niegdyś, związana sercem z klubami z miasta czy regionu, którym pozostaje wierna niezależnie od tego, jak wyglądają sprawy na boisku. Ci ludzie chcą rozrywki, której mają dostarczać największe gwiazdy futbolu – te, które już znają, i w koszulkach, do których już przywykli. Ajax czy Porto mają, owszem, historyczne zasługi, ale w dzisiejszych czasach do elity futbolu już nie należą, nie życzymy więc sobie, by pozbawiały miejsca w ćwierć- czy półfinałach największych piłkarskich rozgrywek kontynentu któryś z Klubów Założycieli.

Jeśli więc Kluby Założyciele decydują się na taki ruch, to dlatego, że czują oparcie nie tylko w potencjalnych sponsorach czy platformach medialnych zainteresowanych pokazywaniem ich meczów: czują oparcie wśród konsumentów produktu zwanego niegdyś futbolem; konsumentów, dodajmy, nie tylko ze Starego, nomen omen, Kontynentu. Zwłaszcza, że model biznesowy, na jaki stawiają, został już przecież przećwiczony w USA, skąd bierze się coraz więcej inwestorów popatrujących na świat piłki: w koszykarskiej lidze NBA czy organizującej rozgrywki futbolu amerykańskiego NFL. Pierwsze wieści z giełd, na których notowane są Kluby Założyciele, mówią o wzroście ich akcji.

Samo zło

Na razie do kartelu – ta nazwa wydaje się jednak bardziej adekwatna – nie przystąpiły trzy spośród najbogatszych klubów świata, ale (cóż za niespodzianka…) przedstawiciele superligi zapowiadają, że trzy kluby mają dołączyć w najbliższych dniach, a tak w ogóle, łaskawcy, mają oprócz tego jeszcze wspomniane pięć miejsc dodatkowych. Z trójki nieobecnych szef Paris Saint-Germain Nasser Al-Khelaifi ma nieprzyjemność pełnić obowiązki wiceprezesa najbardziej stratnej na powstaniu superligi i monopolizującej Ligę Mistrzów UEFA, a co do Bayernu i Borussii Dortmund wygląda na to, że inne relacje między zarządami klubów i kibicami w Niemczech przyhamowały tymczasem ich mocarstwowe zapędy – ale trudno mieć wątpliwości, że gdy rozgrywki Champions League stracą kompletnie na znaczeniu, i one nie będą miały wyjścia; na tym polega piekielny pomysł superligi, że wydaje się skazany na (rynkowy) sukces. W tym po prostu nie można nie uczestniczyć, jeśli (rynkowo) chce się liczyć w piłce nożnej. 

Warto też pamiętać, że twórcy obecnego systemu europejskich rozgrywek – organizowanego przez UEFA, sponsorowanego przez Gazprom itd. – nie wywodzą się bynajmniej ze szkółek niedzielnych. Powołanie superligi ogłoszono na kilkadziesiąt godzin przed zapowiadanymi już reformami rozgrywek Ligi Mistrzów, również zmierzającymi do wzmocnienia pozycji superklubów, choć w sposób nie aż tak radykalny. Ci, którzy grzmią, że teraz dwunastkę Klubów Założycieli należy wykluczyć nie tylko z europejskich rozgrywek organizowanych przez UEFA (z których, prosta rzecz, sami zrezygnowała), ale także z lig krajowych, w których nadal chciałaby uczestniczyć, a ich piłkarzy dodatkowo ukarać pozbawieniem prawa do gry w międzynarodowych turniejach – również nie bronią dobrej sprawy, ale jednak wciąż jeszcze bardziej sprawiedliwej niż pomysł na superligę.

Możliwe zresztą, choć coraz mniej prawdopodobne, że bomba, jaką odpaliła ta parszywa dwunastka ma być jedynie środkiem nacisku na UEFA, by zwiększyła jej przywileje i że w najbliższych tygodniach wypracowany zostanie jednak jakiś rodzaj – z pewnością jeszcze bardziej zgniłego niż wszystkie dotychczasowe – kompromisu.

Reality show

No i cóż Ty na to, biedny kibicu, który wcale nie marzysz o tym, by w kółko oglądać mecze Juventusu z Barceloną czy Realu z Manchesterem United? Cóż Ty na to, kibicu, który wierzyłeś, że kiedyś w Lidze Mistrzów zobaczysz Cracovię albo Wisłę? Który ściskałeś kciuki, by haendlowski hymn tych rozgrywek puszczono Łukaszowi Fabiańskiemu, grającemu w raczej broniącym się przed spadkiem z angielskiej ekstraklasy West Hamie, a dziś zajmującym w tabeli miejsce pozwalające poważnie myśleć o Champions League?

Jak napisał Jonathan Liew w „Guardianie”, pomysł utworzenia zamkniętej na rywalizację z innymi drużynami superligi mógł narodzić się jedynie w głowach ludzi, którzy tak naprawdę nienawidzą piłki nożnej – z jej nieprzewidywalnością i z tym, że grając na podwórku naprawdę możesz marzyć, iż któregoś dnia zagrasz z przyjaciółmi z tegoż podwórka na największym stadionie świata. Z perspektywy ich gabinetów takie marzenia to przeszkoda na drodze do dalszego bogacenia się; lepiej stworzyć zamknięte reality show niż wysyłać swoich (doskonale opłacanych, co pozostaje częścią problemu, zwłaszcza gdy w pandemii opustoszały trybuny) pracowników na jakieś rzekomo mniej atrakcyjne boisko w, powiedzmy, Bergamo.

Nic dziwnego, że reakcja przytłaczającej większości tych, którzy pamiętają jeszcze, że futbol miał kiedyś duszę – i którzy wciąż wierzą w jej istnienie, np. po tym, jak widzieli wczoraj, że skazany na degradację z Premier League Fulham do ostatniej sekundy doliczonego czasu gry prowadził w wyjazdowym meczu z Arsenalem – to gorycz i wściekłość, a niecenzuralne transparenty z niedawnych marszy na ulicach polskich miast (te, w których radzono rządzącym, by czym prędzej sobie poszli) z pewnością znalazłyby zastosowania na trybunach każdego z dwunastu Klubów Założycieli, gdyby tylko wpuszczono na nie publiczność.

Są tacy, jak Gary Neville, były piłkarz Manchesteru United i komentator telewizyjny, który domaga się, by parszywą dwunastkę pozbawiono karnie punktów w ligach krajowych i w ogóle siłą skłoniono do opamiętania; na razie oświadczenie UEFA i pięciu największych lig kontynentu grozi podobnymi krokami, ale to raczej prężenie muskułów. Są tacy, którzy mówią, że należy pozwolić im zamknąć się w bańce i do szczętu tam zdegenerować. Są tacy, którzy – jak członkowie klubu kibica Tottenhamu – oskarżają zarządy swoich drużyn o zdradę i bezsilnie wzywają do dymisji. Z pewnością przedstawiciele Klubów Założycieli przewidzieli i jakieś lokalne bojkoty, i może nawet kary – choć w kwestii tych ostatnich mają jednak świadomość, że np. zakazując jakimś piłkarzom gry na mundialu, organizator turnieju podcina gałąź, na której siedzi, bo cóż to za mundial bez Ronaldo czy Messiego?). Na razie, poza krótkimi oświadczeniami na klubowych stronach i paroma okrągłymi zdaniami o tym, że mają na myśli rozwój dyscypliny, bardziej sprawiedliwy niż dotąd podział środków itd., nie zamierzają się z niczego tłumaczyć. Ma to za nich zrobić farma botów, zasypująca obecnie portale społecznościowe setkami wpisów o tym, jaki to super pomysł ta cała superliga.

Agnelli, zreformuj sam siebie

No i teraz sami powiedzcie, czy piłka nożna nie ma w sobie jakiejś przedziwnej zdolności samoobrony? Przecież historia wczorajszego odpadnięcia Juventusu z Ligi Mistrzów jest tak dobra, że gdyby nie zdarzyła się naprawdę, należałoby właściwie ją wymyślić.

Nie chodzi tylko o to, że oglądaliśmy tak zwane kapitalne widowisko, z czerwoną kartką, gradem bramek, słupków i poprzeczek oraz pełną emocji dogrywką (ktoś tu narzekał niedawno, że pandemicznego futbolu nie da się oglądać?). Nie chodzi też tylko o wieńczący to wszystko sukces drużyny skazywanej na pożarcie, której twarzą był w dodatku pewien 38-letni i mocno w przeszłości kontrowersyjny weteran. Chodzi także o podtekst, związany z faktem, że zaledwie kilkanaście godzin przed tym spotkaniem usłyszeliśmy o planach reformy Champions League, których twarzą jest właśnie prezydent Juventusu Andrea Agnelli. Zwiększenie liczby występujących w tych rozgrywkach drużyn do 36, likwidacja nudnej rzekomo fazy grupowej, a zamiast tego konieczność rozgrywania przez wszystkie zespoły 10 meczów z różnymi przeciwnikami (5 u siebie, 5 na wyjeździe, każdy z rywali miałby reprezentować inny poziom, co determinowałby ranking UEFA), następnie zaś faza pucharowa – to propozycja podstawowa, i ma swoje zalety, z których najważniejszą wydaje się oddalenie groźby powstania superligi. W tle są jednak pytania o sposób rozdziału tych dodatkowych miejsc i związane z tym przywileje superklubów, którym akurat źle się wiedzie (przedsiębiorstwa „Liga Mistrzów”, wedle tej logiki, nie stać na zbyt wczesne odpadnięcie, nie mówiąc już o nieobecności, giganta w typie Realu czy Barcelony), albo o wprowadzenie zakazu transferów między nimi i wzmacnianie się wyłącznie kosztem słabszych. W tle jest również rzekoma konieczność dostosowania się organizatora rozgrywek do trendu, w którym większość młodych fanów kibicuje (czy można to w ogóle nazwać kibicowaniem?) nie poszczególnym klubom, a kilku największym supergwiazdom futbolu.

