„Uruchomiliśmy niedawno projekt kupimyklub.pl i stale szukamy możliwości promocji tego projektu wśród internautów będących sympatykami futbolu” – napisał do mnie jeden z założycieli strony kupimyklub.pl. Zapewnia, że cel jest szczytny: „Chcielibyśmy dzięki składkom użytkowników zbudować prawdziwy klub piłkarski, w którym kibice mieliby wpływ na najważniejsze decyzje”. I dodaje, że gdybym zechciał napisać o tym na blogu, byłaby to z pewnością doskonała promocja.
Pisać piszę, ale czy będzie to promocja – nie wiem. Od blisko półtora roku, czyli od czasu kiedy Will Brooks założył w podobnym celu MyFootballClub, nie opuszczają mnie wątpliwości.
Pomysł Brooksa był genialnie prosty: każdego z odwiedzających jego stronę internetową proszono o wpłatę 35 funtów, a suma tych „składek” miała umożliwić przejęcie kontroli nad którąś z angielskich drużyn. Na wyłożenie niewielkiej kwoty, a tym samym wykupienie udziału w wirtualnym początkowo klubie, zdecydowało się ok. 27 tysięcy ludzi z ponad 80 krajów. Ich pieniądze pozwoliły na kupno Ebbsfleet United, grającego w Blue Square Premier League, czyli na poziomie piątej ligi. „Po raz pierwszy w historii futbolu kibice otrzymują szansę przejęcia kontroli nad zawodowym klubem piłkarskim, zarówno na boisku, jak i poza nim” – ogłaszała społeczność MyFootballClub. I dalej: „Każdy udziałowiec będzie miał równe prawo głosu przy decyzji o wyborze pierwszej jedenastki, transferach i zarządzaniu klubem”.
Moje wątpliwości pojawiły się właśnie w tym miejscu. Oczywiście w czasach, kiedy biznesmeni z dalekich stron przejmują kolejne drużyny, inicjatywa Brooksa wydaje się stwarzać niepowtarzalną okazję odzyskania choć cząstki „naszej gry”. Z drugiej strony danie każdemu z „udziałowców” prawa głosu przy wyborze pierwszego składu uniemożliwia jakąkolwiek pracę szkoleniowcom. W końcu jak ma ocenić przydatność zawodnika człowiek, który nie ogląda treningów, mieszka na drugim końcu świata i choć ma do piłki wielkie serce, to zna się na niej w sposób umiarkowany? „Najpierw piosenkarze, potem tancerze, na końcu prawi obrońcy” – kpił Sachin Nakrani w „Guardianie”, porównując pomysł głosowania na pierwszą jedenastkę do wyłaniania zwycięzców jakiegoś „Tańca z gwiazdami”.
W przypadku Ebbsfleet nie zdecydowano się pójść na całość – menedżer Liam Daish zamiast zgodzić się na demokrację wybrał jej pozorowanie. I bardzo dobrze: poprzez głosowania kibiców nad ustalaniem składu czy transferami nie da się rządzić klubem. Zresztą zaufanie „udziałowców” do Daisha (moi rówieśnicy mogą go pamiętać z występów w reprezentacji Irlandii pod wodzą Jackiego Charltona) zaprocentowało pierwszym sukcesem: w maju na Wembley Ebbsfleet zdobyło FA Trophy, angielski puchar dla drużyn grających na poziomie od piątej do ósmej ligi. Wielu „współwłaścicieli” zdecydowało się przyjechać na mecz finałowy, niemała część oglądała transmisję online. Polecam lekturę tekstu z „Daily Telegraph”, opublikowanego w przeddzień tamtego spotkania. To był moment, w którym moje wątpliwości znacznie zmalały.
Co nie znaczy, że całkowicie zniknęły. Pytanie bowiem, ilu z tych, dla których kupno udziału w klubie ma być przedłużeniem zabawy w „Fantasy Football” albo gry w Championship, pardon: Football Managera, pozostanie wiernych przedsięwzięciu dłużej niż rok? Przed nowym sezonem (zaczyna się w ten weekend) Ebsfleet rozegrało mecze towarzyskie z Charltonem i Milwall. Oba przegrało, ale nie o wynik mi teraz idzie, tylko o frekwencję. Charlton i Milwall to znane drużyny, więc na trybunach pojawiło się blisko 2 tys. widzów, pojedynek z Mainstone United oglądało już tylko niecałe 600 osób. To jeszcze jeden kłopot: podziału kibiców na tych dawnych, którzy towarzyszyli drużynie gdy nazywała się Gravesend & Northfleet, i tych nowych, „wirtualnych”. Choć pewnie nie ma co przesadzać, skoro „wirtualni” przynoszą ze sobą pieniądze, w ślad za nimi idą sponsorzy, Ebsfleet się rozwija…
Czyli może kupowanie klubu ma jednak sens? Warto dodać, że kupimyklub.pl nie jest jedynym „dzieckiem” MyFootballClub: podobne pomysły pojawiły się m.in. we Francji, Danii, Brazylii, Hiszpanii i Rumunii, za każdym razem przybierając nieco inne formy. A że na razie zapowiedzi Polaków brzmią ogólnie, może część zgłaszanych tu zastrzeżeń nie znajdzie w ich przypadku zastosowania. Pojawią się jednak inne problemy. Jak np. znaleźć drużynę, która nigdy nie handlowała meczami? Skąd wziąć trenera o czystych rękach? Jeśli to naiwne pytania, niech pojawi się inne: jak księgować podarunki wręczane sędziom?
PS O sprawie wspomina także Football Freak. Do niego też napisali?
