O tym, jak niezwykłym sportem jest piłka nożna, możemy opowiedzieć na przykładzie Luisa Suareza. Napastnik Uruwgaju w ostatniej minucie dogrywki znajduje się przed własną bramką i dwukrotnie blokuje celne strzały rywali. Pierwsza interwencja powinna go uczynić bohaterem, druga – winowajcą: wybija piłkę ręką, ratuje swój zespół od utraty gola, ale ogląda czerwoną kartkę, a Ghana – przypomnijmy: w ostatniej minucie dogrywki! – może zapewnić sobie awans do półfinału. Wystarczy, że Gyan zrobi to, co już dwukrotnie robił na tych mistrzostwach: celnie uderzy z jedenastu metrów. Gyan podchodzi do piłki…
O tym, jak niezwykłym sportem jest piłka nożna, możemy też opowiedzieć na przykładzie wydarzeń wcześniejszych. Game of two halves, gra dwóch połówek: ile razy za pomocą tego wyświechtanego określenia próbowano opisać wydarzenia na boisku? Jedna z drużyn ma absolutną przewagę, prowadzi i stwarza sobie okazje do podwyższenia prowadzenia, druga zaś stanowi tło dla tej pierwszej, popełnia błędy, wydaje się zagubiona, a w drugiej połowie odzyskuje inicjatywę i ostatecznie wygrywa… Jak to się stało, że Holandia, nie Brazylia zagra w półfinale z Urugwajem?
Można oczywiście winić za wszystko przypadek: błąd najlepszego bramkarza świata wychodzącego do dośrodkowania i potrącającego przy okazji swojego obrońcę tak niefortunnie, że ten kieruje piłkę do własnej bramki. Na skutek tego przypadku jedni tracą pewność siebie, drudzy ją odzyskują, a że w futbolu tak wiele rozgrywa się w głowach piłkarzy, to… Przyznam, że nie do końca zadowala mnie ta interpretacja: jeśliby ją przyjąć, należałoby także uznać, że gdyby sędzia z Urugwaju uznał prawidłowo strzeloną bramkę Lamparda, Anglicy odzyskaliby impet i ostatecznie wygrali z Niemcami. Wiem, że przypadek odgrywa w futbolu ogromną rolę – i może także dlatego tak uwielbiamy ten sport, że tak naprawdę niczego nie da się w nim przewidzieć – ale na to, żeby można było mówić o przypadku, trzeba się najpierw solidnie napracować.
W pierwszej połowie Holendrzy kompletnie nie radzili sobie z dwoma piłkarzami: Robinho i Maiconem. Oddelegowany do pilnowania Daniego Alvesa Giovanni van Bronkhorst zostawiał po swojej stronie mnóstwo miejsca do rajdów prawego obrońcy Brazylii. Robinho z kolei co i raz schodził z lewej strony do środka, gdzie obrońcy mieli już wystarczająco dużo roboty z Luisem Fabiano i Kaką; może gdyby Robben zechciał czasem wrócić na własną połowę tak jak Kuyt i pomóc van der Vielowi, wyglądałoby to inaczej, a tak prawy obrońca Holandii musiał odpuszczać Robinho i zajmować się jeszcze atakującym jego stroną Bastosem. Pamiętajmy też, że obrona Pomarańczowych została w ostatniej chwili przebudowana: na rozgrzewce – przypadkowej, a jakże – kontuzji doznał Mathijsen, którego w ostatniej chwili zastąpił Oojier. To niezrozumienie tego ostatniego z Heitingą i gigantyczna luka, jaką stworzyli dla Robinho, dały gola Brazylijczykom.