No więc proszę bardzo: prezydent Agnelli sprowadził przed trzema laty do Juventusu supergwiazdę i uczynił trenerem Juventusu inną supergwiazdę, i co? Logika biznesowa tych posunięć wydawała się niezaprzeczalna, problem w tym, że nie zagwarantowała sukcesu sportowego. Horrendalne pieniądze, jakie dostaje Cristiano Ronaldo (i jakie za niego zapłacono), wciąż przynoszą, owszem, grad ligowych bramek, z których niektóre są zaiste przecudnej urody, ale w Lidze Mistrzów za jego pobytu w Turynie klub nie przebił się wyżej niż ćwierćfinał, dając się ogrywać maluczkim nie tylko z perspektywy Agnellego Ajaksowi, Lyonowi i Porto; wczoraj zresztą stojący w murze gwiazdor odwrócił się tyłem przy rzucie wolnym Oliveiry w 115. minucie, a piłka przeleciała mu między nogami, zaskakując Wojciecha Szczęsnego. Świetny wizerunek, jakim przez lata zasłużenie cieszył się Andrea Pirlo, nie zrobił wrażenia nie tylko przy ujściu Duero do Atlantyku – także w Serie A wygląda na to, że mistrzostwo kraju sprzątnie mu sprzed nosa fachowiec Conte.

Morałów z tej historii jest całkiem sporo, a najważniejszy wydaje się taki, że niezależnie od wszystkich biznesowych koncepcji, maluczkim wciąż chce się bardziej. Niemłodzi fani Juventusu cierpią, patrząc na kolejny chudy rok i tęskniąc za niedawnymi przecież czasami, w których Massimiliano Allegri seryjnie zdobywał mistrzostwo Włoch i dwukrotnie awansował do finału Champions League. Tak zwani widzowie neutralni? Nie dość, że obejrzeli wczoraj świetny mecz, zakończony zwycięstwem lepszej drużyny, to jeszcze mieli satysfakcję, że Dawid pokonał Goliata, a teraz mogą sobie powtarzać żart współpracownika „Blizzarda” Larsa Silverstena, który napisał na Twitterze, że nową propozycją Andrei Agnellego na ulepszenie formatu Ligi Mistrzów będzie unieważnienie zasady, iż gole strzelone na wyjeździe w dogrywce są rozstrzygające, podobnie jak rzuty wolne z dystansu i generalnie udział drużyn z Portugalii.

Tylko, cholera jasna: czy Silversten naprawdę żartował?

Kylian Mbappé, czyli odjazd

Patrzę na to zdjęcie od wczoraj, z silnym poczuciem, że jest wielką metaforą. Kylian Mbappé odjeżdża próbującemu go zatrzymać Gerardowi Piqué zupełnie jak wrażenie bycia na bieżąco z trendami współczesnej piłki odjechało kibicom i piłkarzom Tottenhamu, których niedawny ulubieniec i mentor zasiada teraz na ławce trenerskiej Paris Saint-Germain. Albo jak rzeczywistość odjechała zadufanemu, zapatrzonemu w świetlaną przeszłość i wciąż kierującego najbogatszym klubem świata zarządowi Barcelony. Jak odjechały szanse na osiągnięcie czegoś jeszcze z tym zespołem Lionelowi Messiemu. Zresztą nie tylko o Tottenham, Barcelonę czy Messiego chodzi: mam wrażenie, że niejeden zawodnik i trener (pamiętacie Jurgena Kloppa, zapytanego podczas niedawnej konferencji prasowej, czy Liverpool ma jeszcze szanse na mistrzostwo Anglii?), a może nawet ktoś, kto wcale się piłką nie interesuje, rozpozna się w tym obrazku jako ów bezsilny, choć z pewnością pełen dobrych chęci obrońca Barcelony. Już tego nie zatrzymasz, przeminęło. Nigdy już nie będzie ósmego maja 2019 w Amsterdamie (żeby odwołać się do najpiękniejszego wieczora w moim kibicowskim życiu), albo nigdy już nie będzie ósmego marca 2017 w Barcelonie (żeby odwołać się do jednego z najpiękniejszych wieczorów w życiu kibiców Blaugrany). Tamte remontady się już nie powtórzą. Kropka.

Ale nie, uspokajam: nie jest to jeszcze jeden melancholijny tekst o tęsknocie za starym i dobrym – będącej skądinąd podstawowym kibicowskim balsamem po przeżytym dopiero co upokorzeniu. Barcelona jest superklubem, podniesie się tak czy inaczej, nawet jeśli zapłaci przy okazji cenę odejścia największego piłkarza w swoich dziejach. Tottenham również jest w dziesiątce najbogatszych klubów świata, krzywda mu się nie stanie, nawet jeśli jeden z największych trenerów w jego dziejach już tu nie pracuje, a jeden z największych piłkarzy również może zechcieć odejść po tym sezonie.

Nie jest to również tekst o Kylianie Mbappé jako symbolu francuskiej mixité, o której pisała w swojej książce „Gorsze dzieci republiki” Ludwika Włodek; nie jest to tekst o człowieku, który na okładce „Time’a” miał być twarzą nowego, lepszego, nieuwikłanego w tyle naszych konfliktów pokolenia. Co tam kibicowskie nostalgie, co tam polityczne poglądy i wszystko, co nas dzieli: przyznacie przecież, że TO było coś niebywałego. Czysta energia, niemal nieskrępowana wolność (niemal, bo jednak odnajdująca się w strukturze dobrze poza tym poukładanej dzięki Mauricio Pochettno przy linii i Marco Verrattiemu na boisku…), elan vital, która zdawała się go rozpierać już w tunelu, gdy wychodził na Camp Nou – doprawdy, jedyne, czego można po tym popisie Kyliana Mbappé żałować, to tego, że nie żegnała go owacja na stojąco stu tysięcy widzów oklaskujących na co dzień piłkarzy, którym właśnie odjechał. Szybkość i przyspieszenie, koordynacja i zmysł równowagi, świadomość każdego ruchu, gdy nabiegał na piłkę i gdy składał się do strzału, siła i gracja… Nie, to nie jest Struś Pędziwiatr (choć tak portretuje go niejeden portal), na to porównanie Francuz jest stanowczo zbyt elegancki. Już raczej przywołanie tempa, jakie rozwijali Musiciens du Louvres, grający pod Markiem Minkowskim „Indes Galantes” Rameau, byłoby bardziej na miejscu – porównajcie sobie w wolnej chwili jego wykonanie ze stateczną wersją cudownego przecież Williama Christie. Jak dobrze czasami przypomnieć sobie, że piłka nożna może wyglądać właśnie w taki sposób.

A propos zaś odjeżdżania, przypomniała mi się też niedawna obserwacja Piotra Żelaznego na Twitterze – o tym, że Neymar kończy już 29 lat i wchodzi w fazę doświadczonego piłkarza. „Wiem, że jest królem insta, imprezki, zajebiste żyćko, super kontrakty, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że jak na >>drugiego Pelego<< to nie do końca dojechał” – napisał ojciec założyciel „Kopalni”, którego serdecznie pozdrawiając niniejszym informuję, że wczoraj na Camp Nou nikt za Brazylijczykiem nie tęsknił.

Lewandowski, czyli człowieku, możesz wszystko

Polski piłkarz zwycięzcą Ligi Mistrzów. Więcej w klubowej piłce osiągnąć już nie można. O czym myślał, kiedy po ostatnim gwizdku klęczał na murawie?

Ta historia mogła się potoczyć kompletnie inaczej. Kiedy w warszawskiej Legii uznawali, że chłopak nie ma zdrowia do wielkiej piłki, mógł się załamać albo – jak tylu innych młodych zawodników w podobnej sytuacji – zadowolić byle czym. Kiedy w poznańskim Lechu mówiło się o jego zagranicznym transferze, mógł trafić nie do Borussii, a do londyńskiego Tottenhamu np., tam zaś – na karuzeli zmian trenerów i generalnie prześladującej klub niemożności – zatrzymać się w rozwoju. Po wyjeździe za granicę mógł  także nie przełamać polskiego kompleksu, o którym sam wielokrotnie mówił: poczucia, że z definicji, jako przybysz znad Wisły, jest kimś gorszym od rywali do miejsca w podstawowym składzie. Mógł mieć gorszego agenta, nastawionego raczej na własny szybki zysk, niż na rzeczywiste dobro zawodnika. Mógł trafić na inną życiową partnerkę („To jest etykietka, która potrafi przygnieść do ziemi: jestem żoną piłkarza, więc każdy zakłada, że jestem głupią dziunią, która leży i pachnie” – mówi ona sama, będąca tego stereotypu zaprzeczeniem), bo przecież wpływu Anny Lewandowskiej na drogę życiową męża nie sposób sprowadzić do dbania o jego dietę. Mógł nie trafić na najlepszych trenerów świata, z których – jak zgrabnie podsumowano w jednym z niezliczonych artykułów na jego temat, ukazujących się w przeddzień finału Ligi Mistrzów w największych gazetach świata – Jurgen Klopp nauczył go autoekspresji, Pep Guardiola rozumienia niuansów piłkarskiej taktyki, Carlo Ancelotti – sposobów na pozbywanie się nadmiaru presji, a Jupp Heynckess – dyscypliny.

Chociaż tę ostatnią miał chyba zawsze, bo jeśli już powyższą wyliczankę zbierze się w jedno, kiedy dołoży się jeszcze fenomenalne zdrowie piłkarza (wśród zawodowych sportowców ze świecą szukać takich, którzy kontuzje łapaliby równie rzadko), kiedy spojrzy się na jego sylwetkę, wyrzeźbioną w sposób dający się porównać bodaj jedynie z innym superbohaterem piłki nożnej XXI wieku Cristiano Ronaldo („ma 185 centymetrów i ok. 80 kilogramów samych mięśni”, napisał biograf napastnika Bayernu Paweł Wilkowicz) – widać, że tego wszystkiego jest za dużo, by mówić po prostu o szczęściu.

Nazwisko portugalskiej ikony futbolu często przychodzi do głowy, kiedy mówi się i myśli o Robercie Lewandowskim. Podobna wydaje się ich dbałość o własne ciało, o właściwy trening, odpowiednie odżywianie (ostatni kebab kapitan reprezentacji Polski zjadł ponoć w 2012 roku, stopniowo eliminując z diety nabiał, słodycze, w końcu gluten), optymalną regenerację (słyszeliście, że kapitan reprezentacji Polski śpi tylko na lewym boku, żeby oszczędzać silniejszą prawą nogę?) czy właściwą koncentrację (tu również stosuje ponoć wyrafinowane techniki oddechowe i ćwiczenia stymulujące mózg, co ciekawe: unika tak popularnych w świecie zawodowych piłkarzy gier wideo, za to sporo czyta). „Nie spotkałem nigdy piłkarza równie profesjonalnego” – mówił o nim podczas pobytu w Monachium Pep Guardiola, który w czasach wcześniejszej pracy z Barceloną miał przecież do czynienia z najlepszym futbolistą naszych czasów, Lionelem Messim.

