W tabeli Premiership zapanował niejaki porządek: rozpoczynające weekend, w sumie szczęśliwe zwycięstwo Evertonu nad Portsmouth pozwoliło piłkarzom Davida Moyesa wrócić tam, gdzie się ich spodziewano – pomiędzy drużyny z górnej połowy tabeli. Wygląda na to, że wszystko, co najważniejsze w tym sezonie rozegra się między MU, Chelsea i Liverpoolem, kwestie tylko nieco mniej ważne zaś – między Arsenalem, MC i Tottenhamem, a czołówkę dopełnią Everton, Aston Villa (mimo ostatnich kłopotów Martina O’Neilla z dyscyplinowaniem piłkarzy) i Sunderland.
Duża część weekendu upłynęła mi z dala od wszelkich monitorów; nie wszystko widziałem i dopiero teraz, w niedzielny wieczór, nadrabiam zaległości. Nie będę ukrywał, że patrząc na pewne rzeczy z opóźnieniem, szukam w nich potwierdzenia dawnych intuicji albo zwyczajnie: sympatii. To główny powód, dla którego miałbym ochotę mówić głównie o dwóch piłkarzach.
Ryan Giggs zaliczył wprawdzie tylko nieco ponad pół godziny meczu ze Stoke, ale dopiero klasa jego podań, jakże kontrastująca z wcześniejszymi próbami Naniego, zapewniła mistrzowi Anglii trzy punkty. Trudno dziś znaleźć na Wyspach gazetę, która nie zachwycałaby się Walijczykiem, ktoś zaryzykował nawet tezę, że mamy do czynienia z najlepszym piłkarzem w historii Premiership. O tym akurat można by podyskutować: najbardziej utytułowanym na pewno, ale czy najlepszym? Gdzie wtedy umieścić np. Henry’ego czy Ronaldo? To jednak poboczna kwestia, podobnie jak to, czy i kiedy Giggs otrzyma tytuł szlachecki. Faktem jest, że inteligencja, doświadczenie, no i technika oczywiście, pozwoliły mu zaliczyć pięć asyst w dwóch zaledwie meczach.
Ciekawe, co będzie z Robbiem Keane’m, gdy skończy 35 lat. A może, cóż za myśl zuchwała, sięgnie po niego Alex Ferguson, gdy Giggs zakończy – oby jak najpóźniej – granie w piłkę? Pamiętamy, jak Szkot ściągał na Old Trafford niemłodego już Sheringhama. Giggsa i Keane’a mnóstwo oczywiście różni, ale z pewnością łączy boiskowa inteligencja. Tu nie chodzi tylko o bramki czy kluczowe podania, ale przede wszystkim o grę bez piłki. Transmisja telewizyjna tego nie pokaże, jako że zwykle kamery podążają za piłką: nieustającego truchtania między obrońcami z nadzieją, że w końcu się zagapią, schodzenia do boków i do środka boiska, wszędzie tam, gdzie akurat robi się luka, gdzie można przyjąć podanie i podać dalej… Dziś mówimy o Irlandczyku przede wszystkim z powodu czterech bramek strzelonych Burnley, ale nie tylko ze względu na instynkt strzelecki Harry Redknapp wciąż widzi go w pierwszym składzie…
Wielu kibiców Tottenhamu bije się dziś w piersi. Keane był idolem White Hart Lane przed wymarzonym transferem do Liverpoolu, po powrocie – zapewne częściowo wymuszonym kontuzją Defoe’a – długo nie przekonywał, a po sprowadzeniu Croucha wydawało się, że przypadnie mu rola kosztownego i kłopotliwego rezerwowego. Nic z tych rzeczy: ku zdumieniu wszystkich Harry Redknapp zaczął sezon z najniższym kwartetem ofensywnym ligi (Keane, Defoe, Modrić, Lennon), i nawet teraz, bez kontuzjowanego Modricia, pokazuje, że Tottenham potrafi grać kombinacyjnie i po ziemi. Jeśli dodać do tego fakt, że Keane jest kapitanem drużyny, liderem nie tylko na boisku, ale i w szatni, to jedyną szansą Croucha na grę wydaje się kontuzja któregoś z rywali albo Puchar Ligi…
Wydarzeniem tygodnia jest jednak pierwsza ligowa porażka Chelsea. Powiedzmy od razu: porażka, do której nie warto przywiązywać nadmiernej wagi. Miło się wprawdzie przekonać, że piłka nożna nie jest grą sprawnie naoliwionych maszyn, tylko domeną ludzkich błędów, słabości, a w tym przypadku pewnie także zbytniej pewności siebie i zlekceważenia przeciwnika, który nigdy dotąd nie wygrał z zespołem Wielkiej Czwórki. Powiedzieć, że Wigan przeciwstawiło Chelsea ambicję i waleczność, to powiedzieć mało: piłkarze Martineza mają swoje pomysły na strzelanie goli, a krótko rozegrany róg, który przyniósł gola Bramble’a to tylko jeden z przykładów (nawiasem mówiąc: kto w tej sytuacji odpowiadał za krycie N’Zogbii?). Zabawna informacja z szatni Chelsea: kiedy Carlo Ancelotti jest naprawdę wściekły, zapomina angielskich słów. W przerwie meczu z Wigan mówił do swoich piłkarzy po włosku…
Zacząłem od Evertonu i Portsmouth, i na tym zakończę. Jaka szkoda dla angielskiej i francuskiej piłki, że Lois Saha ma tyle kłopotów ze zdrowiem. I jaka szkoda dla Portsmouth, że zamieszanie finansowe wokół klubu nie zakończyło się nieco wcześniej: niestabilność poza boiskiem niewątpliwie miała wpływ na zespół w ostatnich miesiącach, a po serii katastrofalnych wyników nerwowo jest także na boisku. Szkoda, bo nawet kiedy przegrywają, piłkarze Paula Harta potrafią grać naprawdę nieźle.
