Archiwum kategorii: Premier League

Eryk szalony

Dopiero w dniu jego odejścia dotarła do mnie oczywista prawda: Erik Manuel Lamela był Tottenhamem. Nie tylko dlatego, że jak na współczesne standardy spędził tu wyjątkowo dużo czasu: całe osiem sezonów, które zaczynały się jeszcze w pełnym zawiedzionych ostatecznie (jak to zwykle bywa w przypadku dziejów tej drużyny) nadziei okresie rządów Andre Villasa-Boasa, kiedy to nie tyle młody portugalski menedżer, co raczej dyrektor sportowy Franco Baldini postanowił wydać pieniądze z transferu Garetha Bale’a na siódemkę piłkarzy – oprócz Lameli byli to Eriksen, Chadli, Soldado, Capoue, Chiriches i Paulinho, z których świetnie spisujący się wcześniej w Romie Argentyńczyk został w klubie najdłużej. Przede wszystkim dlatego, że opisując jego pobyt w Tottenhamie ma się wrażenie, iż opisuje się sam klub.

W gruncie rzeczy wystarczyłoby wspomnienie tej jednej jedynej niedzieli sprzed kilku zaledwie miesięcy, 14 marca 2021. Derbowy mecz z Arsenalem zaczął na ławce rezerwowych, pojawił się na boisku w 19. minucie na miejsce kontuzjowanego Sona, szybko strzelił cudowną bramkę – fantastyczne uderzenie raboną tego, co tu kryć, w gruncie rzeczy wyłącznie lewonożnego zawodnika, zostało później okrzyknięte golem sezonu – następnie zaś obejrzał dwie żółte kartki, a jego drużyna przegrała 2:1. Było w tym przecież wszystko, z czym Tottenham nam się kojarzy; piękno indywidualnego zrywu, można by wręcz powiedzieć: błysk geniuszu – i ostateczne fiasko. Trud, który idzie na marne. Piękno, które przemija. Niespełnienie.

Był Erik Lamela Tottenhamem, bo tyleż zachwycał, co frustrował. Bo o nikogo chyba kibice tej drużyny nie potrafili pokłócić się tak zażarcie. Bo jak tu zważyć: na jednej szali cudowne bramki (raboną strzelił także z Asterasem Tripoli, w październiku 2014), fantastyczne dryblingi, niestrudzony pressing, zaciętość wślizgu; na drugiej zaś wyjątkowo irytujące straty, zapamiętanie w akcji indywidualnej, kiedy prosiło się o podanie, skłonność do teatralnych sztuczek (a może należałoby powiedzieć o tym: viveza?), która doprowadziła sędziego Anthony’ego Taylora do pokazania czerwonej kartki Martialowi w wygranym 6:1 przez Tottenham meczu z Manchesterem United, a także nieregularność, wymuszoną oczywiście głównie trapiącymi go kontuzjami. Długo prześladowały go problemy z biodrami; nie grał w piłkę ponad rok i przeszedł dwie operacje.

Jak na ofensywnego pomocnika strzelał za mało bramek (37), asystował (47) zbyt rzadko. Jak na osiem lat pobytu w klubie rozegrał za mało spotkań (257). Jak na zawodnika aspirującego do klasy światowej, jego chaotyczność i brawura wydawały się dyskwalifikujące. Z drugiej strony na każde wspomnienie tego, jak zapamiętale holował piłk, zwłaszcza jak turlał ją przed sobą lewą stopą, jak podrywał drużynę do walki jakimś kaskaderskim wślizgiem, jak toczył po boisku szalonym wzrokiem, a także – nie ukrywajmy – jak malowniczo się nosił poza nim, mam uśmiech na twarzy. Najzwyczajniej w świecie: był jednym z tych piłkarzy, których uwielbiam – i pełna świadomość wszystkich jego wad mojego uwielbienia nie zmniejsza. Nie jestem pewien, czy potrafię zdefiniować tę kategorię zawodników, do której się zalicza – z pewnością nienależących do najlepszych w drużynie, niebędących jej największymi gwiazdami, niepodbijających świata – ale faktem jest, że mam pełną szafę ich koszulek.

Był Tottenhamem, bo nigdy niczego nie wygrał, ale nie dało się go nie zauważyć i nie zapamiętać. Bo styl i serce do gry było dlań ważniejsze niż pragmatyzm i chłodna głowa. El coco Lamela que loco que está. Właściwie już zacząłem tęsknić.

Medytacja na zesłanie

Wielce to symboliczne, ale przespałem zatrudnienie przez Tottenham nowego trenera. I nie, nie sądzę, żeby chodziło po prostu o to, że przez poprzednie dwa dni pisałem po nocach długie teksty o klasykach Euro, meczach Hiszpanii z Chorwacją i Francji ze Szwajcarią, a potem o bynajmniej nie klasycznym spotkaniu Anglia-Niemcy. Pamiętam przecież czasy, w których na informację o zatrudnieniu nowego szkoleniowca czekałem z wytęsknieniem, siedząc przed komputerem i w kółko odświeżając klubową stronę internetową, żeby w końcu doczekać się oficjalnego potwierdzenia wyciekającej już tu i ówdzie informacji, i było to niezależne od stopnia zmęczenia, zobowiązań służbowych, a nawet – strach powiedzieć głośno – rodzinnych. Pamiętam nawet nieodległe dni, w których na wieść o tym, że Daniel Levy próbuje namówić na powrót do klubu Mauricio Pochettino właściwie nie odrywałem ręki od smartfona, nawet jeśli racjonalna część mnie wiedziała doskonale, że na ten powrót jest za wcześnie – że ani PSG nie pozwoli sobie na taki wizerunkowy uszczerbek, jak rozwiązanie umowy z trenerem zaledwie po sześciu miesiącach od zatrudnienia, ani sam Argentyńczyk, jako człowiek honorowy, nie będzie wymuszał dymisji – i że nie minęło wystarczająco wiele czasu, by i on, i jego niedawni jeszcze w sumie podopieczni nabrali wystarczająco wiele doświadczenia i umieli naprawdę zacząć od nowa.

W sumie to czas, który upływał mi od chwili zwolnienia José Mourinho, bardzo przypominał mi tych parę momentów w życiu, w których okoliczności zmuszały mnie do poszukiwań nowego mieszkania. Początkowa ekscytacja nadmiarem możliwości, zachwyt kilkoma fenomenalnymi propozycjami, które wszakże niemal natychmiast okazywały się być poza zasięgiem możliwości finansowych lub ktoś inny sprzątnął mi je sprzed nosa (dotyczy zwłaszcza Juliana Nagelsmanna), później stopniowe przymierzanie się do wyborów nieco mniej atrakcyjnych, ale wciąż do przyjęcia (był w tej kategorii Erik Ten Haag, był Brendan Rogers, był nawet Graham Potter) i narastający strach, że i tak skończy się w jakiejś ciemnej dziurze (Paulo Fonseca, a zwłaszcza Gennaro Gattuso).

Ostateczny wybór Nuno Espirito Santo – którego dwuletni zaledwie kontrakt również zdaje się wskazywać na pewną ostrożność umawiających się stron – należy do jeszcze jednej kategorii: przeżyjemy, ale z pewnością korzeni nie zapuścimy; podobnie zresztą myślałem o Antonio Conte. Patrząc na styl, w jakim grało Wolves, można wyobrażać sobie drużynę walczącą, grającą twardo i niełatwą do pokonania, dobrze zorganizowaną w obronie i potrafiącą kontratakować, ale w czasach pracy w Valencii, z którą awansował nawet do Ligi Mistrzów Espirito Santo umiał także stawiać na futbol, który od biedy można by zmieścić w kryteriach, jakie prezes Levy wymieniał jako mieszczące się w klubowym DNA: ofensywny, pełen rozmachu, sprawiający kibicom frajdę; także i w czasach Wolves były momenty, w których pod wodzą Portugalczyka drużyna atakowała szybko i wymieniała podania z pierwszej piłki. O tym, ile trudności sprawiał Tottenhamowi taki Adama Traore niejedno mógłby powiedzieć Jan Vertonghen, nawet jeśli w Lizbonie nie grożą mu już spotkania z tym piłkarzem.