Messi, Ronaldo, Lewandowski… Zaraz, zaraz, czy my odrobinę nie przesadzamy? Oczywiście: kiedy w polskiej telewizji komentatorzy z emfazą w głosie unoszą się nad faktem, że oto nasz słynny napastnik zechciał wrócić we własne pole karne i wybić głową piłkę zagraną przez rywala z rzutu rożnego, trudno nie wzruszać ramionami: robią to wszyscy napastnicy świata. Podobnie trudno nie uśmiechać się ironicznie, kiedy polscy sprawozdawcy potępiają próbujących faulować go bez piłki obrońców: kopniaki i kuksańce w takich sytuacjach to również elementarz futbolowego arsenału. To, że jego twarz spogląda na nas z tylu billboardów, że o narodzinach jego drugiej córki (a wcześniej o kolejnych ciążach Anny Lewandowskiej) informowały najpoważniejsze media, że tabloidy rozpisują się o jego inwestycjach w nieruchomości, a sportowe portale wiedzą, że samo umieszczenie jego nazwiska w tytule materiału jest gwarancją tzw. klikalności, nie jest również niczym nadzwyczajnym w świecie piłkarskich celebrytów. Póki co zresztą napastnik Bayernu nie ma jeszcze pomnika w Pruszkowie czy Lesznie, a statua Ronaldo na Maderze stoi już od dobrych paru lat.

Może nawet jest tak, że dzielimy z Lewandowskim ów prześladujący go na wczesnym etapie kariery „polski kompleks”? Nawet jeśli nie chodzi już o niewiarę, że nasz rodak naprawdę może osiągnąć sukces największej kategorii, w naszym wydaniu ten kompleks polega po prostu na utracie zdolności do realistycznej oceny jego talentu.

Trudno nie wyśmiewać fali oburzenia, jaka wybuchła w Polsce po ogłoszeniu wiadomości, że w związku z pandemią koronawirusa miesięcznik „France Football” odwołał swój tradycyjny plebiscyt na przyznanie „Złotej Piłki” najlepszemu piłkarzowi świata. Równocześnie jednak nie sposób nie zauważyć, że w tym roku – naznaczonym utrzymującym się kryzysem Barcelony Messiego, po wczesnym odpadnięciu z Ligi Mistrzów Juventusu Ronaldo – do dzisiejszego wieczoru na placu boju o to wyróżnienie zostawało właściwie tylko dwóch piłkarzy, on i Neymar. I że gdyby wyizolować z wszelkich rywalizacji tylko jego koronną pozycję, środkowego napastnika, klasycznej boiskowej „dziewiątki” – wśród grających dziś zawodników Robert Lewandowski nie miałby sobie równych.

Statystyki tegoroczne ma zaiste niewiarygodne: 55 goli w 47 meczach, z czego w Lidze Mistrzów 15 (tylko Ronaldo zdobywał więcej, ale w sezonach, które miały o dwa mecze więcej; w czasie pandemicznym ćwierćfinały i półfinały Champions League rozstrzygano już po jednym spotkaniu, bez możliwości rozegrania rewanżu). Od lat goni lub śrubuje rekordy w Bundeslidze, w Lidze Mistrzów i w reprezentacji Polski. Kibice pamiętają jego cztery gole w meczu Borussii z Realem Madryt, po których zaczęły się wieloletnie podchody Hiszpanów pod sprowadzenie Polaka (on zaś, który miłości żadnemu klubowi nie wyznawał – wcale nie był od tego…), pamiętają też pięć bramek w spotkaniu Bayernu z Wolfsburgiem. Od lat sięga z monachijczykami po mistrzostwa i Puchary Niemiec. Teraz w końcu sięgnął po świętego Graala, jakim we współczesnym futbolu jest puchar za zwycięstwo w Ludze Mistrzów.

„Głowa. Głowa. Głowa. Nie ma dla napastnika ważniejszej części ciała. Strzelasz bramki tylko wtedy, jeśli jesteś pewny siebie. Masz na boisku ułamek sekundy. I w tym ułamku sekundy albo zostaniesz bohaterem, albo winowajcą” – mówił Pawłowi Wilkowiczowi wspomniany już dawny agent napastnika Bayernu, sam przed laty utalentowany piłkarz Cezary Kucharski. Przypominały mi się te słowa, kiedy – np. w meczu półfinałowym z Olympique Lyon – długo nie mógł trafić do siatki, aż w końcu, bynajmniej niespeszony i w sytuacji może nawet trudniejszej niż wcześniejsze, idealnie wybił się w powietrze i zdobył swojego gola, pieczętującego awans Bayernu do finału. Przypominały się też w finale, kiedy w pierwszej połowie trafiał w słupek albo jego główkę – znalazł do niej miejsce w nieprawdopodobny sposób zresztą, cofając się – bronił Keylor Navas: było jasne, że następnym razem spróbuje z tą samą pewnością siebie, której przez cały mecz dodawał kolegom, klaszcząc po ich każdym udanym zagraniu. „My, napastnicy – opowiadał Wilkowiczowi jego bohater – żyjemy z automatyzmów”. „Zamiast trenować głową, trenowałem sercem” – wspominał z kolei niełatwe początki kariery w Borussii Dortmund, i bynajmniej nie miał to być komplement.

Więc jego głowa pracuje także nad wyłączeniem emocji, wyzbyciem się wątpliwości, nad powierzeniem się nieomylnemu instynktowi. I może to, że Robert Lewandowski (pseudonim „Terminator” nieprzypadkowy) zdaje się przypominać tak fenomenalnie naoliwioną maszynę, również jest jakąś przyczyną niemożności naszego oddania mu sprawiedliwości? Może nasz szacunek i podziw ogranicza nieco ta aż bijąca w oczy doskonałość? Może do kochania wybieramy zwykle ludzi mniej idealnych, czasem niewykorzystujących kluczowego rzutu karnego, zmagających się z wielomiesięczną kontuzją albo z cieniem życiowej tragedii, jak poprzedzający Lewandowskiego w funkcji kapitana reprezentacji Polski Jakub Błaszczykowski?

Zaprawdę powiadam wam: spieszcie się kochać także Lewandowskiego. Nie tylko dlatego, że ma już 32 lata, bo sposób, w jaki dba o siebie, gwarantuje, że przed nim jeszcze kilka sezonów na futbolowych szczytach. Warto zresztą zauważyć, że nie jest aż tak wyeksploatowany, a jego światowa kariera eksplodowała znacznie później niż tych, z którymi bywa porównywany: Messi debiutował w Barcelonie jako szesnastolatek, osiemnastoletni Cristiano Ronaldo przechodził do Manchesteru United, a osiemnastoletni Neymar debiutował w reprezentacji Brazylii. Lewandowski w tym wieku był odrzutem z Legii Warszawa, za pięć tysięcy złotych przechodzącym do trzecioligowego Zniczu Pruszków. W polskiej ekstraklasie debiutował jako dwudziestolatek, w Bundeslidze, gdzie jego kariera również nie eksplodowała od razu – jako zawodnik dwudziestodwuletni. Spieszcie się go kochać również dlatego, że wśród zawsze romantycznych wzorców polskich bohaterów drugiego takiego ze świecą szukać. Takiego, który do talentu dorzuca tytaniczną pracowitość i który po zajęciach przepisanych przez klubowego trenera dołoży także indywidualne – to jeszcze w Lechu, zachęcony przez Kucharskiego, doskonalił np. technikę biegu, żeby w starcie do piłki czy pościgu za nią być ten ułamek sekundy szybszy, ale oprócz boiska i bieżni pracował też na siłowni, równocześnie nie tracąc świadomości, że odpoczynek to również jednostka treningowa. Świadomego siebie, nie tylko na poziomie każdego mięśnia, ale też w kwestii może najtrudniejszej – tego, że na szczycie nie zostanie wiecznie. Znajomi Lewandowskiego mówią, że wśród lektur, którymi się otacza, biografie byłych sportowców zajmują od zawsze poczesne miejsce; że myślenie o tym, co będzie po skończeniu kariery piłkarskiej, obchodzi go równie mocno jak przygotowanie do najbliższego meczu.

Mówienie o tym, co będzie, jak skończy karierę w chwili, gdy właśnie osiągnął swój największy sukces, również wydaje się tak bardzo niepolskie. Jest jednak bardzo Lewandowskie. A może zresztą przez cały ten tekst próbuję powiedzieć po prostu to zdanie: oto jeden z nas. Możemy mieć wszystko, i to niekoniecznie nagłym zrywem i budową barykady. Niekoniecznie zawsze tylko sercem. Głową. I niekoniecznie zawsze samemu.

W „Nienasyconym” – bo taki jest tytuł książki Wilkowicza – jest wiele bardzo dobrych fragmentów, a ten, w którym widzimy, jak w monachijskiej kawiarni są nagle we czworo: Robert, Ania, Paweł i strudel, wystawia talentowi biografa może najlepsze świadectwo. Moje ulubione akapity dotyczą jednak przełomowej rozmowy ówczesnego napastnika Borussii z trenerem Jurgenem Kloppem, przed wyjazdowym meczem z Olympique Marsylia.

Jako się rzekło: początki Polaka w Dortmundzie do łatwych nie należały. To były początki drugiego sezonu: niby Lewandowski miał już pewne miejsce w składzie, ale wszyscy czuli, że to jeszcze nie to, o co chodzi. „Potrzebowałem tego – wspominał tamtą długą dyskusję z charyzmatycznym szkoleniowcem Lewandowski. – Szybko straciłem tatę. Musiałem stać się z dnia na dzień mężczyzną. Nie miałem kogoś starszego, z kim mógłbym porozmawiać. I nagle jest ktoś taki”. Innymi słowy: Robert Lewandowski nagle docenił coś, co w świecie futbolu, pełnym pozamykanych w sobie, wrażliwych, ambitnych, wiecznie rywalizujących, a wystawionych przy tym na mnóstwo pokus młodych mężczyzn, jest rzadkością. „Od małego chowałem się na potęgę, wolałem się nie odzywać. A wtedy odkryłem siłę rozmowy” – opowiadał. „To jest częsty problem w sporcie, nie tylko w piłce: brak dobrej rozmowy” – komentował Wilkowicz. Czy tylko w sporcie?

