O tym naprawdę powinna powstać książka: jeden sezon, czterech właścicieli (co jeden to gorszy), wyprzedaż najlepszych zawodników (część transakcji dokonana za plecami menedżera), która i tak nie potrafi poprawić dramatycznej sytuacji finansowej (60-70 milionów funtów długu), regularne opóźnienia w wypłacie pensji (cztery razy w ciągu ostatniego półrocza), a jakby tego mało: zamknięcie na jakiś czas strony internetowej za niepłacenie rachunków i proces z Solem Campbellem, skarżącym klub o 1,7 mln funtów za komercyjne wykorzystywanie jego wizerunku. W konsekwencji: ogłoszenie upadłości, ustanowienie syndyka, który ma zarządzać pozostałościami po lepszych czasach, i niemal pewny spadek z Premiership, bo ligowy regulamin mówi, że klubom w stanie upadłości odejmuje się dziewięć punktów. Portsmouth FC Anno Domini 2010…
Zdaję sobie sprawę, że dociskam pedał patosu do dechy odnotowując tu każdy, choćby drobny sukces Portsmouth, ale i tak moje wypowiedzi cechuje umiar, jeśli zestawić je z kazaniami Awrama Granta. „W tej grze chodzi o pasję” – powiada np. izraelski menedżer Portsmouth. Albo wspomina czasy, kiedy był dzieckiem i kibicował swojej drużynie, a potem porównuje własną postawę z niewiarygodnym zaiste zaangażowaniem fanów Portsmouth: „Ci ludzie zasługują na to, żeby dla nich walczyć”. Po wczorajszym zwycięstwie nad Birmingham, które dało jego drużynie awans do półfinału Pucharu Anglii, Grant zestawił je wręcz z pamiętnym awansem Chelsea do finału Ligi Mistrzów: „To chwile, które będę pamiętał przez całe życie. To więcej niż futbol”. I dalej: „Nie wiemy, co przyniosą najbliższe dni i godziny, ale będziemy walczyć do końca. Można zniszczyć wiele rzeczy, ale nie naszego ducha, naszą determinację i dumę. To niewiarygodne, kiedy patrzysz na piłkarzy w wieku Jamesa czy Hreidarsona, i widzisz, jak wypruwają sobie żyły dla drużyny, zjednoczonej jak nigdy przedtem”…
Oni rzeczywiście nie wiedzą, co przyniosą najbliższe godziny: czy Premier League wyrazi zgodę na dalsze wyprzedawanie piłkarzy w celu poprawienia sytuacji finansowej (mimo iż okienko transferowe formalnie pozostaje zamknięte), co powie sąd w sprawie o zapłacenie zaległego VAT-u, czy będą pensje i czy klub w ogóle przetrwa do wakacji. Nie wiedzą, ale grają. I to grają nie tylko z pasją, ale i z głową. Po odejściu Begovicia i Kaboula Grant kolejny raz poukładał drużynę z tego, co zostało, a system 4-2-3-1 pozwolił zarówno na zabezpieczenie tyłów (ech, te wślizgi Michaela Browna…), jak odważną grę z przodu, gdzie nareszcie skuteczny jest Frederick Piquionne. Najlepszy obecnie piłkarz na Fratton Park, wypożyczony z Tottenhamu Jamie O’Hara, mówi o Izraelczyku, że taktycznie przewyższa o głowę wszystkich angielskich menedżerów, z którymi dotąd pracował (ciekawe, czy ta wypowiedź spodoba się Harry’emu Redknappowi…).
W meczu z Birmingham gospodarzom sprzyjało wprawdzie szczęście, bo w pierwszej połowie James fantastycznie obronił strzał Camerona Jerome, a przy stanie 2:0 sędzia nie zauważył, że piłka przekroczyła całym obwodem linię bramkową po główce Ridgewella (co skądinąd zbiegło się z podaniem do wiadomości przez FIFA, że rezygnuje z dalszych eksperymentów nad „inteligentną piłką” czy fotokomórką w bramce), ale do cholery: trudno nie przyznać racji Grantowi, mówiącemu, że w kontekście całego tego pozaboiskowego bajzlu jego drużyna bardziej niż jakakolwiek inna zasłużyła na występ na Wembley (półfinały FA Cup również rozgrywa się na stadionie narodowym). Ależ będę miał zgryz, komu kibicować, jeżeli Tottenham ostatecznie upora się z Fulham i w półfinale mierzyć się będzie z Portsmouth: wieloletnie przywiązanie do swoich kontra przekonanie, że dla dobra tej opowieści zbankrutowane i zdegradowane Portsmouth powinno zagrać w finale, a w konsekwencji: w przyszłorocznej edycji Europa League…
Dla dobra tej opowieści byłoby całkiem nieźle, gdyby dzisiejszy ćwierćfinał między Reading i Aston Villą (zespół z Championship prowadził do przerwy 2:0) zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Ale, jak zauważył na twitterze Henry Winter, cechą wielkich menedżerów jest to, że w przerwie meczu, kiedy sytuacja ewidentnie się nie układa, potrafią kompletnie odmienić oblicze zespołu (co ważne: nie zmieniając składu). W pierwszych 45 minutach słabsi niemal w każdym punkcie futbolowego rzemiosła, zaraz po przerwie piłkarze AV strzelają trzy gole w 10 minut i ostatecznie wygrywają 2:4. Pomyśleć, że Martin O’Neill opowiada teraz, że w szatni nie musiał wiele mówić, bo ma świetnych piłkarzy, którzy sami z siebie wiedzieli, że jest kiepsko i że powinni się wziąć do roboty…
A propos brania się do roboty (i zmieniając na chwilę rozgrywki): nieźle musiał się wczoraj narobić Manchester United, żeby przywieźć zwycięstwo z Wolverhampton – potrzebny był dopiero jubileuszowy, setny gol Scholesa w Premiership. Arsenalowi z Burnley poszło zdecydowanie łatwiej (choć liczba zmarnowanych okazji Nicklasa Bendtnera wołała o pomstę do nieba – osiem strzałów z pola karnego i żadnej bramki), tyle że fanom Kanonierów – podobnie jak fanom Czerwonych Diabłów – sen z powiek spędza kontuzja Tego Najważniejszego: i Fabregas, i Rooney prawdopodobnie nie zagrają w rewanżowych meczach Ligi Mistrzów. United wprawdzie przewodzi w tabeli, ale spośród ogranych i sprawdzonych napastników może chwilowo (?) liczyć tylko na Berbatowa.
Pal licho jednak ligę, zwłaszcza że i wczoraj, i dzisiaj wygrywali ci, co mieli. Wciąż mam przyjemne poczucie, że Puchar Anglii nie stracił blasku, przede wszystkim za sprawą tego, co dzieje się w Portsmouth. Kończę więc jeszcze jedną opowieścią z wczorajszego meczu, na który fani tej drużyny przemycili mnóstwo pociętych gazet, by przywitać swoich ulubieńców kaskadą serpentyn i konfetti. Złamali w ten sposób klubowy zakaz i wywiedli w pole ochronę, która miała konfiskować wszelkie papiery (żartowali potem, z typowym dla ostatnich miesięcy wisielczym humorem, że wszystko dlatego, że klub musiał już sprzedać wszystkie grabie i szczotki)… Wyobrażam sobie, jak wpychają w spodnie po kilka numerów „The Sun”, które po przejściu przez bramkę pracowicie drą na drobne kawałeczki – wszystko dla „Avram Grant’s blue and white army”. Jak tu nie ściskać za nich kciuków?