O, proszę bardzo, macie mnie jak na dłoni. Jak z każdym nowym trenerem – robię wszystko, by dać Nuno Espirito Santo kredyt zaufania. Próbuję zapomnieć o jego zblatowaniu z Jorge Mendesem (równie dobre układy z portugalskim superagentem ma ponoć nasz nowy dyrektor sportowy, pracujący do niedawna w Juventusie Fabio Paratici) i nie myśleć, że Tottenham zamieni się teraz w kolejną przechowalnię dla zawodników ze stajni tego ostatniego. Próbuję nie myśleć, że ta nominacja nie jest z pewnością argumentem za pozostaniem w klubie dla Harry’ego Kane’a – szczerze mówiąc pewnie żadna by nie była. Próbuję nie myśleć, że w swojej istocie futbol Wolves przypominał jednak reaktywną piłkę Mourinho niż proaktywną Pochettino – wciąż stanowiącą dla fanów Tottenhamu wzorzec metra, jeśli idzie o najświeższą definicję klubowego DNA. Próbuję nie myśleć o całej tej farsie związanej z wielotygodniowym poszukiwaniem trenera, w której Espirito Santo nie był przecież ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim wyborem na liście priorytetów zarządu. Próbuję nie myśleć o tym, że po prostu był do wzięcia, a jego zatrudnienie nie wiązało się z płaceniem żadnemu klubowi odstępnego. Rozumiem pandemiczne ograniczenia, o których w niedawnym wywiadzie dla klubowej telewizji mówił Daniel Levy, tonując jakiekolwiek fantazje o daleko idących inwestycjach w drużynę: po tym, jak nawet Liga Europy spadła z listy zobowiązań i nadziei Tottenhamu na najbliższy sezon, straty do odrobienia są gigantyczne i tylko modlić się trzeba, by koronawirusowa Delta nie doprowadziła do kolejnego zamknięcia stadionów. Rozumiem nawet korporacyjną nowomowę, w jakiej Espirito Santo wita Paratici: że Portugalczyk potrafi się zaadaptować, że zaprowadzi w drużynie dyscyplinę i przywróci zdolność do ciężkiej pracy. Doszukuję się także pozytywów w pierwszych wypowiedziach nowego trenera: w jego entuzjazmie i obietnicach ciężkiej pracy. To, że nie obiecuje pucharów ani tytułów, zapisuję mu na plus. Jesteśmy po erze Mourinho, a ostatnich kilka miesięcy upłynęło nam w takim chaosie, że owo niespektakularne powitanie Portugalczyka wydaje się po prostu dowodem realizmu i trzeźwości: jego samego, jego nowych zwierzchników i naszej, kibiców, którzy z tym klubem przeszli niejedno. A więc: próbuję ducha nie gasić, tak jak to robiłem przecież przy każdej przeprowadzce. Próbuję nie zauważać, że słowo zawarte w tytule tego tekstu zawiera zarówno obietnicę nadejścia, jak i możliwość zsyłki. Niewiele się w sumie spodziewam, więc pewnie i niezbyt się rozczaruję – a kibicować będę, jak zawsze, całym sercem.

Miałeś, Daniel, złoty róg

Miałeś, Daniel, czapkę z piór. MIałeś drużynę, która grała regularnie w Lidze Mistrzów i biła się o mistrzostwo kraju. Miałeś drużynę komplementowaną przez cały piłkarski świat i taką, za którą kibice stali murem. Miałeś trenera, którego komplementowano równie silnie, a kochano jeszcze bardziej. Nie płaciłeś im zbyt dobrze, ładnych paru prezesów w Premier League wydawało pieniądze ręką dużo bardziej lekką niż Ty, ale wszyscy to rozumieli: budowałeś stadion i to był na tamten moment priorytet w rozwoju klubu. Taki był zresztą element dealu, związanego z uczestnictwem w Twoim projekcie – także Mauricio Pochettino wiedział, podpisując, a potem przedłużając z Tobą umowę, że musi przede wszystkim pracować z tymi piłkarzami, których przejął po Timie Sherwoodzie i Andre VIllas-Boasu; że musi wesprzeć ich w rozwoju i że musi również bacznie przyglądać się młodzieży, która trenuje w akademii, tak samo zresztą, jak robił to w Southamptonie. Chętnie przyznaję: przez kilka lat ten model sprawdzał się znakomicie. W drugim roku pracy Pochettino – z pewnością za wcześnie, zważywszy na fazę rozwoju jego zespołu – Tottenham walczył o mistrzostwo z Leicester, w trzecim, bijąc rekord zdobytych punktów w Premier League, ustąpił w tabeli jedynie Chelsea. Później jednak (nawiasem mówiąc po kończącym poprzedni sezon meczu z Leicester, równie rozrywkowym, jak dzisiejszy) przyszedł sierpień 2018 roku, ten pierwszy w dziejach, w którym nie przeprowadziłeś ani jednego transferu, choć tak wiele mówiło się wtedy na przykład o sprowadzeniu Jacka Grealisha.

Czy to był ten moment, Daniel? Czy to wtedy klub zamiast piąć się nadal wzwyż, skręcił na ścieżkę, która doprowadziła go w miejsce, które zajmuje dzisiaj: z awansem do niechcianej przez nikogo Ligi Konferencji, bez prawa gry w Lidze Europy, bez trenera i z najlepszym zawodnikiem, ba, klubową legendą otwarcie mówiącą, że chciałaby walczyć o najwyższe cele, na co tutaj się nie zapowiada? Czy to wtedy właśnie trzeba było zrobić coś, na co i tak musiałeś się zdecydować kilkanaście miesięcy później, wydając dziesiątki milionów na Ndombele czy Lo Celso, a potem przeprowadzając kolejne transfery, których życzył sobie José Mourinho (o odprawie dla Pochettino, lukratywnym kontrakcie Portugalczyka i kolejnej odprawie dla tego ostatniego już nie wspominam)? Czy to wtedy trzeba się było rozejrzeć za następcą mającego wkrótce wyjechać do Chin Moussy Dembelego, znaleźć defensywnego pomocnika na miejsce borykającego się z kontuzjami Wanyamy i zwiększyć rywalizację na bokach obrony? Kiedy przypominam sobie wypowiedź Jamiego Carraghera, już podczas pobytu Mourinho w klubie, że był taki czas, kiedy Tottenham Pochettino od mistrzostwa Anglii dzieliły dwa transfery, a teraz brakuje mu pięciu, by w ogóle myśleć o wskoczeniu na poziom Tottenhamu Pochettino, zastanawiam się, czy to nie właśnie tamtą chwilę miał na myśli.

Wiem, do historycznego występu drużyny w finale Ligi Mistrzów pozostawał jeszcze rok, ale ów sensacyjny rajd przez stadiony Dortmundu, Manchesteru i Amsterdamu, zaciemniał obserwację oczywistego dość faktu, że już od stycznia 2019 drużyna wyraźnie dołowała w Premier League. Zresztą czytałeś na pewno – zbyt wytrawnym jesteś biznesmenem, by nie uczyć się od mistrzów zarządzania – obserwację Aleksa Fergusona, że cykl odnoszenia sukcesów przez zespół trwa cztery lata. W przypadku drużyny Pochettino akurat tyle upływało właśnie latem 2018 i w gruncie rzeczy powinieneś być wdzięczny Maurycemu, że tak pięknie potrafił go przedłużyć. Inna sprawa, że Ferguson nigdy by na coś podobnego nie pozwolił: Szkot wiedział, że nowy impuls jest potrzebny nawet kiedy w momencie wdrażania zmian wszystko wydaje się iść w najlepszym porządku i na pierwszy rzut oka ruszanie czegokolwiek wydaje się wręcz zbędne.

Kiedy zasiadasz sam w ciszy swojego gabinetu, kiedy próbujesz zapomnieć o protestach kibiców, coraz głośniej domagających się Twojej dymisji i niemogących wybaczyć Ci fatalnego zauroczenia José Mourinho oraz zaangażowania w niesławny projekt Superligi, z pewnością jesteś w stanie przypomnieć sobie argumenty, dla których postępowałeś tak, a nie inaczej. Księgowo wszystko się pięknie dopinało. Stadion był prawie gotowy. Przychody z Ligi Mistrzów, kontrakty sponsorskie, umowy telewizyjne spowodowały, że klub wdarł się do pierwszej dziesiątki najbogatszych na świecie. Miałeś swoją globalną markę, dogadywałeś z Amazonem szczegóły filmu, który miałby wypromować ją jeszcze szerzej. Byłeś, owszem, wdzięczny, Maurycemu. Szczodrze go wynagradzałeś. Podwyżki dawałeś zresztą także Harry’emu – żaden z nich nigdy nie narzekał na Twoją hojność. A jednak coś przegapiłeś i kiedy, naciskany przez Pochettino, grzmiącego na konferencjach prasowych, że aby zrobić ostatni krok do wielkości klub musi zacząć inaczej działać na rynku transferowym, sięgnąłeś w końcu do klubowej kasy – było już za późno. Po przegranym finale odszedł Eriksen, trenera i większość grającej zbyt długo razem drużyny dopadło poczucie wypalenia, Ndombele zaś adaptował się powoli, a Lo Celso złapał kontuzję: zabrakło czasowego bufora, z jakim do zespołu wkomponowuje się nowych zawodników; zwłaszcza do zespołu grającego i trenującego w tak specyficznym stylu, jak u Pochettino.