Siła dobrej rozmowy to inaczej siła zespołowości. Coś, co bardzo długo szwankowało w gwiazdorskim Paris Saint-Germain. Coś, co od dawna jest siłą Bayernu, gdzie nie byłoby dzisiejszego sukcesu nie tylko bez goli Lewandowskiego, ale także akcji, w których brali udział Muller, Goretzka czy fenomenalny w tym sezonie Gnabry (kolejny futbolowy odrzut skądinąd: fani Premier League pamiętają, jak uznawano go za zbyt słabego na grę w Stoke) albo arcyszybki Davies; o wizjonerskich podaniach Thiago Alcantary wspominać już nie wypada, podobnie jak o znaczeniu bramki rezerwowego przecież w poprzednich spotkaniach Comana czy o interwencjach Neuera – dziś w pierwszej połowie powstrzymał będącego już w idealnej sytuacji Neymara, a w drugiej Marquinhosa i przez cały mecz w swoim stylu wychodził przed własne pole karne, umożliwiając obrońcom ustawienie się wysoko, niemal na połowie boiska. Żaden piłkarz – także Ronaldo, Messi albo niewspomniany dotąd inny gigant Ibrahimović – nie osiągnie sukcesu w pojedynkę, żeby nie wiem, jak piękne bramki zdobywał po solowych akcjach.

Mamy więc: zdrowie i odpowiednie prowadzenie się, trening mentalny i wiarę w sukces, pracowitość i profesjonalizm, sporą dawkę szczęścia i sprzyjające otoczenie (drużyna, której częścią jesteś, agent, rodzina). Wszystko ważne, ale wciąż nie wystarczy. Nie wystarczy, prosta rzecz, także, naśladowanie najlepszych. „To jest największa sztuka: odkryć jak najszybciej, co jest twoją mocną stroną, i krzesać, krzesać – tłumaczy fenomen swojego kolegi z reprezentacji Polski pomocnik Mariusz Lewandowski. – Robert sobie zadawał pytania: z kim mam problemy? Mam problemy z samym sobą. Żeby wyciągnąć z siebie maksimum. I krzesał dalej”.

Nie wiem, czy właśnie o tym myślał, klęcząc na murawie po ostatnim gwizdku włoskiego sędziego finału Ligi Mistrzów. Wiem, że ostatecznie odpowiedź na pytanie, co zrobić, by być jak Robert Lewandowski, brzmiałaby: nie bądź jak on. Szukaj własnej drogi.

Wygazowany Antychryst

Na pozór wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Święte miasto, zgromadzony tłum słuchaczy – wśród których komentatorzy dostrzegli Dantego, Boccaccia, Petrarkę, Rafaela, Kolumba nawet, a na pierwszym planie mówca, który wydaje się mieć rysy Chrystusa. Jedno z licznych arcydzieł renesansowego malarstwa, pokazujących nauczającego Jezusa. Ale zaraz, chwileczkę: kim jest ta postać, szepcząca Zbawicielowi do ucha?

Kazanie Antychrysta (fragment), Luca Signorelli, ok. 1500-1504, kqplica San Brizio, Orvieto

Kto był w Orvieto, ten wie. Kaplica San Brizio, freski Signorellego, a zwłaszcza ten jeden, przedstawiający kazanie Antychrysta. Niby religijny, ale w chwili powstania do bólu współczesny, bo wszystko wskazuje na to, że malarzowi – który u dołu fresku zmieścił także swój autoportret, w dodatku w towarzystwie pracującego tu również Fra Angelico – towarzyszyła pamięć o niedawnych kontrowersjach wokół Savonaroli. I może właśnie ze względu na tę współczesną wymowę skojarzył mi się z kłopotem, jakiego doświadczam, patrząc niekiedy na mecze RB Lipsk.

Na pozór wszystko wydaje się przecież w najlepszym porządku. Do tego stopnia, że nawet w czasach, kiedy Tottenham prowadził Mauricio Pochettino, fantazjowałem o tym, że jeśli kiedyś odejdzie, skuszony przez jakiś Real czy Manchester United, zastąpi go nie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale Julian Nagelsmann właśnie, a ukochana ma drużyna grać będzie futbol jeszcze szybszy, jeszcze intensywniejszy, oparty o jeszcze dzikszy pressing, niż to było w najlepszych latach Argentyńczyka. Kiedy się patrzyło na grę RB Lipsk serce i puls przyspieszały, zupełnie jak – strach mówić głośno, żeby nie zostać posądzonym o reklamowanie – po spożyciu napoju energetycznego. Oto, co najlepsze w europejskim futbolu XXI wieku, w dodatku wciąż takie świeże, niezmanierowane, no i – co nie jest przecież bez znaczenia – położone na postkomunistycznej pustyni futbolowej, czyli na terenie byłej NRD. Samo dobro, można by powiedzieć, przechodząc do porządku dziennego nad arcykrótką historią klubu czy faktem, że jego rozwój był efektem pieniędzy wpompowanych w drużynę przez spożywczego giganta. Przecież we współczesnym futbolu pieniądze rozstrzygają o sukcesach nie od dziś, a przy szaleństwach Romana Abramowicza w Chelsea, a później szejków w Manchesterze City i w gromiącym wczoraj drużynę z Lipska Paris Saint-Germain, przy dziesiątkach inwestycji wizerunkowych rozmaitej maści biznesmenów, przy nieodkrytym przecież przez szefów Red Bulla sposobie sklejania nazwy klubu z nazwą lub marką głównego sponsora, można by twierdzić nawet, że to, co się dzieje w Lipsku, mogło służyć za przykład umiarkowania, ciągłości i cierpliwości. Kapitaliści? No owszem, ale przecież nie tacy, którzy – jak członkowie zarządu uważanej długo za „więcej niż klub” Barcelony – w ciągu ostatnich lat puszczali z dymem setki milionów euro na piłkarzy, których następnie oddawali innym klubom albo sadzali na ławce. Kapitaliści z bardzo sensownym przepisem na konstruowanie drużyny, dodajmy. Ze świetną siecią skautów, zawsze stawiający na młodość (o tym, że wśród najlepszych drużyn tegorocznej edycji Champions League to właśnie RB Lipsk miał najniższą średnią wieku, nie ma co mówić), w młodość inwestujący, niewydający szalonych sum na uznanych i doświadczonych piłkarzy, za to mogący – choć nie jest to priorytetem – zasilać później klubowy budżet dzięki transferom wypromowanych dopiero w Lipsku gwiazd, takich jak Timo Werner. I oddający najmłodszym stery rządów w klubie. 33-letni Julian Nagelsmann był najmłodszym trenerem w dziejach Bundesligi i Ligi Mistrzów, prosta rzecz zatem: najmłodszym, który wprowadził swoją drużynę do półfinału Champions League. Jej dyrektor sportowy dopiero dobiega czterdziestki, a prezes jest ledwie przed pięćdziesiątką. „Działacz z brzuszkiem i z wąsem akurat tam by nie przeszedł” – podsumowuje tę strategię Michał Trela w świetnym tekście na temat istoty kontrowersji wokół RB Lipsk.

Na tym chyba zawsze polegał problem: Rasenballsport Lipsk to drużyna wymyślona równie precyzyjnie, jak jej nazwa. Jej zachwycający – jasne, nie wczoraj, kiedy wydawała się sparaliżowana perspektywą będącego na wyciągnięcie ręki finału – styl gry nie był efektem przekonania (skądinąd w dzisiejszych czasach jednego z najsłuszniejszych), że stanowi najskuteczniejszą drogę do sukcesu w nowoczesnym futbolu. Nie: chodziło raczej o marketingową kalkulację, w której sposób gry w piłkę nożną powinien jak najściślej korespondować z reklamowanym przez drużynę produktem. Zawodnicy RB Lipsk mieli na boisku biegać tak szybko, jak wysoko latali skoczkowie narciarscy w kaskach reklamujących ten sam energetyk, albo jak mknęli po torze kierowcy Formuły 1 z ich zespołu. Trudno nie myśleć, że decyzja o tym, że mają tu grać sami młodzieńcy, a na ławce trenerskiej zasiadać energiczny żółtodziób, brała się z przekonania, że z takimi właśnie może się utożsamić grupa docelowa. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że trafia do niej przekaz, w którym drogę do sukcesu zapewnia pragmatyzm, umiarkowanie czy kolosalne doświadczenie, dzięki któremu osiągnęło się w życiu niejeden już sukces. Że mogą tu grać albo trenować zawodników rutyniarze po wielu przejściach, z twarzami, na których zmarszczki są efektem nie tylko zwycięskich uśmiechów, ale również strapień, jakie niosą nieuniknione przecież porażki.

Nie wiem, czy wyrażam się dostatecznie jasno. Droga Paris Saint-Germain na upragnione szczyty europejskiego futbolu była o wiele pospolitsza, pieniądze w nią zainwestowane – nieporównywalnie większe, a intencje inwestujących w drużynę szejków – porównywalnie niskie („soft power” kontra „soft drink”, podsumował ktoś wczoraj na Twitterze). Może chodzi właśnie o tę jawność intencji, która w przypadku Paryżan pozostawała zawsze na wierzchu, a może też o to, że tam mieliśmy do czynienia z inwestycją w jednej z europejskich stolic, będącej zwykle symbolem tego, co najmodniejsze, najbardziej szykowne, a czasem najbardziej krzykliwe (o, jakże Neymar pasuje do tego wizerunku…) – w sumie na bajeczkę o kibicowaniu PSG nigdy nie potrafiłbym się dać nabrać.

Z Lipskiem było inaczej: syreni śpiew pressingu drużyny Nagelsmanna, jej zuchwalstwo i młodość, działały na mnie z wyjątkową intensywnością, a jeszcze usiłowałem dopisać sobie do niej opowieść o podnoszeniu z upadku futbolowej ziemi niczyjej. Innymi słowy: był to produkt skrojony idealnie pode mnie. Nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że od dawna nie należę do grupy docelowej, na której zależy jej właścicielom – moja podatność na wdzięki Upamecano, Nkunku, Sabitzera, Poulsena, a przede wszystkim Nagelsmanna, była kolosalna.

