Żart z okładki ostatniego numeru miesięcznika „When Saturday Comes”: na środku boiska, czekając na gwizdek sędziego, stoją Fernando Torres i Steven Gerrard. „Potrzebujemy jeszcze tylko dziewięciu dobrych piłkarzy” – mówi Anglik.

Przypomniałem sobie ten dowcip wczoraj wieczorem, oglądając męczarnie piłkarzy Liverpoolu w spotkaniu z Aston Villą. Zdaję sobie sprawę, że – jak to często z dowcipami bywa – jest przesadzony, bo do listy dobrych (bardzo dobrych) spokojnie można dopisać Reinę, Mascherano czy Benayouna, niemniej – jak to równie często z dowcipami bywa – wskazuje on przecież na jakiś problem. Po obejrzeniu meczu na Villa Park i rozegranych dzień wcześniej spotkań Tottenhamu i Manchesteru City uderzyła mnie myśl zuchwała: ze wszystkich drużyn walczących o czwarte miejsce w tabeli najsłabszą kadrę ma właśnie Liverpool.
Popatrzmy zresztą na każdą formację po kolei. W bramce Reina wygrywa wprawdzie rywalizację z Friedelem i Gomesem, ale nie jest to zwycięstwo miażdżące – podobnie jak miażdżąca nie jest przewaga Givena nad Reiną; po prostu wszyscy czterej pretendenci mają dobrych, a w gruncie rzeczy lepszych bramkarzy niż drużyny pierwszej trójki.
Solidniejszych lewych obrońców mają Tottenham i Aston Villa (sąd kontrowersyjny, bo i Warnock, i Essou-Ekotto pracują dopiero na swoją markę, ale gotów jestem go bronić), prawych obrońców z kolei, zwłaszcza jeśli idzie o ich udział w akcjach ofensywnych – Liverpool i Manchester City.
W środku obrony znakomite wrażenie robi Tottenham, w dowolnej właściwie konstelacji, bo przecież mogą tu grać zarówno King z Woodgatem, jak Bassong z Dawsonem. Aston Villa uporała się z problemem, jakim były odejścia Laursena i Mellberga: Richard Dunne, któremu w Manchesterze City zdarzały się okropne błędy, do spółki z Carlosem Cuellarem radzi sobie z najgroźniejszymi napastnikami ligi (Patrick Barclay wybrał go nawet do swojej „jedenastki półsezonu”; a propos: ja swoją przedstawię jutro, żeby choć trochę odpowiedzieć na postulat Stefana). Para stoperów Lescott-Toure robi wrażenie głównie sumami, które zapłaciło za nich City, jakże często zagubionych – zwłaszcza w kryciu strefowym – obrońców Liverpoolu pomijam…
Druga linia – tu straty Liverpoolu zaczynają się zmniejszać, zwłaszcza w środku. Jeśli idzie o asekurację, Rafa Benitez ma do dyspozycji Mascherano (ale Harry Redknapp – Palaciosa, zaś Roberto Mancini – Barry’ego czy de Jonga; wyrównany pojedynek), jeśli idzie o kreację – Gerrarda (ale Anglik jest bez formy, inaczej niż Milner w AV, Ireland w MC czy Huddlestone w Tottenhamie). Skrzydła są domeną Tottenhamu i Aston Villi – zwłaszcza Martin O’Neill może przebierać wśród zawodników biegających zwykle przy linii bocznej, bo oprócz przesuniętego już do centrum Milnera ma do dyspozycji Younga i Downinga, a od biedy także Agbonghlahora. Najlepszym prawoskrzydłowym ligi pozostaje Aaron Lennon (piłkarze nominalnie obsadzani na lewej pomocy Tottenhamu, Modrić i Krajnczar, schodzą do środka, robiąc miejsce dla Assou-Ekotto – zarówno rajdy Kameruńczyka, jak obecność Chorwata z dala od lewej strony, miało dla losów meczu z West Hamem kolosalne znaczenie). W przypadku Liverpoolu skrzydeł brakuje, Manchesterowi City udaje się je niekiedy rozwinąć (zwłaszcza jeśli gra Wright-Philips) – choć dla sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że oba zespoły rzadko grają w ustawieniu 4-4-2.
Jeśli idzie o atak, stosunkowo najsłabiej wypada Aston Villa (chyba że kontuzjowany jest Torres, wtedy – Liverpool), najlepiej Manchester City: choć Adebayor miał słabszy okres, a Roque Santa Cruz długo się leczył, to forma Teveza i Bellamy’ego nie pozwala na wątpliwości. Co pokazuje zresztą największą różnicę wśród pretendentów: siłę zaplecza każdego z zespołów. Tu najwyżej oceniam MC i Tottenham, które w różnych momentach sezonu radziły sobie bez Bridge’a, Lescotta, Adebayora czy Santa Cruza z jednej strony, i bez Kinga, Woodgate’a czy Modricia z drugiej. Pokażcie mi inne drużyny Premiership z ławkami rezerwowych równie mocno naszpikowanymi gwiazdami; właściwie tylko kontuzja Cudiciniego psuje komfort pracy Harry’ego Redknappa (choć i jego koledzy-rywale nie mają mocnych zmienników na pozycję bramkarza).
Rozpisałem się o nazwiskach, zamiast porządnie podsumować kolejkę. Ale co tu podsumowywać: pierwsze dwa mecze Roberto Manciniego wygrałby również Mark Hughes (choć Wolves opierało się dzielnie, a drugi gol dla MC padł po nieodgwizdanym spalonym), piłkarzy Tottenhamu po derbach można krytykować jedynie za rozregulowane celowniki: do pozycji strzeleckich dochodzili z porażającą łatwością, zaś ocenę formy Aston Villi i Liverpoolu utrudniła śnieżyca.
Osobny akapit należy się tylko Fernando Torresowi, który wczoraj przeszedł do historii Liverpoolu, zdobywając 50 gola dla tego klubu w zaledwie 72 meczu ligowym. Wiadomo, że Hiszpan od tygodni gra z niezaleczoną kontuzją i że jeśli chce być w formie na mundialu, powinien jak najszybciej zdecydować się na operację. Klub czy reprezentacja – oto jest pytanie, przed którym stoi, mając w tyle głowy także to, że od jego goli zależy posada Rafy Beniteza. Ten zaś chciałby ułatwić mu decyzję, kupując w styczniu jakiegoś napastnika (van Nistelrooya?), tyle że najpierw musiałby odłożyć trochę pieniędzy, np. sprzedając niechcianych już na Anfield Woronina, Babela, Dossenę czy Degena. Menedżer Liverpoolu niedawno publicznie gwarantował, że doprowadzi drużynę do przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Jeśli miałby to robić bez leczącego się kolejny miesiąc-dwa Torresa, nie chciałbym być w jego skórze…