Niewykluczone, że zabrakło też cierpliwości, kiedy jesienią 2019 drużyna była w potężnym kryzysie, kiedy przegrała z Bayernem, kiedy kontuzjował się Lloris i kiedy zmiana trenera wydawała się najprostszym rozwiązaniem. Zawsze chciałeś zatrudnić José Mourinho, prawda? W trakcie kilku scen serialu Amazonu słałeś mu spojrzenia wręcz miłosne. Może trudno się dziwić, że nie wytrzymałeś nerwowo – choć przykład, z jakim w ostatnich tygodniach Liverpool Jurgena Kloppa wyszedł z wcześniejszego kryzysu, z pewnością mógłby być dla Ciebie pouczający. Kibice, jeśli jeszcze pamiętasz, raczej nie domagali się wyrzucenia Maurycego…

MIałeś, Daniel, złoty róg. To była naprawdę piękna przygoda. Wydaje się niewiarygodne, ale równe dwa lata temu Twoi piłkarze szykowali się do gry w finale Ligi Mistrzów. Jestem pewien, że pamiętasz to jeszcze lepiej niż ja – choć ja też byłem wtedy w Madrycie i choć wieczór w Amsterdamie, zaledwie dwa lata i dwa tygodnie temu, uważam za najpiękniejszy piłkarsko wieczór w moim życiu. Problem w tym, że myśl o powrocie w tamto miejsce wydaje się dziś kwestią równie realną, jak to, że po Arbacie znów przespaceruje się Puszkin. Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno, jak śpiewał Okudżawa (a przecież mi żal…). A co przyniesie przyszłość? Sam powiedz: od kiedy Chelsea zatrudniła Tuchela, a Bayern sięgnął po Nagelsmanna, każda kolejna kandydatura nowego szkoleniowca, jaką rozważasz, wydaje się kandydaturą nierealną, niedoskonałą, w najlepszym razie przejściową albo skrajnie ryzykowną, a Ty nie bardzo już możesz pozwolić sobie na ryzyko – nie tylko sportowe, także (w świetle długów, pandemii, pustych trybun, braku zysków wygenerowanych przez dobrą grę drużyny) ekonomiczne. W gruncie rzeczy mam nieodparte wrażenie, że kiedy osiem lat temu z Tottenhamu odchodził Gareth Bale (mam nadzieję, że po jego dzisiejszym wejściu z ławki zrobisz coś, żeby nie odchodził ponownie…), ba: kiedy siedem lat temu drużynę przestawał prowadzić Tim Sherwood, mieliśmy więcej powodów do optymizmu niż dziś, nawet jeśli na King Power Stadium grupa zatrudnianych przez Ciebie – i przez wiele minut sprawiających wrażenie, jakby widzieli się po raz pierwszy – zawodników zdołała jednak wygrać.

Tak naprawdę Ci nie zazdroszczę. Kibicuję Twojemu klubowi tak długo, że kryzys taki, jak obecny, jest dla mnie stanem naturalnym, do niczego innego nie przywykłem, nic innego nie pamiętam, to epoka Pochettino wydaje mi się tak naprawdę jakąś pogodową anomalią, a nie dzisiejszy bałagan i chaos. Ale Ty? Z Twoimi ambicjami i wizją? Z Twoim skrywanym starannie pragnieniem naszej akceptacji, bycia kochanym i docenionym za wszystkie swoje trudy? Był taki czas, w którym się wydawało, że zastałeś Tottenham drewnianym i zostawisz murowanym – i że będziesz miał kiedyś pomnik przed stadionem i trybunę swojego imienia na nim. Ale teraz? Czapkę wicher niesie do Manchesteru, róg huka po Paryżu. Ostał ci się ino sznur.

(W dramacie Wyspiańskiego w tym momencie pieje kogut, ciekawe, czy ten z klubowego herbu. Mimo dramatycznych wołań Jaśka nikt się nie budzi).

PS Za dwa tygodnie premiera „Światła bramki”. Książkę z solidnym rabatem (i Lucasem Mourą na okładce) można zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Czy Harry Kane musi odejść

Najbardziej zaskakujące w przecieku na temat woli odejścia Harry’ego Kane’a z Tottenhamu wydaje się tak naprawdę to, że ktokolwiek jest zaskoczony. Można, owszem, zastanawiać się, czy puszczenie tego przecieku akurat przed ostatecznymi rozstrzygnięciami generalnie spisanego na straty sezonu jest fortunne („Nie mógł poczekać tydzień?”, pytają ponoć poirytowani członkowie klubowego zarządu, słusznie obawiając się, że przygotowania do meczów z Aston Villą i Leicester mocno się skomplikują), ale z drugiej strony fakt, iż drużyna bije się już tylko o prawo gry w Lidze Europy – i że nawet tego nie jest pewna – pokazuje oczywistość konkluzji, do jakiej doszedł najlepszy dziś napastnik Anglii. W maju 2021 roku, mając niemal 28 lat, będąc w świetnej formie i ciesząc się zupełnie dobrym zdrowiem, Harry Kane naprawdę nie ma na co czekać. Mówił zresztą wprost, odbierając kilka tygodni temu nagrodę dla najlepszego piłkarza Londynu, o słodko-gorzkim uczuciu, jakie wiąże się z przyjmowaniem takich wyróżnień – i o tym, że chciałby wreszcie coś wygrać z drużyną.

O tym, co spotkało go w ostatnich miesiącach w Tottenhamie, pisałem tu wiele. Pobyt Jose Mourinho w klubie nie trwał wprawdzie aż tak długo, ale podziały w zespole dało się już odczuć. Drużyna robiła katastrofalne błędy w obronie, wypuszczała prowadzenia w wygrywanych meczach. Jej kluczowi zawodnicy nie pracowali wystarczająco ciężko na treningach i w trakcie spotkań, i dotyczy to niestety, także, największych gwiazd, takich jak Bale, Dele Alli czy Ndombele. Po części był to efekt przestarzałych metod szkoleniowych nadmiernie skupionego na rywalach Portugalczyka, ale wszystkiego nie da się zrzucić na trenera. Występ w Lidze Europy zakończył się kompromitacją w Zagrzebiu, walka o Puchar Ligi – finałowym rozczarowaniem. Nadziei, że w przyszłym roku może być znacząco lepiej – na razie nie widać.

Bądźmy szczerzy: jedyne, co czeka Harry’ego Kane’a w Tottenhamie w sezonie 2021/22, to uczestniczenie w mniej lub bardziej bolesnym okresie przebudowy, w dodatku póki co nie wiadomo przez kogo dokonywanej, choć wiadomo, że kilka świetnych nazwisk na rynku trenerskim odpadło z wyścigu, a każde kolejne z pojawiających się na medialnej karuzeli wydaje się obarczone wieloma znakami zapytania; szczerze mówiąc ten wpis podszyty jest również frustracją, że nie tylko Nagelsmann czy Ten Haag, ale także Rodgers wydaje się być poza zasięgiem obecnych możliwości klubu (ledwo utrzymującego Brighton w Premier League Pottera trudno uznawać za kolejne wcielenie Mauricio Pochettino, a tzw. duże nazwiska, np. Allegri, podobnie jak Mourinho średnio pasują do wizerunku tej drużyny). Wiadomo też, że klub jest zadłużony bardziej niż niejeden z rywali, że pandemia uderzyła go mocniej (a to w związku z utratą spodziewanych zysków z biletów na otwarty dopiero co stadion), podobnie jak kolejny już brak awansu do Ligi Mistrzów. Wiadomo, że jeśli nowy szkoleniowiec przyjdzie i będzie chciał myśleć o wzmocnieniach, najpierw będzie musiał pozbyć się kilku piłkarzy. Mówienie, że wrócą z wypożyczeń Skipp czy Sessegnon, owszem, raduje serce kibica, ale z perspektywy takiego Kane’a znaczy pewnie niewiele. Podobnie jak spekulowanie, czy Bale zostanie na jeszcze jeden sezon.

Lojalności Kane’a do Tottenhamu nikt kwestionować nie może. Tego, ile dał klubowi w ciągu minionej dekady również. Ale perspektywy na White Hart Lane ma takie, że naprawdę jedyne, co może brać pod uwagę jako argument za pozostaniem, to fakt, iż coraz mniej brakuje mu do pobicia rekordu Jimmy’ego Greavesa i stania się najlepszym strzelcem w dziejach Tottenhamu. Czy taki tytuł jest w stanie zrównoważyć mistrzostwa czy puchary kraju albo wygraną w Lidze Mistrzów? Pytanie wydaje się retoryczne.

Zupełnie inną kwestią jest to, czy ewentualnego kupca będzie stać na sprowadzenie Kane’a – i czy Tottenham będzie musiał go sprzedać. Do końca obecnego kontraktu Anglika pozostają trzy lata (pamiętacie jeszcze, jak świetlana wydawała się przyszłość, kiedy go podpisywał?), choć „The Athletic” twierdzi, że zawarł z prezesem Levym dżentelmeńską umową, iż po tym sezonie będzie mógł odejść. Marka zawodnika i regularność, z jaką zdobywa bramki, a przy tym zasięg i precyzja jego podań, które znalazły w tym roku odzwierciedlenie w liczbie asyst, fakt, że mamy do czynienia z kapitanem reprezentacji kraju, wzorowy wizerunek ojca rodziny, sportowe ambicje i wychwalany przez wszystkich profesjonalizm – to jest kapitał, który w przełożeniu na brytyjskie funty daje wartość z pewnością przekraczającą sto, może nawet sięgającą stu pięćdziesięciu milionów. Mało który klub w Europie i na Wyspach może w obecnych warunkach pozwolić sobie na wydanie podobnej kwoty, zwłaszcza, że na kontynencie mówi się również o transferach Haalanda i Mbappe. Niewątpliwie bez klasycznej „dziewiątki” od dawna gra Manchester City i niejeden obserwator zastanawia się dziś, czy to Kane nie jest brakującym ogniwem, oddzielającym ostatnią budowlę Pepa Guardioli od doskonałości. Ale to, że Daniel Levy zrobi wszystko, by nie sprzedać Kane’a któremukolwiek z rywali z Premier League wydaje się równie oczywiste jak to, że Kane ma dobre powody, by odejść. 