W sumie to czuję jakiś rodzaj ulgi, że ich wczoraj sparaliżowało. Że popełnili tyle błędów, zwłaszcza na własnej połowie. Że w końcu wyglądali na wygazowanych. Łatwiej się było wyzwolić z tego zauroczenia. Zobaczyć, że spojrzenie rzekomego zbawiciela jest puste.

Myśl o tym, że Paris Saint-Germain może wygrać Ligę Mistrzów nie niesie, rzecz jasna, pocieszenia. Ale to już inny temat. Największe wrażenie w kaplicy San Brizio robi przecież Sąd Ostateczny.

Za dużo myśli Pepa Guardioli

1. To było może najciekawsze szesnaście minut w historii futbolu ostatniej dekady. 6 maja 2015 roku prowadzony przez Pepa Guardiolę Bayern grał z Barceloną Luisa Enrique. Katalończycy z Messim, Suarezem i Neymarem w składzie byli wówczas – jak mówił w przedmeczowych rozmowach z mediami trener Bawarczyków – najgroźniej kontratakującą drużyną świata, a sam Messi znajdował się u szczytu swoich możliwości. „Nie ma takiego trenera, ani takiego defensywnego systemu, który potrafiłby go powstrzymać” – deklarował Guardiola. I przed meczem przeciwko swoim niedawnym podopiecznym zmienił ustawienie Bayernu.

Kilka miesięcy wcześniej, po ligowej porażce 4:1 z Wolfsburgiem, zapisał na tablicy w swoim gabinecie kilkupunktowy zestaw zasad, z których wynikało, że na boisku jego drużyna zawsze potrzebuje dwóch napastników przeciwko czwórce obrońców, a do tego dodatkowego zawodnika w pomocy i dodatkowego zawodnika w obronie. Gdyby miał zostać wierny tym regułom, powinien w starciu z grającą w systemie 4-3-3 Barceloną postawić na formację 4-4-2. On jednak uznał, że w przypadku tego rywala normalne reguły nie obowiązują i wystawił przeciwko Messiemu, Neymarowi i Suarezowi trójkę indywidualnie kryjących obrońców. „Barça przyzwyczajona jest grać przeciwko drużynom głęboko cofniętym – streszcza jego ówczesne rozumowanie Jonathan Wilson w mającym się wkrótce ukazać po polsku „Dziedzictwie Barcelony” – a w efekcie większość jej piłkarzy może rozgrywać piłkę nieniepokojona. Zostawiając z tyłu tylko trzech obrońców, Guardiola miał w polu aż siedmiu zawodników, którzy mogli naciskać rywali, grając jak najwyższym i jak najintensywniejszym pressingiem”.

Ów plan – któremu w teorii nie sposób było niczego zarzucić: był nie tylko logiczny, ale świeży, inspirujący i z pewnością zaskakujący dla przeciwnika – kompletnie się nie powiódł. Barcelona od pierwszej minuty szturmowała na bramkę Bayernu i zmarnowała dwie świetne okazje, aż wreszcie Guardiola się poddał: przesunął Juana Bernata z lewej pomocy na prawą obronę i wrócił do ustawienia 4-3-3. Jego piłkarze zaczęli kontrolować grę, szarże rywala ustały, do 77. minuty nie padła ani jedna bramka, później jednak – po stracie tegoż Bernata – Messi zdobył pierwszego gola, później ograł Boatenga i dołożył drugiego, a w doliczonym czasie gry Neymar strzelił trzeciego i losy dwumeczu zostały przesądzone już w pierwszym spotkaniu (w rewanżu, grający w ustawieniu 4-4-2 Bayern wygrał 3:2).

„Można się zastanawiać, czy prawdziwym powodem klęski nie była taktyka przyjęta przez Bayern w pierwszym kwadransie – pisze Wilson. – Czy Bernat tak łatwo dałby sobie odebrać piłkę, gdyby nie był wykończony? Nawet rzut rożny, po którym Barcelona wyprowadziła swoją kontrę wziął się z tego, że – znużeni? – Bawarczycy pozwolili rywalom na wybicie piłki. No i czy Boateng miałby nogi jak z waty, gdyby wcześniej nie musiał uganiać się za rywalami? Z pewnością mniej zmęczony Bayern pilnowałby uważniej Rakiticia, kiedy Chorwat zagrywał do Messiego tuż przed zdobyciem drugiego gola dla gospodarzy. A gdyby nie przegrywał 2:0, nie próbowałby tak desperacko strzelić bramki kontaktowej i nie zostawiłby tyle wolnego miejsca za linią obrony, co tak bezlitośnie wykorzystali Messi z Neymarem przy trzecim golu”.

2. Nie był to jedyny przypadek, w którym Guardiola kombinował z ustawieniem na mecz Ligi Mistrzów. W trzecim sezonie w Monachium szukał nowych rozwiązań w dwumeczu z Atletico, w pierwszym spotkaniu nieoczekiwanie sadzając na ławce Thomasa Mullera. W pierwszym sezonie dał się rozgromić Realowi, a nagłe odejście od ustawienia 4-2-3-1 i wybór formacji 4-2-4 aż do wczoraj uważał za „największą kurewską wtopę w karierze”; cofnięty głęboko Real postawił na kontry i wygrał 4:0. Już w Manchesterze City, próbując odrobić straty z pierwszego spotkania z Liverpoolem w kwietniu 2018 roku, Guardiola zestawił drużynę w coś w rodzaju 3-1-4-2 – i choć nie tylko na papierze, ale przez 45 minut na boisku, wydawało się to świetnie wymyślone, to później sędziowie niesłusznie unieważnili drugiego gola dla City, Pepowi puściły nerwy, został odesłany na trybuny i przegrał po raz kolejny. Historia jego klęsk w Lidze Mistrzów obejmuje także ubiegłoroczną porażkę z Tottenhamem (prawda, że niemały udział w sukcesie zespołu Mauricio Pochettino miał wówczas VAR), a w pierwszym sezonie w Manchesterze – także z Monaco.

Zazwyczaj jednak – zupełnie inaczej niż wczoraj – przyczyną jego klęsk było ortodoksyjne przywiązanie do filozofii ofensywnej i próby zmieszczenia w wyjściowej jedenastce tak wielu zawodników grających do przodu, jak to tylko możliwe. „Wystawiał defensywnych pomocników w obronie, kreatywnych rozgrywających jako bocznych obrońców, zawodników wszelkiej maści jako fałszywe dziewiątki i próbował wszystkich możliwych ustawień, żeby upchnąć w składzie jeszcze jednego ofensywnego pomocnika” – podsumowywał dziś te próby Michael Cox w „The Athletic”.

3. W meczu z Lyonem było jednak kompletnie inaczej. I znów: samej koncepcji odzwierciedlenia przez jego zespół formacji rywala w teorii niczego zarzucić nie można, w praktyce jednak zestawiona defensywnie drużyna Manchesteru City straciła tempo i rytm, a później zapłaciła wysoką cenę za kolejny nieoczekiwany pomysł trenera. 

Owszem: szczelność defensywy zawsze była problemem Manchesteru City, a i jego Bayern w starciach z silniejszymi rywalami potrafił tracić sporo bramek, przedwczorajszy przykład Bawarczyków pod wodzą Hansa-Dietera Flicka, gromiących Barcelonę mimo nieszczelnej przecież obrony własnej, pokazuje jednak, że nad słabościami trenowanej przez siebie drużyny da się przejść do porządku dziennego. Owszem: w drugiej połowie meczu z Lyonem dominacja piłkarzy Guardioli była niepodważalna, City stwarzało mnóstwo sytuacji, a po zdobyciu wyrównującej bramki wydawało się, że kolejny gol dla przybyszów z Anglii wisi w powietrzu. Owszem: i tym razem można narzekać na decyzje sędziów oraz na nieskuteczność własnych piłkarzy (szczególnie na arcypudło Sterlinga w końcówce, które powinno przynieść kolejne wyrównanie i jeszcze raz odwrócić losy meczu), ale nie sposób nie zauważyć, że zryw piłkarzy Guardioli nastąpił jednak zbyt późno, a wcześniej zamiast zneutralizować mocne strony rywala Manchester City zneutralizował swoje.

4. O tym, że Pep Guardiola przekombinowuje w kluczowych meczach Ligi Mistrzów piszą dziś wszyscy – Rafał Stec mistrzowsko nazwał to „zbyt pięknym umysłem”. Jak to z wizjonerami i geniuszami bywa: czasami problemem jest to, że napędza ich wizja nieustannego rozwoju; widzą zbyt wiele możliwości i nie potrafią się zdecydować na tę w danym momencie najwłaściwszą albo nie chcą zbyt długo pozostawać przy formule, która gwarantowała sukces do tej pory. Wypada jednak zauważyć, że za każdą nieoczekiwaną zmianą, dokonaną przez Guardiolę przed meczem Ligi Mistrzów, stały solidne argumenty; że patrząc nieuprzedzonym okiem, bez znajomości wyniku końcowego danego meczu, można zrozumieć przyczyny, dla których decydował się na ich przeprowadzenie.

Z całą pewnością niesprawiedliwe jest także opisywanie wszystkich tych zmian w jednym tekście bez kontekstu dziesiątków i setek meczów, w których koncepcje Pepa okazywały się niezrównane, a drużyny wcielające je w życie grały może najpiękniejszy futbol naszych czasów (pamiętacie jeszcze spotkanie Bayernu Guardioli z Manchesterem City w fazie grupowej Champions League, z października 2013, z tamtą sekwencją 94 podań wymienionych w ciągu trzech i pół minuty?). Czy ocena całego sezonu albo całego pobytu szkoleniowca w danym klubie może zostać ograniczona do jednego nieudanego spotkania pucharowego, skoro wcześniej były kaskady zwycięstw, setki koronkowych akcji, pięknych bramek, indywidualnych i drużynowych rekordów, innowacyjnych rozwiązań taktycznych i widocznego gołym okiem rozwoju poszczególnych piłkarzy?