Cóż więc zmieniło się po przerwie? Paradoksalnie niezbyt wiele: de Jong zapewnił lepszą asekurację van Bronkhorstowi, a jeśli chodzi o prawą stronę Holendrzy postanowili rzucić Brazylijczykom wyzwanie i bardziej zdecydowanie zaatakować właśnie tędy. Robben nie czekał już tylko na podania i nie próbował stale tej samej akcji z czytelnym zwodem w kierunku środka, a częściej próbował uczestniczyć w rozegraniu, na prawo zaczął także schodzić van Persie i okazało się, że dla Bastosa (niewspieranego przez Robinho, jak ven der Viel przez Robbena) to już stanowczo za wiele. Zaczęły się faule, przyszła żółta kartka, i po jednym z tych fauli Sneijder dośrodkował, a Julio Cesar potrącił Melo. A potem, również z prawej flanki, przyszedł rzut rożny i gol numer dwa.
Nietypowa sytuacja: zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że Brazylia Dungi jest zespołem wyjątkowo zdyscyplinowanym, a zwłaszcza, że dobrze broni się przy stałych fragmentach gry. Tu jednak obie bramki padły właśnie ze stałych fragmentów i to chyba z powodu nerwowości, która wkradła się pomiędzy piłkarzy Canarinhos, a dotknęła zwłaszcza Felipe Melo, który najpierw cudownie podawał do Robinho, potem zdobył bramkę samobójczą, a później po bezsensowym kopnięciu Robbena wyleciał z boiska.
Game of two halves: najpierw szokująco nieporadna Holandia, potem nieporadna Brazylia. Czy na skutek tego rozstrzygnięcia coś straciliśmy? Nie obejrzymy już na mundialu akcji w trójkącie Robinho-Kaka-Luis Fabiano (dziś, w pierwszej połowie, po takim rozegraniu świetnie interweniował Sketelenburg), ale może będzie nam dany zachwyt z innego trójkąta: Kuyt (bo chyba na stałe już zastąpił po lewej stronie van der Vaarta)-Sneijder-van Persie. No i nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby sędzia Nichimura poprowadził finał.
Wróćmy do Suareza. Mecz Urugwaju z Ghaną oglądałem już rozluźniony, z przyjemnością konstatując ofensywne nastawienie obu drużyn i oklaskując stwarzane przez nie okazje, ale aż do 120 minuty nie mogąc uwierzyć, że coś w dniu dzisiejszym może przyćmić pożegnanie z Brazylią. A potem, w ostatniej minucie dogrywki, zobaczyłem czerwoną kartkę za wybicie piłki ręką z linii bramkowej, a następnie niewykorzystanego karnego, i to niewykorzystanego przez piłkarza, który na tym turnieju już dwukrotnie pokonywał bramkarzy z jedenastu metrów… Nie mogę się doczekać poniedziałku rano, kiedy w mojej skrzynce mailowej znajdzie się kolejny odcinek „Kronik mundialu” Marka Bieńczyka: żeby odpowiednie dać rzeczy słowo potrzeba narracji lepszej niż moja.
Na opowieść zasługuje tu przecież wszystko: dramat napastnika Urugwaju, który zrobił jedyne, co mógł zrobić, żeby utrzymać swoją drużynę w grze, i który płakał schodząc z boiska, by kilkadziesiąt sekund później eksplodować ze szczęścia już w stadionowym tunelu, a który teraz będzie żałował, że nie może zagrać w półfinale. Odporność psychiczna Gyana, który osiem minut po spudłowaniu jedenastki, wykonał pierwszy z serii rzutów karnych, w dodatku uderzając dokładnie w ten sam sposób – tyle że skutecznie. Klasa Fernando Muslery, który broniąc dwie jedenastki zrehabilitował się za wpuszczenie strzału Muntariego. Zuchwałość Abreu, uderzającego lekko, technicznie i niemal bez rozbiegu, czyli jak Panenka w 1976 r. (jak to się mogło skończyć, pokazał wcześniej Mensah)…
Dopisuję ostatnie zdania w pośpiechu. Gyan wciąż płacze na boisku, a Luis Suarez tonie w objęciach Diego Forlana. Urugwaj awansował do półfinału, a napastnik Atletico jest dla mnie w tej chwili absolutnie najjaśniejszą gwiazdą mundialu. Napisałem „w tej chwili”, bo przecież jutro mecz Argentyna-Niemcy…