Krótko mówiąc: jeśli chce zostać mistrzem kraju już, teraz, jak jego niedawni koledzy, Walker czy Eriksen, a nie na święty nigdy, Harry Kane odejść musi. Musi przestać liczyć, że prezes sprowadzi do klubu trenera, który już, teraz będzie w stanie dorównać jego ambicjom i profesjonalizmowi. Musi odłożyć na jakiś czas wspomnienia o strzelonym w derbach „golu w masce”, o pierwszej bramce z Shamrock Rovers, czy o pierwszym hattricku z Asterisem Trypolis (to wtedy stanął w bramce, po czerwonej kartce Llorisa, i wpuścił gola po rzucie wolnym rywali)… naprawdę ściska mi się teraz gardło i nie chcę już tych sentymentów ciągnąć, przypominając sobie jak ów niezgrabny nieco z początku młodzian stawał klubową ikoną.

Przed nami typowe gorące lato. W przypadku kibica Tottenhamu, przynajmniej tego z dłuższym stażem niż czasy „nowego, wspaniałego świata” – typowo ponure.

Siedemnaście miesięcy José Mourinho

Będzie krótko, bo długo było już o superlidze, a przecież trzeba jeszcze skończyć ostatnie korekty książki, no i w ogóle może napić się wina, niechże nawet będzie: portugalskiego, bo wiadomość, jaką mam tu skomentować, jest wiadomością dobrą i od dawna wyczekiwaną. Szczerze mówiąc: wyczekiwaną od 17 miesięcy, czyli od dnia, w którym José Mourinho został trenerem Tottenhamu. 

Stali czytelnicy bloga wiedzą: nie był moim faworytem, uważałem, że ze swoim przywiązaniem do reaktywnego futbolu i konfrontacyjnym sposobem pracy z zawodnikami nie pasuje ani do tego klubu, z jego tradycją piłki ofensywnej i cieszącej oko fanów, ani do tej konkretnej grupy piłkarzy, odziedziczonych po poprzedniku i nauczonych przez niego pewnego określonego sposobu gry i pracy. Argumenty, które przedstawiałem na poparcie tych zdań można wyszukać po blogowym tagu „Mourinho”; znajdzie się tam także jeden czy dwa wpisy, w których oddawałem Portugalczykowi sprawiedliwość, kiedy jesienią ubiegłego roku drużyna zdawała się nabierać rozpędu. Zbyt krótki był to jednak zryw, nawet jeśli dzięki niemu Harry Kane wciąż może zostać piłkarzem roku Premier League; on jeden zresztą w trakcie tego półtora roku nie obniżył lotów (owszem, momenty mieli też Son czy Ndombele, ale daleko im było do regularności kapitana reprezentacji Anglii) i w ostatnich godzinach myślałem również o tym, czy planując zwolnienie Mourinho prezes Levy nie wykonuje gestu uprzedzającego, mającego przekonać lidera, symbol i żywą legendę drużyny, że warto jednak nie rozglądać się za innym klubem, bo bałagan, jaki zapanował w ostatnich miesiącach w ośrodku treningowym Tottenhamu zostanie posprzątany.

To najprostszy sposób weryfikacji osiągnięć Mourinho w północnym Londynie: sprawdzenie, jak radzili sobie pod tym szkoleniowcem poszczególni zawodnicy. Czy stali się lepszymi piłkarzami, czy przebili się do reprezentacji swoich krajów, czy przeciwnie: wypadli z łaski swoich selekcjonerów, z tym angielskim na pierwszym miejscu oczywiście. Czy defensywa – na której niezawodności Portugalczyk opierał w poprzednich klubach swoje sukcesy, stała się nieco bardziej niezawodna. Czy kiedy drużyna obejmowała prowadzenie w meczu, była w stanie dowieźć je do końca. Czy umiała rozgrywać atak pozycyjny albo przeprowadzić jakiś koherentny pressing w meczach, podczas których rywal ani myślał się odsłonić, nadziać na kontrę, a następnie skapitulować. I co o tym wszystkim miał do powiedzenia on sam, z tygodnia na tydzień robiący podczas rozmów z dziennikarzami coraz bardziej tajemnicze miny, że wie, ale nie powie. Chociaż tyle, że w porównaniu z czasami Interu, Realu, drugiej Chelsea czy Manchesteru złagodniał nieco i nawet jego awantury nie miały już tak apokaliptycznego wymiaru jak niegdyś, ale miny, jakie na ławce robili ostatnio Dele czy Bale mówiły same za siebie (żeby było jasne: nie mówię, że piłkarze są w takich sytuacjach bez winy i z pewnością dwaj wymienieni mogliby patrząc w lustro przyznać szczerze, czy dawali z siebie wszystko drużynie, zwłaszcza kiedy przychodziło jej się bronić, czyli, ekhem, stanowczo zbyt często – ale ostateczną odpowiedzialność za ich zmotywowanie zawsze ponosi trener).

To też już kiedyś napisałem: Daniel Levy uczy się na błędach. Od tylu lat marzył o trenerze-celebrycie i kiedy w końcu było go na niego stać, spełnił swoje marzenie, ale teraz na powrót przyszedł do używania rozumu. Cenę zapłacił wysoką, może jednak spodziewane zyski z superligi sprawią, że nie będzie aż tak wysoka – i nawet perspektywa skończenia sezonu w środku tabeli Premier League nie wydaje się go przerażać. Jeśli obawiał się furii fanów w związku z dołączeniem do grupy rozłamowców w europejskiej piłce, jednym gestem zapewnił sobie także ich przychylność, bo zaprawdę: największym szczęściem Levy’ego i Mourinho było w ostatnich miesiącach to, że nie musieli się konfrontować z kibicami, zmuszonymi do oglądania tego, co jeszcze tak niedawno było ich ukochaną drużyną, z wysokości trybun. Obawy prezesa przed reakcją powracających na stadion fanów były jednym z powodów, które – zdaniem dziennikarzy The Athletic – skłoniły Levy’ego do bardziej zdecydowanych działań; cieszę się, że podnosiłem tę kwestię, podobnie jak i tę, że piłkarze narzekali na niską intensywność treningów oraz nadmierne skupienie w ich trakcie na rywalu. Nie żebym był znowu taki mądry – po prostu był to problem Mourinho w każdym kolejnym klubie, gdzie zamiast myśleć o wyrażeniu się na boisku jego podopieczni obawiali się raczej, że mogą zrobić coś nie tak. I gdzie jeśli drużynie przestawało się wieść, winni zawsze byli zawodnicy, nigdy trener.

Mimo wszystko jednak: siedemnaście miesięcy zleciało naprawdę szybko. Mourinho zostawia podzieloną szatnię, ale nie jest to jednak spalona ziemia po trzech latach nieustannych turbulencji. Ryanowi Masonowi, mającemu poprowadzić drużynę do końca sezonu – jako wychowankowi klubu i człowiekowi, którego karierę przerwała straszliwa kontuzja, a zarazem jednemu z ulubieńców Maurucio Pochettino – kibice przebaczą każdy błąd i każdą porażkę, w przekonaniu, że nawet jeśli powinie mu się noga, w wakacje może przyjść kolejny, oby lepszy szkoleniowiec niż José Mourinho. A w ciągu najbliższych paru dni przed finałem Pucharu Ligi powtarzać sobie będą opowieść o tym, jak to tymczasowy trener Roberto di Matteo wygrywał z Chelsea Ligę Mistrzów. Mourinho? Niechże już sobie idzie do Chin, gdzie dostanie jeszcze lepsze pieniądze niż w północnym Londynie, doprawdy nie będziemy mu żałować.

Stary ze mnie dureń, nic na to nie poradzę, ale napiszę i to: dawno nie czekałem na kolejny mecz swojej drużyny z taką ekscytacją.

Inny trener

Z pozytywów: Daniel Levy widział to na własne oczy z wysokości stadionowej loży. A że pisałem już kiedyś, iż prezes Tottenhamu uczy się na błędach, wierzę, że naprawi i ten związany z zatrudnieniem José Mourinho.

Sprawa jest przecież prosta jak konstrukcja cepa. 11 kwietnia 2021 r. sezon Tottenhamu można by spokojnie uznać za skończony, gdyby nie cień cienia nadziei na wygraną z Manchesterem City w finale Pucharu Ligi, będącą doprawdy – nawet w przypadku sukcesu – niczym więcej niż alibi, by nie rzec: listkiem figowym, bo finansowych strat związanych z niezakwalifikowaniem się do przyszłorocznej Ligi Mistrzów oraz zdecydowanie przedwczesnym odpadnięciem z tegorocznej Ligi Europy zrównoważyć nie zdoła. W co jak w co, ale w portfel Levy potrafił patrzeć zawsze i umiał kalkulować. Zatrzymywanie tego trenera nie kalkuluje mu się w żaden sposób i jedyna nadzieja, że podpisując z Portugalczykiem kontrakt, zapisał także klauzulę o mniejszej odprawie w przypadku, gdyby zwalniany nie zdołał wywalczyć z drużyną miejsca w pierwszej czwórce.

Zważcie, że piszę wyłącznie o finansach. O tym, jak z miesiąca na miesiąc piłkarze Tottenhamu, będący w kiepskiej formie (Dier, Sanchez, Regulion, Doherty) albo trzymani poza składem (Winks, Dele, Bergwijn), tracą na wartości. O tym, że ci, którzy nie zawodzą – ze stanowiącym największy symboliczny i ekonomiczny kapitał klubu Harry’m Kane’em na czele – doprawdy nie mają żadnych argumentów, by myśleć o pozostawaniu w północnym Londynie na przyszły rok. Kariera piłkarza jest na tyle krótka, że trudno się dziwić komuś, kto uzna, iż szkoda jego czasu na wysłuchiwanie trenera tak już niedzisiejszego, a przy tym, jeśli tylko coś idzie nie tak – obwiniającego wszystkich dookoła, z podwładnymi na pierwszym miejscu.