To kolejny aspekt dotkniętego już wczoraj problemu futbolu epoki superklubów, które mistrzostwa lub w najgorszym razie wicemistrzostwa kraju mają podane na tacy i w związku z tym miarą sukcesu lub klęski ich szkoleniowców jest bój o triumf w Lidze Mistrzów, w przypadku Guardioli (podwójnego triumfatora tych rozgrywek z Barceloną, przypomnijmy) od dziewięciu już lat nieudany.

5. Nie wykluczam, że Pep Guardiola, ze swoim wizerunkiem intelektualisty (te ciuchy, tak niepasujące do stereotypowego wyobrażenia piłkarskiego trenera, ta wciąż nienaganna figura, to wyrafinowanie i żywość gestykulacji przy linii, to myślące spojrzenie…), jest dla wielu widzów i uczestników futbolowego cyrku zwyczajnie wkurzający. Nie wykluczam, że to dlatego z niejednego dzisiejszego komentarza po meczu MC z Lyonem pobrzmiewa satysfakcja, że to w sumie fajnie, że temu mądrali znów powinęła się noga.

Jestem, rzecz jasna, jak najdalszy od tej satysfakcji. Wczoraj z Lyonem, podobnie jak rok temu z Tottenhamem na przykład, kolejny raz zobaczyłem ów niewielki margines błędu, którego przekroczenie o centymetr przez jednego zawodnika (czy Sterling mimo pamiętnego niecelnego strzału nie należał do najlepszych na boisku?) zdecydowało o ocenie całego sezonu – i wszystko się we mnie buntowało. Choć z drugiej strony pomyślałem też, że w autentycznym intelektualizmie Guardioli (w świecie pozafutbolowym miłośnika poezji, filmu i muzyki) może być także pewien niepokojący rys.

Skonfliktowany z nim w Barcelonie Zlatan Ibrahimović określał Guardiolę mianem „przestraszonego mędrka, niezdolnego nawet spojrzeć mi w oczy” i choć w tamtym głośnym konflikcie zawodnik-trener mnóstwo racji miał ten ostatni, to z autobiografii „Ja, Ibra”, zapamiętałem obserwację Szweda, że w Barcelonie było „jak w szkole”, gdzie „najlepsi piłkarze świata stali ze spuszczonymi głowami”, przypominając uczniów. W „Dziedzictwie Barcelony” Wilson z kolei podkreśla bezradność piłkarzy Manchesteru City eliminowanych z Ligi Mistrzów przez Liverpool, gdy po wyrzuceniu Guardioli na trybuny zostali pozbawieni jego hiperaktywnego mikrozarządzania meczem przy linii bocznej. Jeżeli ów Guardiola-myśliciel z trudem toleruje w drużynie niepokorne osobowości (przed Zlatanem z Barcelony pozbywał się np. Ronaldinho czy Eto’o), to w sytuacji kryzysowej na boisku grupa wyszkolonych przezeń prymusów zaczyna panikować, rezygnując z samodzielnego poszukiwania rozwiązań, które może przyniosłyby efekt, gdyby za plecami czuli obecność kogoś mniej programującego ich rzeczywistość w każdym detalu, za to bardziej owładniętego czystym instynktem wygrywania.

6. Wiele razy w ciągu ostatnich ośmiu lat, a więc – podkreślam – już po tym, jak zbudował w Barcelonie najlepszą klubową drużynę XXI wieku, miałem wrażenie, że wymyśla piłkę na nowo, że przesuwa granice tego, co w niej możliwe, a piękno futbolu trenowanych przez niego drużyn ociera się o transcendencję. Co jakiś czas jednak natrafiał na drużynę szybszą i grającą bardziej fizycznie, jego obrońcy gubili się i w ciągu parunastu minut dawali sobie wbić kilka bramek, a jego napastnicy tymczasem nie trafiali do siatki w sytuacji, gdy celny strzał wydawał się najprostszym, jedynym wręcz rozwiązaniem. Potraficie po tym wszystkim ocenić go sprawiedliwie?

Barcelona, menos que un club

Ten klub w ciągu kilku ostatnich lat przeżywał tyle spektakularnych porażek, że z ogłaszaniem końca epoki akurat w sierpniu 2020 wypadałoby być ostrożnym. Choć ostatnio rok w rok odpadali z Ligi Mistrzów, choć na temat wygrywania ligi hiszpańskiej można by mówić, że udawało się tylko wtedy, kiedy kryzys Realu okazywał się jeszcze głębszy, choć pieniądze uzyskane z transferu Neymara roztrwonili na sposób w świecie futbolu niemalże przysłowiowy i choć po odejściu Luisa Enrique obaj kolejni trenerzy po jakimś czasie przestawali dawać sobie radę z coraz bardziej toksyczną szatnią, to przecież wciąż grał tu najlepszy piłkarz świata, a co pewnie ważniejsze: z punktu widzenia księgowych interes kręcił się w sposób fantastyczny. Jasne: drużyna starzała się coraz bardziej – wczoraj w meczu z Bayernem średnia wieku wyjściowej jedenastki dobiegała trzydziestki i była bodaj najwyższa w historii występów Barcelony w Lidze Mistrzów, jasne, wykruszali się gracze złotego pokolenia – dziś, obok Messiego zostali już tylko Pique i będący cieniem siebie z czasów, gdy wchodził dopiero do drużyny Pepa Guardioli, tracący piłkę za piłką i nienadążający za rywalami Busquets – ale co jakiś czas Argentyńczyk wykręcał jakąś magiczną akcję w stylu tej z Napoli i znów mogło się wydawać, że jakoś to będzie, że kolejny kosztowny transfer w końcu doprowadzi do przełomu, a trener, zawsze będący ze słusznego ideowo, krujfiańskiego korzenia, znajdzie wspólny język z zawodnikami, a jeśli nie, no to trudno: bez trudu znajdzie się na jego miejsce następnego.

Widzę oczywiście: tym razem wydaje się, że jest inaczej niż wtedy, gdy przegrywali z Juventusem 3:0 w 2017 r. (a wcześniej z PSG 4:0, w spotkaniu, po którym Barça zdołała jednak odrobić straty, rozgrywając jeden z najsłynniejszych meczów w dziejach Champions League), gdy Roma wygrywała z nimi 3:0 w 2018 r., a Liverpool 4:0 rok później. Tym razem już sami piłkarze, nareszcie sprawiający wrażenie wstrząśniętych i zmieszanych, przestali udawać, że doszło do jeszcze jednego wypadku przy pracy. „Klub potrzebuje zmian i nie mówię tu o trenerze czy piłkarzach” – mówił po klęsce z Bayernem bliski płaczu Gerard Pique, dodając, że jeśli w drużynie potrzeba będzie świeżej krwi, gotów jest odejść dla jej dobra. A najważniejszy w zespole Messi już dobrych kilka tygodni temu – gdy Katalończycy dali się wyprzedzić Realowi w walce o mistrzostwo Hiszpanii – przyznawał, że Barcelona wygląda jak zespół, który chce, ale z jakiegoś powodu nie może. „Musimy zacząć od nowa, wszystko, co zrobiliśmy od stycznia, było okropne. Graliśmy nierówno i słabo, z niską intensywnością, brakowało nam motywacji” – narzekał kapitan i najlepszy gracz w dziejach klubu po porażce z Osasuną, proroczo dodając, że z taką grą nie mają co myśleć o wygrywaniu Ligi Mistrzów.

W starciu z Bayernem Barcelona momentami przypominała drużynę oldbojów, omyłkowo uczestniczących w rywalizacji nie z podobnymi sobie weteranami piłki, a z zespołem spragnionym sukcesu i mającym mnóstwo do udowodnienia. Drużynę oldbojów, owszem: wciąż obdarzonych świetną techniką, ale mających oczywiste braki we wszystkich innych dziedzinach piłkarskiego arsenału, a przy tym na tyle rozleniwionych, by przechodzić do porządku dziennego nad całymi seriami niechlujnych podań prosto do rywala (nie do uwierzenia, ale przodował w tym świetnie przecież grający nogami ter Stegen). Problem w tym, że ów rywal ani myślał być wyrozumiały: ustawiony wysoko i bardzo ciasno, odbierał piłkę już na połowie Barcelony i stwarzał sobie dzięki temu okazję za okazją. Kto widział, ten wie: wynik dwucyfrowy nie byłby wcale zaskoczeniem. Momentami to Bayern wydawał się przypominać Barcelonę z najlepszych czasów Guardioli.

O dekadencji i dezintegracji, jaka ogarnęła zespół ze stolicy Katalonii kiedy stał się kapitalistycznym superklubem, napisał dziś w „Guardianie” Jonathan Wilson i nie od rzeczy pewnie będzie powiedzieć przy okazji, że niżej podpisany zakończył właśnie pracę nad przekładem jednej z ostatnich książek tego autora, „Dziedzictwa Barcelony” (ukaże się nakładem wydawnictwa SQN). Zapewne: sednem problemu są wieloletnie błędy w zarządzaniu, które można tolerować w związku z tym, że ekonomicznie wszystko wydaje się być w najlepszym porządku i że w świecie współczesnej piłki Barcelona jest już instytucją tak potężną, że niezależnie od tego, jak ślamazarnie graliby jej zawodnicy przez duże fragmenty sezonu, i tak zdobędą mistrzostwo lub wicemistrzostwo kraju, a w Lidze Mistrzów grać będą do wiosny, łudząc kibiców nadzieją, że może tym razem się uda. Wilson pisze o horrendalnym marnotrawstwie: o tym, że w ciągu ostatniej pięciolatki klubowy zarząd puścił z dymem blisko miliard euro na transfery, a ci przecież ci najdrożsi – Griezmann, Dembele, de Jong, Coutinho – albo wczoraj pełnili rolę rezerwowych, albo niczym się nie wyróżnili, albo… strzelali gole dla rywala.

