Kiedy dziś myślę o momencie przełomowym, przypomina mi się kilka dni stycznia i lutego: najpierw szaleństwo spekulacji o trzydziestomilionowym transferze napastnika (Forlan? Rossi?), w czasie gdy Liverpool wraz z nowym menedżerem zakontraktował Suareza i Carrolla, a potem przegrana batalia o przejęcie stadionu olimpijskiego. Niedługo później Tottenham wygrał wprawdzie z Milanem w Lidze Mistrzów, ale w kolejnych trzynastu meczach odniósł jedno zwycięstwo. I nie to, że w którymkolwiek z tych spotkań grał źle – na ogół było tak, jak wczoraj z Manchesterem City: piękna piłka bez efektu bramkowego, bo albo ustawienie z van der Vaartem powodowało, że w polu karnym przeciwnika brakowało jednego piłkarza, albo niepewni miejsca w wyjściowej jedenastce Defoe, Pawluczenko i Crouch gubili rytm meczowy i formę. „Nie zamierzam popełniać samobójstwa” – mówił wczoraj po meczu Harry Redknapp, dumny z tegorocznych osiągnięć i przekonany, jak sądzę, że nieprędko uda się je powtórzyć.
Mam bowiem wrażenie, że w tym roku Tottenham osiągnął swój szczyt możliwości – głównie ze względów ekonomicznych. Nawet jeśli klub byłoby stać na jednorazowe wydanie trzydziestu milionów za piłkarza, nie byłoby go stać na późniejsze płacenie temu piłkarzowi (a w ślad za nim pewnie niezadowolonym z niższych pensji kolegom) ponad stu tysięcy tygodniowo. Jednym ze źródeł dotychczasowych sukcesów prezesa Levy’ego (oprócz nowatorskich pomysłów, jak rozdzielenie sponsoringu na klubowych koszulkach między mecze ligowe i pucharowe) była struktura płacowa: nawet największe gwiazdy zarabiały tu najmniej w porównaniu z innymi klubami czołówki, góra kilkadziesiąt tysięcy funtów tygodniowo. W tym roku i tak prezes zdecydował się na zaoferowanie najlepszym zawodnikom lepszych umów (Gareth Bale nowy kontrakt podpisywał aż dwukrotnie, przed i w trakcie sezonu), co natychmiast znalazło odbicie w wynikach finansowych. Teraz ekstra wydatki udało się sfinansować dzięki ekstra przychodom z Ligi Mistrzów, ale w przyszłym roku trudno na to liczyć: brutalna prawda jest taka, że zanim w klubie zacznie się rozmawiać o naprawdę bramkostrzelnym napastniku, trzeba będzie kilku piłkarzy sprzedać (a sprzedać tych niechcianych, jak Bentley czy Keane, nie będzie łatwo, bo ich wypożyczenia do innych klubów nie okazały się sukcesem).
Zwłaszcza że porażka w walce o przejęcie stadionu olimpijskiego oznacza oddalenie się na lata perspektywy wzrostu dochodów z biletów na mecze. White Hart Lane w każdej kolejce wypełnia się po brzegi, lista oczekujących na karnet liczy 25 tys. ludzi – żyjemy w takich czasach, że zapewnienie klubowi stabilnych źródeł finansowania jest co najmniej równie ważne, jak kompetentny menedżer czy znakomity lewoskrzydłowy. Bez nowego stadionu Tottenham nie będzie mógł rywalizować z MU, Chelsea, Arsenalem, MC i Liverpoolem.