Nie piszę więc o aspekcie sportowym, nie piszę o taktyce, nie piszę o tym, czy grę Tottenhamu da się oglądać, nie piszę o atmosferze w drużynie. Nie piszę o tym, że kiedy Mourinho woła kogoś z ławki i wprowadza na boisko, to każdy ze zmienników – poza Lamelą, jak zwykle – sprawia wrażenie niezainteresowanego tym, czy jego zespół wygra, czy nie. Nie piszę o tym, że od tygodni szkoleniowiec Tottenhamu nie może się zdecydować, z jakich piłkarzy zestawi linię obrony, przy czym najlepszego i najbardziej doświadczonego stopera, czyli Toby’ego Alderweirelda, od jakiegoś czasu trzyma poza składem (ubiegłotygodniowe tłumaczenia Mourinho, że Belg wrócił spóźniony z meczów reprezentacji i nie zrobił na czas testu covidowego, były oczywiście bałamutne, bo na filmach z treningów przed meczem z Newcastle widać, że brał w nich czynny udział). Nie piszę o tym, że – tak ponoć starannie pracujący z piłkarzami nad przygotowaniem do meczu niemal głównie pod kątem analizy rywala – dopuszcza do tego, by trzy bramki dla Manchesteru United w tym meczu (liczę w tych trzech nieuznanego gola Cavaniego, bo był bardzo podobny do kolejnych) padły po identycznym błędzie, związanym z ustawieniem pułapki ofsajdowej. Nie piszę o łatwości, z jaką w drugiej połowie meczu goście rozgrywali piłkę na połowie Tottenhamu i o tym, że znów jedynym pomysłem gospodarzy na obronę jednobramkowego prowadzenia było wyprowadzenie kontry. Nie piszę o tym, że w ataku pozycyjnym ta drużyna jest bezradna. Że niemal każdy z jej piłkarzy – ale w dzisiejszym meczu za przykład dajmy Diera i Lo Celso – świetne zagrania, udane bloki, ofiarne wślizgi i dobre podania, przeplata z zagraniami wyjątkowo nieudanymi. Że kiedy przychodzi bronić prowadzenia, Mourinho zapomina o tym, iż najlepszą obroną jest atak, oraz o przepisie, który Mauricio Pochettino tym piłkarzom wpajał z powodzeniem: że „zabijanie meczu” polega na strzeleniu rywalom kolejnych bramek, a nie na cofnięciu się i liczeniu na to, że jakoś się uda dojechać do końca. Ileż to razy oglądaliśmy w ostatnich tygodniach i miesiącach? West Ham, Crystal Palace, Wolverhampton, Fulham, Arsenal, Newcastle, żeby już nie wspominać meczów w Europie…

Nazwisko Pochettino wspominam oczywiście nieprzypadkowo: kiedy w ubiegłą niedzielę, zapytany przez dziennikarzy, dlaczego w Tottenhamie przestało mu wychodzić coś, z czego tak zawsze słynął, a mianowicie dowożenie korzystnych wyników, José Mourinho zechciał odpowiedzieć: „Ten sam trener, inni piłkarze”, nie mogłem nie pomyśleć, że ci sami piłkarze pod innym trenerem dowozili korzystne wyniki znakomicie. Że chciało im się chcieć i że przez wiele lat się rozwijali: i indywidualnie, i jako drużyna zaprawiona w pressingu, w grze pozycyjnej, w utrzymywaniu się przy piłce, owszem: także w kontrowaniu. Porażające jest to, że pod Mourinho próby pressingu są tak chaotyczne i niekonsekwentne, a o grze pozycyjnej dawno zapomniano. I że o ile po pierwszej połowie to piłkarze Solskjaera mieli powody do nerwowości (po pierwsze z powodu decyzji VAR, po drugie z powodu utraty gola, a po trzecie – liczby żółtych kartek), na drugą połowę wychodzili spokojni i pewni swego. Ciekawe, czy Norweg powiedział im w przerwie: „Lads, it’s Tottenham”.

Żeby było jasne: nie tęsknię już za powrotem do czasów Pochettino, kryzys formy w ostatnich miesiącach pobytu Argentyńczyka w Londynie był ewidentny. Nie mogę tylko przeboleć, że prezes postanowił go zastąpić tak niepasującym do klubowego etosu José Mourinho. Widzieliśmy to w filmie „All for nothing”: jedynym, na którego działał czar Portugalczyka, był właśnie Daniel Levy. I jeśli oglądając dzisiejszy mecz z wysokości stadionowej loży nie wyciągnął wniosków, to zaprawdę powiadam wam: marny nasz kibicowski los.

PS. Jak już wczoraj pisałem: idzie nowa książka. Premiera „Światła bramki” 2 czerwca, ale już dziś można je zamawiać z doprawdy gigantycznym rabatem w przedsprzedaży na Empik.com lub w księgarni Znaku

Derby, czyli kto się schował

Czasami futbol jest zwyczajnie sprawiedliwy. Prawdą jest, że bramka tego szaleńca Lameli była arcydzielna, prawdą jest, że w końcówce Arsenal uginał się przy niemal każdym ataku grającego przecież już wtedy w dziesiątkę Tottenhamu – ale to tym mocniej pokazywało, że przy innej wyjściowej strategii na ten mecz gospodarze mogli być do ogrania. I nie, nie ma tu sensu zasłanianie się kontuzją ewidentnie zbyt rzadko rotowanego w tym sezonie Sona albo dyskutowanie nad tym, czy powinien być karny dla Arsenalu, czy nie. Od pierwszej minuty to Kanonierzy grali w piłkę, byli szybsi, stwarzali sobie kolejne sytuacje i mieli powody czuć się coraz pewniej i pewniej. W środku pola Ndombele zanotował jeden z najsłabszych występów w tym sezonie, a i Hojbjerg nie nadążał za biegającymi wokół przeciwnikami, na prawej stronie pozbawiony wsparcia Bale’a Doherty gubił się pod naciskiem Tierneya i najlepszego na boisku Smitha-Rowe’a, nie było pressingu, nie było wygrywania drugich piłek, nie było prób przyspieszenia gry po stracie rywali, nie było współpracy zawodników teoretycznie ofensywnych z Kane’em, zaprawdę: nic a nic nie wskazywało na to, że ambicją tej drużyny jest walka o powrót do Ligi Mistrzów.

Albo inaczej: ambicją trenera tej drużyny była walka o powrót do Ligi Mistrzów na jego własnych warunkach. Czyli piłkarzami głęboko cofniętymi na własną połowę, niezawracającymi sobie głowy czymś takim jak posiadanie piłki i czyhającymi na okazję do kontry – okazję, która wszakże jakoś nie następowała. O tym, jaki potencjał marnuje José Mourinho, przekonaliśmy się dopiero w ciągu ostatniego kwadransa, kiedy niemający już nic do stracenia zawodnicy Tottenhamu rzucili się do odrabiania strat w dziesiątkę – i oddali cztery ze swoich sześciu strzałów w tym meczu, z których zarówno trafienie Kane’a w słupek po rzucie wolnym, jak i dobitka Sancheza mogły doprowadzić do wyrównania. Po czwartkowym meczu w Lidze Europy Portugalczyk mówił wprawdzie dziennikarzom na pytanie o strategię, jaką zamierza obrać w derbach, że nie zamierza oglądać się za siebie, w domyśle: na zespół, który traci do jego podopiecznych siedem punktów w tabeli, ale potem przygotował swoich piłkarzy tak, jakby reprezentowali beniaminka mającego wyjść na boisko mistrza kraju. Przecież to był Arsenal, do cholery, Arsenal w trakcie nieudanego sezonu, mający w dodatku świeże kłopoty dyscyplinarne z odesłanym na ławkę za złamanie reguł covidowych Aubameyangiem…

Tak, wiem, słuchałem pomeczowych wypowiedzi Portugalczyka, i nic a nic mnie one nie zdziwiły. Kiedy mówił, że ważni dla tej drużyny piłkarze się „chowali” (Bale’a miał na myśli? A może Ndombele? Obu?), przypominała mi się postawa, którą jakże często obierał w poprzednich klubach, jeśli już nie winił sędziów, trenerów rywali czy terminarza rozgrywek: winił swoich piłkarzy. Nigdy siebie. Piłkarze Tottenhamu „chowający się” przed derbami północnego Londynu? Kiedy ostatni raz słyszeliście o takim zjawisku?

Tak, wiem, jestem nieobiektywny. Od chwili zatrudnienia José Mourinho nie kryłem sceptycyzmu związanego z tą decyzją Daniela Levy’ego, powodowany nie tylko sentymentem do poprzednika, ale i poczuciem, że ta metoda wygrywania meczów, jaką wyznaje Portugalczyk – metoda nazywana, najkrócej mówiąc, futbolem reaktywnym – już dobrych parę lat temu przestała być sposobem na sukces. Nie z tymi piłkarzami, nie w tym klubie takie numery – w klubie, w którym tak, jak w ciągu ostatniego kwadransa z Arsenalem, powinno się przecież grać od pierwszej minuty każdego meczu.