Warto przy okazji zauważyć, że kultura celebryctwa, która w Barcelonie zaczęła się wraz z megatransferami Neymara i Suareza, w znacznym stopniu przyczyniła się do osłabienia klubowej tożsamości; że to, iż Messi i Suarez od lat czują się zwolnieni z zaangażowania w grę obronną, nie jest tylko kwestią ich wieku, ale także statusu megagwiazd, jaki szanują także kolejni, coraz mniej charyzmatyczni szkoleniowcy. Pochodną kultury celebryctwa jest również to, że pozycja każdego z tych trenerów wydaje się słabsza niż nietykalnej grupy trzymającej władzę w szatni. I to, że bodaj ostatni ponadprzeciętnie utalentowany wychowanek La Masii, Thiago Alcantara był, owszem, jednym z najlepszych graczy drugiej linii we wczorajszym spotkaniu, ale – podobnie jak Coutinho – grał dla Bayernu. Stawianie na pracę u podstaw, szkolenie kolejnych generacji zdolnych wychowanków, mimo szumnych frazesów klubowych włodarzy od dawna nie jest w Barcelonie priorytetem. Ktokolwiek nadejdzie po Quique Setienie – a że nadejdzie, wydaje się przesądzone – nie zdziała cudów w kwestii odwrócenia tego trendu. Kiedy Pep Guardiola przejmował drużynę, miał już Xaviego i Iniestę, którym szansę dawał jeszcze Luis van Gaal, ale wprowadzał do zespołu także Pique, Busquetsa czy Pedro. Ich następców w akademii nie widać.

Klęski tej skali, co wczorajsze 8:2, bywały w dziejach futbolu dobrym początkiem niejednej rewolucji. Gdzieś w jakimś gabinecie prezesa, pokoju zajmowanym przez trenera, w piłkarskiej szatni czy choćby w pokoju na buty zbierała się gromada myślących trzeźwo i samokrytycznie mężczyzn i przygotowywała niezbędny plan naprawczy. Zdarzało się to jednak w dawnych dobrych czasach, kiedy w klubach pozwalano sobie na myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższy rok finansowy. Tłumacząc „Dziedzictwo Barcelony” myślałem często, że potęga wizji Cruyffa, a potem pasmo sukcesów, jakie Guardiola i Messi zapewnili drużynie z Katalonii, zadziałały także paraliżująco na tych, którzy przy pierwszej próbie nieśmiałego wprowadzania zmian w stylu gry czy personaliach, bywali oskarżani o odstępstwo od jedynie słusznej linii i traktowani jak heretycy. Owszem, wyobrażam sobie, że – podobnie jak niedawno Juventus Pirlo – Barcelona ze względów wizerunkowych zatrudni teraz Xaviego, który również nie doprowadzi do trzęsienia ziemi, ale nawet gdyby kolejnym trenerem Blaugrany miał zostać niemający takich obciążeń Mauricio Pochettino, i on będzie miał związane ręce. 

W epoce superklubów wstrząśnięci i zmieszani piłkarze szybko odzyskują równowagę po klęsce, klubowemu zarządowi przynosi się na tacy głowę trenera, a kiedy już warunki umowy z nim zostaną uzgodnione, myśli się o uspokojeniu nastrojów wśród fanów jakimś spektakularnym transferem. Co byście powiedzieli na spotkanie Messiego i Ronaldo w jednym klubie?

Pirlo jest pod wrażeniem

Nie śpię drugą noc, bo boję się o Pirlo. Dziwna rzecz: przecież nie oglądam na co dzień ligi włoskiej, losy Juventusu obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, a kiedy zdarza mi się spędzać zimę w Kalabrii, sprawdzam raczej wyniki Crotone, od chwili jednak, gdy gruchnęła wiadomość, że władze turyńskiego klubu rezygnują z usług Maurizio Sarriego i powierzają drużynę właśnie jemu, kompulsywnie zaczytuję się w wieściach z Italii.

Teoretycznie w tej układance pasuje wszystko. Pirlo zna Juventus od podszewki, oczywiście: dłużej grał i więcej wygrywał w Mediolanie, ale to Turyn był jego ostatnim włoskim przystankiem w karierze futbolisty. Cztery razy wygrywał tu mistrzostwo kraju, jest ikoną i ambasadorem Bianconerich nie tylko dlatego, że zawsze gdy wkładał klubowy garnitur, wyglądał jak ambasador, a nie jak futbolista. Kiedy jeszcze grał w piłkę, wydawało się, że z przebiegu boiskowych wydarzeń rozumie najwięcej: że czyta grę lepiej niż niejeden zasiadający na ławce trenerskiej szkoleniowiec i że aby zrozumieć, co trzeba w danym momencie zrobić, nie tylko nie musi biegać, ale czasami nawet patrzeć – pamiętacie przecież jego słynny no-look pass do Grosso w półfinale mundialu z Niemcami. Jego boiskową postawę również opisywano pojęciami kojarzonymi tyleż z genialnymi rozgrywającymi, co z trenerami właśnie: bywał Pirlo mózgiem drużyny, bywał reżyserem, bywał architektem. Co oczywiste: sprawiał, że biegający wokół niego młodsi koledzy stawali się lepsi. To, że w końcu znudzi mu się dolce vita na łonie rodziny wśród winnic, można było przewidzieć, zresztą o tym, że obejmie młodzieżówkę Juventusu poinformowano już ponad tydzień temu. A że w roli szkoleniowca nie ma najmniejszego doświadczenia, nie jest przecież argumentem przesądzającym: są takie kluby, nawet wśród największych, gdzie żółtodzioby radziły sobie doskonale (Guardiola, kiedy obejmował pierwszą drużynę Barcelony, miał za sobą ledwie rok pracy z rezerwami, Zidane pracował dwa lata z rezerwami Realu).

No właśnie. Guardiola pracował rok, Zidane dwa lata, a Pirlo swoją umowę o prowadzenie zespołu U-23 podpisał z Juventusem zaledwie dziewięć dni temu i nie poprowadził jeszcze turyńskiej młodzieży w ani jednym meczu. O tym więc, ile potrafi jako szkoleniowiec, nie wie nikt, a z pewnością nie wie zatrudniający go Andrea Agnelli. Owszem, uczęszczał na zajęcia w Coverciano, słynnej akademii trenerskiej na przedmieściach Florencji, ale znający go lepiej twierdzą, że zrobił to bardziej z nudów, i że dopiero niedawno zawładnęła nim idea pójścia w ślady dawnych kolegów z boiska, Gattuso, Nesty czy Inzaghiego. Sposób, w jaki sam o tym opowiada – że od pewnego czasu lubi wyobrażać sobie przed snem, jak mógłby zestawić drużynę na boisku – nie rozwiewa bynajmniej niepokoju. Czy sam fakt, że był jednym z najważniejszych piłkarzy naszych czasów, wystarczy, by poradził sobie w klubie, który – jak pokazał przykład Sarriego – nawet zdobycia mistrzostwa kraju nie uznaje za wystarczający powód, by utrzymać się na stanowisku (kibicowi Tottenhamu nie może się w tym momencie nie przypominać zwolnienie Harry’ego Redknappa, który wprawdzie jako pierwszy awansował z drużyną do Ligi Mistrzów, ale z pewnością nie prezentował się przy linii bocznej i na konferencjach prasowych równie efektownie jak jego o wiele młodszy, przystojniejszy i bardziej elokwentny, cóż z tego że mniej skuteczny następca Andre Villas-Boas)?

W świecie superklubów cierpliwość jest ostatnią cechą właścicieli, wyniki muszą przychodzić natychmiast – a zwłaszcza wyniki w Lidze Mistrzów, skoro rozstrzygnięcie rozgrywek krajowych coraz częściej jest kwestią wyboru między dwoma, góra trzema zespołami. Juventus z sierpnia 2020 roku – o czym z pewnością bardziej szczegółowo zdadzą sprawę lepsi fachowcy ode mnie – jest drużyną w przebudowie. Wymaga nie tylko inwestycji w nowych zawodników, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej linii, którą kiedyś tak skutecznie patrolował właśnie Pirlo – potrzebuje też trudnych decyzji dotyczących przyszłości zatrudnionych tu rutyniarzy, z których skądinąd niejeden dobrze pamięta nowego trenera z boiska.

Nie śpię więc drugą noc, bo bardzo się boję, że jego przygoda z trenerką skończy się katastrofą, która zrujnuje jeden z najpiękniejszych, a przynajmniej najsilniej przemawiających do mnie – nie ukrywajmy: mężczyzny w średnim wieku – wizerunków w świecie współczesnego futbolu. Od razu mówię: nie chodzi mi o rujnację wizerunku, który tak skutecznie był wykorzystywany w kontraktach reklamowych, a dzięki któremu nieco zdystansowany, trochę nieobecny, jakby myślami będący przy rozwiązywaniu jakichś nierozwiązywalnych problemów filozoficznych 41-letni dziś brodacz o melancholijnym spojrzeniu mógł zostać twarzą tylu świetnie sprzedających się produktów i marek – choć na marginesie nie mogę nie zauważyć, że David Beckham zapewne wie, co robi, nie biorąc się pochopnie za trenowanie. Chodzi mi o rujnację wizerunku tamtej ikony futbolu, o której Jonathan Wilson pisał niegdyś, że odsyła do świata sepiowych fotografii, gdzie w piłkę grywali nigdzie się niespieszący, dystyngowani mężczyźni, bardziej muskający futbolówkę niż walący w nią z całej siły. Doprawdy, po tym, jak przez tyle lat ukochiwałem elegancję jego kilkudziesięciometrowych podań z głębi pola, nie chciałbym teraz patrzeć, jak ciska butelką czy wykłóca się z sędziami przy linii bocznej, a jeszcze bardziej: nie chciałbym patrzeć na Andreę Pirlo, którego drużyna jest bezlitośnie ogrywana przez jakichś pragmatyków i spryciarzy spod znaku futebol de resultados.

No dobrze, ale czy to nie jest aby świadectwo jakiejś fundamentalnej niedojrzałości? Cóż to właściwie znaczy, że nie śpię drugą noc, zamartwiając się nie wzbieraniem kolejnej fali koronawirusa albo jeszcze jedną rozpętywaną w ojczyźnie krucjatą, ale tym, że ów znajdujący się być może u progu kryzysu wieku średniego, a w związku z tym gwałtownie rozglądający się za nadaniem swojemu życiu nowego sensu były piłkarz nie oparł się pokusie wychylenia zatrutego kielicha, jakim prawie zawsze okazuje się propozycja podjęcia pracy trenerskiej w jednym z największych klubów świata? Przecież nawet jeśli powinie mu się noga – a powinie się niemal na pewno, bo taki jest już porządek tego świata – będzie miał gdzie wrócić i nawet dla mnie, co przyznaję w ostatniej może chwili trzeźwości, na zawsze pozostanie tamtym registą, co to na boisku – wedle jego własnych słów – przypominał zwykle wędrownego Cygana.