Ten ostatni klub za poprzednich właścicieli pogrążony był w kryzysie; nowy na początku chętnie sięgnął do kieszeni w przekonaniu, że wzmocnienia zespołu plus baza kibicowska plus światowa marka w niedługiej perspektywie wystarczą do – także finansowego – powrotu w szeregi elity. Po transferach Suareza i Carrolla (ten ostatni sfinansowany dzięki megapieniądzom za Torresa), ale też, co warto podkreślić, po odważnym sięgnięciu po klubowych wychowanków, charyzmatyczny menedżer Kenny Dalglish w błyskawicznym tempie pozwolił zapomnieć o traumatycznej końcówce rządów Beniteza i katastrofalnym epizodzie Hodgsona – w przyszłym roku ten zespół znów będzie tam, gdzie zwykle.
A Manchester City? Jedynymi, którzy mogą powstrzymać dalszy triumfalny marsz tego klubu, są szejkowie, do których należy. Nie że przestaną go finansować, ale że jakimś nieoczekiwanym ruchem zdestabilizują to, co wydaje się jakoś ustabilizowane. Drużyna nie gra pięknie, czasem zęby bolą, patrząc na ultradefensywne ustawienie Roberto Manciniego, ale… Włoch osiągnął to, czego od niego oczekiwano – a przecież zapewne sięgnie jeszcze po Puchar Anglii i może nawet trzecie miejsce w lidze. Dzisiejsza prasa pełna jest spekulacji, kogo w przyszłym roku zobaczymy pod znakiem „Blue Moon” (pisze się choćby o Fabregasie i Ibrahimoviciu) – niewątpliwie do wszystkich pokus finansowych, jakie może zaoferować MC gwiazdom piłki dochodzi podstawowy afrodyzjak: Liga Mistrzów. Choć nie mogę nie zauważyć, że zaspokojenie pragnień kosztowało ponad 300 milionów i że część z tych pieniędzy (transfery Jo, Roque Santa Cruza, może też Dżeko) z pewnością zmarnowano…
Niezadowolonym z osiągnięć Harry’ego Redknappa w Tottenhamie dam za przykład Aston Villę, która po rocznym życiu z przestrzelonym budżetem i odejściu postawionego wobec konieczności oszczędzania Martina O’Neilla z drużyny o zbliżonym do Kogutów statusie zmieniła się w zespół broniący się przed spadkiem. W przyszłym roku, po niemal pewnym odejściu Ashleya Younga (jeżeli do Liverpoolu, będzie to kolejna demonstracja intencji właściciela tego klubu…), lepiej przecież nie będzie.
Oczywiście Tottenham ma potencjał, żeby znów walczyć o Ligę Mistrzów. Tyle że Daniela Levy’ego i Harry’ego Redknappa czeka tego lata mnóstwo wyzwań. Przede wszystkim: zatrzymać w klubie Lukę Modricia (Chorwat dla gry Tottenhamu wydaje mi się zdecydowanie istotniejszy niż Gareth Bale). W dalszej kolejności: zdecydować, czy korzystniejsze jest budowanie ofensywy wokół Rafaela van der Vaarta, czy dla dobra atmosfery wśród piłkarzy Holendra z manierami gwiazdorskimi sprzedać (Redknapp tłumaczy ostatnie niepowodzenia właśnie obniżką formy przemęczonego van der Vaarta, który po mundialu właściwie nie miał czasu na solidne przygotowanie do sezonu, i długo leczącego kontuzję Bale’a). Problemy pomniejsze to kwestia obsady bramki i tego, kto oprócz Dawsona tworzyć będzie podstawową parę stoperów. Problem fundamentalny: czy zadłużać się na lata, żeby znaleźć środki na rozbudowę White Hart Lane, czy szukać kolejnej lokalizacji nowego obiektu (batalia prawna, mająca na celu zakwestionowanie zwycięstwa West Hamu w boju o stadion olimpijski, jest raczej skazana na klęskę)? I kto po Harrym Redknappie, jeśli ten za kilkanaście miesięcy obejmie posadę trenera reprezentacji? Wśród tych wszystkich pytań jedno wydaje się pewne: Redknapp ma rację, bo tak niezwykłego sezonu, jak ten dobiegający końca, fani Tottenhamu szybko nie przeżyją.