Fortuna sprzyja odważnym. Jeśli dzisiaj sprzyjała gospodarzom w ostatnim kwadransie – była to premia za ich odwagę od pierwszej minuty meczu.

Zakład Levy’ego

Dostałem dziś maila z Tottenhamu. „Podaruj sobie coś nowego, zasługujesz na to” – napisali dzień po tym, jak dali się ograć Manchesterowi CIty 3:0, i zachęcili do zakupów w klubowym sklepie. Pomyślałem, że nie tylko ja, ale wszyscy kibice tej drużyny zasługują na nowego trenera.

Powiedziałem to już wiele razy, ale chętnie powtórzę: Daniel Levy jest kapitalnym bizesmenem. Kiedy przejmował funkcję prezesa Tottenhamu od Alana Sugara – akurat 20 lat temu, w lutym 2001 roku – był to typowy klub środka tabeli, z piękną przeszłością i z ambicjami, ale raczej niemającymi pokrycia w rzeczywistości. O awans do europejskich pucharów daremnie starał się pierwszy trener zatrudniony przez Levy’ego, popularny wśród fanów z racji na niegdysiejsze piłkarskie zasługi Glenn Hoddle, starał się też – tym razem z powodzeniem – kolejny ulubieniec trybun White Hart Lane (zwłaszcza po nieszczęsnym epizodzie z Jacquesem Santinim) Martin Jol, a następca Holendra Juande Ramos po siedmiu latach starań dał Tottenhamowi pierwsze i jedyne trofeum czasów tej prezesury, umówmy się zresztą: niezbyt imponujące, bo Puchar Ligi. Z każdym kolejnym szkoleniowcem jednak można było mieć wrażenie, że klub się rozwija, nawet jeśli czasem robiąc dwa kroki do przodu z jednym w tył na zmianę. Za Harry’ego Redknappa był pierwszy w historii awans do Ligi Mistrzów, za Mauricio Pochettino fani Tottenhamu zaczęli się do Champions League przyzwyczajać, ba: drużyna zagrała także w finale tych rozgrywek. W międzyczasie prezes szykował się do rozbudowy stadionu – i proces ten zakończył sukcesem w 2019 roku, a rosnące znaczenie Tottenhamu podkreślały coraz bardziej znaczące umowy sponsorskie i w końcu fakt, że znalazł się on w pierwszej dziesiątce najbogatszych klubów świata. Kiedy w 1998 roku Daniel Levy pierwszy raz przymierzał się do sfinalizowania transakcji z Alanem Sugarem, wartość Tottenhamu wyceniano na 80 milionów funtów, teraz z pewnością przekracza miliard, może nawet półtora miliarda w tej walucie.

Patrząc z perspektywy tych dwudziestu lat łatwiej o dystans. Łatwiej o docenienie zasług Daniela Levy’ego (zwłaszcza tych na ekonomicznej niwie zarządzania klubem) i o wyrozumiałość wobec błędów (zwłaszcza tych na niwie sportowej). Z perspektywy lat widać zresztą, że za każdym razem z popełnionych błędów potrafił się wycofać, z perspektywy lat łatwiej też zrozumieć, dlaczego je popełnił. Mówiąc o błędach na niwie sportowej, mam oczywiście w pierwszym rzędzie na myśli pomyłki popełnione przy zatrudnianiu kolejnych trenerów – bo usankcjonowania odejść pewnych zawodników, mimo iż tak dla kibiców bolesnych, uniknąć nie był w stanie.

Jest wśród tych pomyłek jedna charakterystyczna i stale się powtarzająca. Daniel Levy, myśląc o zatrudnieniu kolejnego szkoleniowca, jakże często rozumuje w kategoriach wizerunkowych. Owszem, niby usiłuje pamiętać o profilu klubu, stylu gry, do jakiego zawsze przywiązani byli kibice, i o znaczeniu stawiania na wychowanków, ale nie potrafię obronić się przed wrażeniem, że przede wszystkim dba o to, by nazwisko trenera mówiło coś o pozycji i zamierzeniach kierowanej przez siebie firmy. Kiedy sprowadzał Jacquesa Santiniego, za którego krótkiego na szczęście pobytu w północnym Londynie Tottenham grał piłkę jeszcze koszmarniej defensywną niż za czasów obecnego trenera, ściągał selekcjonera jednej z najlepszych reprezentacji świata – cóż z tego, że kompletnie do Spurs niepasującego. Kiedy sięgał po Juande Ramosa, brał dwukrotnego zdobywcę Pucharu UEFA i zwycięzcę Superpucharu Europy. Kiedy brał Andre Villas-Boasa, stawiał na arcymodnego wówczas „młodego Mourinho”, który dopiero co wygrał Ligę Europy (owszem, w Chelsea powinęła mu się noga, ale wolno było sądzić, że to raczej wina opornej zmianom grupy trzymającej władzę w szatni). Była oczywiście po drodze decyzja o zatrudnieniu ligowego „strażaka”, czyli Harry’ego Redknappa, który miał uratować zespół przed spadkiem z Premier League po fatalnej końcówce kadencji Ramosa, ale im dłużej wspominam tę historię, tym bardziej mam poczucie, że jedynym dokonanym na podstawie w pełni sportowych kryteriów angażem był Mauricio Pochettino: gwarant udanej pracy z młodzieżą i futbolu tyleż ofensywnego, co opartego o będący w tamtym momencie najskuteczniejszą drogą do wygrywania meczów pressing. Chyba trudno się dziwić, że to Argentyńczyk dał klubowi sukcesy, którym nieprędko dorówna którykolwiek z jego następców.

Ale Pochettino nie był wtedy – cokolwiek mówilibyśmy o nim dzisiaj, gdy prowadzi już Paris Saint-Germain – nazwiskiem z absolutnego topu. Na widok jego pucułowatej twarzy sponsorzy nie zacierali rąk; dziennikarze nie wypełniali po brzegi klubowej sali konferencyjnej, gdy się z nimi spotykał. Kiedy więc zaczęło mu iść gorzej – a drużyna wciąż jeszcze grała w Lidze Mistrzów i wciąż w świeżej pamięci mieliśmy jej występ w finale tych rozgrywek – prezes rozstawał się z nim bez wielkiego żalu. I po raz kolejny się pomylił, rzecz jasna.

Oglądając „All or Nothing”, miniserial Amazonu o Tottenhamie, naprawdę zaskoczony byłem tylko raz: wtedy, gdy Daniel Levy powiedział, że podpisując kontrakt z Mourinho wiąże przyszłość swojego klubu z jednym z dwóch najlepszych trenerów świata – i gdy naprawdę wydawało się, iż był to raczej niekontrolowany przypływ szczerości prezesa niż kolejna marketingowa zagrywka. Kiedy kamera towarzyszyła ich rozmowom, miało się wrażenie, że Anglik spogląda na Portugalczyka z niemal erotyczną fascynacją; kiedy rozmowy się kończyły, to dlatego, że Mourinho, nie Levy, nie miał już więcej czasu. Czy zwykle tak bardzo pragmatyczny prezes Tottenhamu w kwestii wyboru portugalskiego szkoleniowca spełniał po prostu swoje marzenie sprzed piętnastu mniej więcej lat, kiedy Mourinho faktycznie był na szczycie, a Tottenhamowi do szczytu brakowało tak wiele? Owszem, nawet z Manchesterem United Portugalczyk wygrał Ligę Europy, więc prezes liczył pewnie, że może i tym razem zdoła wstawić jakiś puchar do klubowej gabloty (wciąż ma szansę, podkreślmy: w kwietniu zagra w finale Carabao Cup, a i z Europa League nie został jak dotąd wyeliminowany), ale nazywać go najlepszym po tym, jak bardzo futbol poszedł do przodu w ciągu minionej dekady?

Było w ciągu ostatnich miesięcy kilka chwil, podczas których nawet mnie się wydawało, że rządy Mourinho w Tottenhamie nie od razu skończą się katastrofą: w tym dziwnym pandemicznym sezonie zdarzyło się kilka meczów, podczas których jego piłkarze szczęśliwie się bronili i zabójczo kontratakowali, pokonując oba manchesterskie kluby i Arsenal. Duet Kane-Son imponował, Ndombele się odradzał, w środku pola asekurację defensywy zapewniał Hojbjerg. Nie trwało to jednak długo: pierwsze tygodnie 2021 roku są wydłużającym się pasmem utraconych prowadzeń, odniesionych w fatalnym stylu (a właściwie bez niego) klęsk i pomyłek będących udziałem w zasadzie każdego zawodnika pierwszego składu, bo przecież nie tylko Llorisa, Diera, Sancheza, Auriera, Daviesa czy Hojbjerga. Nawet futbolu reaktywnego – niezgodnego najwyraźniej z instynktem tej drużyny, pokazał to szalony mecz Pucharu Anglii z Evertonem – Mourinho nie był ich w stanie nauczyć. Czy przesadą będzie powiedzenie, że najwyraźniej nie potrafi już uczyć?