Myślcie sobie, co chcecie. O swojej miłości do Pirlo czy – jak zechciał przypomnieć poprzedniej nocy również niemogący zasnąć Michał Trela – do idei Pirlo, pisałem na łamach „Kopalni” przed czterema laty. Jedyne, co mogę w tym momencie dodać, to że ta miłość nie wydaje się słabsza. Tak naprawdę cholerny szczęściarz z tego Andrei.

Pochettino kupił czas

Nie, tym razem nie będę narzekał, że rywal słaby, bo z dużo słabszymi w tym sezonie potrafił Tottenham nie wygrywać. Nie będę również zaczynał od przypominania, że Liverpool zawiesi w niedzielę poprzeczkę o wiele wyżej, bo wszyscy o tym pamiętają. Nie będę nawet marudził, że około trzydziestej minuty drużyna gospodarzy spuściła z tonu i Crvena Zvezda zdołała wypracować sobie kilka dobrych okazji, bo ostatecznie żadnej z nich nie wykorzystała. Dokładnie czegoś takiego Mauricio Pochettino i jego piłkarze potrzebowali, by znów, choć przez parę dni, móc oddychać pełną piersią. Odrobiny szczęścia, owszem, ale także trafionej decyzji o ustawieniu (czemuż, ach czemuż, Maurycy, zaczynałeś mecz z Watfordem trójką środkowych obrońców, a potem kazałeś nam patrzeć na 45 minut gry sterylnie pozbawionej kreatywności?) i o doborze personelu. Zdecydowania w pressingu (Son zawdzięcza mu drugą bramkę, którą strzelił z podania odbierającego wcześniej piłkę Marinowi Ndombele). Waleczności (jej symbolem był, jak to często bywa, Lamela, skutecznie próbujący wślizgu na połowie rywala nawet w przedostatniej minucie meczu). Szybkości (tu prym wiódł, oczywiście, Son). Boiskowej inteligencji (jej z kolei wzorem był Kane, często robiący miejsce wbiegającym kolegom, cofający się po piłkę i rozgrywający ją z precyzją i nonszalancją człowieka, który chciałby w końcu zostać porównanym do Andrei Pirlo). Tego, że stwarzane sytuacje przekładają się na bramki, czyli skuteczności po prostu.

No więc nie będę narzekał, że rywal słaby. Ucieszę się, że w dwusetnym meczu dla Tottenhamu Lamela najpierw zaliczył dwie asysty, potem groźnie strzelał, aż w końcu zdobył bramkę. Że Sissoko z Ndombelem harowali w środku pola (dla tego ostatniego był to z pewnością najlepszy mecz z dotychczas rozegranych w Tottenhamie). Że Davies dobrze asekurował Vertonghena, a potem Sancheza. Że na dziesięć minut pojawił się Lo Celso. Że Kane’owi brakuje już tylko jednej bramki, by stać się trzecim na liście najlepszych strzelców w historii klubu. Nade wszystko: że ci, którzy w ciągu ostatnich tygodni wyglądali na pozbawione krwi, kości i mięsa upiory, dziś mieli w sobie tyle życia. I że znów poczuli, jak smakuje zwycięstwo.

Sporo się mówi na ostatnich konferencjach prasowych Pochettino o styczniu: Argentyńczyk zapewniał dopiero co dziennikarzy, że wcale nie zamierza dokonywać w jego trakcie czystek w składzie (coś takiego wypsnęło mu się po odpadnięciu z Pucharu Ligi w Colchester). Trudno się dziwić, skoro do stycznia zostało jeszcze ponad dwa miesiące, które trzeba przepracować z tymi, których chciałoby się już od drużyny odsunąć – a są to w dodatku jej tak bardzo wpływowi członkowie. W sumie największa radość z takiego zwycięstwa jak dzisiejsze polega więc na kupieniu czasu. Na adaptację i całkowite wyleczenie zawodników, którzy zostali kupieni tego lata. Na poszukanie kolejnych wzmocnień (bez upgrade’u na prawej obronie się, niestety, nie obejdzie). Na wdrożenie jeszcze raz, z nową energią nowych ludzi, rutyny, która zrosła się w ciągu pierwszych sezonów Pochettino w Tottenhamie z jego przepisem na sukces, czyli gry pressingiem. W końcu także: na pożegnanie z tymi, którzy już swoje w północnym Londynie odpracowali, i nawet jeśli mają już głowy gdzie indziej, to naprawdę zasługują na to, by wspominać ich ciepło i z sentymentem.

Po dzisiejszym zwycięstwie wygląda na to, że Mauricio Pochettino jeszcze się wśród nich nie znajdzie.

PS A przy okazji wypada rozstrzygnąć konkurs ogłoszony w poprzedniej notce. Wydany przez SQN „Nowy wspaniały świat” Guillema Balague’a o czasach Mauricio Pochettino w Tottenhamie otrzymają: Mateusz Banaszak, Bartosz Ryt, Anna Olchówka, Wojciech Kuczera i Jacek Głomb. Drogą mailową poproszę zwycięzców o podanie adresu do wysyłki. Cytat pochodził z – fenomenalnej skądinąd – podróżniczej prozy Bruce’a Chatwina „W Patagonii”.

Myśmy wszystko pamiętali

Myśmy wszystko zapomnieli. Myśmy, czyli kibice Tottenhamu oczywiście. Myśmy zapomnieli o czasach, w których nasza drużyna rozsypuje się nagle jak domek z kart. O czasach, w których przegrywa dwoma bramkami z silniejszym i lepszym, rzecz jasna, rywalem. O czasach, w których trener musi podjąć ryzyko, postanawia dokonać ofensywnych zmian i w których cała struktura nagle przestaje istnieć: obrońcy zaczynają podawać pod nogi rywala, a ten nieatakowany korzysta oczywiście z prezentu i strzela gola za golem. Takie rzeczy, owszem, działy się za Tima Sherwooda. Działy się, i to niejeden raz, za Andre Villas-Boasa. Działy się także wcześniej. Wtedy też zaczynało się nieźle, z takim Arsenalem w derbach np., kiedy Adebayor grał już u nas i strzelił nawet bramkę, ale potem obejrzał czerwoną kartkę i wszystko się posypało. Dziś obyło się nawet bez czerwonej kartki. Wystarczyło jedno zagapienie się Auriera, który spóźnił się ze wślizgiem, wystarczyło jedno zagapienie się Winksa… no dobra, nie jedno: kiedy Bayern po błędzie Anglika strzelał swoją czwartą bramkę, miałem już naliczone trzy straty pomocnika gospodarzy na własnej połowie, podobnie długie były notatki na temat ustawiania się prawego obrońcy i piłek adresowanych za jego plecy do Gnabry’ego. Żeby nie było, że ich nie ostrzegali.

Myśmy zapomnieli też o pierwszych trzydziestu paru minutach meczu, które w wydaniu Tottenhamu, a niech tam, niech się ośmieszę, były najlepsze w sezonie. Przed i po golu Sona okazji było jeszcze kilka: bardzo dobrą miał Koreańczyk, bardzo dobrą Ndombele, w sumie piłkarze Pochettino strzelali ośmiokrotnie. Zabójcza precyzja jednego uderzenia Lewandowskiego spowodowała, że pierwsza połowa została przegrana, ale przed drugą sam byłem pełen dobrej nadziei. Pokazali determinację w sobotę z Southamptonem, odrabiali straty także w poprzednim sezonie Ligi MIstrzów, na ławce siedzieli wyposzczeni gry Eriksen, Lucas i Lamela… jeszcze można się było łudzić.

Sami widzicie: kibic we mnie bardzo chciałby wierzyć, że to jeszcze nie koniec. Wystarczy wygrać z Crveną Zvezdą. Wystarczy zagrać dobry mecz w Brighton. Wystarczy jeszcze raz uwierzyć Maurycemu, że jest właściwym człowiekiem, by uczynić Tottenham znów wielkim. Wystarczy dać czas na „bolesną przebudowę”, którą sam przecież w wakacje zapowiadał. Wystarczy poczekać, aż wyzdrowieje Lo Celso i budować ten nowy Tottenham wokół niego.

Piszę i sam nie wierzę w to, co piszę. Widzę, że nie tylko skapitulowali w końcówce: w skali całego meczu również biegali mniej od rywala, a energii w pressingu wystarczyło im na pół godziny. Widzę, jak uparcie ignoruję statystyki: meczów, w których tracili wypracowane w pocie czoła prowadzenie. Meczów, które – nie tylko w tym sezonie, w Premier League feralna forma zaczęła się w styczniu – przegrywali, zwłaszcza na wyjazdach. Meczów, w których nie wracali za rywalem, zostawiając dziurę w środku i obrońców na pastwę szarżujących rywali. Meczów, w których dali sobie wbić na własnym boisku aż siedem goli… ach, prawda, to się nigdy jeszcze nie zdarzyło.

Gdyby spotkanie z Bayernem zakończyło się dwadzieścia minut wcześniej, ignorowałbym to wszystko dalej, i nawet teraz próbuję sobie jeszcze powiedzieć, że skuteczność Bawarczyków była faktycznie nadzwyczajna. Próbuję, ale już nie potrafię, może więc w sumie powinienem być zadowolony, że ktoś mi pozwolił przejrzeć na oczy. Oto, proszę państwa, początek końca ery Pochettino w Tottenhamie. W tym świecie nie dostaje się czasu na przebudowę. Nerwowość i presja będą rosły, piłkarze będą prosić swoich agentów, by sprawdzili im jakieś inne opcje, prezes zacznie się zastanawiać, jak długo taki Allegri czy, uchowaj Boże, Mourinho, pozostaną bezrobotni – cierpliwością nigdy nie grzeszył. Zbyt duże pieniądze wchodzą w grę, zbyt piękny jest ten stadion, ale też zbyt wiele w niego zainwestowano, by pozwolić sobie na przedłużający się kryzys.

Tak naprawdę początkiem końca był przegrany finał w Madrycie, ale o tym napiszę już kiedy indziej. Idę spać. A może to przez ostatnie pięć lat śniłem. Myśmy wszystko zapomnieli? Wręcz przeciwnie: myśmy wszystko pamiętali. „Chłopaki, to jest Tottenham”. Trochę was tu nie było, witajcie.