To była jedna z najważniejszych cech Mauricio Pochettino (ale także u VIllas-Boasa, a nawet u Sherwooda kilku młodych graczy Tottenhamu wzbiło się na poziomy wcześniej im niedostępne): powierzeni mu zawodnicy stawali się zwyczajnie lepszymi piłkarzami, co skądinąd również powinno stanowić argument dla prezesa, bo podnosili w ten sposób swoją rynkową wartość. U Mourinho poza Kane’em i coraz bardziej zmęczonym Sonem żaden chyba nie prezentuje poziomu wyższego niż w czasach poprzednika (Ndombele po prostu odzyskał formę, którą prezentował już w czasach gry w Olympique Lyon). Po prostu żal patrzeć na tę drużynę i jej członkowie w gruncie rzeczy mogą mówić o szczęściu, że grają przy pustych trybunach, bo nie muszą słuchać buczenia albo ciszy przenikliwszej nawet niż ta obecna, bo będącej oceną tego, co pokazują.

Po doświadczeniach drugiego pobytu w Chelsea, a potem w Manchesterze United, zaczęło się mówić, że cykl pracy Jose Mourinho w kolejnych klubach trwa trzy lata – w pierwszym roku rozpoznanie, w drugim sukces, a w trzecim spalona ziemia, ale dzisiaj wygląda to tak, jakby już w drugim roku na północnolondyńskiej glebie coś płonęło.

Nie myślcie sobie jednak, że zamieszczam tutaj kolejny gorzki i pesymistyczny tekst na temat obmierzłego mi od dawna Portugalczyka: kiedy patrzę na te dwadzieścia lat Levy’ego myślę sobie także i to, że prezes uczy się na błędach i potrafi wyciągnąć z nich wnioski. Przygoda Mourinho z Tottenhamem nie potrwa długo i pytanie, jakie sobie dzisiaj zadaję, brzmi: czy ten kapitalny biznesmen będący jego zwierzchnikiem zadziała na tyle szybko, że Juliana Nagelsmanna nie podbierze mu Bayern (albo, strach pomyśleć, Liverpool), no i czy kolejna zmiana na szczytach przekona Harry’ego Kane’a do pozostania w klubie. Podaruj sobie coś nowego, Daniel, to przede wszystkim Ty na to zasługujesz.

Mourinho kontra Klopp, czyli kiedy gorsi przegrywają

No dobrze, przypuśćmy, że piłka po strzale Bergwijna zmieściła się jednak w bramce Allisona, a nie odbiła się od słupka. Albo przypuśćmy, że Holender wykorzystał swoją pierwszą okazję – tę, która nadarzyła się tuż po przerwie. Albo że do siatki trafił Harry Kane, główkujący po rzucie rożnym podyktowanym chwilę po tamtym słupku. Przypuśćmy, że Tottenham wygrał jednak ten mecz albo przynajmniej go nie przegrał, bo Firmino nie zdołał się urwać Alderweireldowi w ostatniej minucie. Czy wypowiedziane po ostatnim gwizdku przez José Mourinho zdanie o tym, że jego zespół był lepszy, stałoby się wówczas prawdziwsze?

Wiem, nigdy nie dojdziemy w tej sprawie do zgody. Czy lepsza drużyna to ta, która wygrywa mecz? A może w drodze po zwycięstwo powinna grać w pewien określony sposób? Jeśli np. zalicza się do czołowych drużyn świata (czołowych to znaczy najbogatszych, najpopularniejszych, mających w składzie wielkie gwiazdy, a na ławce wielkiego trenera), jest zobligowana do wygrywania w pewnym określonym stylu? Powinna wychodzić na boisko z myślą o atakowaniu od pierwszej do ostatniej minuty, o rozmontowaniu obrony rywala przy użyciu możliwie jak największej liczby sposobów, o narzuceniu mu swoich warunków – zupełnie jak wczoraj Liverpool, próbujący skrzydłami i środkiem, szybko i cierpliwie, z dystansu i z pola karnego, a ostatecznie wygrywający dzięki stałemu fragmentowi gry? Powinna cechować się odwagą i skłonnością do podejmowania ryzyka, bo przecież właśnie ryzyka wymaga konsekwentne myślenie o ofensywie w starciu z drużyną, której jedyną bronią i jedynym pomysłem na przeciwstawienie się temu złożonemu arsenałowi środków jest kontratak – prawda, że zwykle zabójczo skuteczny? A może w drodze po zwycięstwo wystarczy właśnie skupić się na ograniczeniu przeciwnikowi swobody, a potem wykorzystaniu jednego czy dwóch jego błędów i dograniu spotkania do końca jak najmniejszym nakładem sił (przypuśćmy, że po strzale Bergwijna piłka zmieściła się jednak w bramce – czy nie tak właśnie toczyłoby się dalej wczorajsze spotkanie na Anfield)?

Tak, wiem. Dla większości z Was te pytania są kompletnie bez sensu. Dla większości z Was najważniejszym elementem sztuki trenerskiej jest wygrywanie. Z pewnością jest ono najważniejszym elementem sztuki trenerskiej dla José Mourinho. „Nie sądzę, by w tej kwestii coś się zmieniło przez ostatnich 100 lat… Nie ma takiego dzieciaka, nawet grającego z kuzynem czy ojcem w przydomowym ogródku, który grałby po to, żeby przegrać – mówił wkrótce po zdobyciu swojego ostatniego mistrzostwa Anglii z Chelsea. – Natura tego sportu, jego sens się nie zmieniły. Gra się po to, żeby wygrać. Sam jako dzieciak grałem sporo meczów w sąsiedztwie. I pamiętam jedynie zacięte boje o wygraną”. 

Zaciętości faktycznie jego Tottenhamowi odmówić nie sposób i jeśli mimo wszystko z uznaniem przyglądam się tej drużynie w ostatnich tygodniach, cieszy mnie mocno to, że ma ona oblicze nie tylko świetnie się rozumiejących Kane’a i Sona, ale także nieodpuszczającego w walce o każdą piłkę Hojbjerga: jeśli wkrótce po przyjściu do klubu Portugalczyk narzekał, że jego nowi podopieczni są „zbyt mili”, chyba nie powtórzyłby już tej frazy. Widzę, jak Mourinho przebudował zespół na swoją modłę – i nie mogę nie podziwiać jego wpływu na prezesa Levy’ego, który mimo dramatycznego spadku dochodów z powodu pandemii wsparł tę przebudowę na rynku transferowym. Widzę, że sprzyja mu mnóstwo okoliczności: że znów może grać swoją ulubioną rolę autsajdera (nawet jeśli Tottenham należy do finansowej elity europejskiego futbolu, to mistrzostw czy pucharów nie zdobył od dawna i trudno mu się równać z tymi największymi – w Realu czy Manchesterze United Portugalczyk raczej nie mógł nikogo nabrać na starą śpiewkę o skrzywdzonym chłopcu wśród rekinów). Że przy pustych trybunach północnolondyńska publiczność nie wyraża swojej dezaprobaty z powodu faktu, że w zasadzie każdy kolejny rywal częściej utrzymuje się przy piłce, i to na połowie Tottenhamu. Że skrócony okres przygotowawczy, zdarzające się kontuzje czy przypadki zakażeń koronawirusem, a także konieczność grania dwa razy w tygodniu zakłóciły rytm drużynom stawiającym na futbol bardziej proaktywny i wymagający bardziej metodycznego przygotowania. Że najważniejsi rywale Tottenhamu w Anglii mają swoje problemy i że w ogóle piłka nożna znalazła się w takiej fazie rozwoju – a raczej w takiej fazie cyklu, w którym ów rozwój przebiega – że trenerzy od wyników znów mogą nieść głowę uniesioną wyżej od tych, którzy myślą także o stylu i pięknie gry.

Nie wykluczam więc, że na koniec sezonu z rozdziawioną gębą będę przyglądał się José Mourinho radośnie wskakującemu na plecy Llorisa czy Kane’a wznoszących w górę jakiś puchar i starannie pilnującemu przy tym, by korzystnie wypaść na historycznym niewątpliwie zdjęciu. „It’s lucky for Spurs when the year ends in 1”, śpiewał kiedyś związany z Tottenhamem zespół Chas’n’Dave, a rok 2021 w istocie kończy się cyfrą jeden. Po zakończeniu spotkania na Anfield z ulgą obejrzałem jednak grę piłkarzy Marcelo Bielsy w meczu z Newcastle, bo to jest futbol, który pokochałem i za którym tęsknię.

Prosta rzecz: w meczu Liverpool-Tottenham wygrała lepsza drużyna, niezależnie od tego, jak bardzo Mourinho próbowałby wyprowadzić z równowagi Jurgena Kloppa po ostatnim gwizdku (próbował to zresztą zrobić także przed meczem, bałamutnie kwestionując osłabienia gospodarzy). Skądinąd fakt, że Portugalczyk z tygodnia na tydzień coraz chętniej sięga po psychologiczne gierki, również zdaje się świadczyć o tym, że zwietrzył szansę na sukces w tym roku. Sukces, który i tym razem miałby zamknąć usta pięknoduchom, pytającym o kwestię stylu.

Idę do Kanossy

Nawet w życiu cesarzy zdarzają się takie chwile, że muszą przywdziać worek pokutny i uklęknąć na śniegu – pocieszam się teraz, przystępując do odwoływania różnych gromkich oskarżeń, rzuconych na tym blogu pod adresem ekipy trzymającej dziś władzę nad moim ukochanym klubem. Nie dalej jak w lipcu, po meczu z Sheffield United, sporządziłem przecież prokuratorską mowę przeciwko Jose Mourinho, nie dalej jak we wrześniu, po spotkaniu z Evertonem, rozszerzałem ją na Daniela Levy’ego, a tu proszę: w trzecim tygodniu listopada Tottenham Mourinho i Levy’ego jest na pierwszym miejscu w tabeli. Niemal jedna czwarta sezonu za nami – to już wystarczająco długo, żeby serio wymieniać tę drużynę wśród kandydatów na mistrza kraju, zwłaszcza w tak zwariowanym sezonie, jak obecny, gdzie pandemia skomplikowała plany niejednego zespołu, gdzie brak publiczności pozbawia atutu własnego boiska, gdzie decyzje sędziów zwiększają przypadkowość gry, gdzie Liverpool coraz bardziej chyba zmęczonego pracą w Anglii Jurgena Kloppa zaczęły dopadać kontuzje, gdzie Manchester City Guardioli ewidentnie znalazł się w dołku, a Arsenal Artety czy Chelsea Lamparda wciąż jeszcze pozostają w fazie budowania.

Jose Mourinho nie lubi tego: bycia wymienianym w gronie faworytów. Od zawsze próbuje odgrywać rolę autsajdera, prześladowanego przez możnych tego świata. Nawet w największych i najbogatszych klubach Europy próbował grać tę rolę, wznosząc wokół drużyny mury oblężonej twierdzy i przekonując, że jakieś bliżej nieokreślone ciemne siły sprzyjają rywalom, a o ileż łatwiej jest mu w Tottenhamie, pod względem liczonego w trofeach dorobku faktycznie odstającym od poprzednich miejsc pracy Portugalczyka. Pytany o szanse na tytuł, konsekwentnie je więc umniejsza, mówiąc, że liczy się tylko zwycięstwo w najbliższym meczu, ale w głębi serca wie pewnie już, że po raz kolejny w jego nomadycznej karierze drugi sezon w klubie może być sezonem najlepszym. Sprzyjają mu nie tylko kłopoty rywali i nie tylko bezprecedensowe wsparcie, jakie tego lata dostał na rynku transferowym od ostrożnego zwykle prezesa: sprzyja mu fakt, że piłkarze, z którymi przyszło mu pracować w północnym Londynie, gotowi są naprawdę poświęcić wiele, by wspólnie osiągnąć upragniony sukces.

Pierwszym, co poświęcili, był oczywiście styl gry: proaktywny futbol, jaki grali pod zwolnionym równo rok temu Mauricio Pochettino. Za czasów Mourinho przywiązanie do pressingu i mówienie o narzucaniu rywalom własnych warunków zostało zepchnięte daleko na liście priorytetów, a myślenie o ofensywie ogranicza się do błyskawicznego przejścia z fazy głębokiej zwykle defensywy do zabójczego kontrataku. Owszem: te kilkusekundowe szarże Sona ogląda się z zapartym tchem, owszem: bardzo często kończą je piękne bramki, a wypada też przyznać, że w tym sezonie Tottenham zdobywa ich wyjątkowo dużo, ale pomiędzy nimi są długie minuty przyglądania się, jak kolejni rywale próbują sforsować ustawiony przed bramką Llorisa mur i denerwowanie się, że w końcu im się uda.

Rzecz jednak w tym, że udaje im się coraz rzadziej. W meczu z Manchesterem City Tottenhamowi (nie po raz pierwszy zresztą w historii starć między tymi drużynami) pomógł VAR, generalnie jednak drużyna broniła się ofiarnie i skutecznie, a pierwszą prawdziwie trudną interwencję Lloris musiał wykonać dopiero w 90. minucie. Niby Dierowi i Alderweireldowi brakuje szybkości, ale wczoraj obaj ustawiali się fantastycznie, żaden z zawodników City nie był w stanie przedrzeć się za ich plecy, a gdy raz to się stało, to wślizg Belga, powstrzymującego w pierwszej połowie szarżującego Jesusa, był po prostu znakomity. Patrolujący przestrzeń przed linią obrony Hojbjerg wyrasta w Tottenhamie (mimo konkurencji z Sonem i Kane’em) na piłkarza sezonu, a na pewno jest transferem sezonu, zważywszy na sumę, jaką za niego zapłacono, i porównywanie jego roli z tą, jaką w pierwszej Chelsea Mourinho odgrywał Makelele, nie wydaje się wcale przesadne. Z Manchesterem City bardzo dobrze zagrali też boczni obrońcy, Regulion i Aurier, asekurowani zresztą nieustannie przez Hojbjerga i Sissoko. Mogli sobie piłkarze gości dośrodkować aż 19 razy – nic z tego nie wynikało, a fakt, że sfrustrowany brakiem przestrzeni de Bruyne coraz częściej uderzał z dystansu również mówi wiele o wytrzymałości rygla zasuniętego przez graczy Mourinho. Na 22 strzały City aż 17 było niecelnych.

To jest oczywiście osobny – i przykry dla wielbicieli Pepa Guardioli, który w najlepszych latach pracy z Barceloną i Bayernem zdawał się wymyślać piłkę na nowo – wątek, ale w dzisiejszych czasach coraz łatwiej gra się przeciwko jego drużynie. Trochę jak w ostatnich miesiącach pracy Pochettino w Tottenhamie: jej pressing nie jest już tak intensywny, jej napastnicy nie tak groźni w polu karnym rywali, a wymiana podań z dala od stref dla rywali MC wrażliwych może i cieszy oko, ale częściej jednak usypia: kibiców, bo nie przeciwnika, świadomego, że przy pierwszym błędzie będzie mógł wyprowadzić kontrę, przeciwko której City zdoła się obronić.

Zobaczmy zresztą pierwszą bramkę Tottenhamu. Na to, że Ndombele potrafi przenieść grę z obrony do ataku zarówno dryblingiem, jak celnym podaniem, można już było się przygotować, podobnie jak na to, że Francuz świetnie radzi sobie naciskany – ale tym razem nawet o naciskaniu nie było mowy, kiedy zagrywał piłkę do wbiegającego za plecy obrońców Sona. O tym, że Son czy Bergwijn będą atakować przestrzeń przed bramką, a Kane raczej cofnie się głębiej, wyciągając za sobą stoperów i czekając na okazję do wypuszczenia w bój kolegów (zrobił to w drugiej połowie przy akcji Sona i asystując przy golu Lo Celso), również było wiadomo: ale kiedy Ndombele podawał piłkę Koreańczykowi, obrońcy City robili właśnie krok czy dwa w kierunku Anglika i zostawiali strzelcowi bramki dodatkowy metr. Wszystko tu było przewidywalne i jasne, wszystko było – z perspektywy Manchesteru City – do uniknięcia.

Wszystko to już widzieliśmy tyle razy. Może poza jednym: że najlepszy na boisku Harry Kane, środkowy napastnik, który ani razu nie strzelił na bramkę Edersona (trafienia ze spalonego, po jednej z firmowych kontr Tottenhamu i podaniu Sona, nie liczę), za to fenomenalnie obsługiwał kolegów, walczył o piłkę, zastawiał się, pozwalał się faulować (mój ulubiony moment meczu to okres między 87. i 88. minutą, kiedy gospodarze dwukrotnie zmusili gości do nieprzepisowego przerwania akcji, co przyniosło im żółte kartki, a Tottenhamowi: zarobionych kilkadziesiąt sekund) i sam faulował, kiedy było trzeba; ten Harry Kane z sezonu 2020/21 jest nowym Harrym Kane’em. Zasięg jego podań wprawdzie podziwialiśmy już w poprzednich latach, ale miały zwykle miejsce na wcześniejszych etapach akcji, kiedy Anglik rzucał kilkudziesięciometrową piłkę do biegnącego po skrzydle bocznego obrońcy, ale raczej po to, by samemu wpaść w pole karne i tam czekać na dośrodkowanie. Tym razem coraz częściej jego akcje wykańczają koledzy, a liczba asyst i średnia pozycja na boisku wskazują, że zamiast mówić o dziewiątce w typie Drogby czy Benzemy, powinniśmy raczej używać liczby „dziewięć i pół”. I tę zmianę z pewnością zawdzięczamy Jose Mourinho, który zauważywszy skłonność Kane’a do cofania się po piłkę coraz głębiej i głębiej, zachęcił jego kolegów, by sami atakowali odważniej, nie czekając, aż lider ofensywy znów zajmie miejsce na środku ataku.

No więc wyrażam niniejszym skruchę, otwarcie przyznając, że ten worek pokutny wcale nie jest aż tak niewygodny. Wygrywanie jest przyjemne. Patrzenie na tabelę Premier League, na listę najlepszych strzelców i najczęściej asystujących, jest przyjemne. Poczucie, że piłkarze twojej ukochanej drużyny potrafią podjąć walkę z każdym – nawet jeśli wiarę w siebie dał im niejaki Jose Mario dos Santos Felix Mourinho – jest przyjemne. Wiadomo, że Kanossa nie była ostatnim aktem sporu o inwestyturę, podobnie jak wiadomo, że po drugich sezonach Mourinho przychodzą zwykle trzecie, a po nich z kolei zostaje spalona ziemia, na razie jednak nie muszę zaprzątać sobie tym głowy. Na razie w mojej głowie nieśmiało kiełkuje myśl o jakimś nowym trofeum w mocno przykurzonej klubowej gablocie i o tym, że ten cholerny Portugalczyk może wciąż jeszcze wie, jak się o takie trofeum wystarać.